Grupa „filmowców” powinna być zadowolona tym bardziej, że reżyserem, zza ramienia którego patrzymy na produkcję, jest Terry Gilliam – legendarny rysownik grupy Monty Pythona, twórca takich hitów jak 12 małp i Brazil, a przy okazji facet potrafiący przekroczyć budżet filmu po dwóch tygodniach kręcenia i niemożliwy do kontrolowania świr. Przede wszystkim jednak jest to człowiek o ogromnej wyobraźni, którego pomysłowości może dorównać tylko zdolność do przyciągania problemów towarzyszących powstawaniu jego projektów. Trudno sobie wyobrazić kogoś, kto bardziej przypominałby Don Kichota, przedkładającego nad rzeczywistość wytwory własnego umysłu – nic więc dziwnego, że stworzenie adaptacji powieści Miguela de Cervantesa stało się dla Gilliama marzeniem, które próbował spełnić od niemal dekady. Gdy europejscy producenci zdecydowali się wyłożyć kasę na projekt (ponad 32 miliony dolarów) wydawało się, iż wreszcie szaleniec z La Manchy zyska należny mu film, nakręcony przez jego duchowego spadkobiercę. Akcja Zagubionego w La Manchy zaczyna się osiem tygodni przed rozpoczęciem zdjęć, w trakcie których obserwujemy przygotowania niemal na każdym etapie prac: począwszy od rozrysowania storyboardu Człowieka, który zabił Don Kichota, aż do budowania scenografii i prób z aktorami. Widzimy pełne entuzjazmu działania Gilliama podczas spotkań z ekipą, jego olbrzymie skupienie, towarzyszące projektowaniu dekoracji, radość z powodu znalezienia idealnych aktorów, a następnie rosnący z czasem niepokój, rozdrażnienie i nieskrywaną złość i gorycz. To idealna lekcja podglądowa dla potencjalnych reżyserów, bowiem jak na dłoni można zobaczyć, że w procesie twórczym nawet artysta pokroju Gilliama jest tylko jednym z elementów machiny – ważnym, decyzyjnym, ale nie wszechmocnym. Film skutecznie rozprawia się z mitem artysty-wizjonera, doglądającego każdy szczegół – nie tylko z powodu tego, iż pokazuje proces produkcji jako czyn kolektywny, w którym wiele zależy także od asystentów pilnujących terminów i próbujących ściągnąć na plan odtwórców ról, tudzież scenografów usiłujących znaleźć kompromis między wizją reżysera i zasobami pieniężnymi. Przede wszystkim obraz ujawnia, że w niektórych przypadkach ekipa nie jest w stanie przeskoczyć pewnych kwestii, a już tym bardziej wygrać z przejawami siły wyższej i ubezpieczycielami.
Także widzowie zaliczający się do dwóch kolejnych wymienionych przeze mnie we wstępie kategorii znajdą tu sporo dla siebie. Poszukiwaczom zabawnych ciekawostek i żartów z pewnością udzieli się nastrój Gilliama z początkowych partii filmu: podniecony jak dzieciak, podchodzi niemal do każdej rzeczy na luzie i z uśmiechem. Można wręcz momentami pomyśleć, iż cały projekt jest dla niego bardziej zabawą niż pracą – wystarczy zresztą spojrzeć na casting do roli olbrzymów, gdy kandydaci robią groźne miny i w charakterystyczny sposób „gibają się” w czasie biegu. Gilliam przyglądając się im przez obiektyw kamery jest wniebowzięty, a my śmiejemy się razem z nim, bo wiemy, że efekt jest rewelacyjny. Jednak im dalej, tym miejsca na śmiech jest coraz mniej, a jeśli już – jest to raczej śmiech przez łzy, bowiem film zalicza kolejne wpadki, aż sam okazuje się jedną wielką wpadką. Napięty grafik zdjęć, problem ze ściągnięciem w jedno miejsce odtwórców głównych ról, studio nagraniowe okazujące się halą z potwornym pogłosem, brak przygotowania statystów – Zagubiony w La Manchy mógłby służyć za spis wszelkich problemów i katastrof, mogących spaść na ekipę filmową, wśród których nawałnica połączona z wielką ulewą i powodzią porywającą sprzęt wcale nie jest najgorszą rzeczą, jaka może przytrafić się zespołowi...
Przede wszystkim jednak film Keitha Fultona i Louisa Pepe powinien przypaść do gustu miłośnikom kina dokumentalnego. Brak tu jakichkolwiek fanaberii – pod względem formalnym jest to utwór dość tradycyjny: kamera nie szuka momentów szczególnie widowiskowych czy groteskowych, ale starannie obserwuje ekipę, zarówno w czasach radości, jak i zwątpienia czy goryczy. Widzimy Gilliama, gdy dyskutuje ze współpracownikami, gdy jest załamany z powodu krnąbrnego konia lub gdy wiadomo, że „jesteśmy w dupie”. Ta obiektywna narracja, układająca się w przejmującą opowieść o wielkim projekcie kończącym się katastrofą, rozbijana jest dodatkowo przez animowane wstawki informacyjne o charakterze historycznym, zrealizowane w stylu imitującym prace Giliama, oraz nakręcone fragmenty Człowieka, który zabił Don Kichota. Obserwując Jeana Rocheforta, ubranego w charakterystyczną zbroję, majestatycznie przemierzającego pustynię i Johnny’ego Deppa, prowadzącego pełen złości dialog ze złowioną rybą, naprawdę można poczuć żal, iż projekt ten został zawieszony...
Zagubiony w La Manchy to rzecz nie tylko dla fanów Gilliama; bardziej niż historią o konkretnym reżyserze, film staje się opowieścią o konfrontacji wizjonera z twardą rzeczywistością i ograniczeniami materialnymi; potyczką twórcy, który przegrywa nie z własną niemocą, ale czynnikami będącymi poza jego wpływem. Wypada się cieszyć, że 9th Plan zdecydowało się wydać u nas ten obraz i choć nie wszystko może w nim przypaść do gustu (zwłaszcza dojmujący, mimo niezłego lektora, brak napisów) to zdecydowanie jest to film, na który warto zwrócić uwagę. Po takim początku roku wypada tylko czekać na więcej...
Tytuł: Zagubiony w La Manchy
Tytuł oryginału: Lost in La Mancha
Reżyseria: Keith Fulton
Produkcja: USA , 2002
Czas trwania: 01:29:00
Dźwięk: DD 2.0 angielski, polski (lektor)
Format: 16:9
Występują: Johnny Depp, Terry Gilliam
Dystrybucja: 9TH PLAN
Kategorie: dokumentalne

Filmiki typu making of, zawarte najczęściej w formie dodatków do wydań DVD, ogląda się z wielu różnych powodów. Jedni lubią przyglądać się produkcji od kuchni, poznawać ciekawostki dotyczące procesu kręcenia. Drudzy poszukują śmiesznych scen, nieudanych ujęć, kiedy aktorowi myli się kwestia, nie umie opanować śmiechu albo odpada mu sztuczny nos. Inni znów zainteresowani są głównie oglądaniem tego, jak wszystko idzie źle, a reżyser dostaje białej gorączki z powodu piętrzących się przed nim problemów. Niezależnie jednak do której grupy zaliczałby się widz, w Zagubionym w La Manchy z pewnością znalazłby sobie coś dla siebie.






