Wolfgang Hohlbein - Saga Asgard: Thor (recenzja)
Wiecznie niekończąca się tułaczka i ciągłe ucieczki to nie nowość dla bohaterów współczesnej fantastyki. Wielu pisarzy zmusza wymyślonych przez siebie bohaterów do podobnych działań. Wolfgang Hohlbein nie jest wyjątkiem. W jego powieści tytułowy Thor również ucieka przed swoim przeznaczeniem. Od innych różni go jednak to, że nie robi on nic innego prócz uciekania i ukrywania się – i tak przez całą książkę.
Thor – nazwany tak przez ludzi, nie siebie samego – budzi się na otwartej przestrzeni, pośród gór; wszystko pokryte jest śniegiem, na dodatek trwa zamieć. Mężczyzna nie pamięta nic ze swojej przeszłości. Nie wie również kim jest i jak się znalazł w miejscu swojego przebudzenia. Po kilku dniach, spędzonych na ustawicznej walce o przetrwanie, napotyka na rodzinę, którą zaatakowały wilki. Stacza z bestiami walkę, którą by najprawdopodobniej przegrał, gdyby nie dziwne zachowanie zwierząt, i tym samym ratuje życie Urd, jej ciężko rannego męża oraz ich dwójki dzieci. Od tego momentu razem starają się przeżyć. Nie jest to łatwe zadanie, szczególnie, że ich tropem podążają dziwni żołnierze w złotym rynsztunku. Wszystko wskazuje na to, że znają Thora i to o niego im chodzi, jednak mężczyzna nie ma pojęcia, kim mogą być. Najbliższe tygodnie pomogą mu rozpocząć wszystko od nowa i odzyskać przynajmniej skrawki tego, co stracił.











