Thor Wolfganga Hohlbeina rozpoczyna się rewelacyjnie. Podczas lektury pierwszych rozdziałów można mieć wrażenie, że będzie to powieść z wartką akcją; dobra, mocna fantastyka. Jakże mogłoby być inaczej; przecież autor ma za sobą tyle opublikowanych książek i jest tytułowany królem fantasy. Zapoznając się jednak bliżej z tekstem, można zwątpić w zasadność tych stwierdzeń. Jak się okazuje, Hohlbein nie przerasta swoją twórczością zwykłego, debiutującego pisarza.
Ta ciekawie rozpoczynająca się książka po jakimś czasie robi się nudna i bardzo jednowymiarowa. Postacie cały czas idą przed siebie, walczą i znowu wracają do wiecznej tułaczki. Główny bohater cały czas zastanawia się, kim jest i walczy z oczekiwaniami innych wobec własnej osoby. W pewnej chwili dochodzimy nawet do momentu, kiedy trudno jest określić, kto w końcu czego chce. Thor w swoich myślach zachowuje się tak, jakby był bogiem, jednak przed światem zewnętrznym temu zaprzecza: co nie zmienia faktu, że korzysta z czci, jaką ludzie go obdarzają i nadludzkich umiejętności. Inna ważna postać w powieści to Urd. Po śmierci swojego męża zakochuje się w Thorze, a jednocześnie nim manipuluje. Pochodzenie i przeszłość kobiety są tak samo nieuporządkowane, jak myśli głównego bohatera. Jednak podczas opisywania wątków tyczących się jej przebiegłości autor popełnił duży błąd, który widać przez całą powieść. Otóż poczynań Urd praktycznie nie można nie przewidzieć. Drugą irytującą rzeczą, która z czasem staje się boleśnie nudna, jest założenie, że zawsze, kiedy jest źle, musi być gorzej.
Niemalże przez całą książkę tytułowy bohater brnie przez przeciwności losu, jak Koziołek Matołek szukający Pacanowa. Wszystko to powoduje, że ta obszerna powieść nie ma wiele do zaoferowania. Jedyną jej naprawdę dużą zaletą jest styl autora, choć i on nie jest idealny, bo nawet dość rozbudowane walki wydają się bardzo do siebie podobnie. Wolfgang Hohlbein gubi się w tym co robi, popełnia błędy związane z fabułą, miesza ile się da, a koniec sprawia wrażenie, jakby był pisany pod przymusem, byle tylko był powód do kontynuacji. Pisarzowi nie można jednak zarzucić braku lekkiego pióra i bogatego języka. To daje pewne poczucie, że Thor nie jest czasem zmarnowanym, a samą powieść czyta się dość szybko. Jeżeli więc warto brnąć przez to obszerne tomisko, to nie dla fabuły, ale właśnie bogatego słownictwa Hohlbeina.
Autor: Wolfgang Hohlbein
Tytuł: Thor
Tytuł oryginału: Der Dämonengott
Tłumaczenie: Miłosz Urban
Wydawca: TELBIT
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 20 czerwca 2011
Liczba stron: 832
ISBN-13: 978-83-62252-35-0
Wymiary: 144 x 208 mm
Cena: 49,90 zł
Wolfgang Hohlbein - Saga Asgard: Thor (recenzja)
Wiecznie niekończąca się tułaczka i ciągłe ucieczki to nie nowość dla bohaterów współczesnej fantastyki. Wielu pisarzy zmusza wymyślonych przez siebie bohaterów do podobnych działań. Wolfgang Hohlbein nie jest wyjątkiem. W jego powieści tytułowy Thor również ucieka przed swoim przeznaczeniem. Od innych różni go jednak to, że nie robi on nic innego prócz uciekania i ukrywania się – i tak przez całą książkę.
Thor – nazwany tak przez ludzi, nie siebie samego – budzi się na otwartej przestrzeni, pośród gór; wszystko pokryte jest śniegiem, na dodatek trwa zamieć. Mężczyzna nie pamięta nic ze swojej przeszłości. Nie wie również kim jest i jak się znalazł w miejscu swojego przebudzenia. Po kilku dniach, spędzonych na ustawicznej walce o przetrwanie, napotyka na rodzinę, którą zaatakowały wilki. Stacza z bestiami walkę, którą by najprawdopodobniej przegrał, gdyby nie dziwne zachowanie zwierząt, i tym samym ratuje życie Urd, jej ciężko rannego męża oraz ich dwójki dzieci. Od tego momentu razem starają się przeżyć. Nie jest to łatwe zadanie, szczególnie, że ich tropem podążają dziwni żołnierze w złotym rynsztunku. Wszystko wskazuje na to, że znają Thora i to o niego im chodzi, jednak mężczyzna nie ma pojęcia, kim mogą być. Najbliższe tygodnie pomogą mu rozpocząć wszystko od nowa i odzyskać przynajmniej skrawki tego, co stracił.
autora
kawernian












Komentarzy
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.