Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Archiwum

Demonomania — fragment książki

Związek agenta i pacjenta

Kiedy świat się kończy, kończy się nieco inaczej dla każdej myślącej istoty, która może go oglądać; koniec nie następuje nagle, ale stopniowo przechodzi przez świat niczym drżenie po gładkiej sierści konia. Nadejście końca świata może zrazu wstrząsnąć tylko jednym miastem, jedną dzielnicą; może wprawić w drżenie ziemię pod stopami wiernych w kościele, ale nie bywalców baru na tej samej ulicy; zniweczyć spokój tej ulicy, tej rodziny, tego dziecka, które w tej chwili podnosi wzrok znad komiksu i wie na pewno, że nic już nie będzie takie samo.
Ale chociaż świat dla niektórych kończy się wcześniej niż dla innych, każdy kto przezeń przechodzi — albo przez kogo on przechodzi – potrafi spojrzeć wstecz i zrozumieć, że przeniósł się ze starego świata do nowego, gdzie chcąc nie chcąc umrze: wie to, chociaż wszędzie wokół sąsiedzi wciąż żyją w starym świecie pośród jego dawnych przyjemności i lęków. I to będzie dowód — w twarzach znajomych ujrzy, że zostali z tyłu, zrozumie w sposobie w jaki na niego patrzą, że na drugą stronę przeszedł żywy.

Całe lato nad hrabstwem, które obejmuje większość Faraway Hills oraz tamtejszych miast, farm i rzek, zalegał jakiś letarg. W upale i drętwej ciszy powstaje coś niewytłumaczalnego; drobnostki, na pozór zupełnie niezwiązane ze sobą. Pewien rybak złowił w Jeziorze Niklowym rybę, na której opalizującym boku widniały słowa; przepisał je dla bibliotekarki w Blackbury Jambs, a ta powiedziała mu, że to po łacinie. Jakiś człowiek z Conurbany budujący letni domek dla siebie i rodziny przy górskiej drodze (czy było to Bug Hill Road czy Hopeful Hill?) pewnego dnia nie mógł odnaleźć działki, którą kupił, ani fundamentów, które zaczął stawiać dzień wcześniej, choć był pewien, że jest we właściwym miejscu – dwa razy wracał do skrzyżowania, dwa razy na koniec drogi, zdumiony i wściekły, wszystko po prostu zniknęło! Następnego dnia przyjechał tą samą drogą (był tego pewien) i proszę: jest.
I inne rzeczy. Ale te naturalnie zdarzają się często, bez względu na to czy świat się kończy czy nie. Jednak mało kto zauważył, że tu i tam skutki pojawiały się przed przyczynami. Nie lawinowo, nie systematycznie, nie, inaczej życie stałoby się niezrozumiałe: tylko gdzieniegdzie, od czasu do czasu, głównie jako łatwe do zignorowania błahostki. Nagle kolibry przestały odwiedzać kwitnący żywopłot przy ścieżce prowadzącej do domu spokojnej starości Zachód Słońca, zasmucając jedną z kobiet tam przebywających, która uwielbiała je obserwować; jakiś czas potem durny robotnik wypełniając, jak sobie ubzdurał, polecenie służbowe wyciął żywopłot. Matka rozwieszająca pranie zobaczyła na drodze swoją córeczkę z plastikowym plecakiem – kątem oka, znikającą za wzgórzem; tego samego dnia córka w tajemnicy powzięła postanowienie o ucieczce z domu.
Gdyby tak zebrać i zliczyć te drobiazgi, ile by się ich nazbierało? Ile powinno ich nastąpić w normalnym roku? Czy nagły wzrost bezcelowych zbiegów okoliczności – na przykład wrzosiec kwitnący dokładnie w tym miejscu, w którym w zeszłym roku zgubiłem fajkę z wrzośćcowego drewna, albo wszystkie matki i córki z Fair Prospect wypowiadające w tym samym momencie słowo ‘skarbie’ – dałoby się przedstawić na wykresie? Czy jakaś tajemnica odkrywa się przed nami w niedostrzegalnych rzeczach, które mogłyby, gdybyśmy potrafili je zauważać, ostrzegać nas przed końcami i przed początkami?
– Kiedy ludzie mówią to samo w tej samej chwili – Rosie Rasmussen wyjaśniała Sam, swojej córeczce – to robią tak. Patrz. Zahacz mały palec wokół mojego. Nie tak. W ten sposób.

Sam, zagryzając z przejęcia koniuszek języka, zdołała owinąć paluszek wokół palca matki.
– A teraz odpowiedz. Kiedy księżyc jest najgrubszy?
Sam pomyślała przez chwilę i wzruszyła ramionami.
– No kiedy?
– W pełni.
– Dobrze. Kiedy księżyc jest najgrubszy?
– W pełni.
– Niech się twoje i moje życzenie spełni. Trzymaj mocno.
Przeciągały palce każda w swoją stronę aż wreszcie mocne ogniwo pękło.
– Widzisz – powiedziała Rosie. – Tak trzeba zrobić.
– Żeby móc powiedzieć życzenie?
– Tak.
– Co sobie życzyłaś?
– Nie można powiedzieć, bo się nie spełni.
A jej własne życzenie? Długo było tylko jedno, które potrafiła sformułować: życzenie aby mieć jakieś życzenie, by mieć coś, czym mogłaby wypełnić pustą i nieczułą przestrzeń, gdzie (jak jej się zdawało) znajdowało się kiedyś jej czujące serce. Ale zeszłej jesieni pojawiło się coś nowego, czego mogła sobie zażyczyć każdego wieczora, coś dla czego mogła trąbić w każdym tunelu (z dłonią na dachu samochodu, jak to nauczył ją ojciec). Ale coś czego nigdy nie mogła wyrazić.
– Pomyślałam życzenie – powiedziała Sam.
– Dobrze.
Sam przesunęła się na szerokim gładkim fotelu skórzanym tugress – samochodu Allana Buttermana, prawnika jej matki. Allan prowadził, a Rosie i Sam bawiły się z tyłu pośród przytulnych barw zacienionych szyb i miodowej muzyce płynącej z głośników.
– Powiem ci.
– Ale wtedy może się nie spełnić.
– Może.
– Więc co to jest?
– Żeby nie musiec już więcej jeść lekarstw.
– Och, Sam…
Było to także przynajmniej w jakimś stopniu życzenie Rosie. W sierpniu Sam po raz pierwszy doświadczyła ataku, który lekarz uznał za prawdopodobnie epileptyczny, chociaż przez miesiąc się nie powtórzył. Ale tuż po północy podczas zrównania jesiennego – nocy dzikiego wichru – Sam miała drugi atak, gorszy niż poprzedni, który panował nad jej ciałkiem i jego zawartością przez blisko minutę; już nie było wątpliwości. Następnego dnia o cudownie rześkim poranku pod paradą pędzących białych obłoków i pośród drzew gestykulujących łagodnie drżącymi liśćmi, Rosie znów zawiozła Sam do lekarza i długo z nim porozmawiawszy, pojechała do apteki w Blackbury Jambs. A teraz Sam zażywała phenobarbital elixir trzy razy dziennie. Jako pięciolatka była zbyt młoda, żeby łykać tabletki. Rosie stale nosiła przy sobie gorzki syrop i małą plastikową strzykawkę bez igły, z której wstrzykiwała go w usta Sam, nigdy bez długiej batalii.
– Jesteśmy – powiedział Allan.
– Patrz, jesteśmy – powiedziała Rosie do Sam.
Jechali Blackbury River w kierunku Kaskadii, a teraz na zakręcie ujrzeli gmach nad rzeką, spiętrzony na wysepce, której pstre jawory nabierały już żółtej barwy.
– Ha! – zawołała Sam klęcząc na brązowych fotelu z palcami na krawędzi szyby. – Ha ha.
To był zamek. Komicznie posępny, lecz nie odpychający; trzy nieregularne wieże wznosiły się na narożnikach muru i donżonem pośrodku z machikułowym gzymsem u szczytu. Nikt nie wziąłby go za autentycznie średniowieczny, ale na pewno był stary, zapuszczony i zgarbiony, wczepiony w trójrożną wysepkę pośrodku nurtu jak ogromny, czarny, wyliniały, ponury sęp. Mur od strony ulicy pokrywały wielkie wykute litery w kanciastym stylu, o którym Rosie wiedziała, że nazywa się gotycki, choć nie wiedziała dlaczego. Napis głosił: BUTTERMAN’S.
– Powiedział, że spotka się z nami na tej, no – zająknął się Allan – no, na molo.
– Na przystani – poprawiła Rosie.
– Aha.
Allan Butterman twierdził, że jego nazwisko nie ma związku z napisem wyrytym na ścianie zamku, ale Rosie (i Sam) nie wierzyły mu. No, kiedyś może był jakiś przodek, powiedział Allan. Jego skromność zdumiewała Rosie; bardziej odpowiadało mu udawanie, że nie ma nic wspólnego z najbardziej znanym nazwiskiem w hrabstwie, niż sprawianie wrażenia, że rości sobie prawa do starego gmachu i jego ekscentrycznej proweniencji. Rosie z kolei nie miała oporów przed stwierdzeniem swojego udziału w legendzie: z punktu widzenia prawa zamek Butterman’s należał do rodziny Rasmussenów i Rosie była ostatnią witką na długiej gałęzi drzewa genealogicznego tej rodziny w hrabstwie, a dziś miała po raz pierwszy przekroczyć rzekę i wejść do zamku. Poczuła dziwny ruch w piersi, gdy o tym pomyślała i zaśmiała się.
To tylko ruina.
– Tutaj – powiedział Allan i małym palcem przerzucił dźwigienkę, zapalając szmaragdową strzałkę. Sam patrzyła jak mruga. Allan skręcił z drogi i wjechał na parking przy przystani.
– No i jesteśmy – powiedziała Rosie i otwarła grube jak w grobowcu drzwi tigress. – Chodź, skarbie.
Ale Sam ociągała się, może przestraszona tym miejscem i całą podróżą, kiedy była już tak blisko, albo po prostu niechętna do opuszczenia przytulnej enklawy samochodu. Może nie potrafiła się jak Rosie śmiać się z oporu własnego serca.
Przestań tak tępo patrzeć, chciała powiedzieć jej matka i nigdy nie mówiła. Nie zamieraj tak i nie gap się, tylko nie to.
– Mój stary dom – powiedziała Sam jeszcze nie zdoławszy przełamać zaklęcia.
– Tak? No to chodźmy go obejrzeć.
Jej stary dom. Sam po raz pierwszy zdumiała Rosie wieścią o starym domu, gdy miała trzy latka. Na początku tylko o nim mówiła: jak to w jej starym domu jej dawna rodzina mieszkała i żyła. Jaki stary dom? Dom, w którym mieszkała wcześniej. Ale potem zaczęła wskazywać miejsca, nieliczne, które przypominały jej o nim: To jest mój stary dom. To? pytała Rosie zastanawiając się dlaczego Sam wybrała właśnie to miejsce – raz była to dwustuletnia stodoła w trakcie rozbiórki i wysyłki do Kalifornii, gdzie miał w niej zamieszkać jakiś bogacz; kiedy indziej gąsienicopodobna przyczepa brocząca ze spojeń rdzą, ustawiona na betonowych blokach, z doniczkami pelargonii z przodu i zielonym zadaszeniem z włókna szklanego. Ale kiedy Rosie dopytywała Sam zawsze mówiła: to jest  j a k  mój stary dom.
– Mój stary dom – powtórzyła.
– Naprawdę naprawdę?
– Naprawdę naprawdę.
Upał na zewnątrz klimatyzowanego samochodu był niewiarygodny: wzgórza Faraways zalegały pod falą gorąca, krystalicznym wyżem bermudzkim, nieruchomym od wielu dni. Rosie jednak zadrżała. Każde dziecko, pomyślała biorąc Sam za rękę, każde dziecko sprawia czasem wrażenie, że jest skądinąd.
Przystań oferowała do wynajęcia kilka łodzi wycieczkowych z pasiastymi daszkami, kotwiczyło tu też parę żaglówek i motorówek. Allan w swoich drogich, czarnych, lśniących butach zszedł ostrożnie tam, gdzie starszy mężczyzna majstrował przy silniku niewielkiej motorówki Chris-Craft z lakierowanego drewna i błyszczącego chromu do przewozu dzieci przez rzekę.
– Sam, ale będzie super.
Oczy Sam miały ten wyraz zaabsorbowania, który wzruszał jej matkę niemal do łez. Gdy Allan i mężczyzna zamachali do nich zachęcająco, Sam podeszła śmiało, pozwoliła Allanowi i przewoźnikowi wziąć się za ręce i zaprowadzić na pokład.
– Proszę jej dać kamizelkę – zawołała Rosie.
– Pewnie – odpowiedział.
Powykrzywianymi artretyzmem rękami, brudnymi od oleju i o połamanych paznokciach założył Sam kamizelkę-zbroję. Patrzyła nieruchoma i zaciekawiona. Rosie, jej giermek, weszła na pokład ostatnia.
– Od strony ujścia jest wciąż działający dok – rzekł mężczyzna sięgając na siedzenie obok po tępą końcówkę cygara z popielniczki wykonanej z cynowej puszki. – W porządku?
– W porządku – odparł Allan. Silnik zaskoczył.
Kiedyś, kiedy wzgórza Faraway pełne były turystów, kiedy znajdowały się akurat na tyle daleko od Conurbany, Filadelfii i Nowego Jorku, żeby zarazem stanowić leśne ustronie, oraz być łatwo dostępne koleją albo parostatkiem, zamek oferował coś w rodzaju małego prymitywnego parku rozrywki. Odbywały się tam koncerty, wisiały japońskie lampiony, na przystani wędkowano, z wież podziwiano widoki. Teraz Faraways nie są już dość daleko a słowo „turysta” (przynajmniej dla uszu Rosie) ma komicznie przestarzałe brzmienie, zostawia na języku posmak atmosfery krótkiej, bezpiecznej wycieczki odbywanej z niezwykłym nakładem wysiłku. Zamek stał porzucony od kilkudziesięciu lat, a teraz się rozpadał. Przez jakiś czas, piętnaście lat wcześniej, gdy Rosie wciąż mieszkała na środkowym zachodzie, powieściopisarz i miejscowy celebryta Fellowes Kraft planował otworzyć zamek na nowo, wykorzystać mieszczący się tu teatr na festiwale szekspirowskie; plany jednak koniec końców okazały się zbyt dalekosiężne. Rosie wiedziała, że prawie wystawiono tutaj sztukę, nie szekspirowską, ale starą, o diabłach i magii; jaki nosiła tytuł? Potem zamek znów zamknięto i senność wróciła tu na dobre.
Górował nad nimi posępnie, kiedy podpływali pod murami do doku, kilwater rozpryskiwał się o skały, betonowe filary, wielkie rdzewiejące pierścienie. Wszyscy podnieśli głowy. Wąskie ostrołukowe okna zabito butwiejącymi okiennicami. Rosie przypomniała sobie niesamowite perypetie Nancy Drew. „Tajemnica zamku na wyspie”. W torebce miała latarkę…
– Koniec rejsu – powiedział Charon. Dok miał schody wciąż wzbudzające zaufanie; tam przycumowali. Pasażerowie wysiedli, ale przewoźnik oznajmił, że zostaje. Sam obejrzała się na niego, jak gdyby rozważając, czy wolno mu zostać; w końcu zdecydowała, że tak, i poprowadziła resztę ku wielkim zamkniętym wrotom. Pokryte były bliznami i cięciami jakby nosiły na sobie dwie dekady zaklęć i przekleństw – inicjałów, imion, wulgaryzmów, wyznań miłosnych, greckich liter.
– Fools’ names – mruknęła Rosie.
– Słucham? – spytał Allan.
– Fools’ names like fools’ faces oft appear in public places*. Moja matka często to powtarzała.
Jak mieli otworzyć te wrota? Obrócić je na olbrzymich zawiasach? Nie musieli. We wrotach znajdowały się drzwiczki (kiedy później opowiadała Pierce’owi Moffetowi o tej wycieczce nazwał je furtką), i kiedy Allan podszedł, wyjął z kieszeni garnituru – absurd – zardzewiały klucz uniwersalny wielości łyżki.
Rosie uświadomiła sobie, że odkąd wróciła do Faraways, wciąż otwierała z dawna zamknięte drzwi. Oprócz tych teraz, także drzwi do domu Fellowesa Krafta w Stonykill, które były zamknięte od jego śmierci. Drzwi do jej dzieciństwa spędzonego pośród tych wzgórz, drzwi, na które natknęła się nieoczekiwanie w dziwnych miejscach, i przed którymi stała zaskoczona, dopóki klucz do ich zamków nie objawił się jej albo w niej. Drzwi do niej samej, które odkryła, ale których nie otwarła. Drzwi, które mogły – bała się tego – nie kryć za sobą nic.
Boże, jakież to smutne i dziwne: przekroczywszy ościeże znaleźli się na okazałym zachwaszczonym dziedzińcu, gdzie stały stoły i ławy, gotowe na towarzystwo, lecz zszarzałe, wypaczone i zbutwiałe, zaśmiecone liśćmi i ptasimi odchodami. Wokół stały w podejrzanych pozach cedry, rozrosłe i zaniedbane, choć niegdyś tworzyły elegancki szpaler. Z tyłu na podium stały dwa drewniane trony, dla niego i dla niej.
Sam ruszyła prosto przez scenerię, jak gdyby naprawdę wracała do siebie.
– Tam! – wskazała palcem na trony. – Tam!
– Twoje? – spytała Rosie.
– Mojego taty i mojej mamy.
– Też tu mieszkali?
– I miałam siostry.
– Ile?
– Sto.
– Ooo, to dużo. Jak tu się mieściły?
– Są małe. – Sam podniosła dłoń i zbliżyła kciuk do palca wskazującego, a potem oba do oka, mrużąc powieki nad mikroskopijnymi rozmiarami sióstr. – Tyci, tyci.
– I wszystkie tu mieszkały?
– Nie – powiedziała Sam z natychmiastową pewnością. – Gdzie indziej. Idźcie tam usiąść.
Pokazała palcem tron. Allan i Rosie spojrzeli na nią z góry. Nie opuszczała dłoni.
 – Tam.
– Może powinniśmy się rozejrzeć?
– Siądźcie – powtórzyła groźnie. Odczekała aż matka i prawnik wejdą po stopniach i usiądą.
Dlaczego, zastanawiała się Rosie, ci ludzie po prostu odeszli? Właściciele, personel – dlaczego wszystko zostawili? Może nie sądzili, że jest to cokolwiek warte. Stare rupiecie, na łasce i niełasce pogody. Teraz nie wydawało się bezwartościowe. Ludzie z przeszłości podejmowali wysiłki, których nie podjęliby dziś; nie wystarczała im wyspa na rzece, więc wybudowali wielki fałszywy zamek z prawdziwego kamienia i drewna, prawdziwszy niż teatralna scenografia. Stolec, na którym siedziała, udekorowany był równie bogato jak stolec królowej w Królewnie Śnieżce, albo jak osnute pajęczynami meble w filmie o wampirach.
– Chciałem ci powiedzieć – odezwał się Allan. Nie usiadł, stał u jej boku, niczym pastor, czarownik albo szara eminencja. – Akurat jak wybierałem się ciebie podwieźć. Zadzwonił prawnik Mike’a.
Mike Mucho był ojcem Sam, z którym Rosie prawie się rozwiodła – praktycznie, zasadniczo, właściwie, ale jeszcze nie do końca.
– Tak?
– Rozmowa była dziwna. Był jakiś niepewny. Ale z tego co rozumiem, Mike chce na nowo omówić pewne aspekty ugody.
– Och.
– Chce porozmawiać o opiece nad dzieckiem.
Rosie położyła ręce na oparciach tronu gestem godnym królowej. Zapach nagrzanego słońcem szarego drewna upajał. Skąd wiedziała od samego początku, że to usłyszy? Sam, która ignorowała ich, odkąd kazała im usiąść, i wyruszyła na wyprawę przez zagracony dziedziniec, teraz się zatrzymała. Spojrzała na swoje stopy, na ziemię pomiędzy butami Mary Jane, gdzie ujrzała coś wartego zainteresowania, a potem przykucnęła, żeby się lepiej przyjrzeć. Piękno jej nagich opalonych nóg, piękno zainteresowania, jakie poświęcała ziemskim drobiazgom. Przez duszę Rosie wiał wiatr, obmierzła pewność straty.
– Będziemy musieli porozmawiać – powiedział Allan – ale nie teraz.
Zwiedzili resztę zamku. Otwarli drzwi do małego teatru, który zajmował środkową wieżę (TWIERDZA widniało nad drzwiami; litery wykuto w kamieniu, ale tak, aby wiły się niczym gałęzie) i odkryli pełno rupieci, krzeseł i stołów, stary sprzęt kuchenny, płócienne markizy, stosy tac i drewnianych skrzyń z kubkami i filiżankami; całe wieże takich skrzyń walały się, a potłuczone naczynia nikły w zakurzonych kopcach archeologicznych. Latarka Rosie sięgnęła ku scenicznym draperiom, stosom ławek; Sam też przyglądała się spod jej ramienia.
– Nietoperze – powiedział Allan nie chcąc dalej iść.
Zmusiła go, by szedł z nimi na górę, po schodach starych, lecz wciąż solidnych, kiedyś budowano porządnie; przejścia na szczycie nie były już tak pewne, ale Rosie i Sam wspięły się i tam, żeby rozejrzeć się z punktu widokowego.
 – Rosie – powiedział Allan – nie ma co szaleć.
– Wiem, czego chcę. Teraz przyszło mi to do głowy.
– Naprawdę? – odpowiedział Allan z dołu trzymając się drabiny.
– Chcę urządzić imprezę.
– Nie tutaj.
– Tutaj. Naprawdę wielką. Halloween. Dla masy ludzi. Dla każdego.
– O jejku! – pisnęła Sam.
Allan zmilczał. Rosie odwróciła się, by spojrzeć na jego cierpliwą twarz. Przybyła tutaj obejrzeć swój zamek, swój zamek, i podjąć decyzję, albo zacząć myśleć o jej podjęciu zanim zawali się, runie do rzeki i zniknie. I podjęła ją, a być może ktoś zrobił to za nią, kiedy tu stała.
– Zamek trzeba przekazać miastu – powiedziała. – Masz rację. Tak zrobimy. Niech go sobie mają. Naprawiają. Możemy im pomóc. Fundacja może. Ale najpierw chcę mieć tu imprezę.
– Halloween? – zdziwił się Allan. – Mówisz poważnie? – Był tak cierpliwy, tak starał się chociaż wziąć pod uwagę to, czego ona chce.
– Czarownice, Allan – powiedziała. – Nie widzisz tu tego?
– Nietoperze – rzucił.
– I duchy – zaśmiała się z krainy pod sobą i niebem nad sobą.
– Duchy – powtórzyła Sam.
Widok był rozległy, rzeka wiła się zamaszyście ku północy, do Jambs, znikając za zakrętem, przepływając przez nieistniejące wrota zwane Wrotami Dawida, wrzynające się w góry (nieistniejące, ponieważ kiedy się do nich zbliżyć, po prostu rozłaziły się i nijaczały – żadnych wrót).
Na górze Whirligig (która, wedle niektórych, zawdzięczała nazwę wirującym mgłom powstałym w prądach ciepłego powietrza znad Shadow River i okręcającym się wokół góry, lub też sprawiającym, że góra sama zdawała się wirować; nikt nie wiedział na pewno) znajdowało się Centrum Psychoterapii „Las”, odnowiony kurort, gdzie Mike Mucho pracował jako terapeuta, gdzie pracował pewnie i dzisiaj; swego czasu powiedział Rosie, że praktycznie stamtąd nie wychodzi. Dużo pracy. Z miejsca, w którym stała Rosie nie widziała „Lasu”, ale wiedziała mniej więcej gdzie leży; ktoś stojący na dachu ośrodka mógł być może zobaczyć ją na wieży zamku.
Od początku mówiła Allanowi, że ona przejmie opiekę nad dzieckiem, że co do tego nie ma dyskusji, absolutnie żadnej. Mike nie miał wtedy żadnych obiekcji. Co się stało, o co chodziło, co mu przyszło do głowy, czy myślał o dziecku, czy o czymś innym?
Przyprowadzę ją tutaj i schowam, pomyślała, zamknę za nami te wielkie drzwi. Nigdy, przenigdy.
Tego lata dałoby się wykreślić równoboczny trójkąt między wierzchołkami trzech gór, na które patrzyła – Merrow na wschód od Blackbury, Whirligig na zachód od Shadow, i najwyższą pomiędzy nimi Randą na północy. Mówiąc dokładniej wierzchołki trójkąta znajdowały się odpowiednio na zboczu zachodniego wypiętrzenia Randy, gdzie stał pomnik ku czci dawno zmarłego myśliciela z tego hrabstwa, niegdyś nawet sławnego, czy też raczej niesławnego; na głównej bramie do Centrum „Las”; oraz na czerwonym sedanie impala, rocznik 1959, zatopionym w wodach zamkniętego kamieniołomu w pół drogi po lesistym skłonie Merrow.
Gdyby przeciąć wschodni i zachodni róg tego trójkąta, linie połączyłyby się w Stonykill, a jeszcze dokładniej w Arkadii, posiadłości wzniesionej w zeszłym stuleciu przez przodków Rosie, a teraz służącej jako siedziba Fundacji Rasmussena. Gdyby spuścić pion z wierzchołka trójkąta przez jego podstawę, sięgnąłby aż tutaj, do zamku, do tej wieży na krańcu wyspy, do punktu widokowego, z którego spoglądała Rosie.
Tajemnicza geometria taka jak ta z czasem traci ostrość, odkleja się od rzeczywistości, staje się niejasna. Tak się dzieje zawsze, tak się działo właśnie teraz; ten układ miał nie przetrwać przemiany, w tej chwili roztaczającej się niepostrzeżenie nad hrabstwem i całym światem. Ale ponieważ nikt nie odkrył tej geometrii w epoce, kiedy obowiązywała, nikt nie zwróci uwagi, kiedy przestanie.
2

Wszechświatowy wicher, który dął tak mocno tamtej nocy podczas jesiennego zrównania (nie szukajcie go w almanachach, datują się z czasów późniejszych, skrupulatni redaktorzy zdążyli już poprawić te niemożliwości i usunąć dziwne luki, słuchajcie mnie, a ja wam powiem): tamten potężny wicher i deszcz przypominały jesienne burze w rodzaju tych, które wszyscy doskonale pamiętamy; prawdziwa burza ze wszystkimi szykanami – szybki spadek ciśnienia atmosferycznego, okropny ciężar na piersi, czarna euforia w miarę jak front burzowy wysoki jak nocne niebo przetaczał się z rykiem i łomotem; potem słoneczny dzień zaśmiecony gałęziami i dachówkami, niebo i serce dziwnie, cudownie czyste. Tego rodzaju wicher. Wszystkie te jesienne burze sprawiają wrażenie, że wymiatają coś starego, przynosząc w zamian coś nowego.
Kiedy wicher jął dąć tamtej nocy, ale jeszcze nie osiągnął pełni mocy, Pierce Moffet siedział w maleńkim saloniku swojego ówczesnego mieszkania przy Maple Street w Blackbury Jambs, rozmawiając z sąsiadem Beau Brachmanem, który przycupnął na małym aksamitnym foteliku, od czasu do czasu odgarniając z twarzy dziewczęcym gestem długie, czarne włosy.
– W Tybecie – powiedział Beau – ćwiczą na snach.
– Tak? – Pierce uwielbiał słuchać Beau, nie był pewien czy nie jest w Beau trochę zakochany. Rozmawiali o tym jak świat można zmienić samym ludzkim zamiarem. (Świat: wszystko to, całe otoczenie, jego prawa, ograniczenia i dane, co jest, było, będzie – wiedzieli o co chodzi.) Wszystko wokół, w pudłach i torbach, w tym pokoju i sąsiednim stanowiło większość zawartości mieszkania, bo nazajutrz Pierce miał przeprowadzić się z Blackbury do domku w nieodległym Littleville. Na podłodze między rozmówcami stał wysoki cylindryczny imbryk turecki z mosiądzu oraz dwa mosiężne kubki; Beau podczas swoich podróży nauczył się pić i robić kawę, a Pierce przypadkiem miał imbryk i filiżanki nigdy wcześniej nieużywane; zatem sączyli teraz niewielkimi łykami słodki, mocny wywar bacząc by nie dotknąć wargami fusów na dnie.
– Nauczyli się – ciągnął Beau – jak zachować świadomość podczas snu, chociaż poddają się wszystkim wydarzeniom i doświadczają wszystkich przygód. Ale kiedy pojawia się niebezpieczeństwo, albo kiedy utkną z jakimś nieskończonym problemem nie do rozwiązania, wiesz o czym mówię…
– O tak, wiem.
– Albo dopadnie ich niepokój, albo ból, wtedy zmieniają sen, żeby bezpiecznie z tego wyjść.
– Na przykład?
– Na przykład pośród ciemnego znalazłeś się lasu i zagrażają ci dzikie zwierzęta; chcesz się stamtąd wydostać, więc świadomie wzywasz…
– Taksówkę.
– Pewnie.
– Proszę mnie zabrać do domu.
– Tak. Ćwicząc w ten sposób można się nauczyć postępować tak samo, kiedy się nie śni. Kiedy znajdziesz się w miejscu, gdzie potrzebujesz pomocy, albo nie wiesz jak się skądś wydostać; czujesz się zagrożony, albo…
– Różnica polega na tym – przerwał Pierce – że sny są w nas, w środku. Świat jednak jest na zewnątrz. My jesteśmy w nim.
– Aha – uśmiechnął się Beau; tak naprawdę wcale nie przestawał się uśmiechać, miał na twarzy niezmywalny uśmiech niczym na hieratycznej masce, twarzy Buddy, albo starożytnej greckiej rzeźbie, ale bardziej frywolny i przekorny.
Pośród ciemnego znalazłem się lasu. Pierce’owi przypomniał się stary program telewizyjny dla dzieci, do którego można było napisać, a wtedy przysyłali specjalną folię plastikową do założenia na ekran i pudełko kredek; a kiedy rysunkowy bohater programu (jak miał na imię?) stał bezradny nad przepaścią lub pod skałą, głos mówił natarczywie Szybko dzieci, narysujcie most albo Narysujcie drabinę, dzieci; a bohater ruszał dalej, tyle tylko że ruszał dalej nawet jeśli nic się nie narysowało, podróżując w powietrzu.
Ale gdyby przyjąć, że możesz zmienić świat jak to opisał Beau, że możesz przynieść szczęście w swoje i cudze życie, czy nie musiałbyś zarazem przyjąć, że okropne i nieprawdopodobne katastrofy, równie przypadkowe, równie odpowiednie, także są zmianami w świecie, których dokonałeś, cudami a rebours? A może były dziełem innych mocy, innych osób, równie dobrych w tym, co ty, albo i lepszych? Skoro potrafisz wybrać jedno, możesz uwierzyć, że wybierasz wszystko: że w każdej chwili stoisz na rozstaju dróg, które sam wytyczyłeś.
Winky Dink, tak nazywał się ten człowieczek z telewizji. Bezradny, głupiutki malec. Szybko dzieci, pomóżcie. Kto by to zrobił, pomyślał, kto by narysował most stąd do tamtąd, drzwi z pułapki bez wyjścia? Sztuczka polegała na tym, żeby przyjąć, iż ktoś gdzieś to zrobi i po prostu ruszyć w drogę.
W drogę.
Obaj myśleli zrazu, że wzmagający się wiatr otworzył drzwi na ulicę i trzasnął nimi: ale oto rozległ się szybki łomot kroków na schodach wiodących do mieszkania Pierce’a i usłyszeli, że ktoś go woła. Po chwili za szklanymi drzwiami stanęła Rose Ryder, stukając i szarpiąc za klamkę, z rozpaczą w oczach.
– Co się stało? – zapytał Pierce otwierając drzwi, ale ona była przepełniona, zbyt przepełniona rozpaczą, żeby to opisać. Zaczęła płakać, albo się śmiać zanosząc się staccato jęków, które mogły stanowić preludium do czegokolwiek.
– Co się stało? – powtórzył Pierce. – Spokojnie. Co się stało?
Beau wyciągnął nogę, na której siedział i wstał.
– Przewróciłam samochód – wyrzuciła z siebie. Popatrzyła na Beau i Pierce’a z nagłą zgrozą, jak gdyby to oni ją o tym powiadomili.
– Co?
– Samochód. Przewróciłam go.
– Podczas jazdy?
Patrzyła na niego. Zdumienie na chwilę ją uspokoiło.
– No tak. Jak jechałam. No wiesz, Pierce.
– Kiedy?
– Teraz, minutę temu. O Boże.
– Gdzie?
Ale emocje znów ją opanowały; trzęsąc się usiadła na podłodze. Włosy ciemniejsze i dłuższe niż Beau, przesłaniały jej twarz.
– Och – jęknęła zza tej zasłony. – Och.
– No więc – zaczął Pierce, ale wtedy podszedł Beau i ukląkł koło niej. Ujął w dłonie jej twarz, by spojrzała mu prosto w oczy, ale nie powiedział ani słowa. Potem usiadł obok na podłodze i otoczył ręką jej drżące ramiona, skroń w skroń, aż ucichła. Pierce z rękami w kieszeniach patrzył na nich z góry.
– Więc – odezwał się wreszcie Beau – co się stało? Gdzie samochód?
Rose zatopiła twarz w zgięciu łokcia, by otrzeć łzy.
– Na Shadow River. Przy moście. Na czyimś trawniku.
– Dobrze się czujesz?
– Raczej tak. Trochę się potłukłam.
Podniosła wzrok na Pierce’a i znowu w inną stronę. Pierce nie po raz pierwszy pomyślał o jej nocnym życiu, pełnym dziwnych zdarzeń, jak gdyby była lunatyczką. Zwykle jednak działo się to naprawdę.
– Jechałam do miasta – powiedziała – ale za szybko. Tam jest taki ostry zakręt, wiecie? I coś przebiegło mi drogę.
Znów emocje chwyciły ją za gardło. Znów zdawała się dopiero słyszeć wieść o tym, co jej się przydarzyło i sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz zacząć krzyczeć: ale ścisnęła się za policzki dłońmi i zatrzymała to w sobie.
– Coś?
– Coś jak pręgowiec. Nie widziałam zbyt dobrze.
– Pręgowiec?
– Albo szop. Więc ja – obróciła kierownicę w wyobraźni – a potem – przekręciła rękę w powietrzu imitując ruch samochodu. Znów załkała, ale ciszej.
Obaj mężczyźni milczeli. Beau ciągle ją obejmował; mieli do niej pytania, ale pozwolili, by na chwilę się oddaliła. Znów była w samochodzie, znów wpadała w poślizg, znów czuła, że rozstała się z ziemią, najpierw z lewej, potem z prawej strony.
– O cholera – szepnęła.
Pierce czując, że jej zgroza przeminęła także usiadł obok na podłodze i wziął ją za rękę.
– Ale jesteś cała. Tylko to się liczy.
Przecież mogła prowadzić własny samochód, małego czerwonego aspa kabriolet – tak myślał na początku, oczyma wyobraźni widział czerwony pocisk wirujący w powietrzu… Lecz oczywiście nie był to asp, kabriolet był w warsztacie (często tak się działo), a Rose prowadziła pożyczonego, przysadzistego sedana, o którym wyrażała się z pogardą, harriera (a może teriera, nie usłyszał dokładnie marki), który pewnie tutaj zawinił.
– To najważniejsze – powtórzył i pocałował ją w ocalałą głowę.
– Jak tu dotarłaś? – spytał Beau.
Sprawiała wrażenie jakby nie wiedziała. Dystans był spory, kilka przecznic (Pierce ciągle mierzył w przecznicach), przynajmniej mila ku granicy miasta i most przez rzekę Shadow. W jej oczach widać było, że ze zdziwieniem odtwarza tę drogę.
– Biegłam – powiedziała; strzeliła.
Odzyskała przytomność – odzyskała siebie – zwisając głową w dół na pasach, nie pamiętała momentu zapinania ich, ale najwyraźniej zrobiła to: znowu była to jedna z tych chwil, kiedy wychodziła z czarnego tunelu niewiedzy w miejsce, miejsce w swoim życiu, to miejsce; i musiała zrekonstruować całą drogę tutaj nie mając pojęcia jak, dlaczego. Czy ciągle się poruszała? Nie, to tylko wiatr na krawędzi zbitego okna. Czy to jej krew tak ciepło kapie po nodze? Nie, to leje się jakich płyn samochodowy. Cóż to za czarna istota przyciska się do bocznej szyby z otwartą mordą?
– Chyba walnęłam w ich skrzynkę na listy – powiedziała. – Tak, właśnie tak. – Drżącymi rękami zapaliła papierosa. – No i. Wyplątałam się z pasa, chyba otwarłam drzwi i wysiadłam. – Wysiadła obracając się przy tym, żeby stanąć do góry nogami obok swojego leżącego na prawym boku samochodu? Nie, mroczny świat obrócił się razem z nią, kiedy wysiadała, to samochód był do góry nogami, jedno z kół wciąż się kręciło. – Tak się bałam. Przyszłam tu nie wiem jak i teraz. Teraz. O cholera.
– Ale – powiedział Pierce – nic ci się nie stało i nikogo nie potrąciłaś…
– Uciekła z miejsca zdarzenia – przerwał Beau patrząc na zdumionego Pierce’a.
– Och.
– Tak się nie robi.
– O tak.
Pierce dopiero od niedawna miał prawo jazdy i dopiero teraz zaczynał pojmować do jakiego stopnia świat, w którym mieszkał, przystosowany był do samochodów i kierowców, jak ich potrzeba informacji i wskazówek, miejsc do parkowania i zawracania, pomocy w przypadku awarii lub zagubienia była zaspokajana – wcześniej tego nie dostrzegał; oczywiście istniały też kary, przepisy i nadzór równie drobiazgowe.
– Ale – odezwał się znów – no wiesz. Jak to szło? Byłaś pod wpływem?
– Pierce, oczywiście. Ciągle jestem.
– Och.
Zasłoniła oczy dłońmi, papieros wystawał jej spomiędzy palców mierząc w sufit.
– Boże. Jeśli zrobią mi badania, stracę prawo jazdy. Na pewno.
Jej kabriolecik miał sporo rys po spotkaniach z innymi samochodami, nigdy nie była winna, ale gromadziło się to na pewno gdzieś w archiwach. Mogła być teraz pijana, ale Pierce sądził, że pewnie pomyślnie przeszłaby badanie; jej reakcja na piwo czy dwa była jakby psychotropowa, wręcz bachanalska. Wiedział o tym.
– Czy w tym domu byli jacyś ludzie? Ktoś cię widział?
– Nie wiem. Nie widziałam świateł. Objęła się żałośnie rękami. – Co ja teraz zrobię?
– Więc może mamy czas?
– Czas? – spytała z wahaniem. – Jaki czas?
– Pojedziemy zobaczyć – powiedział Beau. – Może zdążysz wrócić, zanim.
Zerwała się; własne ramiona otaczały ją ciasno niczym kaftan bezpieczeństwa.
– Nie, nie, nie mogę. Nie mogę. Nie potrafię. – Oparła się o Pierce’a z zamkniętymi oczami szukając w nim schronienia.
Beau patrzył na nich być może zastanawiając się (jak wydawało się Pierce’owi) jakie miejsce może zająć w tej sytuacji, by coś tu naprawić. Wicher akurat wtedy uderzył w dom aż przez ściany przeszło drżenie, jak gdyby przepychał się w drodze przez Maple Street ku górom.
– Pojedziemy zobaczyć – powiedział. – Pierce?
– Pójdę po samochód – odparł. Miał nadzieję, że stanowczo.
– Nie! – krzyknęła Rose i chwyciła go za rękę. – Zostań.
– Pojedziemy moim – rozstrzygnął Beau. – Będę za minutę. Jak mnie usłyszycie, zejdźcie. Mam pewien pomysł, ale to od was zależy.
Gdy wyszedł, Pierce zaprowadził Rose do drugiego pokoju, największego w mieszkaniu, zarazem sypialni i gabinetu i posadził ją na łóżku.
– Stracę pracę – jęknęła.
– Z tego powodu? Na pewno nie.
– Nie z tego. Zamykają ośrodek.
Rose była asystentką i pracownikiem socjalnym w Centrum Psychoterapii „Las”. Pierce słyszał plotki. Duże kwoty poszły na adaptację do nowych zadań, mówiono też, że personel jest dobrze opłacany, że to szczęściarze. Ale ośrodek był ogromny i pomimo publicznego wizerunku solidności i zamożności, ładnych logo i lśniących vanów na ulicach, a także wsparcia dla lokalnej społeczności, zawsze zdawał się pozbawiony znaczenia – a być może korzeni? – tak jak pensjonariusze.
– Powiedzieli ci?
– Mówić to oni nie mówią. Ale zapowiedzieli, że przydziały pracownicze na wiosnę zostaną ogłoszone dopiero końcem roku. – Ośrodek działał w systemie niejako semestralnym, trochę jak swoista szkoła, tylko, że najpopularniejsza latem, zimą przeważnie zamknięta (trudności z ogrzewaniem i dojazdem na zaśnieżony stok). – Powiedzieli nam na przyjęciu. No wiesz.
Przypomniał sobie, że właśnie tego wieczora była na przyjęciu dla personelu na koniec sezonu. Wino, może piwo. Nie miał kto się nią zaopiekować. Prosiła, żeby z nią nie jechał.
– Ale – zaprotestował – nic konkretnego.
Położyła się na łóżku rozrzucając długie włosy po poduszce.
– Ojej – zalamentowała. – Co ja teraz zrobię? Co zrobię?
Położył się obok, by ją objąć. Wicher szalał wokół nich. Co ona teraz zrobi? Pomyślał o tych wszystkich, którzy dzisiaj pracowali na swoim, którzy, jak oni, wyszli z uniwersytetów z dyplomami w kieszeniach, prawdziwymi, lecz bezużytecznymi (w jej przypadku literatura amerykańska), którzy dostali pracę w opiece społecznej, albo otwierali za oszczędności sklepiki, uczyli się prostych rzemiosł i sprzedawali swoje produkty, albo cudze produkty, albo też samych siebie, zawsze wiedząc, że to nie potrwa długa.
On przecież też. Dziwne to było pokolenie, luźny szew społecznej materii, niektórzy z nich przeznaczeni do wielkich rzeczy, inni nie, niektórzy uniesieni porywem zdarzeń i zgubieni na zawsze. W większości byli optymistami, ale u ich stóp zawsze mogła otworzyć się otchłań skłaniająca do zadumy i lęku.
On sam od dawna im służył – kobietom w takiej konsternacji. Mógłby wręcz (gdyby chciał) uwierzyć, że był tu z tego powodu, by służyć im i pomagać: kobietom poszukującym czegoś, sztuki, umiejętności, pasji, pomysłu na rozwój samych siebie i sposobu wykorzystania go. Artystyczne dusze, pewne, że posiadają moc, ale nie mające na co jej wykorzystać, drapieżcy starający się (we łzach, w amoku, w mroku nocy) odkryć co jest ich zwierzyną łowną. „Kim mam być, co mam zrobić?”
Nie dał Rose odpowiedzi. Wiedział o co się go tu prosi, ale nie zamierzał dawać odpowiedzi, nie miał już nic do dania, a nawet gdyby miał, zatrzymałby dla siebie, bo jego potrzeba była równie wielka. Służył bezinteresownie (nie bezinteresownie, lecz na pewno lekkomyślnie, a biorąc pod uwagę ostateczny koszt, wychodziło na to samo); nasłużył się już i nie miał zamiaru tego ciągnąć. Non serviam. Nie tym razem. Cholera, nie tym razem.
– Przyjechał Beau – powiedział i podniósł się.

Chociaż Rose i Pierce pewnego lata w Faraways byli kochankami, nie byli sobie wierni; przynajmniej Pierce zakładał, że ona nie była mu wierna; jej tłumaczenia nie zawsze były zrozumiałe, a nigdy nie trzymały się kupy, jak nikt potrafiła wypierać się – przede wszystkim przed samą sobą – co lub z kim kombinowała; gdy wypiła kilka drinków, noce zamykały się za nią niczym sny, a mężczyźni i przygody nie rejestrowały się wyraźnie w jej pamięci. Kiedyś przyjęła propozycję podwiezienia od pewnego znajomka (asp znowu w warsztacie?), a kiedy wyciągnęła samochodową popielniczkę, zauważyła brzeg małego pojemnika; czując nieokreślony bryzg pamięci, sięgnęła po nie i wyjęła szkła kontaktowe, których nie mogła znaleźć od wielu dni.
– Zniszczone?
– Nie. Tylko brudne.
– Potrafił wyjaśnić?
– Nie potrafił. Jak mógłby, skoro ja nie potrafiłam.
– A więc nie wiesz, co jeszcze mogło stać się w tym samochodzie, oprócz tego, co stało się ze szkłami.
– W sumie nie.
Nie mógł od niej wymagać wierności, nie miałby czym jej odpłacić i nie wiedziałby co z nią zrobić, gdyby mu ją dała. Każda, z którą miał lub zakładał taki komplet miłości i wierności nie utrzymała go i myślał, że dał już sobie spokój. A jednak nie podjąwszy  świadomej decyzji całe to lato był wierny Rose, przynajmniej w tym sensie, że nie miał oprócz niej żadnej kochanki. Albo tylko jednego imaginacyjnego, fantazmowego: bratnią duszę, inkuba oraz (był o tym przekonany) rajfura, który złączył go z Rose.
Swego syna Robbie’ego.
– Chciałabym go poznać – powiedziała Rose. Wierzyła, że Robbie to dziecko jego ciała, poczęte z bardzo dawną miłością, wychowane przez dziadków gdzie indziej, które dopiero teraz znów pojawiło się w życiu Pierce’a. tak jej to przedstawił. A mówiąc o tym i uprawdopodobniając to, Pierce odkrył o Robbiem pewne rzeczy, których nie odkryłby w innych przypadku.
– Być może tak się stanie.
Trwała sierpniowa noc, gorąca jak dzień; byli nadzy, po szyje zanurzeni w nieruchomej czarnej wodzie wypełniającej opuszczony kamieniołom na górze Merrow.
– Jest brunetem jak ty?
– Blondynem. Coś jakby bursztynowy miód; może jeszcze ściemnieje.
– Piaskowy blond.
– Oczy też barwy miodu. – Może zrobionego przez słynne pszczoły z góry Hymettus.
– Inaczej niż ojciec.
– Całkowicie.
Pierce liczył na to, że jego wymyślony syn i kochanek (o tym Rose nie powiedział) zniknie. Szybko lub wolno, ale zniknie z jego życia, a Rose wejdzie w nie głębiej. Ale Robbie nie odszedł, kiedy przybyła Rose. Stał się tylko gęstszy, jaśniał miodowym ciepłem, kiedy Pierce i Rose spotykali się tamtego lata. Był z nimi (choć widział lub postrzegał go tylko ojciec) tamtej gorącej nocy w kamieniołomie Merrow. Śmiejący się chłopiec Caravaggia, nagi na steli z granitu tuż nad wodą z policzkiem na podciągniętym kolanie.
– Ciepło – powiedziała. Zanurzyła się, aż jej podbródek połączył się ze swoim słabym odbiciem na powierzchni wody. – Najpierw było mi gorąco, a woda była zimna, teraz powietrze jest zimne, a woda ciepła.
Podpłynął do niej powoli. Jej twarz była niewyraźna, włosy roztapiały się za nią w czarnej wodzie. Wyczuwali pod sobą głębię, jej ciężar tyleż materialny co jej ciemność gęsta. Dlaczego nocą głęboka woda sprawia wrażenie bestii, istoty, zwłaszcza gdy pływa się nago?
Stawy po kamieniołomach są głębokie, wielosążniowe, choć może nie aż tak głębokie jak niektórzy sądzą. Na samym dnie leży czerwony impala, w której para zakochanych zatonęła w 1959 roku; bagażnik jest otwarty, ponieważ walizki, z którymi uciekali zauważono na drugi dzień unoszące się na powierzchni, stąd dowiedziano się, że zjechali ze zbocza. Mówi się, że para wciąż jest w środku, po szyje w mule, ona za kierownicą, on u jej boku (z ręką na drzwiach, za późno, za głęboko). Ale to nieprawda. Nurkowie wydobyli ciała, teraz spoczywają pogrzebane w ziemi jak to zwykle bywa, z dala od siebie.
Wyżej droga, po której jechała impala, od dawna zamknięta, prawie już zniknęła; zakochani i pływacy zostawiają teraz samochody przy drodze dojazdowej i idąc pieszo obok niemal nieczytelnych znaków Zakaz wstępu docierają do granicy kamieniołomu. W ten sposób dotarli tu Rose i Pierce. Nadal jedynym dogodnym sposobem zanurzenia się jest skok. Więc Pierce wziął Rose za rękę (dla jakiej innej kobiety musiałby być tak odważny?) i skoczyli razem nogami do przodu, patrząc w dół, krzycząc.

– Taki jest mój plan – powiedział Beau do Pierce’a i zaśmiał się sam z siebie. Widzieli już pulsujący niebieski poblask za zakrętem po drugiej stronie rzeki. Podjechali powoli, nie najkrótszą trasą, a Beau tłumaczył. Sprawa wydawała się dość prosta, choć serce Pierce’owi drżało; nigdy nie potrafił łatwo negocjować z ziemską władzą, zwykle nie zakładał, że można z nią negocjować, a tylko uginać się lub unikać.
Beau zatrzymał samochód po drugiej stronie przewróconego żółwia jakim stał się samochód Rose i zaciągnął ręczny. Gliniarze zwrócili na nich uwagę, kiedy tylko Pierce wysiadł.
Zawiózł ją do domu, nie, podwiózł ją z przyjęcia do domu, a raczej do miasta, kiedy, nie, zawiózł ją bezpiecznie do siebie (gdzie, tak, teraz była), a potem wrócił sam z powrotem na górę, ponieważ zostawiła swoje, zapomniała swoich szkieł kontaktowych, a on zaproponował, że pojedzie po nie. Ale nie mógł ich znaleźć. No więc wracając do miasta tutaj właśnie coś przebiegło mu drogę. Myślał, że szop, może. Coś przebiegło mu drogę. Samochodu też dobrze nie znał, sam prowadził sedana marki steed. W każdy razie duży, amerykańskim. I.
Beau przybył by potwierdzić, że Pierce do jego, Beau domu, w stanie pełnej zdumienia dezorientacji. Nie, nie ranny, może uderzony w głowę. Lekarz? Nie, nie. Chwilowo. Teraz w porządku. Dlaczego oddalił się przed zawiadomieniem policji? Pierce (nie po raz pierwszy, ani ostatni, ani też najgorszy) tłumaczył się niewiedzą. Poprosili, żeby Pierce stanął w oświetlonym miejscu, zajrzeli mu w twarz świecąc mocną latarką; potem kazali mu iść po białej linii wzdłuż pobocza.
Potrafił to zrobić i zrobił. Wystąpił z szeregu by zająć jej miejsce, i miał zamiar zrobić wszystko czego od niego zażądają; swoją (chwilową, przejściową) niewinnością zastąpi jej winę i weźmie także na siebie brzemię jeśli trzeba je będzie wziąć. Nie było żadnego: musiał zrobić to i tamto czego wcześniej nie robił, wezwać pomoc drogową (najwidoczniej pracowali w nocy) i wypełnić parę formularzy; a teraz czyste konto Pierce’a było zbrukane, poczuje rezultat kiedy pójdzie zapłacić następne składki. Ale wtedy o tym nie wiedział.
– Coś się dzieje w „Lesie” – powiedział do Beau kiedy jechali z powrotem. – Nie wiem co. Coś.
– Ja wiem – powiedział Beau spokojnie. – Tak. Wiemy, że coś się dzieje.

Kiedy Pierce wrócił Rose spała; zrzuciła pościel, ale się nie rozebrała, leżała powykrzywiana na prześcieradle jak swastyka, długie stopy miała bose, twarz ukrytą we włosach. Rozebrał się nagle zdławiony i rozpalony i położył się obok. Kiedy wyłączył światło, wicher jakby się rozdął i wypełnił pokoje; w kuchni coś spadło z papierowym szelestem, a Rose się obudziła. Uniosła się jak gdyby z głębokiej toni i usiadła jak gdyby na brzegu basenu patrząc w głąb. Potem obróciła się do Pierce’a rozciągniętego nago obok.
– Nie było żadnego pręgowca – powiedziała.
– Myślałem, że mówiłaś o szopie.
– Nie było żadnego.
Zastanowił się co to mogło znaczyć. Że nie miała żadnej wymówki na utratę kontroli nad pojazdem na tym zakręcie. Że wcale nie straciła panowania, przynajmniej nie nad samochodem, który wykonał to, co mu kazała. Pozostawało jedno pytanie – dlaczego – i nie zamierzał jej go zadawać.
– Okej – powiedział. Znów położyła się i założyła ręce za głowę.
W pokoju robiło się zimniej w miarę jak do środka wkradało się powietrze z zewnątrz. Zasypiała to znów się budziła, wierciła i rzucała bezwolnie, w końcu poszła do łazienki. Słuchał wichru i spłuczki w toalecie. Przydreptała z powrotem i wspinała się na łózko, kiedy ją zatrzymał.
– Zaczekaj. Chwilę.
Stała przed nim, a on siedział na krawędzi łóżka. Rozpiął jej dżinsy, pociągnął za zatrzask i suwak; położyła mu ręce na ramiona. Wyłuskał ją ze spodni ciągnąc je w dół, żeby mogła uwolnić z nich nogi.
– Proszę – powiedział.
Rozpiął i zdjął jej też koszulę, a potem objął, by rozpiąć biustonosz. Delikatnie trącił uwolnione piersi, spojrzał w nieobecne oczy, wpuścił ją z powrotem do łóżka.
– Straszny ten wiatr.
Naprawdę stawał się niepokojący. Z zewnątrz dobiegały dźwięki, dyszkant stukotów, łomotów i gwizdów na melodię wiatru, których nie dało się zinterpretować, dopiero następnego dnia miały się okazać krzykiem zbiegłych mebli ogrodowych lub powyrywanych sztachet.
– A jeśli to jest to? – spytała.
– To znaczy?
Ale ona znów spała, a przynajmniej nie odpowiedziała; spojrzał na jej twarz w mroku i nie potrafił stwierdzić czy ma zamknięte oczy.
Tak naprawdę wiedział co to znaczy, bo to właśnie od niego usłyszała mitologię wiatru, który wieje tam, gdzie chce, jako jedyny element Natury nie będący pod władzą Boga i dlatego być może do dyspozycji naszego Wroga; słyszała odeń opowieści o wichrach – zmieniaczach historii, jak kiedyś taki wiatr zniszczył hiszpańską Armadę i w ten sposób ocalił Anglię przed katolickim podbojem, słynny wiatr, który, jeśli sprawdzić w ówczesnych kronikach, nie istniał. Opowiedział jej o wichrze, który unosi z sobą dawną epokę i innym wichrze, który przynosi nową oraz o ciszy pomiędzy. Opowiedział jej o wielu rzeczach.
Boże, jakże targały nią sny – teraz jej ramię wyprostowało się i spoczęło na jego torsie a z otwartych ust z każdym oddechem dobywało się ciche dziecięce kwilenie strachu. Zwykle nie pozwalał jej spać obok.
Nie, nic nie stanęło jej na drodze, co musiałaby ominąć gwałtownym ruchem, chodziło raczej o coś co podążało za nią, a od czego uciekała. Któż pędzi tak szybko nocą i na wietrze?
Zadrżał do szpiku kości i przykrył swą nagość.
Kiedy było późno Robbie wyszedł z werandy Pierce’a i stanął nad ojcem. Pogrążony w głębokim snie Pierce zdumiał się wyraźną obecnością chłopca, wyraźniejszą niż kiedykolwiek. Złote włoski na ramionach; ohydny spokój uśmiechu peszącego i zachęcającego zarazem, który Pierce nieczęsto widywał, a którego tak często poszukiwał za pomocą środków duchowych i fizycznych. Robbie pochylił się i pocałował go w policzek, odwrócił się – spełnił swój obowiązek, teraz wzywali go inni i inne zajęcia. W otchłani snu niezdolny, by go zawołać, Pierce czuł, jak odchodzi, ale nie zapamiętał tego: zapamiętał tylko, że obudził się nagle, opuszczony, tylko z kobietą u boku i straszliwym wichrem za oknem.

Następnego poranka – trwożliwie błękitnego, z uciekającymi przed czymś chmurami –  Rose siedziała na werandzie Pierce’a i rozmyślała paląc papierosy podczas gdy Pierce ładował pudła i meble na ciężarówkę swojego przyjaciela Brenta Spofforda: był to ten sam człowiek a nawet ta sama ciężarówka, która kiedyś przywiozła Pierce’a i te książki z miasta na wieś. Kiedy skończyli, wyjechali z Jambs (machając po drodze do wychodzącej z apteki Rosie Rasmussen, Rosie, która była w pewnym sensie pracodawca Pierce’a, a także w innym sensie kochanką i wybranką Spofforda) i ruszyli ku Littleville, do domu dokąd Pierce się przeprowadzał. Niemal spodziewał się, ze na miejscu odkryje, że dom zniknął usunięty jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przez wiatr – ale czekał na niego.
3

Końcem sierpnia zatem Pierce mieszkał już nad szemrzącą rzeką tak jak i Rose Ryder, choć w innym domu i nad inną rzeką. Rose spędzała jesień w letnim domku administratora w Centrum Psychoterapii „Las”; kiedy „Las” zaczął zamykać wakacyjne programy, administratorka przeprowadziła się z powrotem do swojego domu i biura w mieście i Rose mogła mieszkać w jej domku aż do mrozów kiedy trzeba wyłączyć wodę, przenieść pod dach krzesła i grill z tarasów, zabić okna szarą płytą wiórową i poszukać innego miejsca do zamieszkania do następnej jesieni, innego sublokatora, innego pokoju. Tymczasem obserwowała jak las wzdłuż rzeki Shadow nabiera barw, taras zasypują poszarpane liście, a rzeka mgli się o poranku. Uważała wtedy ten domek za swój.
Nowy dom Pierce’a w Littleville leżał nad Blackbury, drugą rzeką wijącą się przez Faraways, zasilaną ze źródeł innych niż te zasilające Shadow – wiosny, topiące się śniegi wysoko na szczytach Appalachów – by wreszcie złączyć się z Shadow w drodze do morza.
To Rose przywiodła go do tego domu. Po raz pierwszy spotkał ją długo przed tym jak przeprowadził się do hrabstwa, na nocnej imprezie nad rzeką. Zaprosił ją na przejażdżkę łodzią, a ona prowadziła łódź przez trzciny, lilie wodne i wierzby myjące w toni swoje włosy w kierunku głównego nurtu i niebawem trafili na maleńką przystań na końcu zasłanej igłami dróżki, która prowadziła przez sosny do wielkiej osłoniętej tylnej werandy czy też patio tego domu, podówczas nie zamieszkanego; włamali się i rozejrzeli.
– Tajemnica – wyszeptała otwierając drzwi do sypialni, do której wchodziło się przez łazienkę. Wszedł za nią, przytulili się i pocałowali i nic więcej; powiosłowali z powrotem. Nie pamiętała tego wydarzenia, kiedy spotkali się znowu, on już wtedy zamieszkały w Jambs; imprezę nad rzeką przypomniała sobie, ale nie dom, nie sypialnię, nie księżyc w pełni za oknami.
Kiedy musiał zostawić mieszkanie w mieście, przybył tu znowu: odpowiedział na ogłoszenie o wynajem domu w Littleville i odkrył, że dotyczy tego samego domu, do którego włamali się w blasku księżyca. Wtedy też była z nim: weszli razem do środka przez małą i ledwo wyczuwalnie cuchnącą łazienkę do sypialni.
– Tajemnica – powtórzyła i Pierce objął ją jak to zrobił wcześniej
– Teraz musisz pamiętać – powiedział,
– Tak – odparła szeptem.
A przecież (pomyślał Pierce leżąc teraz tego późnowrześniowego poranka patrząc na tę właśnie sypialnię z własnego łóżka, na jego własne zasłony zwieszające się w oknach i własne obrazy, ledwo widoczne w poświacie poranka) może nawet wtedy nie pamiętała. Powiedziała „tak”, ale czy nie uznał za regułę, że w pewnych okolicznościach ona nigdy nie powie mu „nie”? W swoim łóżku o pewnej północy, nie tutaj, lecz przy Maple Street w Jambs ustanowił regułę: „nie mów mi „nie” Rose. Nie możesz mi się sprzeciwić. Mów tylko „tak”. Rozumiesz?”
„Tak.”
„Powiedz.”
„Tak.”
A więc może wcale nie rozpoznała domu, i dlatego nie czuła wcale takiej niespokojnej presji Przeznaczenia w środku jak on, żeby tu wrócić. Być może nawet sama postanowiła nie pamiętać. Była do tego zdolna. Miała po temu talent.
Najtajemniejsze jest to co zapomniane.
Wstał rozbudzony – ona w swoim łóżku w domku pośród szumu Shadow spała nadal – i stał zamyślony, wysoki, nagi i blady, tam gdzie skóry nie barwiły czarne włosy. Dziś wieczorem się spotkają, nie w tym pokoju, ale u niej, w domku, z którego była tak dumna, zjedza kolację na tarasie nad zimną młodą rzeką. Będzie musiał zaplanować coś na wieczór, nie mógł przyjść nieprzygotowany.
Położył się z powrotem, żeby pomyśleć.
Pierce nie miał budzika. Budził się, kiedy skończył śnić, dość wcześnie. Potem zwykle leżał długo w bezruchu śledząc wypływ swoich myśli dopóki i ten puchar się nie opróżnił. Postępował tak nawet pomimo tego, że mówił sobie, że największą szansę na dokonanie czegoś i zarobienie pieniędzy dałoby mu szybkie wypalenie się i że jest głupcem.
Kiedyś Pierce Moffet był historykiem a przynajmniej aspirował do tego miana, ale zbuntował się, ze wstrętem, ze zniecierpliwieniem, a także z bólem potrzeby, ponieważ musiał zarobić na życie, a historia nie dawała mu po temu szans: jedyne stanowisko nauczyciela jakie dostał stracił zanim zdobył stały etat.
Zatem przekonał nowojorską agentkę literacką (Julie Rosengarten, dawną kochankę), że potrafi napisać książkę, którą wielu będzie chciało przeczytać, a ona z kolei przekonała wydawnictwo Kogucik, największe na świecie, przynajmniej pod pewnymi względami, według słów Julie. Książka tworzona pod egidą Julie dotyczyła magii, tajnej historii, Końca Świata, wydarzenia, które przedstawiłby jako rozgrywające się właśnie teraz, niepostrzeżenie.
Przez długi czas po tym jak otrzymał zaliczkę, za którą (razem z pieniędzmi z Fundacji Rasmussena) żył, Pierce nie czynił żadnych postępów w pracy. Wspiął się na wysoką trampolinę i dopiero na szczycie odkrył, że nie potrafi ani skoczyć ani zejść z powrotem. Skrobał notatki i wykreślał je, wystukiwał całe strony i prawie natychmiast miął. „Dlaczego wierzymy, że Cyganki przepowiadają przyszłość?” – tak by zaczął; albo „Istnieje więcej niż jedna historia świata”. A potem kładł się, wychodził, dawał sobie spokój.
Ale kiedy przeprowadzał się do Littleville, miał już kilka stosów zapisanych stron, Część 1 i Część 2, pokrytych nabazgranymi notatkami i przełożonych żółtymi kartkami liniowanego papieru wzmacniającymi i zmieniającymi treść. Lubił oceniać ich ciężar w rękach, przyjemny niczym ciężar upieczonego chleba, albo ociosanego drewna. A ostatnio przestał spać w nocy: zwykle zapadał w głęboki paraliż na dwie godziny lub krócej, kiedy wchodził do swojego wielkiego łóżka, po czym budził się jak gdyby ktoś nim potrząsnął i leżał czujny jak włączone urządzenie elektryczne, całymi godzinami myśląc, myśląc, tworząc; czasem wstawał, by coś zanotować, albo zapalić albo po prostu popatrzeć na księżyc. Kiedy pierwsze światła dotykały okien zasypiał znów na godzinę lub dwie; potem wstawał i krzątał się w kuchni, pracując równocześnie ze stukaniem dzbankiem do kawy i patelnią.
Co się stało? Nadeszło lato, piekielny upał, bujność i różnorodność – inspiracja być może dla podobnej kreatywności. Robbie, wezwany jego mocami, mocami, których nie był świadomy, istota stworzona z mocy, których Pierce nie potrafił ocenić: zaskoczył i zafascynował młodego Robbie’ego obfitością do jakiej zdolny jest dorosły mężczyzną, prozą, którą równocześnie tworzył niestrudzenie. A wreszcie Rose, o której przestał już w ten bezczynny poranek myśleć. Była to mądra inwestycja – im więcej czasu poświęcał jej, tym więcej dywidend otrzymywał; udawał wielkopańskie zdenerwowanie jej rozmowami telefonicznymi i impulsywność podczas pracy, albo flirtu, ale zrobił się też przesądny na jej punkcie, nie mógł być pewny czy jego kreatywność nie zależy tak naprawdę od niej, odkrył, że nakłania ją do odrzucania innych możliwości, by umawiać się z nim na randki; a kiedy przychodziła wieczorem ukazywał jej się często w szlafroku, drżący i spocony niczym sportowiec, z nową porcją zapisanego żółtego papieru, który jeszcze niedawno był dziewiczy; jak to możliwe, że tak szybko ci idzie, dziwiła się, śmiała głośno i przepychała obok do sypialni, którą nazywała niewidzialną.
Inna możliwość, o której Pierce myślał czasem w łóżku, śmiejąc się często przy tym głośno, była taka, że to Czas przelewa się w jego duży mózg nie do wypełnienia niczym magiczny kielich iluzjonisty, wino nowego objawienia, coś, co miał przekazać najlepiej jak potrafił oczekującym: objawienia, które mogło tylko w tej chwili, w tym roku i tej dekady, być warte przekazania. A więc do roboty Pierce: ponieważ nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać.

***

Tymczasem Rosie Rassmussen unosiła się w powietrzu. Skoczyła z dachu Ball Building na River Street, gdzie umieszczono cztery duże kamienne kule; zawsze zadzierała głowę by spojrzeć na nie, lecz nigdy wcześniej nie mogła ich dotknąć; zimna szorstka powierzchnia sprawiła jej przyjemność, gdy odepchnęła się, wzbijając się nad rzeką.
Dlaczego zapomniała, że potrafi to zrobić? Teraz sobie przypomniała, unosząc się nad pomarszczoną taflą rozciągającą się poniżej, że oczywiście potrafiła i robiła to wiele razy w pewnych porach, jakich? Może przy odpowiedniej pogodzie. Od ostatniego czasu trochę się zastała, ale och, ta prosta rozkosz kiedy już się rozeznasz i nauczysz jak przechylać, zawracać, skręcać, nurkować i znów wzbijać!
A o to i zamek na skale, powinna tam wylądować? Nie, nie tam się kierowała. Podniosła wzrok. W oddali rozciągała się Kaskadia, papiernie wydychające mleczny dym, nowy zakład przeróbki, połyskujący pas rzeki nad tamą, bulgocząca piana u jej stóp. Nie, to wciąż za blisko. Naprężyła się nieco by wzbić się wyżej, przez chwilę wystraszona, że robi się cięższa, zatchnięta, i opada. Ujarzmiona rzeka znowu otwierała się na południe. Na krzywiźnie ziemi pojawiły się dachy dwudzielnego miasta, Conurbany, stare wieże na lewym brzegu (złota kopuła Urzędu Miejskiego odbija poranne słońce) i dużo wyższe z błyszczącej stali na prawym.
O tak, tam, pomyślała Rosie, wytracając wysokość. Tędy podąży. Poczucie obowiązku i obawa zadrgały w jej wnętrzu. Zastanawiała się czy się nie myli – być może coś, ktoś rzucił ją, wystrzelił w górę, i wcale nie latała, lecz spadała: w tej chwili uświadomiła sobie, że taka myśl oznacza niechybny upadek; tak też się stało.
Ląduje na poduszce we własnym łóżku pośród pomroki przedświtu, jej oczy łykają światło. Budzik na nocnym stoliku obok właśnie zbiera się do dzwonienia, to on ją obudził. Rosie uderzyła go, uciszyła i opadła z powrotem. Jęknęła głośno z dziwną zgrozą uświadamiając sobie, że w łóżku leży coś żywego, o tak, Boże, to Sam, która obudziła się po północy z koszmarami i nie chciała się uspokoić dopóki Rosie nie wzięła jej do siebie.
Och, nie chcę iść, pomyślała lub poprosiła Rosie. Usiadła i poszukała nogami kapci, ale nie mogła ich znaleźć, zeszła na podłogę i na czworakach szukała ich pod łóżkiem (kolejny dreszcz strachu – zagłębienie się w tej ciemnej jamie), wreszcie dała za wygraną i boso poszła do holu. Obok dawnego pokoju Boneya na tylne schody. Zapach jesieni: chłodne powietrze, zeszłoroczne ognie czekające na przebudzenie, zimne stare drewno, ludzkie życie z przeszłości, posiłki, pościel i meble, wszystko z jakiegoś powodu wyczuwalne o tej porze roku. Schody uchodziły do kuchni. Rosie zostawiła drzwi otwarte (a zresztą po co schodom drzwi?), żeby mogła usłyszeć, gdyby Sam się obudziła; napełniła czajnik pod kranem.
Przywołała wspomnienie unoszenia się w powietrzu. Zawsze tak jest, że w snach pamiętasz, że potrafisz latać, że zawsze potrafiłeś. I rzeczywiście tak jest: w innych snach.
Gdyby mogła polecić dziś do Conurbany na spotkanie, zrobiłaby to.
Razem z Sam zamieszkały tutaj w tym domu z własną nazwą po tym jak Rosie dowiedziała się, że Mike pomimo swoich obietnic, znów spotyka się z Rose Ryder. Arkadia była domem jej stryjecznego dziadka Boneya Rasmussena i pracowała tu jako jego sekretarka, towarzysząc Boneyowi przez ostatni rok jego długiego umierania, dając mu ile mogła od siebie, mając pewność, że to nie wystarczy (nic nie mogło wystarczyć; niczym śmiertelną klątwę odczuwała brzemię jego potrzeby pomocy, potrzeby ucieczki przed śmiercią i własną bezradności). Teraz ten dom, ze swoimi naczyniami, doniczkami, pościelą i łóżkami należał w pewnym sensie do niej, nie do dowolnego rozporządzenia, ale w charakterze powiernictwa: był bowiem własnością fundacji, którą dawno temu założył Boney, a która posiadała teraz cały majątek Rasmussenów. Nie była to wielka fundacja w rodzaju tych zakładanych niegdyś przez szukających odkupienia magnatów stalowych lub naftowych, niemniej fundacja z prawdziwego zdarzenia, z majątkiem do zarządzania i pieniędzmi do rozdania; a kiedy Boney umarł, Rosie dowiedziała się, że ją właśnie wyznaczył na stanowisko nowego szefa fundacji.
Nie tego oczekiwała, ani pożądała. Był dla niej miły i bardzo jej go brakowało. Ale odrzuciła ten zapis testamentu, a przynajmniej nie zgodziła się na niego; zbywała wszystkie pytania Allana Buttermana dotyczące terminu jej ostatecznej decyzji podczas gdy lato mijało a dom chłodniał; każdy dzień podczas którego nie podejmowała decyzji wydawał się jej małym z trudem wypracowanym zwycięstwem i co rano przygotowywała się do kolejnego nie podjęcia decyzji. Miała do tego dryg, pomyślała, dryg, który mogła odziedziczyć w genach, ponieważ cechował on na pewno Boneya. Być może pozwoli jej on dożyć sędziwego wieku, tak jak i pozwolił Boneyowi. Być może zdoła dokonać tego czego Boney pragnął, lecz nie osiągnął: może nie podejmując decyzji będzie żyła wiecznie.
Odezwała się Sam: naglący jęk sprawiał wrażenie, że bez ostrzeżenia wyrwano ją z miejsca gdzie spędzała nocne godziny.
– Dobrze skarbie, mam już idzie. – Trzeba dać jej znać kto tu z nią jest, czasami Sam wracała do świata jawy przepełniona zdumieniem, które kiedyś bawiło Rosie. Wspinała się po dwa stopnie naraz, czajnik gwizdał za jej plecami.
Phenobarbital od doktora Bocka był rozwiązaniem tymczasowym. Jak mówił, Sam trzeba było poddać badaniom, które ustalą co się z nia dzieje i pozwolą stworzyć indywidualny program leczenia. Właściwie to powiedział „szyty na miarę”. Sam potrzebowała maleńkiego ubranka w jej rozmiarze. Potrzebowała by zrobiono jej elektroencefalogram, badanie, podczas którego za pomoca elektrod mierzy się fale mózgowe, dzięki któremu być może uda się ustalić, co w mózgu Sam wywołuje ataki.
I tak dzisiaj Sam i Rosie udawały się do Instytutu i Szpitala Pediatrycznego w Conurbanie na wizytę u neurologa i badanie. Następnie (Rosie już to czuła) zobaczą co dalej trzeba zrobić. W żaden sposób nie można było wrócić do epoki sprzed tamtej sierpniowj nocy, kiedy Sam po raz pierwszy powiedziała „co to” na widok czegoś co tylko jej ukazało się w pustym powietrzu, a potem zesztywniała i rozdygotała się, ślepa głucha i nieobecna. Świat, który zostawiły za sobą tamtej nocy oddalał się bezustannie, świat dawnego życia Rosie; świat tamten toczył się swoją droga, bez wątpienia, czasami widziała go oczyma wyobraźni, niewyraźny lecz barwny, i czuła wtedy ukłucie żalu i tęsknoty nieomal nie do zniesienia. To było jej prawdziwe życie, lecz stawało się coraz bardziej nierzeczywiste, podczas gdy jej nowe życie wypełniało się uparta rzeczywistością.
Przynieś ulubioną zabawkę albo książkę, wyjaśniała odbita na powielaczu lista, którą przysłano jej ze szpitala. Sam wybrała Brązię, szmacianą lalkę, którą znalazła kiedyś w szufladzie w Arkadii, z brązowymi przędzonymi włosami i kraciasta bawełnianą sukienką poszarzałą od minionego czasu, i lewym okiem – czarnym paciorkiem – wiszącym od niedawna na nitce (trochę strasznie); Rosie obiecała, że to naprawi, ale tego nie zrobiła. Jeżeli umyjesz starannie głowę dziecku rano przed badaniem, nie trzeba będzie tego robić w szpitalu. Odpowiedz na następujące pytania w porozumieniu z lekarzem dziecka. Do postawienia właściwej diagnozy konieczny jest szczegółowy opis ataków. Podaj lekarstwa które aktualnie zażywa twoje dziecko wraz z dawkami i porami dnia.
– Nie mamo nie nie nie nie.
– Sam, daj spokój. Choć tym razem bądź grzeczna. Musimy iść żeby się nie spóźnić.
Sam wyrwała się jej i pobiegła korytarzem. Rosie pobiegła za nią z eliksirem.
– Samantha!
Nie powiedziano jej czy ma podać Sam lekarstwo. Czy wpłynie to jakoś na fale mózgowe? Sprawi, że wypadną gorzej, albo nie dość źle? Nie śmiała nie podać dziecku leku. Doktor Bock powiedział, że najprawdopodobniej ataki nie wpływają negatywnie na mózg Sam, ale Rosie nie mogłaby znieśc kolejnego, nie mogłaby znieść widoku córeczki miotającej się potwornie, jak coś takiego może nie wpłynąć negatywnie na człowieka. I żadna ilość ataków, które widziała przez te wszystkie lata od tamtego dnia do dziś (nigdy dużo ale nigdy też żadnego w danym roku) sprawić może, że łatwo będzie na nie patrzeć. Albo pamiętać. Albo przewidzieć.
– Och Sam, cholera, chodź tu ty mała.
– Idź sobie ty duża.
Zbiega po frontowych schodach naga i jasna na tle ciemnej boazerii i purpurowego dywanu, za nią Rosie spowalniana strzykawką, którą trzymała w górze. Negocjacje w korytarzu na parterze, gdzie umarł Boney w drodze do toalety. Tak, dobrze, francuski tost, jeśli tylko, Sam, nie mam czasu na to: śmiech wzbiera jej bezradnie w gardle, śmiech zaskoczonej frustracji, kosmiczny śmiech ponieważ to naprawde była tylko zabawa, Sam (też się śmiejąca) tak sądziła, lub wiedziała; ale i tak trzeba było wszystko zaliczyć, odfajkować. Sam, zachowuj się.
Nareszcie, łzy, ale przynajmniej nie wypluła (Rosie próbowała kiedyś mieszać lekarstwo z sokiem, ale Sam nigdy nie wypijała wszystkiego, a Rosie nigdy nie wiedziała gdzie w napoju lekarstwo – środek nie zasługiwał na tę nazwę, przecież niczego nie leczył – się rozpuściło). Kiedy Sam jadła tosty, Rosie się pakowała, książka Sam o myszach, które poleciały balonem, dla siebie też coś do czytania („Kompania” Fellowesa Krafta – utknęła na drugim rozdziale i nie mogła ruszyć od kilku tygodni) Brązia i kocia, ciasteczka, sok, buteleczka fenobarbitalu, strzykawka i dokumenty.
Wyszły wreszcie frontowym korytarzem przez wielkie drzwi (przechodząc niewidoczne i niewidzące przez lub wokół Boneya Rasmussena, który od swojej śmierci w wieczór czwartego lipca stał tam u drzwi, które nie chialy się otworzyć, nie mogąc ruszyć przed siebie, a już na pewno nie wrócić) na wonny poranek, ładny dzień, kolejny ładny dzień.

Chociaż była teraz przynajmniej pełniącą obowiązki szefa fundacji, Rosie nie podwyższyła sobie zarobków; co tydzień wypisywała sobie czek na tę samą kwotę, którą otrzymywała jako sekretarka na pół etatu. Dziś jednak pozwoliła sobie skorzystać z wielkiego czarnego buicka Boneya, który stał bezużytecznie w garażu, niegdyś wozowni na zakręcie podjazdu. Jej własne auto – a raczej Mike’a, nie zadał sobie trudu zabrania go od niej, albo zostawił sobie tę możliwośc na później – był to bizon kombi, którego konstrukcja była słaba a hamulce niepewne i myśl o prowadzeniu go po autostradzie z dala od damu nie napawała Rosie pewnością siebie, choć Spofford twierdził, że gdyby coś miało się z samochodem stać byłoby to bardziej prawdopodobne na gruntowych drogach wzdłuż Faraways niż na międzystanówce. Powiedziała, że jest w tym pewna logika.
Znalazła kluczyki do buicka w kieszeni zimowego płaszcza Boneya, zostawił go tam po ostatniej przejażdżce a wczoraj poszły do wozowni, żeby go sprawdzić, Sam cieszyła się i śmiała. Pchnęły ciężkie drzwi, Rosie nie mogła wyjść z podziwu że Boneyowi nie chciało się postawić prawdziwego garażu z podnoszonymi drzwiami i betonową podłogą. Sam badała śpiącego smoka wkładając palce do otworów po bokach (które były fałszywe, Rosie wiedziała o tym, były głębokie ledwo na cal; w buicku jej ojca na pewno miały jakąś funkcję, wpuszczały powietrze czy coś), ożył z miejsca pełen siły i zapału. Sam zapiszczała radośnie.
Jak wszystko wokół buick nie należał do niej, chociaż mogła z niego korzystać. Jeśli należał do kogokolwiek, to należał, jak wszystko co zostało po Boneyu, do Uny Knox.
Zostawiam wszystko mojej dawnej przyjaciółce Unie Knox powiedział jej Boney miesiąc przed śmiercią, po tym jak Allan Butterman naciskał go w sprawie testamentu, którego koniec końców nie zrobił. Mojej dawnej przyjaciółce Unie Knox. Sposób w jaki to powiedział oraz fakt, że nigdy nie pojawiło się nic oficjalnego z jej imieniem, sprawiły, że Rosie była przekonana, iż cała ta Una Knox to jakiś skomplikowany dowcip w rodzaju tych, jakie prowadzący samotne życie skryci ludzie z przyjemnością płatają sobie sami; a może była to chwilowa wybieg, imię rzucone ot tak, żeby uciszyć Rosie i Allana, który zmuszał go by mówił i myślał o własnym zbliżającym się wielkimi krokami nieistnieniu: tak czy owak ktoś taki zapewne nie istniał. Ale nie przeszkadzało to Rosie wyobrażać sobie, że Una Knox pojawi się pewnego dnia, przybędzie złowieszczo do Arkadii upomnieć się o swoje.
– Brum brum – Sam znów zdumiewała się cudem ożywającego silnika. Rosie ostrożnie wyprowadziła bestię z leża cal po calu, pewna, że do wieczora nie obędzie się bez wgniecenia karoserii; i przed kim za to odpowie?
4

Ludzkie życie uporządkowane jest według siedmioletnich cyklów licząc od pojawienia się dziecka na ziemi do dnia albo nocy, kiedy odchodzi. Cykle, które kolejno tworzą falę, falę ze szczytami i przepaściami, wzlotami i upadkami; można wykreślić je na papierze, prostą sinusoidę, ze współrzędnymi x i y, którymi są Czas i Amplituda, o wierzchołkach przy 7, 14, 21, 28, 35.
Rodzimy się pośrodku fali; ruszamy w dół i sięgamy dna w wieku ponad trzech lat. potem ruszamy w górę. W połowie drogi na szczyt docieramy do poziomej linii, która dzieli tę sunącą falę lat na dolne i górne połowy; rok, w którym przekraczamy tę linię nazywamy Rokiem Przejściowym Wznoszenia. Przynajmniej tak to nazwał najbliższy współczesności odkrywca czy też wynalazca tego cyklu. Rok Przejściowy Wznoszenia to rok pełen nadziei, a przynajmniej oczekiwania; czas gromadzenia i sortowania nowym i ciekawych rzeczy, pora zdobywania nowych perspektyw. Jak daleko sięgnie nim dojdzie do szczytu zależy od szczęścia i świata, a może także od naszych własnych wysiłków.
Rose Ryder obudzona lecz nie ubrana siedziała w bezruchu na krawędzi wąskiego łóżka w domku nad rzeką Shadow. Rose znajdowała się u progu Roku Przejściowego Wznoszenia, zmierzając ku wyżynom 28. U jej stóp na podłodze sypialni leżało wiele kartek papieru z narysowanymi falami czy też cyklami przeciętymi poziomą linią; to ona je narysowała cyrklem i linijką. Wypadły nocą z łóżka gdzie je zostawiła, a teraz patrzyła na nie niewidzącym wzrokiem. zaczynał się kolejny cudownie bezobłoczny dzień, dziesiąty z rzędu, rozpalający Faraways do letnich temperatur jeszcze przed południem.
Zanim jeszcze fala sięgnie szczytu siedmioletniego, dusza albo osoba już zdąży się poznać, zdąży się uczynić na tyle na ile potrafi władcą otoczenia, przynajmniej konceptualnie – wie, być może, że nie ma władzy, niemniej wie. w wieku siedmiu lat wiem, że jestem dzieckiem; wiem, czym dziecko jest i co robi, wiem jak używać sznurówki i segregatora; spryciulka. W wieku lat czternastu odstawiam zabawki, mam włosy w miejscach, w których nie było ich wcześniej i nie dziwi mnie to, potrafię nazwać choć niekoniecznie ujrzeć własną przyszłość. W ten sposób osiągam to, co na kartkach u stóp Rose nazwano Okresem Stabilizacji.
W przypadku swoim i aktualnego cyklu Rose nie myślała, że go osiągnęła. Nie wiedziała ani nie wyobrażała sobie, co może się stać, a co zatrzyma jej ruch w górę, ale nie sądziła dzisiaj, że będzie celebrować swoje dotarcie do stabilizacji.
Oczywiście wiedziała, że „góra” i „dół” na wykresach nie miały koniecznego zabarwienia emocjonalnego, samopoczucie nie musiało polepszać się w drodze ku górze ani pogarszac w dół. Opadanie u dołu cyklu – dawna pewność skruszona, zalew nowych danych, oderwanie od dawnego siebie, niewiedza, co czeka w drodze w górę – może być dość ekscytujące i ciekawe. Okej, powiedziała do siebie (albo do Mike’a Mucho, autora systemu, który ochrzcił mianem Klimakteriów, na którego studiowaniu spędziła tyle tygodni; dawnego kochanka i wciąż przełożonego w „Lesie”, gdzie oboje – choć Rose już ledwo, ledwo – pracowali): okej, ale w drodze ku górze powinnam przynajmniej czuć.
Czuć co?
Nie rozpadać się, przynajmniej; powinnam być zwarta, w ruchu; powinnam wiedzieć kim jestem, i że istnieję. Przynajmniej.
Wczoraj wiedziała kim jest i kim będzie. Była studentką literatury amerykańskiej i angielskiej, pracowała głównie z językiem, była nauczycielką, a na pewno miała nią być. Szkoła językowa w Limie poszukiwała takiej osoby, o czym Rose przeczytała w piśmie w zeszłym tygodniu w pracy, i Rose zmieniała się w tę osobę od tamtej pory odrobinkę co dzień. Dobrze mówiła po hiszpańsku (znała szkolną hiszpańszczyznę). Mieszkała z pewną rodziną, miała własny pokój na górze wysokiej miejskiej kamienicy, zrazu była trochę przestraszona i samotna, ale potem zaczęła odkrywać miasto i spotykać młodzież, chodzić na wybrzeże i w góry. Na lekcjach uczyła młodych ludzi, którzy chcieli zostać stewardami albo celnikami, wszyscy byli łagodni i doskonale wychowani, pochodzili jakby z innej epoki, a przynajmniej z innej dekady. W towarzystwie tych i innych ludzi, których spotkała doświadczała przygody za przygodą, które można było z wyprzedzeniem wyczuć choć nie nazwać i nie wróciła ta samą drogą, jeśli w ogóle wróciła.
Przez wiele dni obecność tej osoby w jej wnętrzu ogrzewała ją niczym rozwijające się dziecko, albo tak jak wyobrażała sobie, ze dziecko ogrzewa kobietę. A dziś rano obudziła się i stwierdziła, że ta osoba zniknęła. Może zmarła; na pewno zniknęła, pozostawiając zimną pustkę zamiast siebie, okropną zimną pustkę, którą wcześniej była wypełniła. Lima wydawała się równie odległa i niegościnna jak księżyc. Skserowana strona z pisma, gdzie znalazła ogłoszenie, spoglądała na nią ze stolika przy łóżku, także zmarła, nie pokazywała nic, albo tylko okrutny żart.
Trup.
Kolejny trup. Przyjdzie dzień, kiedy wszyscy którzy mają umrzeć umrą, a ona zostanie sama.
Bosą stopą odwróciła kartkę leżącą na podłodze. Rok Przejściowy Wznoszenia stał się teraz zboczem prowadzącym ku dolinie, wzgórze bagnem. Jakie to miało kurwa znaczenie. Też przecież umarło.
Pierce (który – może nie na serio, nie była w stanie ocenić – zaoferował jej pomoc w przedzierzgnięciu systemu Mike’a w książkę, poradnik czy coś takiego) zapytał ją dlaczego akurat krzywa, jakież to nudne, jakie dwuwymiarowe, dlaczego nie spirala, po której wspinamy się niczym po górze; co siedem lat docierając do tych samych miejsc lub etapów, tyle że jeden poziom wyżej, i wszystko jest inaczej.
Dlaczego wyżej? Nie zapytała go o to wcześniej, ale pytała teraz. Dlaczego wyżej? Dlaczego wspinaczka?
Elektryczny zegar buczący na stoliku nie umarł, jako jedyny wciąż pozostawał wśród żywych i dzięki niemu Rose mogła się przekonać, że była już spóźniona, bardzo spóźniona. Myśl o jeździe górską drogą do „Lasu” paraliżowała ją, mimo nadziei jakie z tym wiązała, z tym dniem, tą okazją. Próbowała zmusić się do niepokoju, robiła się coraz później, przez cały czas myśląc, że byłby to idealny dzień, żeby się zgubić, jechać na północ, znaleźć centrum handlowe, w którym nigdy nie była. Pójść do fryzjera. Myśląc o tym, wyobrażając sobie, że to robi, miała wrażenie nurkowania, ześlizgiwania się po tym zboczu, Roku Przejściowym Opadania, dno poza zasięgiem wzroku; i przez jeszcze jakiś czas nie poruszyła się.
W międzyczasie poranna mgła nad Blackbury podniosła się jak odkryty koc; w swoim małym żółtym domku nad rzeką, nieco ukrytym i podobnym do leża pośród sumaków o gorzejących gałęziach Pierce pracował na pełnych obrotach. Ktoś podsłuchujący na zewnątrz usłyszałby nierytmiczny stukot maszyny elektrycznej, którą wyniósł na ganek; skrzypienie kuchennego krzesła na którym siedział rozlegające się kiedy przerywał, by pomyśleć lub odpocząć.
Zaczął od anegdoty.
Pewnego ranka 1666 roku tuż po Bożym Narodzeniu, sławny holenderski medyk i naukowiec Johann Friedrich Schweitzer, znany jako Helvetius, miał gościa – małego bezbrodego mężczyznę w zwykłych szatach z akcentem wskazującym na szkockie pochodzenie. Sypał śnieg, gość wszedł nie wycierając butów. Oznajmił, że w traktatach Helvetiusa wyczytał, iż jest sceptykiem w kwestii transmutacji alchemicznej i Helvetius przyznał, że w istocie nigdy nie widział dowodu na jej prawdziwość. Nieznajomy pokazał mu „pudełeczko z kości słoniowej, z którego wyjął trzy ciężki kawałki Kamienia, każdy wielkości orzecha włoskiego”. Powiedział, że nie może dać ich Helvetiusowi, ale pozwolił mu przyjrzeć się bliżej jednemu z nich, a Helvetiusowi udało się zdrapać kawałek materii, podczas gdy nieznajomy mówił o mocy kamieni i w jaki sposób wszedł w ich posiadanie. Kiedy mężczyzna wyszedł obiecując powrót, Helvetius wydobył materię kamienia spod paznokcia i przeprowadził z nią kilka eksperymentów kierując się wskazówkami z rozmowy z nieznajomym. Bez powodzenia. Kiedy nieznajomy wrócił nie bez wahania przekazał Helvetiusowi kawałek kamienia wielkości nasiona rzepy; kiedy Helvetius wyraził niepokój, że to zbyt mało, mężczyzna wziął fragment, przełamał go na pół i oddał tylko połowę „owiniętą w niebieski papier”: wedle jego słów to wystarczy. I rzeczywiście, tego samego wieczora, żona Helvetiusa – która była adeptką Sztuki – namówiła go, by wypróbował i razem udało im się przemienić pół uncji ołowiu w złoto, które, kiedy Helvetius dał je do oznaczenia, okazało się być pierwszej próby.
Karetka zawróciła, kartka opuściła maszynę, tost z tostera, dobra robota; Pierce wkręcił kolejną. Chociaż potrafił ręcznie pisać szybko i schludnie, nigdy nie nauczył się pisać na maszynie, walił w klawisze po kolei palcem wskazującym, jak gdyby rąbał drwa, z językiem między wargami, w południe zwykle odsuwał maszynę wyczerpany, napisawszy najwyżej cztery czy pięć stron.
Do pracy Pierce wkładał wielki stary szlafrok, który należał do jego wujka Sama, doktora Oliphanta, który już nie żył. Była to bogata szata, dar dla lekarza od kogoś komu uratował życie (nie, na pewno nie, Pierce zapomniał co to było), której Sam nigdy nie nosił. Była ciężka niczym szata liturgiczna, z grubego drobnoprążkowego sztruksu na zewnątrz i podszewki z fioletowego atłasu. Pierce zawsze nosił ją na lewo, ponieważ dotyk atłasu miał za nieprzyjemny; wykończenie na zewnątrz było tak samo doskonałe, szwy delikatne, kołnierz szeroki, rękawy obszerne. Pasek gdzieś się zgubił, Pierce zastąpił go szerokim, skórzanym. Rose na początku śmiała się widząc szlafrok z tym pasem.
„Relacja ta”, stukał, „wyróżnia się z kilku powodów. Po pierwsze jest wysoce drobiazgowa; nie ma atmosfery bajki czy legendy, którą zwykle mają relacje z napotkania tajemniczych mistrzów. Po drugie alchemik zostawia Helvetiusa samego z materią transmutacyjną, aby go wypróbował: oszuści i szalbierze podówczas niezwykle liczni zawsze sami nadzorowali eksperymenty i potrafili na wiele sposobów imitować wytworzenie złota. Po trzecie, co najbardziej zaskakuje, nieznajomy nie żądał pieniędzy – nie chciał żadnej inwestycji, żadnego złota, które obiecywałby rozmnożyć. Przeciwnie – znika i więcej się nie pojawia.”
Wystukując tę bardzo dobrze znaną opowieść Pierce po raz pierwszy zauważył niczym powieściowy detektyw przeglądający dowody pewien fakt obecny w opowieści cały czas, ale którego dotąd nie brał pod uwagę; pomyślał, że widzi wyjaśnienie tego, co się stało. Kontynuował jednak tak jak zamierzał wcześniej.
„Wydawałoby się więc, że mamy dwie konkluzje do wyboru: albo Helvetius kłamie, albo naprawdę potrafił wytworzyć złoto.
Wiemy dziś, że złoto to pierwiastek, tak samo jak ołów; dlatego jednego nie da się przemienić w drugi podgrzewając wraz z trzecim, czymkolwiek by to trzecie  było. Pozostaje więc możliwiosć, że Helvetius kłamał spektakularnie, lecz przekonująco oraz bez widocznego powodu (nigdy więcej nie próbował wytworzyć złota).
Istnieje jednak jeszcze jedna możliwość. Najmniej prawdopodobna, a w rzeczywistości całkowicie absurdalna: że Helvetius naprawde potrafił zrobić złoto tym sposobem, ale że dzisiaj już tego nie potrafimy, ani tą ani inną metodą. Nie dlatego, że zapomnieliśmy jak to się robi, chociaż to robiliśmy, albo przestaliśmy wierzyć, że potrafimy, choć to robiliśmy, ale dlatego, że złoto nie jest tym czym kiedys było, ziemia nie jest tym czy kiedyś była, ani ogień nie jest tym czym kiedyś był.”
Podniósł ręce z klawiatury.
Śnieżny dzień, 1666 rok. W wyobraźni Pierce’a każda z dziesięciu cyfr miała własny kolor, miała go odkąd pamiętał, nie wybierał ich, ale utrwaliły się w jego umyśle: szóstka jest biała. Śnieg na butach mistrza; pudełko z kości słoniowej z połyskującą zawartością. Żona w bieli u szczytu schodów: mężu, co tam masz?
Żona: to właśnie rzuciło się w oczy Pierce’owi, kiedy relacjonował opowieść. Żona wprawna w Sztuce. A jeśli działała w porozumieniu z rzekomym bezimiennym mistrzem? Byłaby zdolna oszukać męża, w jakiś sposób sprawić, że znalazło się na stole, razem z tym drugim czekać na rozwój sytuacji, Bóg wie co; intryga nigdy nie przyniosła owoców. Facet wyjechał z miasta, żona trzymała język za zębami.
Pierce zastanawiał się przez chwilę nad przypisem; zdecydował jednak, że go nie doda. Miał misję – znaleźć na stronach swojej książki dowód, że świat był kiedyś inny niż jest teraz; najdrobniejszą opowieść, czy fakt, trywialny, lecz niepodważalny, który roznieciłby ogień w sercach czytelników, ogień pewności, a przynajmniej podsunąć im możliwość. Nie obiecywał, że każdy fakt, który poda będzie nie do ruszenia, prawdę powiedziawszy z jego własnej filozofii wynikało, że być taki nie może. Ale nie do niego należało wykazywanie własnych paradoksów. Qui non intellegit, aut taceat aut discat: jeśli nie rozumiesz, zamknij się albo naucz się.
„Może być tak, że co druga relacja o wytworzeniu złota za pomocą ognia – są ich setki,  prawie wszystkie sprawiające wrażenie wariantów kilku podstawowych tematów, niczym stare wątki komediowe – a może nawet każda, jest fałszywa, jest efektem kłamliwości, pobożnych życzeń, kumulujących się błędów opowiadania z drugiej ręki, zabawa historii w głuchy telefon, popychająca opowieści w kierunku przejrzystości, dziwów, albo morału. Być może to jest jedyna prawdziwa, którą znamy, jedyna, która przedarła się przez zaporę postępującego Czasu, która fałszowała wszystkie inne i dotarła do nas niczym sługa Hioba z wraku minionego świata: ja sam uszedłem, by ci o tym donieść.”
Pierce dzielił swoich czytelników na trzy rodzaje. Po pierwsze byli ci, którzy oczekiwali jakiejś ogromnej i ostatecznej przemiany świata odkad specyficzna rewolucja kilka lat wczesniej objęła cały naród i świat; czasami (jak franciszkańscy heretycy dawnych epok) żyli oni jak gdyby stary świat już się skończył, a nowy zaczął. Na wzgórzach wokół żyły całe plemiona i grupy rodzinne takich ludzi zamieszkujących stare farmy, mieszkających w jaskiniach i domkach na drzewie; książki takie jak on planował składały się na całość ich lektury. Następnie była młodzież, spora grupa, która Pierce wyobrażał sobie na rozdrożu czasu, na którym zawsze młodzież staje, gdy zyskuje pewność, stuprocentową pewność, że ujrzy a może stworzy świat inny niż ten, w którym przyszli na świat. Pamiętał swoją własną pewność. Były wreszcie odwieczne i niezniszczalne niedobitki nadziei, które można znaleźć w każdej epoce, ci którzy wyczuwają przemianę, jak gdyby dzięki szóstemu zmysłowi, albo genom, zawsze czytają znaki i nigdy nie nudzą się i nie zniechęcają, przez całe życie z drżeniem wypatrując tego co przyjdzie.
To tym (potencjalnie) licznym czytelnikom Pierce chciał pokazać New Age, Nową Erę, której świt zauważą jako pierwsi, którą mogą mieć nadzieję współtworzyć, Nową Erę, która dla każdego z osobna będzie być może inna. I ukaże im także odejście Starej Ery, której koniec nie każdy zauważy i którą kiedyś, kiedy wszystko będzie takie jak będzie a nie takie jak jest, będzie można dostrzec tylko dzięki najbardziej wytrwałej archeologii mentalnej.
Oczywiście (jak zwykle w przypadku eschatologii w typie tej, którą tworzył teraz Pierce) ta Nowa Era byłaby w ważnej mierze Starą Erą powracającą, epoką dawnych możliwości, tak jak ta zła Stara Era przemijająca teraz była kiedyś Nową Erą: erą twórców i niszczycieli, mężczyzn (najwyraźniej wszyscy byli mężczyznami) z całego świata, którzy ten świat ujednolicili, którzy sami z pomocą jedynie Praw, które odkryli zmienili to, co krzywe w proste, a to co chropawe w gładkie, a przecież nie zdobyli dla nas tego, co potrzebowaliśmy: a może właściwiej byłoby powiedzieć, że to, czego potrzebowaliśmy (to, czego potrzebowali czytelnicy Pierce’a) było nie do spełnienia za pomocą środków, w których byli władaniu.
A kiedy ich świat przeminął (tak jak teraz zdawał się przemijać, Pierce miał całą szufladę pełną wycinków z gazet, niemożliwości, których nie dało się wyjaśnić, dziur w coraz bardziej cieknącym dachu Wielkiej Nauki – tak o nich myślał), odkryliśmy lub stworzyliśmy nowe Prawa a na ich bazie zbudowaliśmy świat innego rodzaju: więcej nawet, Pierce miał wyjaśnić, że to odkrywanie i tworzenie było samo w sobie nowym światem.
    „Hegel twierdzi, że sowa Minerwy wylatuje tylko o zmierzchu. Chodziło mu o to, że dopiero w okresie upadku natura epoki staje się dla nas jasna. O zmierzchu świata, który zamieszkujemy, do niektórych na cichych miękkich skrzydłach przybędzie osobliwe zrozumienie: że wszystko nie zawsze było takie, jak jest, i dlatego oni sami nie muszą być zawsze tacy jakimi byli. Według Hegla to zrozumienie już samo jest znakiem, że noc naprawde nadchodzi, że być może będzie nam dane ujrzeć poranek.”
Hegel wyłączał Naturę z dramatu istnienia i stawania się, który był udziałem Weltgeist – ducha świata, ludzkiej zbiorowości. Duch świata mógł zmienić nasze rozumienie natury, ale nie samą zatwardziałą bezmyślną materię. Pierce proponował coś wprost przeciwnego: że natura także się zmienia i że wielkie jej zmiany powodują także naszą zmianę; lub też że my i ona (tak naprawdę nie różniący się od siebie) ewoluujemy razem, a Słońce-Ojciec okrążając wielką Ziemię od tysiącleci przemieszcza się do swojego nowego miejsca pośrodku okręgu zataczanego przez małą Ziemię akurat w latach kiedy bohaterowie myśli odkrywali go właśnie tam. Teraz tam właśnie jest i zawsze był; nie ma zaś żadnego dowodu i nie będzie, że kiedyś go tam nie było.
Pierce spekulował, że być może było wiele takich Er, niektóre krótkie, inne długie, niektóre możliwe do rozpoznania przeszłości, inne nie. Ostatnia, poprzedzająca obecną skończyłaby się mniej więcej w czasie kiedy Helvetius otwierał drzwi mężczyźnie w pelerynie. Następna epoka kończyła się właśnie teraz, kiedy Pierce o niej pisze, kiedy wzywa czytelników, by go wysłuchali. Ponieważ właśnie w okresach przejściowych przypadających między erami – kiedy prawa dawnego świata słabną i przestają obowiązywać a prawa nowego jeszcze się nie umocniły – w naszych umysłach pojawia się myśl, że czas jest kowalny, że przyszłość można kształtować, że nic nie jest stałe: potem skrzydło nas trąca i to jedyny zew, jaki usłyszymy.
Pierce czuł się w pewien sposób bezpieczny spekulując o istnieniu ogromnych zmian w naturze spraw, co do których żadnego dowodu nie można było po fakcie znaleźć. Czy sam w to wierzył? Nie, nie całkiem, jeszcze nie. W (tak naprawdę rzadkich) momentach, gdy w pełni pojmował o czym mówił, przestawał pisać i zamierał w milczącym zdumieniu własną impertynencją, lub też śmiał się w głos, albo też odkładał pracę na kolejny dzień, niepewny i przestraszony. Nie, zdawało mu się, że te pierwsze dygoty nadchodzącej epoki, które tak wielu wyczuwało w istocie przeminęły, nie zmieniając świata ani na jotę; nie pojawiły się żadne katastrofy, ani żadne wybawienia; drogi wciąż prowadziły tam gdzie zawsze, życie składało się z ciężkiej pracy, wszystkie możliwości pozostawały takie same.
Nie oznaczało to, że nie dzielił z czytelnikami tęsknoty, bez względu na jej źródło czy nazwę, za przyszłością urządzoną inaczej niż przeszłość; za powrotem wszystkiego, co zostało utracone; za tym, by epoka, w której miał swoje miejsce, była inna niż ta, leżała daleko za nią lub tuż przed. Nie wymyśliłby tego czegoś, gdyby nie znał jej smaku. Zakładał jednak – czym miał zamknąć książkę – że ta tęsknota, czy też nadzieja prawdziwa i namacalna jak teraz i w przeszłości, należy do wnętrza a nie zewnętrza: że zewnętrze pozostaje takie jak zawsze było, lecz wewnątrz epoki zawsze rozpadają się i odnawiają; że żadne istnienie nie jest wolne od tych wstrząsów; że dla jakichś serc każda chwila to zmierzch sowy Minerwy. Koniec końców będzie to bajka do stosowania ogólnego; prawda o ludzkiej naturze, a nie o historii.
De te fabula.
W ten sposób będzie mógł sprzedać książkę bez względu na to co stanie się ze światem. Tamten bystry chłopiec ze szkoły St. Guinefort’s, który rozsypał przed nim talię kart i spytał, jaka jest jego ulubiona; a kiedy Pierce odpowiedział (w sumie na chybił trafił), że to walet karo, chłopiec rozłożył talię kupkami rewersem ku górze i kazał Pierce’owi wybierać karty stosując złożony rytuał dopóki na łóżku nie została jedna; dużo wahania i misterium, być może nie wyszło, a potem obrócił kartę i istotnie był to walet karo; dopiero dużo, dużo później chłopiec pokazał Pierce’owi talię składającą się z samych waletów karo. Pierce spytał co by się stało, gdyby wybrał na przykład królową kier? Dałbym sobie spokój, usłyszał odpowiedź; ale prawie każdy wybiera waleta karo.
Wybiło południe, Pierce z wiklinowej etażerki obok (na patio było jeszcze biuro, krzesło i huśtawka w pasiastej tapicerce) wyjął butelkę scotcha i nalał sobie do szklanki na dwa palce.

Parking przy Centrum Psychoterapii „Las” pękał w szwach od samochodów, wielu całkiem ładnych, należących do rodziców i małżonków, którzy przyjechali zabrać rezydentów (nigdy „pacjentów”) z powrotem w obręb życia, z którego uciekli lub zostali tutaj wygnani. Eks-rezydenci pakowali przenośne radia, pudła książek i nagrań oraz zielone plecaki na siedzenia lub do bagażników foxów i jaguarów, albo patrzyli jak robią to ich rodzice; niektóre rodziny już emanowały rosnącym napięciem – Rose Ryder wyczuwała to przechodząc obok. Przy kamiennym wejściu do pokrytego gontem głównego budynku, niegdyś rodzinnego ośrodka wypoczynkowego (niektórzy rezydenci nazywali go teraz ośrodkiem wypoczynku z dala od rodziny), personel żegnał się z podopiecznymi, którzy zakończyli program, niektórzy mieli łzy w oczach, inni byli pełni energii i radośni, wszyscy czuli się lepiej. Rose musiała kilkakrotnie przystawać by kogoś uścisnąć lub dać się uścisnąć na pożegnanie, jej pośpiech przy tym zdradzał nieszczerość. Do widzenia. Nie zapomnij napisać. Na pewno będzie super.
Wreszcie uwolniła się i weszła na schody wieży po zachodniej stronie budynku, na szczycie której znajdował się punkt obserwacyjny, rozległy pokój który niegdyś był otwartym tarasem następnie zabudowanym szklanymi ścianami. Spóźniłam się. Parła w górę, wciąż górę wzdłuż czterech ścian budowli, zostawiając ziemię daleko w dole. Spirala: co piętro wraca w to samo miejsce, tylko wyżej.
Zatrzymała się. Nasłuchiwała. Widziała, że drzwi do punktu obserwacyjnego są zamknięte. Jeśli nie wyrobisz się na rano, nie musisz wcale przychodzić: Mike uprzejmy ale stanowczy, kiedyś tylko udawał, że potrafi mówić podobne rzeczy ze spokojną mocą, ale tym razem nieoczekiwanie, naprawdę potrafił. Tutaj się tego nauczył.
Krążyła ku górze, okrążając to, czego się bała. Łatwo powiedzieć, że zapomniała, a potem zapomnieć, że tak naprawde nie zapomniała. A Mike machnąłby na to ręką, machnąłby na nią.
Słyszała teraz głos przebijający się przez drzwi u szczytu schodów, to był Ray Honeybeare, mówił cicho. Przylgnęła policzkiem do drzwi wdychając woń sosny i lakieru i wsłuchała się w słowa; czekała na przerwę podczas której mogłaby pchnąć drzwi; czekała, aż coś co ją przyciąga pokona to co ją odpycha.
Otwarła drzwi i wślizgnęła się do środka patrząc w podłogę. Pośród osób siedzących po turecku na podłodze był Mike, który na jej widok z uśmiechem stuknął dłonia w miejsce obok siebie. Ray Honeybeare siedział na krawędzi krzesełka z włókna szklanego, pochylony do przodu; jego ogrom równoważyła niezwykła delikatność. Zauważył Rose, ale nie dał nic po sobie poznać, nie przestał mówić.
– Nie będę więc spekulował o końcu – ciągnął – ani o bożych planach co do przyszłości świata. Nie mam także większej ochoty słyszeć waszych spekulacji w tej mierze. Ale wiem jedno: wiem, że epoka, przez którą teraz mkniemy nie ma odpowiednika w historii. To epoka nieskończonych możliwości, na dobre i na złe. Epoka, kiedy Królestwo Boże znajduje się bardzo blisko naszej starej ziemi, być może nie przybywa, by zapanowac tu na zawsze, być może pozwoli nam tylko rzucić okiem. To epoka, kiedy dzieje się także straszliwe zło, epoka walki Boga z Diabłem, Diabłem, który widzi szansę, by wiele osiągnąć i robi co w jego najgorszej mocy, tak, najgorszej mocy, by wykorzystać tę szansę.
Rose podniosła wzrok na Raya uśmiechając się nieśmiało na wypadek, gdyby odwzajemnił spojrzenie. Rzeczywiście. Poczuła się przenikliwie badana, chociaż uśmiechał się sympatycznie. Był wielki, zarazem wysoki i ciężki, oraz stary, choć ile liczył wiosen trudno było zgadnąć; na twarzy miał sieć drobnych pęknięć, jak gdyby rozbiła się kiedyś na kawałki i została na powrót cierpliwie sklejona; w jej przestworzu jego rysy zdawały się małe: niezbyt szerokie nozdrza, cienkie wargi, małe prawie bezbrewe oczy koloru lodowatego błękitu. Oczy te zdolne były do czegoś o czym czytała dotąd tylko w książkach lecz dopiero u Raya zobaczyła naprawdę: migotały. Kiedy obracał wielką głowę, pobłyskiwały jak gdyby łapiąc światło niczym oszlifowany brylant.
– A my: jaka jest nasza rola? My, jako pracownicy w dziedzinie zdrowia psychicznego, co mamy robić w tej epoce, jaka jest nasza funkcja, nasze zadanie? Otwórzmy księgę i poczytajmy.
Wyćwiczonym gestem wyjął czarnooprawny skórzany tom z rozdętej teczki leżącej na podłodze i otworzył. Rose zobaczyła liczne zakładki i karteczki o różnych kolorach.
– Ewangelia wg św. Łukasza 10 – powiedział.
Wielu zgromadzonych otwarło podobne książki, wokół Rose rozszumiały się jesienne liście. Przypomniała sobie teraz, że Mike kazał jej wziąć biblię (Nowy Testament) i zacisnęła puste dłonie. Ray Honeybeare odchrząknął.
– Oto Jezus wysyła siedemdziesięciu swoich uczniów przed sobą dwójkami. Siedemdziesięciu ludzi to dużo. Mówi, że posyła ich jako robotników, by zebrali plon, ale mówi też przecież, prawda, że posyła ich niczym jagnięta między wilki. I mówi im, że tam, gdzie zostaną odrzuceni, powinni oczyścić nawet stopy z kurzu tych miast i powinni dać jasno do zrozumienia, że Królestwo Boże jest blisko i że zostaną wymierzone srogie kary; tam zaś, gdzie zostaną przyjęci dobrze, mają leczyć chorych. Nie ma wątpliwości, że tak zrobili; ale w jaki sposób? Po powrocie mówią zaraz do Jezusa, spójrzmy, 10:17 „Panie, przez wzgląd na Twoje imię, nawet złe duchy nam się poddają”.
Przyjrzał się zgromadzonym wyłuszczywszy swoje racje (widać to było w jego twarzy i oczach), teraz czekał aż oni załapią.
– Złe duchy – ciągnął łagodnie. – Nawet złe duchy. – Przeczytał: – „Wtedy rzekł do nich: «Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica. Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi.”
Nie ma co do tego wątpliwości, mówiły jego oczy. A wszyscy milczeli rozumiejąc, a może nie rozumiejąc, gdy odezwał się z nagłą siłą (Rose drgnęła z zaskoczenia lub winy).
– Leczyli chorych wypędzając z ich wnętrza złe duchy. To kazano im czynić, i dlatego zostali nazwani zbieraczami plonu, a zarazem owcami pośród wilków. Dlatego wrócili i powiedzieli – nie powiedzieli Panie, położyliśmy dłonie na tych ludziach, albo Panie, daliśmy tym ludziom pigułkę, albo Panie, zadaliśmy tym ludziom gadającego lekarstwa jak nam kazałeś. Powiedzieli, że złe duchy choroby podlegają nam w Twoim imieniu. A Jezus odpowiedział, ze mogą wypędzić te demony, a Wróg nie będzie mógł ich skrzywdzić. To jest to. – Zamknął księgę, ale jej nie odłożył. – Mówiłem to już wcześniej, ale powtórzę. Wokół was są choroby i nieszczęścia, wszędzie wokół was tutaj i gdzie indziej, gdzie trafiacie codziennie. Słyszeliście nie raz, jak mówię, że posiadacie władze na chorobą i cierpieniem. A żeby posiadać tę władze musicie zgodzić się co do jednego. Co do jednego. Musicie uwierzyć, że to dzieje się teraz. – Uniósł księgę. – Musicie uwierzyć, że to dzieje się teraz. tak jak działo się wtedy i że Królestwo Boże jest blisko. To wszystko. Jeśli wierzycie, że to dzieje się teraz, wiecie do kogo mówi każda strona i każdy wers tej starej księgi, wiecie jak brzmi obietnica i wiecie, co macie zrobić.
5

Dopiero kiedy przeszła przez most w Fair Prospect przez mglista rzekę, Rosie Rasmussen przypomniała sobie, że obiecała Mike’owi, iż zadzwoni rano aby mógł porozmawiac z Sam przed wyjazdem. Było już na to za późno. Jechała w kierunku Kaskadii i autostrady międzystanowej; Sam na tylnym siedzeniu bawiła się elementami wystroju przełączając światła do czytania, otwierając i zamykając nieużywane popielniczki a Rosie odtwarzała w pamięci ostatnia rozmowe z Mike’iem: klarowniej wyjaśniała o co jej chodzi, słuchała go uważniej, czasami odtwarzając wypowiedziane słowa, poprawiała je, poprawiała swoje odpowiedzi.
Mike – jak powiedział – nie starał się wcale o opiekę nad dzieckiem. Tak, kazał swojemu czupurnemu prawnikowi zadzwonić w tej sprawie, ale tak naprawdę chciał tylko zwrócić na siebie uwagę. Chciał porozmawiać o sobie o niej i o Sam i ważne było, żeby go wysłuchała. Tyle spraw było dla niego teraz jasne, których wcześniej nie rozumiał.
Na przykład?
Na przykład (przesunął dłoń w jej kierunku po kamiennym stole, w którego powierzchnie wpuszczona była szachownica; wszystko działo się obok ścieżki w okolicy „Lasu” ), na przykład, że w wielu sprawach był kompletnie do kitu, tam, gdzie o nią chodziło. Jeszcze niedawno nie potrafiłby tego powiedzieć ani nawet pomyśleć, a teraz proszę bardzo.
A oczy miał wielkie i przejrzyste jakich wcześniej  u niego nie widziała, ale milczała, chociaz kilka mądrych słów przemknęło jej wtedy przez głowę, a jeszcze więcej teraz.
Powiedział, że zrozumiał jak wiele z tego, co stało się między nimi było z jego winy. Był bardzo głupi; roześmiał się zawstydzony i potrząsnął okrągłą głowa nad swoją wcześniejszą głupotą. Zauważył i podniósł opadły klonowy liść (dlaczego zapamiętała te szczegóły, cała rozmowa miała w jej pamięci psychodeliczną klarowność, czego miała się tam dowiedzieć, albo co zrobić) i okręcił go na łodyżce patrząc jak łopocze. Chciał, żeby wróciła do niego z Sam. O tym chciał porozmawiać.
Nie powiedziała nic speszona, ale teraz chciała spytać: głupi w czym, Mike? Głupi w jakich sprawach? A co jeśli wszystko tamto nie miało tak naprawdę aż tyle wspólnego z tobą bez względu na twoją głupotę? A jeśli chodziło o mnie? Jeśli to ja chciałam głupio zrobić coś co chciałam?
– Mamo, muszę siku.
– Jak to kochanie? Dopiero co byłaś.
– Muszę.
– Okej, zaraz czegoś poszukam.
Nie możesz robić tego całkiem sama, powiedział, nie możesz sama brać tego na siebie. Nie powinnaś. Te słowa padły, kiedy opisała mu dokąd się dziś wybiera, kiedy opowiedziała mu o liście ze szpitala, broszurze pod tytułem Epilepsja i ty, która przeczytała a raczej próbował przeczytać. Patrzył na nią uważnie i kiwał skwapliwie głową, ale nie mógł ukryć, że nie śledzi tego wątku rozmowy; nie chciał rozmawiać o lekarzach i medycynie.
Sam zawsze miała u niego dobrze, powiedział, dzięki Bogu. Zawsze dobrze. I był pewny, całkowicie pewny, ze wszystko będzie w porządku.
Uśmiechał się, nie całkiem triumfująco, ale ze szczególnym zadowoleniem z samego siebie, które miało zapewne zadziałać krzepiąco, ale zamiast tego rozbudziło najgłębsze lęki Rosie, tak głębokie, że nie mogła wtedy, ani nawet teraz wypowiedzieć nawet przed samą sobą co czuje: że istotnie się zmienił, że był tak naprawdę kimś zupełnie innym; że kiedy uśmiechał się tak, jego kły wydawały jego właściwe intencje i Rosie wiedziała, że nie chce wcale zaopiekować się córką, ale ją pożreć.
– Ojej mamo za późno.
– Och Sam!
– Żartowałam – zapiszczała zachwycona Sam.
– O ty, ty mała.
– O ty, ty duża.
Może rzeczywiście nie powinna mierzyć się z tym sama bez względu na to czy potrafiła czy nie. Prawdę powiedziawszy wcale nie chciała. Ale nie zamierzała wpuścić Mike’a do swojego życia, serca ani łóżka, tylko po to, by nie być sama.
Brent Spofford nigdy nie mówił na głos podczas ich rozmów o Sam – nigdy nie mówił, że nie powinna mierzyć się z tym samym, że nie musi. On po prostu całkowicie zaoferował jej i sam wszystko co miał i mógł zrobić. A jednak postawił jej to pytanie i jej odpowiedź była taka sama.

Do miast wjeżdża się teraz tylnymi i tajemnymi drogami. Kiedyś wjeżdżało się na wielkie dworce zbudowane w sercach miast, i po niecierpliwym przejściu pod ziemią wychodziło się prosto w zamęt i gwar. Rosie krążyła po drogach zasuplonych wokół centrum Conurbany, nie mogąc się przedrzeć; kiedy wybrała pewien obiecujący zjazd, wyjechały tylko z powrotem na obwodnicę, mającą za zadanie pozwolić kierowcy całkowice ominąć miasto; zanurkowała wreszcie na chybił trafił ku nijakiej dzielnicy magazynowej, a miejskie wieżowce znikły jej z oczu, jakby miasto było magiczne.
Teraz kiedy oderwała się od instrukcji, straciła punkty orientacyjne. Jej dziecięce wspomninia z tego miasta nie zawierały wskazówek topograficznych, jedynie fajne albo niefajne scenki, chaotyczne jak sny. Szachownica z kości słoniowej i czerwonego jadeitu w zapełnionej wystawie antykwariatu. Zasłonka ze szklanych paciorków w koktajlowej sali chińskiej restauracji, zapach pitego przez jej matkę likieru Drambuie. Wstrętna toaleta przegrzanego teatru dziecięcego gdzie w pewne Boże Narodzenie jaskrawe i głośne przedstawienie Czerwonego Kapturka bardzo jej zaszkodziło.
Robiło się późno. Sam prześlizgnęła się wydrowo na przednie siedzenie i pomagała matce zwrócić uwagę głuchych albo obojętnych mieszkańców miasta.
– Instytut Pediatryczny? – powtórzył taksówkarz obok którego się zatrzymała. Zdumiony obrócił w ustach wykałaczkę.
– Szpital dla dzieci.
– Niewiniątka?
– Co?
– Niewiniątka. Jasne. To zaraz tutaj – Z tyłu odezwał się klakson, ale taksówkarz go zignorował – To tam, to jest tył szpitala. Proszę objechać. Tutaj jest jednokierunkowa, trzeba tamtędy.
Pojechała tamtędy zataczając koło, a raczej z grubsza kwadrat i zatrzymała się przed wielkim wieloczęściowym gmachem sprytnie wpasowanym w wąskie ulice sto pięćdziesiąt lat temu wytyczone na stajnie i warsztaty. Nazwa szpitala jaśniała metalicznie z boku zabudowanego pomostu z oknami czy też wysokiego przejścia, które prowadziło od nowego skrzydła do starego: Instytut i Szpital Pediatryczny w Conurbanie. Ale na wysokim architrawie starego budynku w kamieniu wykuto inną nazwę Miejski Dom Niewiniątek. Stara nazwa, pierwsza nazwa.
Nazwa, która obowiązywała jeszcze, kiedy Rosie tu była.
– Mamo, chodźmy.
Tak, kiedy tu była, kiedy tu ją trzymali. Wszystkie zamknięte drzwi, które otwarła, czasem na siłę od powrotu do Faraways prowadziły tutaj do tej bramy. Słysząc klaksony z tyłu i wiedząc, że musi ruszyć w jedną lub druga stronę, Rosie przed szarym budynkiem mogła tylko wyciągnąć swoje wewnętrzne ręce, żeby wziąć, odbić, albo schwycić jak przelatujący sen to, czego doświadczyła kiedyś w tym miejscu.

Rose Ryder strząsnęła popiół z papierosa na dłoń i poczuła miękkie szare ciepło, nieomal zbyt gorące.
– Zawsze się modliłam. Niech Duch Święty będzie ze mną i we mnie.
– Modliłaś się – odparł Mike Mucho – ale czy naprawdę wierzyłaś, ze twoje modlitwy zostaną wysłuchane.
– No tak. Zawsze to coś. Jeśli poprosiś o chleb, nie dostaniesz kamienia. Pamiętasz? Nie chodziłeś do szkółki niedzielnej?
Nie mówił tego złośliwie. Siedzieli razem na stopniach Wieży, gdzie się zatrzymali wpół drogi między góra i dołem: gdzie Mike kazał jej usiąść i porozmawiać, żeby mogli podyskutować tam, gdzie nikt ich nie usłyszy.
– A to wypędzanie demonów? – spytała.
– A jeśli tak jest? – odpowiedział pytaniem.
Przyjrzała się koniuszkowi papierosa. A jeśli tak jest? Jakby to było powiedzieć, że tak jest, że się wie, że tak jest?
– To trochę jak zakład – powiedział. – Ci, którzy stawiają na to, że Boga nie ma, albo że ten Bóg nie może zrobic nic, żeby im pomóc, przegrywają – jeśli Bóg m o ż e pomóc i pomoże, ale oni w to nie wierzą i dlatego nie proszą. Ale jeśli obstawiasz, że Bóg m o ż e pomóc i pomoże, co stracisz, jeśli naprawdę nie może? A jeśli masz rację, jeśli może pomóc i pomoże, wygrywasz i to bardzo wiele.
Nigdy o tym nie myślała. Wydawało się, że coś takiego można wymyśleć tylko, jeśli już się w to wierzy, że Bóg może pomóc. A ona wierzyła.
– Wiesz o czym mówi Ray – ciągnął Mike. – Możliwość istnienia leków. Prawdziwych leków. Nie tylko gadanie. Tu chodzi o przemianę czyjegoś serca i umysłu, o odsunięcie od niego cierpienia.
Co ja zrobię, pomyślała. Co ja zrobię. Cicho dała znać o swoim zainteresowaniu i zaskoczeniu:
– Ha.
– Przecież wiesz, że nigdy nie sądziłem, że mogę kogoś wyleczyć robiąc coś czy mówiąc. Uważałem, że oni leczą się sami, poprzez to co sami robią; ja byłem tylko po to, żeby uwierzyli, że potrafią.
– Głupek.
Podniósł wzrok słysząc to i po chwili zdawał się rozumieć, ale powiedział tylko:
– Rose, cąłe życie nie było niczego, czego pragnąłbym całym sercem. Tego chcę. I chcę, żebyś ty także tego pragnęła.
Papieros wypalił się do filtra i Rose utrąciła żarzący się popiół kciukiem i palcem wskazującym pozwalając kłębkowi opaść na gumową krawędź stopnia, o który się opierała; niech dogaśnie.
– Powiedz, co myślałaś – szepnął Mike – co myślisz.
Poczuła jak w środku rośnie to o czym myślała, nie dzisiaj, ale od dawna, tak dawna, ze mogło sie wydawać, iż nigdy bez tego nie żyła; chciała wszystko to wypowiedzieć, wyznać, że wywróciła samochód na Shadow River bez powodu, jak całymi tygodniami mieszkała jak gdyby w szklanej kuli, poza zasiegiem; ze nie zawsze pamiętała co robiła zeszłego wieczora lub tygodnia i jak weszła w posiadanie swej własności. Że wyobrażała sobie własną przyszłość w różnych wariantach po to tylko, by patrzeć jak obumierają. Jak bardzo bała się, że nie chcąc tego sama też może umrzeć: zgubić szlak, zabłądzić, odejść.
– Nie jest łatwo – powiedziała tylko.
Ulecz mnie, chciała powiedzieć.
– Nie jest łatwo – odparł. – Rose, to najbardziej zadziwiająca i cudowna rzecz, której doświadczyłem w życiu, której w ogóle można doświadczyć, ale to niełatwe. Trudne. Najtrudniejsze zadanie w życiu. To jak najtrudniejszy kurs, na który można zapisać się w koledżu, najtrudniejszy mecz jaki się zagrało, najtrudniejsze zbocze na które wjeżdża się rowerem. Tego nie da się kupić. Tego trzeba spróbować. Trzeba próbować i nie poddawać się. Wcześniej tego nie wiedziałem.
Patrzyła na niego na stopniach, z rękami splecionymi i zwieszonymi między kolanmi: patrzyła jak gdyby obserwując jego własne próby tu i teraz.
– Oo jest niesamowity – odezwał się po chwili. Potrząsnął głowa w zdumieniu. Wiedziała kogo ma na myśli. – Wiesz, że on śpi trzy godziny dziennie? Niewiarygodna energia. Musisz zobaczyć go kiedyś na kazaniu.
Nie odpowiedziała. Mike odetchnął jak gdyby miał zanurkować, jak gdyby to co miał teraz powiedzieć wymagało odwagi a przynajmniej tupetu.
– Muszę ci coś powiedzieć o tym miejscu i twojej pracy. Chodzi o to. Jeśli nie możesz się temu oddać, to nic tu po tobie.
– Chodzi ci o to, że mam nie wracać.
– Nie będzie tu do czego wracać. To miejsce się kończy, przynajmniej takie jakie dotąd było. Nie mogę ci teraz więcej powiedzieć, ale uratować je może teraz tylko Bóg. Jeśli mu je oddamy.
Poczuła, że musi iść do łazienki i to szybko. Zew natury owładnął ją bez ostrzeżenia. Wstała wciąż trzymając w palcach dopalające się kadzidełko.
– Mike.
– Stary świat umiera – powiedział jak gdyby cytując kogoś kogo powinna znać. – A nowy rodzi się w bólach.