Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Archiwum

Fragment — Z furii zrodzona

Z furii zrodzona — David Weber

UWOLNIJ FURIĘ!
Zhikotse. Shallingsport. Louvain. Uświęcone pola bitew, na których wojownicy Imperialnej Kadry rozlewali krew i ginęli w obronie ludzkiej cywilizacji. Alicia DeVries tam była; szła na szpicy natarcia. Jej nagroda? Zdrada ze strony oszukańczego imperium. Zapomnienie w cywilu.
Teraz Alicia jest jedyną ocalałą z brutalnego ataku na jej rodzinę, mieszkającą na planecie pogranicza. Od czasów potężnego Achillesa starożytny duch furii Tyzyfone nie zamieszkał w ciele śmiertelnika. Ale też od czasów Achillesa rodzaj ludzki nie wydał wojownika tak zdolnego, tak wyjątkowego i posiadającego tak rozwinięty zmysł walki. Bohaterka Imperium. Odznaczona Sztandarem Ziemi.
Trzeba zapłacić cenę krwi. Furia się zbudziła.

Elitarna wojowniczka formacji wywodzącej się z US Marines Starej Ziemi rodzi się i osiąga potęgę w powieści o bohaterstwie i przygodach autorstwa Davida Webera, autora licznych bestsellerów „New York Timesa” i twórcy sagi Honor Harrington!

KSIĘGA PIERWSZA: OSA IMPERIUM
Czerń.
Czerń nad nią i wokół niej. Unosiła się, bez sennych marzeń, nieskończona jak same gwiazdy wijące się wewnątrz niej. Czerń ją spowijała, dzieliła się z nią samą sobą, a ona tuliła się do czerni w ciepłej, bezwietrznej pustce, która była nią. Czerń była wszystkim, a mimo to na zewnątrz jej bezpiecznego kokonu przesuwały się niewyraźne gwiazdy. Były tam, poza jej snem, rozpoznawalne, a przy tym nie do końca rzeczywiste.
Głęboko, głęboko w jej wnętrzu wciąż żarzył się węgielek determinacji, ale już słabo, słabiutko. Kiedyś ryczał ogniem jak hutniczy piec, teraz powoli zasypiał, zmierzając do zupełnego zaniku.
Maleńki fragment jej istnienia sennie obserwował, jak ów rozżarzony do białości węgielek stygnie do migoczącej, bladej czerwieni, i zastanawiał się pod grubymi, miękkimi kocami czerni, czy zostanie jeszcze kiedyś wezwana. Ci, którym kiedyś służyła, dawno zniknęli; wiedziała o tym, nie wiedząc, skąd wie, a mimo to co jakiś czas słyszała blisko, blisko powierzchni snu echo wzywającego ją głosu. Było ich mniej, ich istnienia były ulotne i niestałe niczym maleńkie zwierciadła jej własnej ognistej jaźni. Nie było ich być może wielu, a jednak przez te wszystkie nieskończone lata byli wystarczająco liczni, by niepokoić ją we śnie.
Tam. Następny mignął na samym skraju jej snów – jeszcze jeden błysk potencjału, możliwości. Miriady przyszłości, w których ona i echo mogli się spotkać, a ich cele stać się jednym, przesuwały się rozedrgane jak ulotne konstelacje Zodiaku… I tak samo przyszłości, w których nigdy nie mieli się spotkać.
Co by wolała?, zapytał sam siebie jej senny umysł. Powstać raz jeszcze – może ostatni – czy spać, śnić, aż nie będzie już żadnych snów, ech ani zwierciadeł?
Nie umiała odpowiedzieć, dlatego zagrzebała się głębiej pod miękki całun nieistnienia, po prostu czekając na to wszystko, co może się wydarzyć.
Albo nie wydarzyć.

Prolog
– Kim jest to dziecko, u licha? – spytał pułkownik McGruder, gapiąc się na psychologiczny profil unoszący się w holowyświetlaczu.
– Nazywa się Alicia DeVries – odparł porucznik Maserati. – Alicia Dierdre DeVries i właśnie kończy liceum. Pół roku temu oświata urządziła jej klasie standardowe egzaminy i jej wyniki przeszły przez wszystkie filtry. W zeszłym tygodniu ponowiono więc testy. Jak pan widzi, tylko potwierdziły pierwotne wyniki.
– Kończy liceum? – McGruder odwrócił się od wyświetlacza i spojrzał na swojego adiutanta. – Tu napisano, że ma dopiero czternaście lat!
– Tak, sir, sześć tygodni temu tyle miała – odparł Maserati. – Uczy się… eee… w przyspieszonym trybie. Jeśli spojrzy pan tutaj… – porucznik wysłał swojemu komputerowi polecenie przez neurozłącze i w wyświetlaczu pułkownika otworzyło się okno ukazujące indeks akademicki dziewczyny – zobaczy pan, że osiągnęła już wynik gwarantujący jej w przyszłym roku wstęp na Nową Akademię Imperium w ramach ich programu stypendiów dla najzdolniejszych uczniów.
– Jezu. – McGruder przez chwilę gapił się na indeks, potem znowu spojrzał na profil psychologiczny. – Jeśli ona tak wygląda, mając czternaście lat…
– Dlatego właśnie uznałem, że powinienem ją panu pokazać, sir. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek widział mocniejszy profil niż ten, a jak sam pan mówi, ona ma dopiero czternaście lat.
– Za młoda – stwierdził McGruder, a Maserati pokiwał głową. Młoda DeVries wyprzedzała w nauce o całe cztery standardowe lata przeważającą część swojej grupy wiekowej. Wyniki testów przekazano do biura pułkownika McGrudera, bo przysyłano tu wyniki każdego ucznia czwartej klasy, którego profil przebił się przez filtry. Ale imperialne prawo wyraźnie zakazywało werbowania kogokolwiek – nieważne, jakie miałby wyniki testów czy jak wielka byłaby potrzeba – przed osiągnięciem przez niego wieku osiemnastu lat.
– Poza tym – ciągnął McGruder – niech pan popatrzy na profil genetyczny. – Pokręcił głową. – Grupa genowa Ujvári i taki profil akademicki oznacza, że nigdy nie wpadnie w nasze ręce. Jeśli już ma zagwarantowany wstęp na Nową Akademię Imperium, to wie pan, że właśnie tam pójdzie.
Znów pokręcił głową z kwaśną miną.
– Szkoda. Bardzo by się nam przydała.
– Zgadzam się, sir – powiedział porucznik. – Zgadzam się także, że bez wątpienia będzie poddana olbrzymiej presji, by przyjąć propozycję NAI. Ale myślę, że mimo wszystko może być jedną z tych osób, które powinniśmy wytypować do dalszej obserwacji.
Wysłał przez zestaw nagłowny kolejne polecenie i komputer posłusznie otworzył następne okno.
– Zwrócił pan już uwagę na profil genetyczny, sir. Odziedziczyła to po rodzinie ze strony ojca. Pomyślałem, że być może uzna pan résumé jej dziadka ze strony matki za równie… interesujące – dodał głosem bez wyrazu.
* * *
– …więc powiedziałem porucznik, że to kiepski pomysł. – Sebastian O’Shaughnessy parsknął śmiechem i potrząsnął głową. – A ona na to, że to ona jest dowódcą plutonu, a ja tylko pierwszym sierżantem kompanii. Według niej oznaczało to, że mamy robić tak, jak ona chce. No to zrobiliśmy.
– A gdy już to zrobiliście? – spytała jego wnuczka z szerokim uśmiechem i roziskrzonym spojrzeniem zielonych oczu.
– A gdy już to zrobiliśmy i odbyło się omówienie ćwiczenia, porucznik wezwała mnie do siebie i powiedziała, że kapitan… doradził jej w sprawie właściwych stosunków między świeżutką panią porucznik prosto z Akademii na Nowym Dublinie a pierwszym sierżantem kompanii, który służy w Korpusie dziewiętnaście standardowych lat.
O’Shaughnessy uśmiechnął się do dziewczynki.
– Jedno muszę jej przyznać: przyjęła to jak prawdziwy marine. Przyznała, że miałem rację, nie pozwalając jednak żadnemu z nas zapomnieć, że ona wciąż jest porucznikiem, a ja wciąż pierwszym sierżantem. Ta porucznik Chou była dobra. Uparta jak większość tych dobrych, ale wystarczająco bystra, by poznać się na swoich błędach i wyciągnąć z nich naukę. Mimo to nie wiem, czy kiedykolwiek się domyśliła, że kapitan rozmyślnie pozwolił jej spaprać sprawę, żeby potem móc zwrócić jej uwagę. Ale dobry oficer nigdy takiej nauczki nie zapomina, Alley. Zawsze tak jest, że ktoś siedzi w czymś dłużej albo lepiej się na czymś zna, i cała sztuka polega na tym, żeby skorzystać z doświadczenia tego kogoś – zwłaszcza jeśli to podoficer o długim stażu, który służył już wtedy, kiedy ty dopiero się rodziłaś – nie narażając własnego autorytetu. Dlatego każdy dobry oficer wie, że tak naprawdę to sierżanci rządzą w Korpusie.
Wnuczka patrzyła na niego przez chwilę; wzrok miała zamyślony, a czternastoletnią twarz poważną. Potem kiwnęła głową.
– Wiem, jak bardzo ja sama nie lubię się przyznawać, że nie mam racji – powiedziała. – Założę się, że oficerowi jest jeszcze trudniej. Zwłaszcza kiedy jest nowa i myśli, że ujawnienie swojej „słabości” podkopie jej autorytet.
– Otóż to – zgodził się Sebastian. Potem zerknął na swoje chrono. – A czy ty nie powinnaś teraz robić czegoś innego, zamiast siedzieć tu i zachęcać mnie do ględzenia?
Dziewczyna zamrugała, potem spojrzała na własne chrono i zerwała się na równe nogi.
– O Boże! Mama mnie zabije! Cześć, dziadku!
Nachyliła się, żeby szybko cmoknąć go w policzek – w wieku czternastu lat była już o głowę wyższa od swojej matki – i zniknęła jak za sprawą czarów. Sebastian usłyszał, jak z łomotem wbiega po kilku schodkach do swojej maleńkiej sypialni, i z szerokim uśmiechem pokręcił głową.
– To była Alley czy też ciężarówka, nad którą kierowca stracił panowanie? – spytał łagodny tenor. Sebastian podniósł wzrok, kiedy do pokoju zajrzał jego zięć.
Łatwo było się zorientować, skąd się wziął wzrost Alicii. Sebastian mierzył nieco ponad metr siedemdziesiąt, ale Collum DeVries przewyższał go o więcej niż dwadzieścia centymetrów. Był także barczysty i potężnie zbudowany. Właściwie o wiele bardziej przypominał holowizyjny wzorzec zawodowego marine niż Sebastian. Oczywiście pozory mogą mylić, pomyślał O’Shaughnessy z odrobinką zarozumiałości.
– Alley – powiedział, parskając śmiechem. – Chyba całkiem zapomniała o egzaminie.
– Chcesz powiedzieć, że była za bardzo zajęta nagabywaniem cię, żebyś jej coś opowiedział – poprawił go Collum. Powiedział to z uśmiechem, ale w tle krył się lekki wyrzut.
– Rzadko mnie widuje – odparł Sebastian.
– To prawda. Ale obawiam się, że ta twoja aura wojennej chwały może być dla nastolatki trochę przytłaczająca.
Sebastian rozparł się w fotelu i popatrzył na swojego zięcia z czułością.
– Jestem pewien, że „aura wojennej chwały” mogłaby być przytłaczająca – powiedział łagodnie po chwili – ale nie o tym rozmawialiśmy. Tak naprawdę Alley o wiele bardziej interesuje się szczegółami działania Korpusu niż moimi wojennymi historiami.
– Wiem.
Collum patrzył na niego przez chwilę, a potem usiadł w fotelu, który opuściła Alicia, udając się do swojej komputerowej stacji roboczej na górze. Fotel dopasował się do jego ciała, a mężczyzna pochylił się do przodu, opierając łokcie na udach.
– Wiem – powtórzył; jego charakterystyczne szare jak łupek oczy patrzyły z niespotykaną u niego powagą. – Właśnie to mnie martwi. Wolałbym już chyba, żeby to była nastoletnia fascynacja myślą, że walka może być „chwalebna” i podniecająca.
– Wolałbyś, tak? – Sebastian przyglądał mu się w zamyśleniu.
Czuł do swojego zięcia coś więcej niż tylko zwykłą sympatię. Collum DeVries prawdopodobnie był jednym z najinteligentniejszych ludzi, jakich O’Shaughnessy spotkał, a przy tym bardzo porządnym człowiekiem. Rzadko który ojciec uważa, że jakiś mężczyzna naprawdę jest wart jego córki, i on też musiał przyznać, że kiedy Fiona po raz pierwszy przyprowadziła Colluma do domu, miał powód do troski. Te szare oczy o dziwnie kocim wyrazie, w połączeniu ze wzrostem DeVriesa i jego jasnymi włosami od razu rzucały się w oczy. Wynikające z mutacji Ujvári cechy fizyczne były tak samo oczywiste jak cechy umysłowe, i Sebastian przygotował się na nieuniknioną konfrontację, jednak nigdy do niej nie doszło, a przez te wszystkie lata Collum udowadniał jedynie, że faktycznie jest wart jedynej córki Sebastiana O’Shaughnessy’ego.
Co nie oznacza, że we wszystkich sprawach się zgadzali.
– Na swoje nieszczęście, jak czasami mi się wydaje – ciągnął Collum – Alley jest dokładnie taka sama jak jej rodzice. Inteligentna – Boże, jaka ona jest bystra! – i uparta. Zawsze chce mieć swoje własne zdanie.
– Zgadzam się – powiedział Sebastian. – Ale wytłumacz mi, bo nie rozumiem, co w tym złego?
– To, że nie mogę jej po prostu powiedzieć: „Dlatego, że jestem twoim ojcem!”. A przynajmniej mam dość rozumu, by tego nie próbować.
– Aha. Ten sam problem miałem raz czy dwa z jej matką, skoro już o tym wspomniałeś.
– Nie wiedzieć czemu, wierzę ci bez zastrzeżeń. – Collum wyszczerzył się szeroko i z jego twarzy na chwilę zniknął wyraz zatroskania. Ale uśmiech był ulotny.
– Och – podjął, machnąwszy ręką – jeśli zabronię jej czegoś robić, nie zrobi tego. Nigdy się nie bałem, że będzie po kryjomu robiła coś, czego ja czy Fiona byśmy nie pochwalali, nawet teraz, kiedy zaczęły w niej buzować hormony. Ale chce sama podejmować decyzje, i jeśli uważa, że nie mam racji, nie boi się tego powiedzieć. A kiedy przychodzi według niej właściwa pora, podejmuje decyzję, nawet wiedząc, że jestem temu zdecydowanie przeciwny.
– Każde dziecko tak robi, Collum – powiedział łagodnie Sebastian. – A przynajmniej każde, które wyrasta potem na wartościowego człowieka.
– Oczywiście masz rację. Ale i tak martwię się o tę jej decyzję, której podjęcia bardzo bym nie chciał.
I spokojnie spojrzał teściowi w oczy – takie same zielone oczy, jakie widział, patrząc na swoją żonę czy starszą córkę.
– To decyzja, którą tak czy inaczej wszyscy musimy zaakceptować – powiedział po chwili Sebastian.
– Pewnie – zgodził się Collum. – Ale boję się, żeby za szybko jej nie podjęła. Chciałbym, żeby naprawdę poważnie się nad tym zastanowiła. Rozważyła wszystkie możliwości, przemyślała, z czego mogłaby zrezygnować.
– Oczywiście – powiedział Sebastian, ale Collum wyczuł w jego głosie lekką irytację.
– Ja naprawdę nie staram się obchodzić tego tematu na paluszkach, Sebastianie – powiedział. – I chyba wiesz, jaki mam szacunek dla wojska w ogóle, a ciebie w szczególności. Dobrze wiem, co zrobiłeś, by zdobyć Sztandar, i wiem, jak niewielu innych mogłoby to zrobić. To niedobrze, że wciąż potrzebujemy Korpusu Marines i Floty, ale w pełni zdaję sobie sprawę, że ich potrzebujemy. Że nadal będziemy ich potrzebować – i dziękować Bogu, że ich mamy – co najmniej do Powtórnego Nadejścia. Jeśli ktoś o tym wie, to przede wszystkim ci z nas, którzy pracują w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
To była prawda, mimo że Collum DeVries jako Ujvári czuł wrodzoną niechęć do gwałtownej konfrontacji. I tak jak w przypadku przeważającej większości Ujvárich, cały jego światopogląd i wszystkie działania zorientowane były na porozumienie i pragmatyczny kompromis. Jak to ujął jeden z prominentnych genetyków, w porównaniu z resztą ludzkości Ujvári cierpieli na przerost zdrowych zmysłów, a Sebastian zawsze był zdania, że to bardzo trafnie oddaje stan faktyczny.
Ale niektórzy ludzie postrzegali ich głęboką – właściwie zaprogramowaną genetycznie – awersję do konfrontacji jako tchórzostwo, nie bacząc na wszystkie dowody wskazujące, że jest wręcz przeciwnie. Sebastian osobiście uważał poglądy Ujvárich za mocno nierealne, ale był gotów przyznać, że mogą przez niego przemawiać uprzedzenia. W końcu taka postawa między innymi czyniła z Ujvárich skutecznych dyplomatów, analityków i polityków, zdolnych porzucić osobiste wojownicze podejście na korzyść rzeczowej debaty. Był to także jeden z powodów, dla których Ujvári cieszyli się reputacją filozoficznych snobów, patrzących z góry na wszystkich, którzy gotowi są uciec się do… bardziej bezpośrednich rozwiązań problemów. Dotyczyło to między innymi obywateli Nowego Dublina, gdzie obowiązywała odwieczna tradycja służenia Domowi Murphy i wykonywania takich bezpośrednich działań na rozkaz cesarza.
Collum nigdy jednak nie podzielał niewypowiedzianej niechęci, a może nawet pogardy Ujvárich wobec wojskowych. Sam nigdy nie wybrałby takiej kariery, ale głównie dlatego, że zdawał sobie sprawę, jak bardzo by się do tego nie nadawał. Nie wspominając o fakcie, że potencjalnie najwięcej mógł zaoferować społeczeństwu w innych dziedzinach.
– Ale – ciągnął – to, że szanuję wojsko i ciebie, nie oznacza, że chcę, by moja córka poszła w twoje ślady, zanim będzie miała okazję rozejrzeć się dookoła i rozważyć wszystkie równie słuszne, równie ważne rzeczy, które może zrobić ze swoim życiem.
– Być może równie ważne – powiedział Sebastian; jego nowodubliński akcent nagle pojawił się z niezwykłą siłą. – Ale nie ma ani jednej rzeczy, Collum, która byłaby ważniejsza.
– Nie mówiłem, że jest. – Wzrok DeVriesa ani na moment nie uciekł od spojrzenia zielonych oczu, które zastraszyło już kilka pokoleń rekrutów marines. – Ale życie, które ty wybrałeś, Sebastianie, wymaga poświęceń. Nie mów mi, że nie cierpiałeś w duchu, widząc, jak Fiona i John dorośli, zanim wróciłeś do domu z placówki, mając świadomość, jak wiele z ich życia straciłeś. Ani jak cierpiałeś, kiedy traciłeś któregoś z przyjaciół z rąk Rish albo jakiegoś wariata ze Światów Korony lub najemnika z Bandyckich. Szanuję to, że chciałeś złożyć te ofiary, ale to nie oznacza, że chciałbym, żeby moja córka poszła twoją drogą bez długiego i poważnego zastanowienia.
I nienawidzisz samej myśli o dostaniu osobistego listu od ministra wojny, pomyślał Sebastian. Przeraża cię, że twoja córka mogłaby któregoś dnia nie wrócić do domu. Cóż, masz prawo… ale i ona ma prawo sama zadecydować, kiedy nadejdzie pora.
– Prosisz mnie czy każesz, żebym nie odpowiadał na jej pytania? – spytał. – Żebym nie rozmawiał z własną wnuczką o moim życiu?
– Oczywiście, że nie! – Sebastian wiedział, że gwałtowny sprzeciw Colluma jest szczery. – Jesteś jej dziadkiem, a ona cię kocha. Chce wiedzieć, co robiłeś w życiu, a ty masz wszelkie prawo jej o tym opowiadać. Skoro już o tym mowa, masz cholerne prawo być z tego dumny. Ja bym był na twoim miejscu! Tyle że… martwię się.
– Rozmawiałeś o tym z Fioną?
– Nie użyłbym tu raczej słowa „rozmawiać”. – Collum potrząsnął głową z dobrze znanym Sebastianowi wyrazem twarzy. W końcu Fiona była bardzo podobna do swojej matki.
– Wyraziłem swoje obawy i ona chyba je podziela. Ale ma w sobie ten przeklęty spokój O’Shaughnessych. Kręci tylko głową i powtarza, że z niewolnika nie ma pracownika i że każdy jest kowalem swojego losu.
– Spokój nie jest raczej cechą O’Shaughnessych – powiedział sucho Sebastian. – Ale ma rację. Nie przekonasz Alley do tego, co według niej jest niesłuszne. I nie przekonasz jej, żeby nie robiła czegoś, co uważa za słuszne.
– Wiem o tym. – Collum wziął głęboki oddech. – I wiem, że to się nie wydarzy już jutro. Ale ona cię uwielbia, Sebastianie, i nie jest odporna na te nowodublińskie tradycje. Nie twierdzę, że nie zastanawiałaby się nad Korpusem, gdyby jej dziadek był cywilną myszą, a nie autentycznym wojskowym bohaterem. Myślę, że by się zastanawiała. Ale szczerze mówiąc, to mnie przeraża.
– Oczywiście – powiedział łagodnie Sebastian. – I wiesz, że ja nigdy nie próbowałem opowiadać, jakie wojsko jest romantyczne, ani ukrywać, jak paskudnie czasem w nim bywa. Ja też ją uwielbiam, wiesz? I jeśli to jest coś, o czym ona poważnie myśli, to chcę, żeby wiedziała, jak to naprawdę wygląda. Żeby poznała dobre i złe strony. I obiecuję, że nigdy nie będę jej do niczego namawiał za twoimi plecami, Collum.
– Nie sądziłem, że będziesz. – Collum wstał i lekko poklepał teścia po ramieniu. – Chyba po prostu musiałem się komuś wygadać.

Rozdział pierwszy
Sierżant major dowództwa pięćset drugiej brygady siedemnastej dywizji Imperialnego Korpusu Marines podniósł głowę, słysząc tradycyjne dwa ostre stuknięcia w drzwi gabinetu.
– Wejść! – powiedział, podnosząc głos, i drzwi się otworzyły.
Przyjrzał się krytycznie wysokiej, barczystej młodej kobiecie, która weszła, stanęła na baczność i energicznie zasalutowała. W tym salucie jest trochę za dużo obozu Camp Mackenzie, pomyślał. Za dużo wypolerowania i nieskazitelnej czystości. Ale właśnie tego należy się spodziewać po niedawnej absolwentce podstawowego obozu szkoleniowego Korpusu na Starej Ziemi.
– Szeregowy DeVries melduje się u sierżanta majora! – oznajmiła kobieta głośno i wyraźnie.
Sierżant lekko odchylił w tył fotel, przyglądając się jej zamyślonym spojrzeniem, którym witał – dosłownie – już kilka pokoleń marines. Jej rudozłote włosy dopiero zaczynały odrastać po obozie, i mimo naturalnie jasnej karnacji była opalona na mocny brąz. Sierżant dostrzegł siłę jej przedramion, odsłoniętych przez przepisowo podwinięte rękawy mundurowej bluzy. Buty miała wypolerowane na lustro, kanty munduru ostre jak brzytwa; sierżant uśmiechnął się w duchu, myśląc, jaka musiała być szczęśliwa, kiedy wydano jej mundur z inteligentnego materiału. Od jego własnego pobytu w Camp Mackenzie minęło już sporo czasu, ale doskonale pamiętał, jaki był… zirytowany uporem Korpusu, by rekruci dostawali tradycyjne stare mundury, które trzeba było prasować – i krochmalić – żeby wyglądały jak należy.
Mimo swojego wzrostu kobieta stojąca przed biurkiem sierżanta była młodsza niż te, które zazwyczaj tu widywał. Wątpił, by kiedykolwiek miała się cieszyć dorodnym biustem, ale w tym konkretnym momencie brakowało jej w tych rejonach dość sporo. Mimo że wciąż miała ten „niedokończony” wygląd nastolatka u progu dorosłości, dostrzegł na prawym rękawie, tuż pod żądlącą osą w koronie Imperialnego Korpusu Marines, pojedynczą krokiewkę starszego szeregowego.
Sierżant spokojnie dokończył oględziny, a potem odwzajemnił salut ze swobodą biorącą się z długiej praktyki.
– Spocznij, szeregowy – powiedział.
– Tak jest, panie sierżancie majorze!
Nie przybrała swobodnej postawy, na którą zezwolił, lecz podręcznikowe paradne „spocznij”. Mimo dziesiątek lat służby usta sierżanta drgnęły, zatrzymując się na krawędzi uśmiechu – kobieta patrzyła wprost przed siebie, regulaminowych dziesięć centymetrów ponad jego głową.
Pozwolił jej tak stać przez kilka chwil, potem podniósł się i wyszedł zza biurka. Stanął tuż przed nią – niższy o pół głowy – jeszcze raz niespiesznie studiując jej wygląd. Musiał przyznać, że wyglądała perfekcyjnie. Nie mógł się przyczepić do żadnego szczegółu, tak samo jak do doskonale obojętnego wyrazu jej twarzy, gdy tak stała nieruchomo jak posąg pod jego badawczym spojrzeniem.
– Cóż – powiedział w końcu i rozłożył szeroko ramiona, by objąć ją w miażdżącym uścisku.
– Cześć, dziadku – powiedziała bardziej niż zwykle ochrypłym głosem i też mocno go objęła.
* * *
– Robiłem, co mogłem, żeby wrócić do domu na twoją przysięgę, Alley – powiedział Sebastian O’Shaughnessy kilka minut później, przysiadłszy wygodnie na krawędzi biurka ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. – Po prostu nie dało rady.
– Jak tylko cię tu przydzielili, od razu wiedziałam, że nie dasz rady, dziadku – odparła Alicia i uśmiechnęła się. – Cieszę się, że moje rozkazy były na tyle luźne, że mogłam cię po drodze odwiedzić.
– Ja też się cieszę. Moi szpiedzy informowali mnie o twoich postępach. – Zmarszczył groźnie czoło. – Jak rozumiem, poszło ci w miarę dobrze.
– Przynajmniej się starałam.
– Na pewno. I domyślam się, że będę musiał jakoś przeboleć to, że miałaś drugi wynik w swojej brygadzie szkoleniowej. Ale żeby dać się pobić o całą jedną dziesiątą punktu procentowego? – Pokręcił głową ze smutkiem. – Miałem nadzieję, że ukończysz szkolenie na pierwszym miejscu, ale to chyba było nierealne.
W jego oczach zamigotał uśmiech.
– Przykro mi, że cię rozczarowałam, dziadku – powiedziała uprzejmie Alicia – ale wiesz, że miałam nieco niekorzystną sytuację.
– Ale dziewiętnaste miejsce w teście sprawności? – spytał ponuro. – Mogę powiedzieć tylko tyle, że dobrze, że wszystkie pozostałe zdałaś na sto procent.
– Tylko dwóch rekrutów, którzy mnie pobili w teście sprawnościowym, było ze Starej Ziemi – odparła surowo – i obaj byli mężczyznami, a jeden z nich był w rezerwie reprezentacji triatlonu na ostatniej olimpiadzie. Wszyscy pozostali pochodzili z innych planet. Wysokograwitacyjnych, skoro już o tym mowa. I tylko troje z nich było kobietami.
– Wymówki, wymówki. – Parsknął śmiechem i potrząsnął głową, promieniując dumą. – Gdyby nie ten nowy rekord w strzelaniu z krótkiej broni, byłabyś zaledwie trzecia, wiesz o tym!
– Ale i tak byłabym najlepsza z mojego pułku – odpaliła.
– No, to chyba akurat prawda – przyznał ze śmiechem. Potem spoważniał. – Naprawdę, Alley, jestem z ciebie dumny. Bardzo dumny. Spodziewałem się, że dobrze ci pójdzie, ale znowu udało ci się przekroczyć moje oczekiwania.
– Dzięki, dziadku – odparła cicho. – To wiele dla mnie znaczy.
Ich spojrzenia znów się spotkały i O’Shaughnessy ciepło się uśmiechnął.
– Czy wiedziałaś, że przyjaźnię się z Cassiusem Hillem od jakichś dwudziestu czy trzydziestu lat? – spytał, zmieniając temat.
– Z sierżantem majorem Hillem? – Zamrugała i potrząsnęła głową. – Nie. Pewnie powinnam była o tym pomyśleć, przecież znasz chyba wszystkich w Korpusie. Nie przyszło mi to do głowy, bo sierżant Hill był taki… powiedzmy, groźny. Trudno sobie wyobrazić, że w ogóle ma jakichś przyjaciół. To znaczy wiem, że musi jakichś mieć, ale czasami wszyscy byliśmy przekonani, że zrobili go gdzieś w jakimś laboratorium SI. Że testują w warunkach polowych autonomiczne jednostki bojowe, a my jesteśmy królikami doświadczalnymi.
– No, rekrut nie powinien lubić swojego instruktora musztry, a tym bardziej sierżanta majora swojego batalionu. Ale ciebie akurat Cassius raczej polubił. Kiedy byłaś w Mackenzie, dostałem od niego cztery listy. Pisał, że mu zaimponowałaś.
– Naprawdę? – Alicia zaśmiała się. – Nie wiedziałam. Za to on zrobił na mnie wrażenie! Raz czy dwa wystraszył mnie na śmierć.
– I powinien. Z drugiej strony… – O’Shaughnessy popatrzył na wnuczkę z namysłem – powiedział mi, że nic nie mogło wytrącić cię z równowagi. Chyba nawet trochę się martwił, że może stracił wprawę czy coś takiego. Powiedział, że chwilami miał wrażenie, że tobie się w Mackenzie naprawdę podobało.
– Bo mi się podobało.
– Podobało ci się w Mackenzie?!
O’Shaughnessy popatrzył na wnuczkę, a ona wzruszyła ramionami, jakby nie rozumiała jego zdziwienia.
– No, niektórych momentów nie uznałabym za najprzyjemniejsze w życiu – przyznała. – I miałam więcej problemów, niż się spodziewałam, z chirurgią korekcyjną. Ale ogólnie było super, dziadku. Świetnie się bawiłam.
O’Shaughnessy odchylił się do tyłu, unosząc brwi. Najbardziej oszałamiające w tym wszystkim było to, że jego wnuczka wydawała się mówić zupełnie poważnie.
Obóz Camp Mackenzie, leżący na wyspie niedaleko południowo-wschodniego wybrzeża Prowincji Stanów Zjednoczonych Starej Ziemi, był ośrodkiem szkoleniowym marines od ponad tysiąca lat – na długo przedtem, zanim Korpus stał się Korpusem Imperialnym i zanim powstało Imperium, któremu służył. Wciąż pełnił tę funkcję (choć na Nowym Dublinie byli tacy, którzy uważali, że ich macierzysta planeta byłaby lepszym miejscem), ale w końcu Stara Ziemia nadal była stolicą Imperium, jego sercem. I żadna inna lokacja na tej planecie nie zapewniałaby takiej kombinacji letniego upału, wilgotności, komarów i pcheł piaskowych, by móc sprawdzić siłę charakteru nowego rekruta… albo zrobić z niego odpowiednio plastyczny stop, jakiego wymagała imperialna stal.
Korpus oczywiście postarał się przysposobić wyspę do tego celu jeszcze bardziej, niż zaplanowała to natura. O’Shaughnessy zawsze podejrzewał, że plotki o Korpusie przywożącym tutaj aligatory, by ich populacja na Mackenzie zbytnio nie została przetrzebiona, to prawda. Cokolwiek by nie mówić, nie było żadnych wątpliwości, że bezlitosny reżim treningowy miał stworzyć uczestnikom szkolenia istne piekło na ziemi. Nie z instytucjonalnego sadyzmu, jak święcie wierzyli niektórzy rekruci, lecz dlatego, że Camp Mackenzie miał być najtrudniejszą rzeczą, jaką rekrut kiedykolwiek przeżył. Miał go nauczyć, kim naprawdę jest, co potrafi osiągnąć i wytrzymać – a także pokazać mu często ponurą i zawsze brutalną różnicę między jego wyobrażeniami o wojsku a wojskową rzeczywistością. Miał go nauczyć stawiać czoła wyzwaniom, pokazać, co naprawdę znaczy być jedną z Os Imperium, a przede wszystkim wykształcić w nim dyscyplinę, oddanie sprawie i pewność siebie. Ludzie, którzy przeżyli taką naukę, byli wykutymi na kowadle Korpusu prawdziwymi marines.
I jednym Camp Mackenzie na pewno nie był – „świetną zabawą”.
– Jesteś jeszcze dziwniejszą młodą damą, niż mi się wydawało, Alley – powiedział sierżant po chwili. – Uważasz, że w Mackenzie było super. Chyba nie mam sumienia powiedzieć tego Cassiusowi. Mógłby się ostatecznie załamać.
– Nie powiedziałam, że było łatwo, dziadku! – zaprotestowała. – Nie było. Właściwie to była najtrudniejsza rzecz, jaką zrobiłam. Ale i tak było super. Dużo się o sobie nauczyłam, i tak jak mówisz, skończyłam kurs z drugim wynikiem ogólnym z całej brygady. – Wyszczerzyła się wesoło. – Ciężko na to zapracowałam.
Dotknęła belki starszego szeregowego.
– Nie tylko przeżyłam obóz szkoleniowy, ale udało mi się jeszcze po drodze skopać parę tyłków!
– Rozumiem. – Wzruszył ramionami. – No, coś takiego sierżant major lubi słyszeć od każdej larwy, nawet jeśli budzi to pewne obawy, czy rzeczona larwa ma kontakt z tym, co reszta z nas pieszczotliwie określa rzeczywistością. I naprawdę jestem z ciebie dumny. Ale nie rozpowiadaj dookoła, że podobało ci się w obozie. I tak mamy problemy kadrowe – Korpus nie ma kim zastąpić tych wszystkich starszych podoficerów, którzy padną trupem, jak coś takiego usłyszą.
– Tak jest, dziadku – przyrzekła solennie, a on się zaśmiał.
– Co u rodziców? – spytał.
– Wszystko w porządku, kazali cię pozdrowić.
– Nawet twój tata? – O’Shaughnessy znów uśmiechnął się pod nosem. – Wybaczył mi już, że cię „namawiałem”?
– Nie bądź niemądry, dziadku. – Pokręciła głową. – Nigdy nie był na ciebie aż tak bardzo zły, i dobrze o tym wiesz. On cię uwielbia. Właściwie kiedy już się uspokoił, przyznał nawet, że to nie była twoja wina. Zresztą przepchnąłeś mnie najpierw przez studia.
– Tak naprawdę chyba nie spodziewał się, że przelecisz program pięciu lat w trzy i pół roku. Moim zdaniem myślał, że kiedy skończysz studia, trochę zwolnisz tempo.
– Nie. Myślał, że kiedy będę miała licencjat, odezwą się geny Ujvárich, tak jak u Clarissy, zapomnę o marines i znajdę sobie jakieś inne zajęcie. – Wzruszyła ramionami. – Mylił się. Właściwie mama wiedziała, że tata nie ma racji. Powiedziała mu to, kiedy im oznajmiłam, że nie zmieniłam zdania.
– Nic dziwnego – powiedział kpiąco O’Shaughnessy. – Twoja matka jest bardzo podobna do swojej. A więc uważasz, że twój tata nie zastrzeli mnie za to, że zaproponowałem „kompromis”?
– Oczywiście, że nie. Nie zrobiłby tego nawet, gdyby nie był Ujvárim. Zdobyłam stypendium, zrobiłam dyplom, i to była moja część umowy. Nawet się nie skrzywił, podpisując rodzicielską zgodę dla biura werbunkowego. Ani razu, przysięgam. Tatko jest twardy.
– Faktycznie, jest. – O’Shaughnessy nagle spoważniał. – Czasami drażnię się z nim, że jest Ujvárimi i dlatego nie potrafi zrozumieć, co popchnęło mnie i ciebie do takiego zajęcia. Do tego dzięki pracy w ministerstwie dobrze wie, jakie gówniane zlecenia dostaje Korpus i jak mocno bierzemy w tyłek, kiedy sprawa się rypnie. – Sebastian pokręcił głową. – Żadnemu ojcu nie jest łatwo patrzeć, jak jego dziecko idzie do czegoś takiego jak Korpus, wiedząc, że może zostać ranne, wzięte do niewoli albo zabite. Zwłaszcza kiedy to dziecko ma dopiero siedemnaście lat i kiedy kocha się je tak mocno, jak twoi rodzice kochają ciebie.
– Wiem – powiedziała cicho Alicia. Odwróciła na chwilę wzrok, potem znów spojrzała na dziadka. – Wiem. I chyba tak naprawdę tylko świadomość, jak bardzo on – i mama też, choć się do tego nie przyznaje – będzie się o mnie martwić, mogłaby mnie skłonić do zmiany zdania. Ale nie mogłam, dziadku. Po prostu nie mogłam zrezygnować. A poza tym… – jej wzrok pojaśniał – jak mówiłam, w Mackenzie było super!
– Naprawdę muszę zerknąć na twój profil psychologiczny. Póki co rozumiem, że dostałaś swój pierwszy przydział?
– Mogłam wybrać, bo miałam taki dobry wynik. I dostałam to, co chciałam. No, oczywiście nie mogłam wybrać jednostki.
– Dość dobrze orientuję się, jak ten system działa, Alley – powiedział sucho Sebastian, a ona się roześmiała.
– Wiem. Przepraszam. Ale odpowiadając na twoje pytanie, jadę do batalionu rozpoznania pierwszego pułku pięćset siedemnastej brygady.
– Rozpoznanie? – O’Shaughnessy zachmurzył się nieco, skubiąc płatek prawego ucha. Marines rozpoznania byli powszechnie uważani, nawet przez swoich kolegów, za elitę Korpusu. W normalnych okolicznościach marine nie mógłby nawet myśleć o rozpoznaniu, dopóki nie odbębniłby przynajmniej jednej tury w jakiejś bardziej plebejskiej formacji. Nawet wyróżnieni absolwenci Mackenzie powinni byli najpierw zdobyć jakieś pierwsze szlify.
– Sierżant major Hill ostrzegał mnie, że pewnie się nie zgodzą – powiedziała Alicia. – Ale pomyślałam, że nie zaszkodzi poprosić o to, czego naprawdę bym chciała. Najgorsze, co mogliby zrobić, to odmówić.
– Jestem zaskoczony, że nie odmówili – powiedział szczerze O’Shaughnessy, ale już w chwili, kiedy to mówił, w jego głowie zrodziło się podejrzenie. Spróbował je odpędzić tak samo szybko, jak się pojawiło. W końcu taki pomysł jest niedorzeczny, prawda? Oczywiście, że tak! Nikt nie myślałby o tym tak wcześnie. Nawet o jego Alley!
– Wiem, że pięćset siedemnastą dowodzi generał Erikson, ale kto dowodzi pierwszym pułkiem?
– Czy jest coś, czego nie wiesz o Korpusie? – Zielone oczy Alicii błysnęły, a Sebastian skrzywił się groźnie.
– Nawet ja mogę nie orientować się w drobiazgach, dziewczyno.
– No, u mnie twój sekret jest bezpieczny, dziadku – zapewniła go. – Sama nie wiem, kto w tej chwili dowodzi pułkiem. Z moich rozkazów wynika, że rozpoznanie należy do major Palacios. Znasz ją?
– Palacios, Palacios… – mruknął O’Shaughnessy. – Chyba się nie spotkaliśmy. W całym Korpusie jest przynajmniej z pół tuzina oficerów, których nigdy nie spotkałem. Trafił ci się akurat jeden z nich.
– Może to i dobrze, jak się nad tym zastanowić. Kocham cię, dziadku, ale twój cień potrafi być trochę przytłaczający.
– No jasne! – Przewrócił oczami, a ona zaśmiała się. – A teraz, kiedy już połechtałaś moje czułe ego, powiedz, kiedy masz się zameldować w Martinsenie.
– W Martinsenie? – zdziwiła się Alicia.
– Pięćset siedemnasta stacjonuje w Systemie Martinsena.
Alicia wzruszyła ramionami.
– Może tam jest kwatera główna brygady, dziadku, ale mnie tam nie wysyłają. Według moich rozkazów lecę na Gyangtse.
– O?
Twarz i głos Sebastiana O’Shaughnessy’ego na szczęście miały duże doświadczenie w robieniu dokładnie tego, co im kazał. Ale niewiele to pomogło na zimne ciarki, które nagle przebiegły mu po plecach.
– Nie wiedziałem, że pierwszy został przeniesiony na Gyangtse – powiedział po chwili, pozwalając, by w jego głosie brzmiała jedynie zaduma. – Z raportów wywiadu, które widziałem, wynika, że sytuacja może się tam stać „interesująca”, Alley. Zrób coś dla mnie: pamiętaj, czego cię nauczyli w Mackenzie, i nie myśl o tym, co widziałaś we wszystkich kiepskich dramatach w holo, które oglądałaś.
Alicia DeVries patrzyła na dziadka i jej twarz była tak samo spokojna jak jego. Podejrzewała jednak, że żadne z nich nie zdołało nabrać tego drugiego. Najwyraźniej dziadek wiedział o Gyangtse coś, co sprawiało, że nie był zbyt szczęśliwy. Kusiło ją, żeby spytać, co to takiego, ale ta pokusa miała krótki żywot. Jako wnuczka Sebastiana O’Shaughnessy’ego nie chciała nadużywać łączącego ich pokrewieństwa. Oczywiście dziadek i tak by na to nie pozwolił. Właściwie miałaby szczęście, gdyby nie dał jej po tyłku, jeśli by spróbowała.
– Będę pamiętać, dziadku – obiecała mu, a on przez chwilę patrzył jej w oczy, po czym pokiwał głową, zadowolony z tego, co tam dostrzegł.
– Świetnie! A skoro… – odepchnął się od biurka – jesteś tu przelotem i nie meldujesz się na służbie, podoficer o mojej niebosiężnej randze może sobie pozwolić na to, by go widziano publicznie z marnym starszym szeregowcem, nie naruszając zanadto wojskowej dyscypliny i zasad łańcucha dowodzenia. W związku z tym pomyślałem sobie, że możemy wyskoczyć z bazy na godzinę czy dwie. Jest tu bardzo dobra tajska restauracja, którą chciałbym ci pokazać.

Rozdział drugi
– A więc to ty jesteś naszym nowym ciepłym ciałem, tak?
Sierżantowi majorowi Winfieldowi udało się bardzo dobrze, jak zauważyła Alicia, powstrzymać na jej widok dziki spazm rozkoszy, której musiał doznać. Opadł na oparcie swojego wygodnego fotela, przyglądając się jej zza biurka – byli w zbrojowni koszar, które milicja planetarna Gyangtse udostępniła sekcji dowodzenia batalionu rozpoznania pierwszego pułku pięćset siedemnastej brygady – a potem pokręcił głową z miną kogoś, kto widział już całą galaktykę. Alicia nie była pewna, czy jego pytanie było czysto retoryczne. W tych okolicznościach, pomyślała, lepiej uznać, że nie było.
– Tak, panie sierżancie majorze – odparła.
– I prosto z Mackenzie. – Westchnął, kręcąc mocniej głową. – Prosimy o dziewiętnastu doświadczonych żołnierzy, a dostajemy… ciebie. Jesteś tylko jedna, prawda, szeregowy?
– Tak jest, panie sierżancie majorze.
– No, przynajmniej nie będziemy musieli nikogo więcej przyuczać.
Winfield powiedział to tonem człowieka, który rozpaczliwie stara się znaleźć jakąś jasną stronę tej sytuacji. Tym razem Alicia nic nie powiedziała; stała tylko przed jego biurkiem z rękami splecionymi za plecami w przepisowym paradnym „spocznij”. Jej wstępna rozmowa nie szła tak dobrze, jak miała nadzieję.
Winfield przyglądał się jej jeszcze przez kilka chwil, a potem wyprostował się razem z fotelem.
– Zakładam, że widziałaś sierżanta Hirshfielda po drodze do mojego gabinetu?
– Tak jest, panie sierżancie majorze.
– Dobrze. W takim razie… – Winfield machnął dłonią w stronę drzwi. – W takim razie tuptaj stąd i powiedz mu, że jesteś przydzielona do plutonu porucznik Kuramochi.
– Tak jest, panie sierżancie majorze.
– Odmaszerować, szeregowy DeVries.
– Tak jest, panie sierżancie majorze!
Alicia stanęła na baczność, energicznie zasalutowała, zaczekała na nieco mniej energiczny salut Winfielda, a potem odwróciła się i szybkim krokiem wyszła z jego gabinetu. Zamykając za sobą drzwi, zastanawiała się, czy w jego obecności będzie jej kiedyś wolno użyć więcej niż tylko trzech słów.
Starszy sierżant Hirshfield podniósł wzrok, uśmiechając się nieznacznie, kiedy stuknęły ostrożnie zamykane drzwi do gabinetu Winfielda. Był żylastym facetem o ciemnych włosach i nosił zestaw nagłowny neurozłącza.
– Witamy w batalionie, DeVries – powiedział. – Czy sierżant major rozwinął regulaminową formułkę powitalną rozpoznania?
– Sierżant major mógł być nieco… rozczarowany moim przybyciem, panie sierżancie – odparła ostrożnie.
– Sierżant major Winfield zawsze jest „rozczarowany” nowo przybyłymi – poinformował ją Hirshfield, niemal niedostrzegalnie mrugając okiem. – Wypada tu powiedzieć, że jest prawie tak marudny, jak chciałby, żebyś uważała. Dlatego ma mnie. Jestem maleńkim promykiem słońca rozświetlającym dzień każdego, na kogo on spuszcza deszcz.
– Dał mi do zrozumienia – powiedziała Alicia, ośmielona jego uśmiechem – że miał nadzieję na kogoś bardziej doświadczonego.
– Zawsze ma. – Hirshfield wzruszył ramionami. – Bez urazy, DeVries, ale rozpoznanie nie jest uważane za odpowiednie miejsce dla zielonych. Nie wspominając o tym, że zawsze mamy braki kadrowe, a w tej chwili, kiedy tutaj, w Gyangtse, sytuacja robi się coraz gorętsza przed nadchodzącym referendum, odczuwamy to trochę bardziej dotkliwie niż zazwyczaj. Dlatego nawet jeśli był dla ciebie przykry, na pewno bardzo się cieszy, że tu jesteś. W końcu nawet larwa świeżo z Mackenzie jest lepsza niż nic – dodał, psując nieco, zdaniem Alicii, efekt dodania jej otuchy, który usiłował – albo i nie – stworzyć.
– Dziękuję, panie sierżancie – odparła. – Aha, kazał panu powiedzieć, że mam być przydzielona do plutonu porucznik Kuramochi.
– Tak myślałem. – Hirshfield pokiwał głową. – Porucznik brakuje dziewięciu ludzi. Pewnie trafisz do trzeciej drużyny, do sierżanta Metternicha. W tej chwili jest najmniejsza, a Metternich jest doświadczonym dowódcą i dobrze sobie radzi z opieką nad dziećmi. Bez urazy.
– Nie obraziłam się, panie sierżancie – odparła Alicia, nie do końca szczerze.
– To dobrze. – W oku mężczyzna błysnęła łagodna złośliwość. – Centrala, Metternich – powiedział do mikrofonu przymocowanego do zestawu nagłownego. – Abe, mam tu jednego z twoich nowych ludzi. Wpadniesz do mnie, aby ją odebrać, czy mam dać jej mapę?
Słuchał przez chwilę, potem parsknął śmiechem.
– Dobra, powiem jej. Bez odbioru.
– Sierżant Metternich kogoś po ciebie przyśle – powiedział i wskazał Alicii krzesła stojące pod ścianą naprzeciwko jego biurka. – Zaparkuj tam siedzenie, dopóki ten ktoś nie przyjdzie.
– Tak jest, panie sierżancie – odparła posłusznie i usiadła na jednym ze wskazanych krzeseł.
* * *
– Hej, sierżancie. Podobno kogoś pan dla mnie ma?
Alicia podniosła wzrok, kiedy niski, niemal karłowaty starszy szeregowy zajrzał do gabinetu Hirshfielda. Nowo przybyły miał jeszcze ciemniejszą karnację niż sierżant, szerokie, umięśnione bary i grzywę niesfornych czarnych włosów.
– Medrano! – rozpromienił się Hirshfield. – To przecież mój ulubiony marine! Faktycznie, kogoś dla ciebie mam. O, tutaj.
Szeregowy Medrano spojrzał we wskazanym kierunku. Przez chwilę przyglądał się Alicii, a potem odwrócił się z powrotem do Hirshfielda.
– O kurczę, wielki dzięki – powiedział. – Powiedział pan Abe’owi, co pan dla niego ma?
– Mam zepsuć taką niespodziankę? – Hirshfield uniósł brwi.
– Tak myślałem. – Medrano pokręcił głową. Potem znów spojrzał na Alicię i wskazał kciukiem za siebie. – Chodź, larwo.
Cofnął się za drzwi i oddalił w kierunku, z którego przyszedł, nie patrząc nawet, czy Alicia za nim idzie. Oczywiście szła, choć niezbyt radośnie. Jak dotąd, myślała, wychodząc z bloku biurowego, nic nie idzie tak, jak miałam nadzieję.
– Gdzie masz swoje rzeczy, larwo? – spytał szeregowy, nie odwracając się.
– Trzymają je dla mnie na lądowisku.
– W takim razie lepiej chodźmy je zabrać.
I Medrano skręcił w lewo, w jedno z przejść między budynkami.
Jego lepsza znajomość lokalnej geografii szybko dała o sobie znać. Szukając drogi przez stolicę Gyangtse, Zhikotse, do biura sierżanta majora Winfielda w koszarach planetarnej milicji, Alicia posługiwała się mapą, którą dyżurny sierżant załadował do jej osobistego koma. Droga, którą szedł Medrano, była o wiele bardziej kręta i zawiła – wybierał raczej poplątane boczne uliczki niż nowsze, szersze ulice – ale za to znacznie krótsza. Dojście do małego portu kosmicznego zajęło im niewiele ponad połowę czasu, którego Alicia potrzebowała, by dotrzeć z lądowiska do biura Winfielda.
– Przynieś – powiedział sucho Medrano, siadając na krześle w sekcji bagażowej. Wskazał pojedyncze obsadzone okienko, a potem rozparł się wygodnie i założył nogę na nogę.
Alicia podeszła do okienka i stojącego w nim samotnego cywila. Na większości planet odbiorem bagażu zawiadywałaby SI, a przynajmniej samodzielny system komputerowy, ale Alicia zauważyła już panującą na Gyangtse biedę – przynajmniej według ogólnie wysokich imperialnych standardów.
– Co mogę dla pani zrobić? – spytał niski, żylasty (jak większość widzianych dotąd mieszkańców Gyangtse) cywil.
– Muszę odebrać swoje rzeczy – powiedziała, kładąc na ladzie elektroniczny bilet. – Przyleciałam „Telfordem Williamsem”.
– Nie, naprawdę?
Wyszczerzył się do niej wesoło, a ona poczuła, że trochę się czerwieni. Oczywiście, że wiedział, iż przyleciała „Williamsem”. Był to jedyny statek, który dotarł na orbitę Gyangtse w ciągu ostatnich kilku dni. Chociaż jednak był wyraźnie rozbawiony, nie robił wielkich ceregieli – wziął bilet i włożył go do czytnika swojego terminala.
– DeVries, Alicia D., tak?
– To ja.
– Dobrze. – Wystukał coś na klawiaturze i kiwnął głową. – Punkt jedenaście – powiedział, wskazując widoczne w głębi ponumerowane punkty odbioru bagażu. – Będzie za kilka minut.
– Dziękuję.
– Proszę uprzejmie. A przy okazji, witamy na Gyangtse.
– Dzięki.
Alicia podeszła do wskazanego punktu odbioru.
Jej bagaż pojawił się niemal tak szybko, jak zapowiedział urzędnik. Wyciągnęła swoją skrzynię i sprawdziła sekretne znaki, żeby się upewnić, czy nikt w niej nie grzebał. Potem załadowała na skrzynię torby, przypięła je mocno parcianym paskiem i włączyła integralny układ antygrawitacyjny skrzyni. Ta posłuszni się uniosła. Alicia popchnęła ją, sprawdzając, czy równomiernie rozłożyła obciążenie. Skrzynia tylko lekko się zakołysała, a dziewczyna z satysfakcją kiwnęła głową.
Włączyła hol, kotwicząc skrzynię do małego urządzenia przy pasku, i z powrotem odwróciła się do Medrano. Skrzynia z torbami posłusznie sunęła za nią, utrzymując przepisową odległość półtora metra.
– To wszystko? – spytał starszy szeregowy, wstając.
– Wszystko – potwierdziła. Medrano spojrzał krytycznie na jej bagaż, ale chyba nie znalazł nic, do czego mógłby się przyczepić.
– W takim razie załatwmy sobie jakiś transport – powiedział i wyszli z poczekalni lądowiska.
Podczas gdy Alicia ładowała swoje rzeczy do bagażnika jednej z nielicznych taksówek portowych, Medrano zajął miejsce i zaczął wstukiwać koordynaty docelowe. Kiedy zamknęła klapę, machnął ręką, żeby wsiadła, i auto szybko ruszyło z miejsca.
Alicia zerknęła z ukosa na profil szeregowego. Miała wielką ochotę zasypać go pytaniami, ale wszyscy, których dzisiaj spotkała, wydawali się tak zainteresowani pognębieniem nowego żołnierza, że nie chciała dać mu do tego sposobności. Dlatego wbiła wzrok w przednią szybę wozu, mobilizując całą swoją cierpliwość.
Medrano przez jakiś czas nic nie mówił, potem nieznacznie się uśmiechnął.
– Nie denerwuj się tak, larwo – powiedział.
– Słucham? – Alicia spojrzała na niego nieco podejrzliwie, a on się roześmiał.
– Och, wciąż masz przed sobą długą drogę, zanim zostaniesz członkiem loży, larwo. A my wszyscy, dorosłe Osy, do tego czasu zmienimy twoje życie w piekło. Ale teraz jesteśmy tylko my dwoje i wiem, że masz pytania. Więc śmiało. Możesz pytać.
– Dobra, zaryzykuję. Starszy sierżant Hirshfield mówił, że sytuacja na Gyangtse robi się gorąca. Co tu się dzieje?
– Dobrze byłoby wiedzieć, nie? – Medrano nieco się skrzywił. – Porucznik odpowie ci na to pytanie lepiej niż ja, ale generalnie chodzi o to, że cały ten sektor należał kiedyś do Ligi. A to oznacza, że ciągle ktoś sprawia nam kłopoty i sieje zamęt, bo mu się wydaje, że może wykopać Impów ze swoich planet. Oczywiście to nie jest możliwe, ale miejscowym durniom udaje się od czasu do czasu o tym zapomnieć. Moim zdaniem właśnie coś takiego zaczyna się tutaj dziać.
– Czy tworzy się tutaj jakieś podziemie? – Alicii nie udało się nie zdradzić zaskoczenia, a Medrano znów się zaśmiał, tym razem bardziej chrapliwie.
– Larwo, w takich miejscach jak to zawsze jest jakieś podziemie. Zazwyczaj dość słabe, swego rodzaju przechowalnia dla największych czubków, ale zawsze jest, rozumiesz? Najczęściej reszta miejscowych jest na tyle zadowolona z naszej obecności, że czubom nie jest łatwo. Ale czasami, tak jak teraz, bywa inaczej.
– Czemu?
– A cholera wie. – Medrano wzruszył ramionami. – To znaczy pewnie porucznik wie. Jest całkiem bystra… jak na oficera. Ale ogólnie rzecz biorąc, Gyangtse jest w samym środku przechodzenia ze statusu Świata Korony do Świata Inkorporowanego. Kiedy tak się dzieje, ludzie najczęściej uważają, że to dobrze; tym razem jednak sprawa wygląda inaczej. Nie mam pojęcia dlaczego. Może to przez gospodarkę, która tutaj mocno kuleje. A może Gyangtseńczycy są po prostu głupi jak but albo nie lubią gubernatora. A może to robota Jaszczurów albo FALA. – Znów wzruszył ramionami. – Wszystko jedno. Chodzi o to, larwo, że mamy na planecie dokładnie jeden batalion, cwaniaki z Frontu Wyzwolenia Gyangtse ogłaszają, że są przeciwni „bliższym stosunkom” z Imperium – jakby mieli jakiś wybór – a miejscowi, którzy normalnie powinni nam wysyłać anonimy o niegrzecznych chłopcach, akurat teraz trzymają buzie na kłódkę.
– Aha.
Alicia zastanowiła się nad tym, co powiedział Medrano. Pozornie swobodny styl bycia i sposób mówienia starszego marine sprawiły, że nie doceniła – w pierwszej chwili – jego intelektu. Nie trwało to jednak długo, gdyż właśnie dzięki Medrano wiele spraw, które Alicia widziała i których nie rozumiała, nagle nabrało sensu.
Imperium Ziemi wyrosło na gruzach starej Federacji Ziemskiej, po wojnach z Ligą i następujących po nich wojnach ludzi z Rish. Olbrzymie, potężne fizycznie matriarchinie Rish nie były oczywiście „jaszczurami”. Właściwie o wiele bliżej było im do jajorodnych ziemskich ssaków, ale ich obiegowa nazwa chyba była nieunikniona, zważywszy na ich zwaliste gadzie cielska. Nie były one najlepszym sąsiedztwem w galaktyce. Bardziej wojownicze nawet od ludzi (co, Alicia gotowa była przyznać, nie było łatwe), nie przyjęły dobrze wtargnięcia ludzkości na ich międzygwiezdne podwórko w latach dwa tysiące trzysta czterdziestych. A potem było coraz gorzej, zwłaszcza kiedy ich analitycy uświadomili sobie, że ludzka gospodarka jest o wiele bardziej wydajna… i że ludzkość osiągnęła ogromną przewagę technologiczną. Fakt, że ludzie byli o wiele bardziej płodni i woleli mniejsze zagęszczenie populacji, co przekładało się na entuzjastyczną i gwałtowną falę eksploracji i kolonizacji, sprawiał, że Rish coraz mniej byli zadowoleni z ich obecności.
Co tłumaczy, dlaczego dyplomacja Sfery Rishathańskiej tak umiejętnie i cierpliwie rozgrywała nieustające napięcia między rywalizującymi ze sobą Ligą Ziemską i Federacją Ziemską. Zajęło im to sto lat ostrożnych działań, ale w końcu zdołali doprowadzić do wybuchu wojen z Ligą, które trwały od 2450 do 2510 roku i pochłonęły więcej istnień ludzkich niż wynosiły straty wojskowe i cywilne we wszystkich innych wojnach w zapisanej historii ludzkości.
Owych sześćdziesiąt lat zajadłych, śmiertelnych zmagań spowodowało, że Federacja przekształciła się w Imperium Ziemi pod panowaniem cesarza Terrence’a I z Domu Murphy. Doprowadziło także do całkowitego wojskowego i gospodarczego wyniszczenia Ligi, co jej rishathańscy „przyjaciele i sąsiedzi” natychmiast wykorzystali, rozpoczynając pierwszą wojnę ludzi z Rish druzgocącym najazdem na jej zaplecze. Ich ofiara została wzięta całkowicie z zaskoczenia i zaledwie w osiem lat Sfera podbiła praktycznie całą Ligę.
Ale pechowo dla Rish, którzy do tego momentu realizowali swoje plany z powodzeniem, od którego Machiavelli zzieleniałby z zazdrości, Imperium Ziemskie okazało się o wiele trudniejszym kąskiem. Zwłaszcza że czas, który Sfera musiała poświęcić na przetrawienie terytorialnych zdobyczy na obszarze Ligi po pierwszej wojnie z ludźmi, pozwolił Terrence’owi I zaprowadzić porządek na swoim podwórku oraz zreorganizować i rozbudować flotę.
Druga wojna ludzi z Rish trwała już czternaście lat. I mimo znużenia wojennym wysiłkiem oraz politycznym chaosem po wojnach z Ligą, Imperium stało zjednoczone za swoim nowym charyzmatycznym cesarzem. Poza tym do tego czasu ludzkość zdała sobie sprawę, kto jest naprawdę odpowiedzialny za sześćdziesiąt straszliwych lat śmierci i zniszczenia. Pod koniec drugiej wojny Imperium odebrało Rish dwie trzecie dawnych systemów gwiezdnych Ligi i doprowadziło Sferę na skraj całkowitej militarnej klęski. Na podstawie Traktatu Lewiatańskiego, oficjalnie kończącego wojnę, Sfera Rishathańska została zmuszona do powrotu do swoich granic sprzed pierwszej wojny, a pozostała jedna trzecia dawnej Ligi, która nie została włączona do Imperium, uzyskała nominalną niezależność – jako tak zwane Bandyckie Światy, tworzące strefę buforową między dwiema międzygwiezdnymi potęgami.
Jednak sześćdziesiąt lat międzyludzkich zmagań i „wyzwolenie” (czy przymusowa okupacja, zależnie od punktu widzenia) tylu systemów Ligi przez imperialne siły zbrojne pozostawiły Imperium w spadku jątrzące się ogniska niechęci. Nawet teraz, czterysta lat później, było to powodem przynajmniej dwóch trzecich zmartwień marines i Floty. Zbyt wiele dawnych światów Ligi wciąż było Światami Korony – zarządzanymi bezpośrednio przez gubernatorów Ministerstwa Światów Rubieży, wyznaczanych centralnie przez Imperium – mimo że liczebność populacji kwalifikowała je do statusu Inkorporowanych. Jednak przejście z zarządzanego przez Koronę protektoratu do pełnego członkostwa z reprezentacją w Senacie zawsze było bardzo delikatnym przedsięwzięciem. Zwłaszcza w takich przypadkach jak Gyangtse, gdy pierwotny związek planety z Imperium nie był do końca dobrowolny.
– To FWG, o którym wspominałeś, to znaczy Front Wyzwolenia Gyangtse czy coś takiego? – spytała po chwili Alicia.
Medrano zerknął na nią.
– Zgadłaś, larwo.
– I sprzeciwia się inkorporacji?
Mężczyzna kiwnął głową, a Alicia skrzywiła się. Oczywiście, że się sprzeciwia. A sądząc po nazwie, robi co może, by zapobiec planetarnej debacie, czy Gyangtse powinno ubiegać się o status Inkorporowanej. Niektóre światy byłej Ligi głosowały po dwadzieścia albo trzydzieści razy, zanim ich mieszkańcy w końcu postanowili zapomnieć o przeszłości. A przynajmniej zapomnieć o niej na tyle, by zostać dobrowolnymi poddanymi cesarza.
– Były jakieś incydenty? – spytała.
– Kilka było – przyznał nieco ponuro Medrano.
– Jakiego rodzaju? – Szeregowy uniósł brew, a Alicia wzruszyła ramionami. – „Będziemy tak upierdliwi, żebyście z nami negocjowali i dla świętego spokoju dali nam to, czego chcemy” czy raczej „Jesteśmy niebezpiecznymi czubkami i wierzymy, że jeśli was wystarczająco dużo zabijemy, to sobie pójdziecie”?
– Oto jest pytanie, prawda, larwo? – W oczach Medrano zalśniło dziwne światło. Jakby pytanie Alicii go zaskoczyło. – Nikt nie przepada za świrami pierwszego rodzaju, ale to ci drudzy wysyłają do domu trupy w workach. A w tej konkretnej chwili nie mam bladego pojęcia, z którą odmianą mamy tu do czynienia.
– Rozumiem.
Alicia zamyśliła się i opadła na oparcie fotela.
Medrano znów na nią zerknął i otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Zadumana larwa trawiła to, co jej właśnie powiedział. Nie takiej reakcji spodziewał się po kimś tak młodym, świeżo wypuszczonym z Camp Mackenzie. Może ta mała rzeczywiście coś w sobie ma?
No cóż, pomyślał sucho Leocadio Medrano, poczekamy, zobaczymy, prawda?