Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Archiwum

Gamedec:Zabaweczki. Sztorm – Premiera

Dzisiaj ma miejsce premiera nowej książki Marcina Przybyłka Gamedec:Zabaweczki. Sztorm.
Zapraszamy was z tej okazji do zapoznania się z fragmentem owej książki. Prezentujemy wam też filmik wykonany w świecie Gamedeca który promuje futurystyczny świat Marcina Przybyłka.
Zapraszamy!!!

Gamedec zwiastun filmowy!!
Fragmet książki.

– Torkil, wiejemy – przeczytałem komunikat Petera. – Trzymaj lewą rękę, bo ci ją urwie, jak przyspieszymy.

– Jeśli będę ją trzymał i się urwie, to wyłamie mi palce w zdrowej kończynie.

– Więc trzymaj ją mądrze, tam, gdzie jest środek ciężkości.

To na wysokości łokcia.

– Dokąd?

– Tylko do miasta. Wszędzie indziej nas dorwą. Naszą nadzieją są zamieszki. Jak najgłębiej i w największą ciżbę.

Johny podszedł do mnie wyjmując z udowego modułu niewielki, obły twór, który za chwilę rozłożył się w kształt potężnych kajdanek. Cichy pisk i pojawienie się niebieskiej kontrolki świadczyły o prawidłowym funkcjonowaniu urządzenia.

– Proszę odwrócić się do mnie ty…

Nie musieliśmy z Peterem się umawiać, czy liczyć do trzech. Odbiliśmy się od pokładu w tej samej sekundzie i prawdopodobnie w tym samym momencie przyspieszyliśmy. Ominąłem nagle znieruchomiały przód Małego Lwa i skierowałem lot w stronę tamy. Pod nami trwały w pozornym bezruchu setki aquali, jachtów i podwodne miasto.

– Ooorzzzeeeeszzz jaaaassssnaaaa… – doszedł mnie cichnący bas policjanta.

Czy zatrzymają Parsifala i jego trzódkę? Pewnie tak. Jedno, czy dwa przesłuchania i ich puszczą. Przepraszam, kapitanie. Mam nadzieję, że nie pokrzyżuję zanadto twoich planów. W prawym górnym rogu pola widzenia rozjarzyła się sylwetka dooma. Czerwień przy biodrze, lewa ręka czarna, niesprawna, wiele żółtych i pomarańczowych plam. To ja, panie doktorze. Proszę mi wymienić osiemdziesiąt procent ciała. Zapłacę.

– Peter, do ilu przyspieszyłeś?

– Do czterech. Tobie radzę to samo. Tylko delikatnie.

– Okej…

Zerknąłem we wsteczną kamerę. Jeden z policjantów wykonywał właśnie skok w kierunku luku pojazdu i wisiał na tle odległych, szarych chmur, drugi wyciągał rękę do Parsifala. Zapewne kazał mu czekać czy coś w tym stylu.

W głównym polu widzenia zobaczyłem kursor pulsujący przy prawej ścianie najbliższego linowca.

– Omińmy go po tej stronie – odezwał się Peter.

O ile tam w ogóle dolecimy. Nie wiedziałem, jaki dystans zdołamy pokonać, zanim mundurowi ulokują się w wozie. Po raz kolejny skonstatowałem, że dibekowcy mają znaczącą przewagę nad organikami. Ciekawe, kiedy dimeni zupełnie zastąpią glejowych policjantów. Słyszałem, że w FSA sformowano już oddział… Jak oni się nazywają…

Zmierzyłem odległość od budynku. Popołudniowe słońce krzesało z jego szklanych powierzchni złote iskry. Dwa tysiące dwadzieścia metrów. Zerknąłem we wsteczną kamerę i włączyłem dalmierz. Od aquala oddaliliśmy się ledwie o dwieście.

– Uwaga – usłyszałem alt wewnętrznego komunikatora – zagrożenie utraty kończyny.

Lewa ręka na wykresie zaczęła migać. Przytrzymałem ją w łokciu. Czy nie za wczesny ten alarm? W końcu lecimy gładko i prosto, przyspieszenie to zaledwie trzy G… no tak, czyli rączka waży trzy razy tyle co zwykle. Dystans od linowca tysiąc sześćset metrów. Prędkość pięćset kilometrów na godzinę. Policjanci zamykają włazy pojazdu. Migają światłami. Psiakrew, daleko mamy do tego miasta! Tama, trzy pierścienie linowców i dopiero za nimi zaczynają się sensowne, gęste zabudowania! Tysiąc dwieście metrów. Raptem widzę między mną i Peterem zielony tor. Za chwilę słyszę jego głos:

– Wystrzelili sieć elektromagnetyczną. Jeśli w nią wpadniemy, wywali nam wszystkie systemy. Ty w lewo, ja w prawo! Tylko łagodnie! Myśl szybko, poruszaj się wolno!

– Okej!

Wykonałem delikatny zwrot w lewo…

– Uwaga, zagrożenie wyłączeniem kończyny.

Moja – nie moja prawa noga zaczęła migać. Rwie się biodro. Co przytrzymać? Rękę czy nogę? Wytrzymaj, giczole, zaraz kończę ten skręt… Powinno wystarczyć. We wstecznej kamerze widzę rozpościerającą się przed wrogim pojazdem sieć, błyskającą iskierkami, odkształcającą się jak fala przeznaczenia…

Odchylam lot jeszcze bardziej.

– Uważaj Peter, to dziadostwo jest szerokie, jakieś dwadzieścia metrów średnicy.

– Mam nadzieję, że nie jest zdalnie sterowane…

– Co?!

– Pół beczki w dół i świeca!

Obawy Petera były słuszne. Sieć była zdalnie sterowana, w dodatku modułowa: we wstecznej kamerze zobaczyłem, jak rozdziela się na dwie części i każda z nich kieruje się do swojego celu.

– Nie! – odkrzyknąłem – jeśli polecimy w górę, złapią nas! Musimy przelecieć nisko obok czegoś…

– Wystającego! Racja! Nad blanki tamy! Tam jest stacja anty grawitacyjna!

Kursor zamigał w pobliżu kopulastych zabudowań przycupniętych w cieniu linowca.

– Doganiają nas!

– Gazu!

Przyspieszyłem do maksimum.

– Uwaga, zagrożenie utratą…

Automat przerwał „w pół zdania” (w tym samym momencie, gdy poczułem dziwne szarpnięcie) i dokończył:

– Prawa noga uległa oderwaniu. Zgłoś się do najbliższego serwisu.

Istotnie, na wykresie zobaczyłem, że moja nóżka stała się przezroczysta, a we wstecznym ekranie… z radością stwierdziłem, że sieć owija się, niczym drapieżna meduza, wokół odrzuconej części! To podsunęło mi pomysł…

– Peter! Zbliż się!

Szarpnąłem z całej siły za swoją lewą rękę i usłyszałem beznamiętny komunikat, że straciłem także górną kończynę. Zerknąłem jeszcze raz we wsteczny obraz oceniając odległość… siatka zbliżała się z niebezpieczną prędkością do Kytesa. Prawdopodobnie gdyby nie nasze przyspieszenie, nie mielibyśmy szans. Wymierzyłem i cisnąłem niepotrzebną kończynę w miejsce, które, jak mi się wydawało, będzie odpowiednim punktem spotkania wabika i pocisku. Crash odczekał jeszcze dwie sekundy i poderwał lot dokładnie w momencie, w którym siatka pochwyciła moją błyszczącą lewą rękę. Na coś się przydały te kikuty.

– Podciągnij, podciągnij – odezwał się alt.

Dopiero wtedy skoncentrowałem wzrok na tym, co jest przede mną i… nieistniejące włosy zjeżyły mi się na głowie. Ciągnij, Torkil, ciągnij! Zaraz rozsmarujesz się na tamie!

– Torkil! W górę! – drze się Peter.

Zaciskając metalowe zęby widzę, jak jasnobeżowy mur tamy niemal ociera się o mój korpus. Mam wrażenie, że czuję jego wibracje. Wreszcie wylatuję nad blanki i natychmiast poziomuję lot: ślizgiem, tuż nad drzewami, do linowca. Jeszcze tylko sto metrów. Peter jest na prawo ode mnie i pięćdziesiąt metrów wyżej. Wtedy widzę błękitne smugi pocisków przecinające powietrze między nami.

– Strzelają – odzywa się Peter.

– Błękitne pociski. Elektromagnetyczne. Jak sieć.

– Zgadza się. Za linowiec!

Ciasno skręcam w prawo, prosto w złotą poświatę odbitą od lustrzanych szyb. Pomarańczowe niebo. Odczuwam dziwną lekkość na myśl, że nie muszę już się martwić o popsute kończyny. Amputacja to całkiem niezła metoda pozbycia się kłopotu. Jesteśmy między zewnętrznym i środkowym pierścieniem linowców. Między nimi rosną drzewa. Gęsto. Nie wlecimy między pnie. Zerkam we wsteczny ekran. Nie widać policji. Patrzę w przód. Wyławiam między podstawami wież miasta jakiś błysk.

– Widziałeś ten błysk? – rzucam do Petera.

– Tak.

Nie musimy więcej gadać. Jasne, że powinniśmy kierować się właśnie tam. Lecimy tuż nad szczytami eukaliptusów w stronę kolejnego linowca. Chcemy ominąć go z prawej strony. We wstecznym ekranie widzę, że policyjny pojazd wyłonił się zza budynku. Odzywam się do Crasha:

– Śrubą?

– Śrubą.

Rozpoczynamy lot rozszerzającymi się i zwężającymi kołami. Pojawiają się pierwsze niebieskie smugi przeszywające powietrze między nami. Dzielą nas sekundy, może ułamki, przed trafieniem. Nie możemy lecieć szybciej.

– Podlećmy do ściany linowca! Może nie będą strzelali do budynku! – rzucam.

– Okej!

Jeszcze sto metrów i lecimy koło połyskliwej powierzchni. We wstecznym ekranie widzę, że działko wozu zamilkło. Ale pojazd zbliżył się do nas: teraz dzieliło nas nie więcej niż trzysta metrów. Czy mają narzędzia, żeby nas pochwycić? Jakieś manipulatory? Pola? Wylatujemy prosto w słońce. Jeszcze jeden pierścień linowców przed nami, a za nim miasto. Teraz kule Sydneylandu wydają się o wiele większe i wyżej osadzone niż gdy oglądałem je z pokładu Lwa. Sieć wsporników też jest bardziej złożona.

Słońce chowa się na chwilę za jedną z wyższych kul, ozdobioną poniżej dyskowatym modułem. Gałęzie drzew pod nami sypią leniwe iskry uderzone serią błękitnych strzałów, łamią się konary i wylatują w powietrze, ale zanim opadną będziemy daleko. Nie widzę szans, żeby dolecieć do zabudowań. Policjanci są dwieście metrów za nami. Nagle widzę jakieś poruszenie przy linowcu, do którego się zbliżamy. U jego podstawy pojawia się seria błysków, nieco zakryta przez poszycie drzew, ale dostatecznie jasna, żeby roślinność nie była w stanie jej zamaskować. Jeszcze chwila i słyszę huk dobiegający z tamtej strony. Za chwilę pojawiają się błyski w innych punktach podstawy linowca, po których przychodzą kolejne fale dźwiękowych uderzeń. Z przerażeniem stwierdzam, że eksplodowały miejsca przyczepów lin do fundamentów! Przez ułamek sekundy widzę, jak poszczególne włókna gargantuicznych wsporników rwą się, skręcają i palą. Nie wiem, czy to złudzenie, czy cała bryła linowca drgnęła? Za chwilę słyszę obezwładniający, niski huk odbijający się zwielokrotnionym, powolnym echem od innych budynków. A więc drgnęła. Rany boskie! Jedna z lin pęka, zwija się, mam wrażenie, że wysuwa wzwyż w prowadnicach. Gdyby nie przyspieszenie, być może widziałbym to wyraźniej. Brzegiem świadomości rejestruję fakt, że policja przestała do nas strzelać. Jeszcze chwila i zbliżamy się do bryły budynku omijając ją z prawej strony. Przed nami otwiera ramiona Sydney. Przepotężny huk powtarza się. Tym razem jest dłuższy, dołącza do niego niski, chrapliwy, jakby metaliczny dźwięk. Nie rozpoznam go, jeśli nie wyłączę przyspieszenia.

– Peter, wyłączam przyspieszenie.

– Roger. Ja też.

W uszy natychmiast uderzył mnie jęk i wrzask stali. Przez ułamek sekundy oswajałem się z dziwnie wysokimi tonami i widokiem mknących poniżej szczytów drzew.

Kto wpadł na pomysł wysadzenia w powietrze linowca? Nie zwalniamy, pędzimy w cień najbliższych, stosunkowo niskich wież. Ależ my prujemy… Śmigają rozmyte gałęzie, za nami spadają liście z drzew tworząc coś w rodzaju florystycznego kilwateru. Mamy do najbliższych zabudowań sześćset metrów. Jeszcze jeden huk, dłuższy od poprzedniego… nie kończący się? Zerkam we wsteczny ekran. Pojazd policyjny zatrzymuje się i okrąża linowiec, który… odchyla się od pionu i drze się wniebogłosy: przewracam się, przewracam! Przechyla się, jak się wydaje w lewo, w stronę drugiego, stojącego w odległości circa dwóch kilometrów. Jeśli sabotowany gmach ma taką wysokość jak mój Stockomville, i pech go nie opuści, to zawadzi o drugą konstrukcję. Cień pod nami gęstnieje: zbliżamy się do miasta. Widzę kursor Petera wskazujący kierunek lotu. Dochodzi nas następna seria eksplozji. Jeszcze raz zerkam we wsteczny ekran. Linowiec łyskając mandarynkowymi refleksami krzywi się i wygina. U podstawy płonie kilka segmentów. Raptem na samym dole pojawia się oślepiający błysk, od którego pochylają się drzewa, widzę falę uderzeniową biegnącą do nas po kobiercu zieleni. Podnosi się chmura liści. Wreszcie dopada nas, a z nią ogarnia nas huk, który, gdybym był organiczny, z pewnością rozorałby mi bębenki. Przez chwilę ginie obraz Petera zasłonięty szmaragdowym gradem. Podmuch przydaje nam dodatkowego pędu. Tracę stabilność i przez chwilę koziołkuję. Gdy stabilizuję lot, widzę we wstecznym ekranie, jak szyby budynku eksplodują falą: odłamki sypią się coraz wyżej otaczając kondygnacje połyskliwym pyłem, który zakrywa na chwilę koziołkujący od wybuchu pojazd policyjny. Wlatujemy między wieże i wsporniki miasta. Widzę przed sobą, w gąszczu słupów, których średnica waha się od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów, na masywnej estakadzie, jakieś zamieszanie. Kłębiący się tłum. Już nie musimy lecieć w stronę wandali, bo zgubiliśmy pościg, ale coś nas tam ciągnie. Za nami jest już tylko zielono brunatny obłok pyłu. Musimy wlecieć głębiej w miasto, bo tu za chwilę będzie Armagedon. Jeśli linowiec upadnie, a nie ma innej możliwości, impet jego uderzenia będzie porównywalny do eksplozji małej bomby atomowej!

– Przebywanie na niższych piętrach miasta… – słyszę głos Petera – …w tej sytuacji nie jest dobrym posunięciem, nie sądzisz?

Przyznaję mu rację. Trzeba się wznieść i odlecieć przynajmniej dziesięć kilometrów… W tym momencie zdaję sobie sprawę, że w linowcu przebywają tysiące ludzi i że wszyscy, którzy nie zdążą się ewakuować, zginą. A zdąży promil. Nie mogę. Nie mogę przez całe życie uciekać.

– Peter, trzeba ratować.

Ledwie to powiedziałem, wytrysnąłem świecą w górę, zawinąłem ciało na plecy i odwróciłem się na brzuch. Leciałem w stronę drapacza gwiazd, który hucząc przechylał się coraz bardziej. Będzie już z pięć stopni. Gdy wytrysnąłem spomiędzy wież, usłyszałem głos Petera:

– Jestem z tobą.

Dalej, myśl, nie czas na panikę. Zoom. Sprawdź te kondygnacje, na których wywaliło szyby… Obraz się chwieje, ale widzę wnętrza apartamentów, w których ludzie skuleni patrzą na świat, który traci pion. Dlaczego nie biegną do garaży? Czarnowłosa kobieta z dzieckiem. Tuli je do siebie. Czy będę w stanie ją przenieść? Gdzie jest ten wóz policyjny? Rozglądam się przez chwilę. Uszkodzony pojazd zarył w grunt pomiędzy drzewami. Jeden policjant, u stóp eukaliptusa, przyczepia egzoszkielet kolegi do swojego. Będzie go transportował. Tak to jest. Gonicie niewinnych ludzi, a gdy potrzeba komuś pomóc, nie macie czasu. Nie bój się, kobieto, jeszcze dwieście metrów… jeszcze sto… i będę tam. Gdy się zbliżam, rozumiem, dlaczego ludzie są tak zdezorientowani: natężenie dźwięku jest tak wielkie, że z pewnością wywołuje ból. Paraliżuje. Oni po prostu nie wiedzą, co się dzieje. Jak się okazuje, nie ważne, co wiesz, ważne, co robisz. Wlatuję w szklany gruz, hamuję jedną nogą wyrywając z podłogi pióropusz iskier. Grzmocę całym ciałem w ścianę. Spada z niej holobraz.

– Proszę chwycić dziecko – krzyczę całą mocą doomowych głośników – ja chwycę panią! Czy pani rozumie?!

Chyba nie rozumie, pewnie ogłuchła, ale nie czuję, żeby protestowała, gdy obejmuję ją jedyną prawą ręką. Sprawdzam, czy mocno trzyma siedmio, może ośmioletniego chłopca. Taki szkrab może ważyć ze trzydzieści kilogramów. Muszę uważać z przyspieszeniami, bo go wypuści. Podłoga odchyla się od poziomu o co najmniej dziesięć stopni. Fotel przejeżdża na drugą stronę pomieszczenia. Pochylam się i obciążony dwójką pasażerów wylatuję z apartamentu powoli się rozpędzając. Cholera, nie mogę ich postawić ot tak, w lesie, bo zginą pod gruzem. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że to jedyni ludzie, jakich ocalę z linowca. We wstecznej kamerze widzę Petera, który pod każdą pachą trzyma dziecko. Chłopca i dziewczynkę. Zdawało mi się, czy widziałem ich rodziców krzyczących… krzyczących… na pożegnanie? Budowla chyli się coraz szybciej. To już dwadzieścia stopni. Nagle następuje tąpnięcie w miejscu największego nacisku i dom, jak w zwolnionym tempie, osuwa się kilkanaście metrów w dół wzniecając obłok kurzu, który wznosi się jak fala ubrudzonej waty. Za chwilę dochodzi do mnie ogłuszający dźwięk. Dokąd lecieć? Wznoszę się wyżej, żeby widzieć górne tarasy miasta. We wstecznym ekranie widzę Petera, który robi to samo. Wreszcie, wykorzystując zoom, znajduję wysoko wiszącą platformę, w odległości niecałych pięciu kilometrów.

– Niech pani się trzyma! Utrzyma pani syna?!

Pewnie mnie nie słyszy. Coś krzyczy. Nie wiem, co. Delikatnie się rozpędzam, czuję jak wiatr szarpie jej kiecką. Dociera do mnie, że jest zbyt słaba, by wytrzymać ból wywołany moim przedramieniem zaciśniętym wokół piersi i dźwigać trzydziestokilogramowy ciężar. Wstrzymuję lot. Dogania mnie Peter.

– Co się dzieje?

– Ona go nie utrzyma – odpowiadam i ustawiam się pionowo starając się tak ułożyć lewą nogę, żeby stworzyć siodełko. Udaje się! Czuję pośladki kobiety opierające się na dureksowym udzie. Matka przytula przerażonego chłopca.

W tej pozycji trochę przechylam się w lewo, ale stabilizuję lot i przyspieszam. Teraz przeciążenie działa na naszą korzyść, bo dociska pasażerów do mojego tułowia. Zerknięcie we wsteczny ekran. To już koniec linowca. Budowla ma przechył co najmniej czterdziestu stopni. Uciekać! Sto pięćdziesiąt na godzinę, dwieście… nie mogę tak szybko. Chłopak się zakrztusił. Sto pięćdziesiąt. Dookoła błyskają szyby pneumobili gapiów, którzy zatrzymali się, żeby patrzeć na widowisko. Dostrzegam kilka plane’ów holowizyjnych. Gdybym był na waszym miejscu, zmykałbym stąd. Minęliśmy przedmieścia i wlatujemy w obszar naprawdę dużych wież, wielkich kul i z rozmachem zaprojektowanych torów gravicoasterów. Wiszące nad nami sfery zdają się kołysać. Monitory umocowane przy ich podstawach wyświetlają fragmenty nieba. Gdybym mieszkał w centrum Sydney, mógłbym pewnie ulegać wrażeniu, że miasto nie ma końca w żadnym kierunku. Coraz więcej dymów, coraz więcej pożarów w dolnych warstwach. Zastanawiam się, czy pozostawienie mojej dwójki gdziekolwiek w tej polii, jest bezpieczne. Ale jeśli nie tu, to gdzie? Przecież nie w lesie poza ABB. Jeszcze chwila, jeszcze trochę… taras, który uprzednio wypatrzyłem, spoczywa w cieniu jednej z największych wież w mieście, tuż obok stacji hamowniczej parabolicznej spadni.

– Zostawię was tutaj! – krzyczę przez wiatr.

Kobieta rozumie i nieznacznie kiwa głową. Gdy jestem dwadzieścia metrów nad płytą, otwierają się zdziwione twarze zgromadzonych tam ludzi. Nie wiem, czy to zwykli przechodnie, czy demonstranci. Nie ma to znaczenia. Są tak zszokowani, że nie zrobią krzywdy ani mnie, ani ocaleńcom. Pięć metrów. Delikatnie wyprostowuję jedyną nogę. Kobieta obwisa w moim objęciu, a syn w jej rękach. Przyziemienie. Stawiam ich delikatnie na płycie. Na lewo ode mnie Peter ustawia swoją dwójkę i tłumaczy coś przechodniowi. Kobieta odwraca się do mnie przodem i mocno się przytula. Chłopak tuli się do jej nogi.

– Proszę uważać, bo mnie pani…

Nie kończę. Mój Doom zaczyna się przewracać na plecy. Używam generatorów, żeby powrócić do pionu. Czarnowłosa patrzy przepraszającym wzrokiem. Lustruje moje kalectwo. Próbuje coś powiedzieć, ale co można wyrazić w takiej sytuacji? Wdzięczność? Zaskoczenie? Wyciąga rękę i gładzi metal mojej twarzy. Na coś się przydała ta jedna ręka i noga, prawda proszę pani?

W tylnym ekranie widzę, że linowiec ekstatycznie kończy swój żywot. Jeszcze kilka stopni i…

Wzlatuję razem z Peterem.

– Znajdź ten salon – warczę do niego.

Tak, wiem, że powinienem był poznać obsługę dooma wcześniej. Teraz już za późno. Linowiec uderza w grunt. Podnosi się fala kurzu długości trzech kilometrów. Liny niczym rzucone w górę wstążki, opadają jak w zwolnionym tempie. Mam nadzieję, że satelity supportujące mają opcję ich oddzielenia, inaczej za kilkanaście minut spadną na miasto. Idzie fala uderzeniowa. Przewraca drzewa, dociera do pierwszych budowli miasta, dwie mniejsze wieże przechylają się… kładą się, trzy następne osuwają się i łamią wiszące za nimi estakady, cała ława budowli najbliższych katastrofie przewraca się burząc to, co jest za nimi, fala razem z kurzem gnie powietrzne parki, wywraca platformy spacerowe, ciska holobimami jak rzuconymi w powietrze penlogami, jeden z nich ze świstem przelatuje niecałe dziesięć metrów nad nami, a razem z nim obejmuje nas fala i pcha przez kilka sekund do tyłu. Towarzyszy jej głuchy, głęboki, długi grom. Patrzę na linowiec po lewej stronie od tamtego. Został uderzony. Nie wiem, czy wytrzyma.

– Poziom baterii dziesięć procent. Zalecane ładowanie – słyszę głos motomba.

Po prawej stronie pola widzenia, poniżej sylwetki beznogiego i bezrękiego dooma, miga symbol akumulatorów… nie, jednego akumulatora, bo drugi, zepsuty, jest przezroczysty. Patrzę w stronę powalonego wieżowca. Zakrywa go tuman kurzu. Tam wciąż są ludzie. Tak, potrzebne mi części i bateria, ale tam teraz ludzie walczą o życie, liczą sekundy, krztuszą się, modlą się o zmiłowanie gnieceni przez nieludzko ciężkie ściany…

– Peter, na ile starczy dziesięć procent baterii?

– To zależy od energii, którą zużyjesz. Najwyżej dziesięć godzin, a jeśli się domyślam, co zamierzasz, znacznie mniej.

– Tam są ludzie.

– Szkoda czasu. Zanim zorganizują ekipy ratownicze, my już tam będziemy.

– W drogę.

***

Chryste, od czego zacząć!? Tuman kurzu wysoki na pięć pięter zakrywa wszystko. Podczerwień. Chyba pamiętam, jak się włącza… Dziwny widok. Raptem eukaliptusy stają się czerwone, a reszta świata szara… oprócz linowca. Widzę kleksy ludzi pełzających, podrygujących, nieruchomych…

– Peter, masz podczerwień?

– Jestem ślepy jak kret.

– Dobra, leć za mną.

Stłumione krzyki, buczenie pożaru u podstawy budynku, sto metrów na prawo ode mnie. Za nami pierwsze syreny policyjne czy może medyczne. Obniżam pułap i zanurzam się w brunatną chmurę. Widoczność spada do metra. Zbliżam się do budynku… Zawadzam naramiennikiem o wystający zbrojeniowy moduł, który przebił powierzchnię ściany jak piszczel skórę podczas otwartego złamania. Pancerz cicho skrzypi…

– Uważaj Pete, tu sterczy…

– Tak.

Widzę wyraźnie czołgającą się sylwetkę. Mam wrażenie, że dobiega do mnie jęk właśnie tego człowieka.

– Peter, jest tutaj ktoś, leć za mną.

– Lecę.

Obniżam lot. Zaczynam widzieć mur. Ostrożnie mijam wyrwany fragment, podobny do zęba i zagłębiam się przez otwór w coś, co kiedyś było południowym apartamentem. Nie mogę wylądować na pionowej podłodze ani pochyłej ścianie, bo noga mnie nie utrzyma. Tu nie ma poziomów.

– Poziom baterii dziesięć procent. Zalecane…

Dobra, dobra, cicho. Gdzie on jest? Widzę podczerwoną leżącą sylwetkę, ale nie dostrzegam jej na normalnym podglądzie. Ach tak. Za tym meblem… podlatuję przebijając się przez szarość. Co to jest? Łóżko. To było łóżko. Wreszcie widzę rękę mężczyzny przygniecionego do ściany (która teraz jest podłogą) przez zniekształcony mebel, który oszalał i próbuje się składać, po czym w połowie ruchu rezygnuje rozkładając się, prawdopodobnie raniąc ocaleńca, bo ruchy łoża synchronizują się z jękami.

– Peter, do mnie. Odciągnij to łóżko, a ja spróbuję go wyciągnąć. Proszę pana! – krzyczę z całej mocy (zdaję sobie sprawę, że bębenki tego mężczyzny są najprawdopodobniej rozerwane). – Czy pan mnie słyszy?

Ręka nieruchomieje.

– Ssss… sssłyszę – dobiega stłumiony głos.

– Mój kolega odciągnie łóżko, a ja wyciągnę do pana rękę. Niech pan ją chwyci. Będę ciągnął. Rozumie pan?!

– Rrrozum…

– Aha, jestem motombem, mam metalową rękę, niech pan się nie przestraszy!

– Błaag…

– Peter!

Kytes chwyta obudowę mebla i używając całej mocy generatorów próbuje go unieść.

– Torkil! – wraz z jego głosem słyszę chrzęst rozrywanego oparcia łóżka. Chwytam za obudowę z boku i ciągnę z Peterem. – Psiakrew! To dziadostwo się rwie!

Kolejny trzask.

– Niech pan ucieka! – krzyczę do mężczyzny widząc, że łóżko wyrywa się z rąk Petera i trzymane tylko przeze mnie przechyla się w bok.

Słyszę jęk. Musiał go uderzyć kant mebla. Mam nadzieję, że nie w kręgosłup.

– Peter, od dołu, musimy je odepchnąć, a nie ciągnąć.

Kytes okrąża zwalisko i ustawia się między ścianą a meblem.

– Tu są jego nogi. Psiakrew, stracił trochę krwi.

– Czekaj, zanim pociągniemy, ustalmy kolejność. Najpierw obaj do góry, a gdy zrobimy wystarczająco dużą szczelinę, wejdę pod krawędź i pomogę mu wypełznąć. Mam nadzieję, że to dziadostwo się na mnie nie rozsypie.

– Szczęście, że przestało się składać.

Chwytamy za krawędzie łóżka i ostrożnie ciągniemy w górę. Gładka powierzchnia chce się wyrwać z pancernych palców, ale trzymam mocno. Wreszcie łoże wisi metr nad ziemią.

– Poziom baterii dziewięć procent…

Już?!

– Uważaj, Peter, teraz lekko podrzucę i wejdę pod spód.

– Może przyspiesz, wygodniej ci będzie.

Świetny pomysł. Włączam przyspieszenie do trójki i delikatnie podrzucam krawędź łóżka. Mebel żegluje w górę, a ja wskakuję na jednej nodze pod dolną krawędź. Widzę mężczyznę, który patrzy na mnie szerokimi oczami. Moja stopa ląduje tuż przy jego ramieniu, zdaje się, że częściowo na nim, bo czuję dziwną miękkość pod spodem. Jeśli przeżyje naszą akcję, to będzie miał niezłego sińca. Widzę, jak jego twarz powoli przekształca się w wyraz cierpienia i zaskoczenia. Tak, uszczypnąłem go. Pancernym butem. Pochylam się i opieram o podłoże obok jego głowy. Czekam, aż łóżko wyląduje na moich plecach… Jest. Przygniata mnie lekko, ale Doom, nawet z jedną nogą, to nie człowiek i z łatwością wytrzymuje obciążenie. Chwytam mężczyznę pod pachę… Krew. Wyorałem mu ranę pod ramieniem. Wyłączam przyspieszenie by usłyszeć jego zawodzenie.

– Przepraszam – krzyczę. – Teraz wyciągnę pana za tę pachę. Nie ma innej możliwości. Rozumie pan?!

– Rozu…

Ciągnę podskakując na jednej nodze i modląc się, żeby konstrukcja mebla wytrzymała. Mężczyzna ma chyba sparaliżowane nogi, bo wlecze nimi po ścianie – podłodze. Wreszcie czuję, jak moje lędźwie docierają do kanta łóżka. Zerkam na mężczyznę. Jego nogi wciąż są pod łóżkiem. Jeśli teraz wyjdę spod niego, mebel zmiażdży mu uda, kolana i łydki.

– Peter, opuść teraz delikatnie i podfruń tutaj.

– Okej…

Kytes powoli rozstaje się z meblem. Zapieram się jedyną piętą czując jak zmienia się układ sił i kant łóżka chce się zsunąć z moich durexowych pośladków. Za chwilę Kytes chwyta krawędź przy mnie:

– Wyskakuj.

Chwytam pachę mężczyzny i wyciągam go skokami: hop, hop, hop. Jesteśmy poza zasięgiem łóżka, a ramię uratowanego z pewnością nie należy do zdrowych. To jednak Pete powinien był wleźć pod łóżko. Zerkam w lewo, ku podstawie budynku. Czerwona aura świadczy o rozszerzającym się pożarze. Gdzie są fajermeni? W górze słyszę silniki pojazdów. Pochylam się nad mężczyzną, który płytko dyszy i krztusi się.

– Proszę pana, teraz mój kolega weźmie pana pod pachy i wylecimy z budynku, czy pan rozumie?!

– Ttaa…

Kiwam na Kytesa.

– Będę leciał przodem. Nie chcę, żebyś się nadział, albo tym bardziej, żebyś nadział jego… – wskazuję palcem na rannego – …na jakąś przeszkodę.

– Startuj. On się kończy.

Powoli wzlatuję lustrując otoczenie. We wstecznej kamerze widzę, jak Peter podnosi mężczyznę i unosi się.

– Poziom baterii osiem procent…

Wyżej, nad ten kurz. Jeszcze trochę…Wreszcie widzę miasto. Dookoła budynku zgromadziło się już kilkanaście pojazdów straży pożarnej i ambulansów. Z czerwonych wehikułów lecą parabolicznym torem tony wody i piany, z białych mobili wylatują bądź wracają do nich sanitariusze i roboty w podobnych barwach. Wewnątrz miasta coraz więcej dymów. Kto to robi? Dlaczego? Rozglądam się, gdzie odtransportować rannego. W końcu wybieram platformę obok najbliższego ambulansu jaśniejącego na tle burych kłębów.

Podlatujemy. Kytes przekazuje nieprzytomnego mężczyznę w ręce medmatów. Lekarze pewnie są już w budynku.

Błękitno biały android o łagodnych liniach podnosi rękę w uspokajającym geście. Wiem co powie: „Proszę się zrelaksować…

– …ustabilizujemy stan pacjenta do powrotu personelu – kończy.

Pamiętam tę kwestię jeszcze ze studiów. Wskazuję na lędźwie mężczyzny:

– Zdaje się, że ma poważnie uszkodzony kręgosłup i krwawi, nie wiem, skąd.

Droid przez chwilę mierzy go swoim skanującym wzrokiem.

– Zgadza się. Uzupełnimy płyny i ustabilizujemy go. Dziękuję za asystę.

– Anytime.

Za plecami rozlega się wybuch. Jak to: za plecami? Tam jest miasto! Odwracamy się w powietrzu. Płonie fragment undercity, bardzo blisko nas, niecały kilometr. Co się dzieje? Dopiero teraz widzę, że od dłuższego czasu w polu widzenia migają trzy ikony ważnych wiadomości. Nie było czasu ich oglądać. Wiadomo było, co się dzieje, przynajmniej w kwestiach najważniejszych, a najważniejsze…

– Peter, ruszamy. Tam jeszcze są ludzie!

…jest życie ludzkie.

– Aye, my captain.

Wlatujemy ponownie w kurz. W czerwonej sieci znaczącej ściany, podłogi i instalacje widzę kilkadziesiąt nieruchomych, już nie tak intensywnie czerwonych kleksów. Ale coś jeszcze się rusza… zbyt żwawo. To lekarze albo strażacy. Gdzie?! Gdzie szukać?! Jest, jest coś, skulona postać, jakby płacząca, po lewej stronie… obniżam lot i ląduję na pokruszonym tworzywie, które jeszcze kilka minut temu było gładką elewacją budynku. Wyszukuję wzrokiem wyrwę w murze i wlatuję do położonego na boku apartamentu. Staję na wywróconym fotelu leżącym na stercie innych mebli. Przez chwilę sprawdzam, czy szeroka stopa da wystarczające oparcie na pochyłej, miękkiej powierzchni. Na szczęście tak. Postać jest wciąż poniżej. Trzeba wylecieć i wlecieć jeszcze raz, albo spróbować przedrzeć się przez pozostałości w ciągach komunikacyjnych.

– Torkil, gdzie jesteś? Zgubiłem cię.

Odwracam się:

– Rozpostrzyj ręce, to cię rozpoznam.

– Roger.

Dziesięć metrów wyżej widzę słabo promieniującą czerwoną sylwetkę, przez gest rozłożonych na boki rąk upodobnioną do boga chrześcijan, anioła… albo karzącego ludzkość diabła. Czerwona, rozmazana postać… Bezbolesny… lider diabłów… Ocknij się, Torkil.

– Lecę do ciebie.

Za chwilę wracamy w to samo miejsce.

– Peter, widzę kogoś, ale gdzieś niżej.

– Spróbujmy dostać się tam od zewnątrz. Wędrówka przez to, co zostało z wind jest szaleństwem, zwłaszcza w tym kurzu.

– Nie masz wrażenia, że trochę już opadł?

– Mam.

– Dobra. Poszukajmy innej drogi.

– Za tobą, mistrzu.

Lecę w kierunku zewnętrznej… ściany? Raczej tego, co z niej zostało. Minąwszy zęby poszarpanej elewacji obracam się przodem do budynku, odnajduję wzrokiem skuloną sylwetkę (przez chwilę wpadam w panikę, bo czerwonych, nieco bledszych plam jest tak wiele, że bardzo trudno ją zlokalizować. Udaje mi się jedynie dlatego, że inne termiczne ślady są… nieruchome). Obniżam pułap. Szukam dojścia. Ściany działowe dzielące apartamenty, jedna po drugiej pozostają nad naszymi głowami. Postać wciąż jest głębiej i niżej. Z trudem wyławiam ją z gąszczu innych bledszych cieni. Obniżam pułap. Przesuwa się kolejna ściana działowa, bardziej pogruchotana. Następne, te poniżej, są już tylko zbitkiem warstw. Bardzo gęsty kurz. Widzę, że skulona postać, podrygująca, nie wiem: od płaczu czy od kaszlu jest wreszcie na moim poziomie. Wlatuję w szczelinę między ścianami działowymi, nie wyższej niż dwa i pół metra. Doom ledwie się mieści. Kiedyś było tu mieszkanie o szerokości co najmniej dwudziestu metrów. Teraz odległość ta zmalała dziesięciokrotnie. Wolę nie myśleć, o naprężeniach, jakie w tej chwili znoszą elementy konstrukcyjne trzymające tony metalu i tworzywa nade mną. Jest ciemno. Pancerna stopa więźnie w stercie stratowanych domowych gratów. Tracę równowagę i pomagam sobie silnikiem. Wtedy dostrzegam nieruchomą czerwoną plamę skrytą pod meblami. Nie porusza się. Za chwilę odnajduję drugą, nieco dalej po prawej stronie i jeszcze jedną, mniejszą. Także nie zdradzającą oznak życia. To prawdopodobnie rodzina ocaleńca.

– Halo?! – krzyczę – Proszę się odezwać! Widzimy twój cieplny ślad, ale nie wiemy w którym pomieszczeniu jesteś!

Dobiega nas pisk, jakby dobywający się zza kilku poduch:

– Ratunku! Duszę się!

Posuwam się dalej i nadziewam na zwał muru zwisający z sufitu. Psiakrew.

– Czy nas widzisz?!

– Nie! – to głos dziecka – Tylko słyszę! Nie mogę oddychać!

Sunę dalej, sylwetka przybliża się, ale nie wiem, czy jest w tym, czy następnym pomieszczeniu. Włączam reflektory na ramionach by za moment je wyłączyć: oświetlają tylko pył przed oczami.

– Chyba jest dalej – słyszę głos Petera.

– Tak.

Lecę po omacku. Niestety nie umiem obsługiwać innych funkcji optycznych poza podczerwienią…

– Włącz sonar jeśli masz sprawny – odzywa się Kytes po staremu czytający moje myśli.

– Jak się go uruchamia?

– Opcje – optyczne – dodatkowe ekrany – sonar. Proste.

Rzeczywiście. Chwila operatywy i zaczynam widzieć w tonach szarości, ale wyraźniej.

Czy chcesz nałożyć na siebie reprezentację optyczną, podczerwoną i sonarową? – pojawia się napis.

– Tak.

Teraz widzę wszystko na jednym ekranie. Wizja staje się plastyczna i w miarę wyraźna. Sonarowe, szare odbicia dodają czerwonym plamom plastyczności.

– Ratunku! Proszę! – głos jest chyba słabszy, łamie się i przechodzi w łkanie.

Ruszam do przodu. Przede mną piętrzy się częściowo zagruzowana ściana. Poniżej widzę ustawiony poziomo otwór drzwiowy. Jest częściowo sprasowany, wgnieciony w ścianę, która teraz jest podłogą. Ma najwyżej pół metra szerokości.

– Peter, ile ma Doom w wymiarze strzałkowym?

– Mów do mnie po ludzku.

– Pierś – łopatki.

– Pięćdziesiąt jeden centymetrów.

– Zmieścimy się?

– Oczywiście nie umiesz wymiarować?

– Zlituj się, nie było czasu.

Odsuwam ze ściany – podłogi potrzaskaną witrynkę robiąc miejsce, żeby się położyć… W rękę wpada figurka do gry blatowej. Metalicznie granatowy wojownik, misternie zdobiony, błyska miniaturowymi oczkami, unosi rękę trzymającą błękitny elektrotopór… Pośród okruchów szafki widzę jego zakurzonych kompanów, pojazdy… Chowam zabawkę w udową kieszeń. Kładę się na plecach i mierzę wzrokiem otwór jeszcze raz. Chyba się przecisnę… Uruchamiam silniki i wpełzam skosem, najpierw głowa… pierś lekko się ociera o metalową framugę, ale przechodzi. Biodra i noga nie stanowią problemu. Ostrożnie pionizuję się… widzę kilkanaście kawałków ścian, które oderwały się z mocowań i uformowały coś na kształt trójkątnej budki na ścianie dolnej, której mocowania wiszą na kilku modułach zbrojeniowych. Patrzę w górę. Nie wiadomo, dlaczego, ściany działowe z kilku apartamentów urwały się właśnie w tej płaszczyźnie. Błąd architekta, czy co? Może przepierzenia były tu cieńsze z jakiegoś powodu? Nie dowiem się. Skulone ciało znajduje się pod płaszczyznami ułożonymi na kształt domku z kart. Na oko dwie tony materiału. Niby to tylko metal i biotworzywo, ale dużo tego.

– Już jesteśmy! – krzyczę.

– Nie mogę oddychać!

– Przygniata cię coś?!

– Tak! Nie mogę ruszać nogami… i coś mnie gniecie w pierś…

Cholera jasna, nie mam doświadczenia w takich sytuacjach. Źle pociągniemy jakąś ściankę i zabijemy dziecko.

– Peter, nie wiem, co robić.

– Może wezwać pomoc?

– Marne szanse, że kogoś ściągniesz. Tam wszyscy są zajęci. Poza tym ja musiałbym lecieć, bo ty się zgubisz.

Podchodzę do sterty, wyciągam rękę, by dotknąć jednej z płyt i… cofam ją. Oblatuję stertę dookoła. Odruchowo notuję w pamięci zadziory, dźwignie, to jak jedne płyty opierają się o drugie, gdzie znajdują się punkty styku, gdzie mogą się łatwo zsunąć… Nie dotknę tego.

– Jesteście… tam?!

– Tak!

Spod gruzu dobiega kasłanie. To cud, że chłopak (chyba chłopak? Nie jestem pewien) się nie udusił od tego kurzu. Raptem jedna z płyt się osuwa, spod spodu dobiega chrzęst. Towarzyszy mu cichy jęk. Rany boskie.

– Halo?! – krzyczę – Słyszysz nas?!

Cisza. Znowu wyciągam rękę do płyt. Psiakrew! Psiakrew! Nie dotknę ich! Odwracam się do Petera:

– Módl się, kurwa, a ja lecę po pomoc!

Crash kiwa głową:

– Będę przy nim.

Bądź. Do końca. Pakuję się z impetem w płaski otwór drzwiowy. Jęczą barki i wtopione w nie generatory.

– Uważaj, bo uszkodzisz ten złom jeszcze bardziej.

– Gówno mnie to obchodzi.

Ze złością przeczołguję się, wzlatuję i mijając czerwono szare kształty, wylatuję w tuman kurzu. Przetarł się? Chyba rzeczywiście jest rzadszy. Wzlatuję wyżej, powietrze robi się prawie czyste, nagle robię unik, dostrzegając cień nad sobą. Nade mną jest jakiś pojazd. Pnemobil strażacki wielkości dwóch moich apartamentów. Co on tu robi? Obracam się w stronę gruzowiska. Pożar ogarnia coraz większy obszar. Z czerwonego molocha z hukiem tryska strumień piany o średnicy co najmniej metra, ale im bardziej zbliża się do żółtych płomieni, tym wydaje się mniejszy i mizerniejszy. Podlatuję do sterówki pojazdu, przeziernej kuli ulokowanej na wysokim ramieniu. W tle widzę liny linowca wciąż spadające z nieba. Łamią eukaliptusy wyrzucając je w powietrze (drzewa kręcą młyńce jak w zwolnionym tempie). Liny powoli zbliżają się do zabudowań miasta. Ruch wirowy Ziemi spowoduje, że będą opadały na Sydney i prawdopodobnie dalej, na zachód. Trwa tam ewakuacja. Setki pneumobili migając polerem wylatują w brzoskwiniowe niebo. Jak confetti… Macham do operatora dając znak, że potrzebuję pomocy. Ten wskazuje podstawę pojazdu, na otwarty właz. Wlatuję tam. W środku jest tylko humanoidalny, czerwony automat:

– Proszę opuścić pojazd. Wstęp tylko dla autoryzowanego personelu…

– Potrzebuję pomocy. Dziecko potrzebuje pomocy.

– Proszę opuścić pojazd.

– Cholera jasna! Potrzebuję pomocy!

– Proszę poczekać na zewnątrz na przybycie personelu…

Szlag by cię trafił! Wylatuję i znowu wznoszę się na wysokość kabiny operatora. Wskazuję znacząco na wnętrze pojazdu i kręcę głową. Mężczyzna kiwa głową i uśmiecha się przepraszająco. Nakazuje mi ponowienie próby.

Wlatuję. Automat stoi nieruchomo. Rozglądam się bezradnie. Nagle po prawej stronie rozjarza się trójwymiarowy ekran. Twarz strażaka z kabiny.

– Jak mogę pomóc? – pyta.

– Znalazłem dziecko pod gruzami. Jest w swego rodzaju budce. Ale coś się osunęło.

– Parasol.

– Słucham?

– Niech pan podejdzie do ściany na lewo od tego ekranu i otworzy skrzynię pierwszą po prawej.

Wykonuję polecenie.

– Widzi pan takie metalowe grzybki z ząbkami u podstawy?

– Tak.

– To anty grawitacyjne parasole. Proszę wziąć jeden.

– Już.

– Teraz niech pan odczepi od podstawy mały kwadracik.

– Tak.

– To pilot. Przy „kapeluszu” jest czerwony sensor. Niech pan go jeszcze nie naciska. Zrobi pan to, gdy pan będzie przy ofierze. Rozjarzy się wtedy ekran podczerwony. Po namierzeniu ofiary usłyszy pan sygnał. Wtedy wsadzi pan palec w ekran i określi promień, w którym będzie pan chciał unieść gruz, oraz wysokość, na jaką pan będzie chciał to zrobić. Potem naciśnie pan sensor jeszcze raz. Czy pan mnie rozumie?

– Tak, niech pan się spieszy.

– Jeśli zrobi pan coś nie tak, dziecko zginie. Parasol uniesie się z pana ręki w powietrze i odszuka drogę do ofiary, po czym uruchomi wybór dwóch opcji.

Chryste, długo jeszcze?

– Jeśli ofiara będzie przytomna, niech pan poprosi, żeby ustawiła parasol blisko siebie, podstawą, tymi „ząbkami”, zwrócony do podłoża. Gdy to zrobi, niech naciśnie niebieski sensor. Ten pod czerwonym. Niech pan uprzedzi, że ząbki rozprzestrzenią się po podłożu w postaci cienkich macek. To normalne. Dziecko może się przestraszyć. Zaraz potem parasol wytworzy pole grawitacyjne unoszące gruz w określonym przez pana promieniu na określoną przez pana wysokość. Proszę wynieść ofiarę. Parasol działa przez trzydzieści minut.

– Jak się go wyłącza?

– Jeszcze raz czerwony sensor, ten na pilocie. Gruz zostanie delikatnie położony tam, gdzie leżał.

– Urządzenie jednorazowe?

– Czasami udaje mu się wrócić.

– Co zrobić, jeśli chłopak będzie nieprzytomny?

– Używając ekranu pilota określi pan palcem miejsce wrośnięcia urządzenia w podłoże, naciśnie niebieski sensor na pilocie i naciśnie go jeszcze raz dla potwierdzenia.

– To wszystko?

– Tak. Powodzenia.

Wyleciałem z pojazdu i uświadomiłem sobie, że wcale nie wiem, czy pamiętam tę procedurę i czy trafię z powrotem do Petera. Potem, gdy nurkowałem w kurz, pojawiła się myśl, że powinienem był zabrać więcej tych parasoli. Za późno. Leć, Torkil.

– Torkil? – głos Petera.

– Tak?

– Spieszysz się?

– Tak. Mam urządzenie, które nam pomoże.

– Widziałeś wiadomości?

– Nie było czasu.

– Ja je obejrzałem. Dwieście kilometrów na zachód, godzinę temu, została zniszczona bariera ABB.

– To ważne?

– Już w dwudziestym wieku dziewięćdziesiąt pięć procent australijskich owadów stanowiły kłująco ssące obrzydlistwa.

– Kurwa, Peter, nie mogę was zlokalizować. Rozłóż ręce.

Znowu brunatny kurz dookoła. Schodzę w dół mijając kolejne ściany działowe… To tu? Nie rozpoznaję wejścia. Tamto było chyba węższe…

Wreszcie widzę krzyż. Czerwony krzyż. To Peter. Jest wyżej i bardziej na lewo ode mnie.

– Widzę cię, Peter.

– Świetnie. Postoję tak, a ty leć. Wiesz, z jaką prędkością latają współczesne pszczoły koczownice?

– Nie wiem. Trzydzieści na godzinę?

– Siedemdziesiąt pięć. Wiesz, jaki ułamek ziemskiej fauny stanowią owady?

– Trzydzieści procent?

– Trzy czwarte. Mniejsza. Oznacza to, że najdalej za dwie godziny Sydney musi się ewakuować, albo zamknąć na trzy spusty.

Co on robi? Odciąga moją uwagę? Chłopak nie żyje? Wreszcie znajduję właściwe miejsce. Wlatuję. Znowu widzę czerwone ślady, znacznie już bledsze, zapewne po rodzicach chłopaka i jego siostrze czy bracie. Paradoksalnie, teraz, gdy zmarli stygną, sytuacja się poprawia, bo lepiej widać żyjących. Chryste, ile ich jest… Przed oczami miga sieć ścian i instalacji, a w niej setki pulsujących, czerwonych plam… Dolatuję do ściany działowej, przeciskam się przez płaski otwór. Peter. Dobrze cię widzieć. Bez słowa przykucam przy stercie gruzu. Nie pytam „Crasha”, czy dziecko żyje. Nie ma czasu. Mam nadzieję, że tak. Wycelowuję grzybkiem w gruzowisko i… uświadamiam sobie, że nie mam czym nacisnąć sensora. Już chcę oddać urządzenie Kytesowi, gdy uświadamiam sobie fakt posiadania kciuka. Jesteś idiotą, Torkil. Dotykam sensor. Rozjarza się ekran z czerwoną postacią chłopca. Chryste. Chryste. Nie rusza się. Pisk parasola zgrywa się z namierzeniem ofiary. Gdyby nie żył, chyba by go nie namierzył.

– Peter? Odezwał się?

Kręci głową. Zerkam na urządzenie. Teraz naprawdę potrzebna jest druga ręka.

– Weź to do ręki, wsadź palec w ekran i ustaw promień na półtora metra, a wysokość na dwa.

– Wysokość czego?

– Weź i zobaczysz.

Crash przykuca obok mnie, bierze urządzenie i wykonuje czynności.

– Teraz czerwony sensor jeszcze raz. I rozłóż palce.

– Oj… – Crash odruchowo zaciska dłoń, gdy urządzenie próbuje odlecieć.

– Rozłóż palce.

Peter opanowuje się i wypuszcza parasol z ręki. Cygaro łatwo odnajduje drogę i wciska się w szczelinę między płytami. Śledzę jego wędrówkę na ekranie pilota. Za chwilę grzybek lokuje się przy ciele. „Przy ciele”. Co ja mówię.

– Halo?! Jesteś tam?!

– Słyszysz mnie?!

Nie ma czasu. Wsadzam palec w ekran nad pilotem i wskazuję miejsce zakorzenienia. Niebieski sensor. Nagle pod moimi stopami i w wielu innych miejscach podłogi pojawiają się połyskujące, srebrne nitki podobne do złożonego drzewa naczyniowego. To korzenie parasola. Wciskam sensor drugi raz.

Gruz unosi się powoli, jednostajnie, płyty zsuwają się, przesuwają, wzniecają dodatkowy kurz. Kopuła płyt unosi się na metr, półtora, wreszcie zsuwa się z głośnym trzaskiem z półkolistego, przeziernego parasola. Macham łapskiem próbując odegnać obłok. Zaraz, jak ja tam wejdę? Przecież ta bariera mnie odrzuci! Widzę chłopca. Leży na boku, nieruchomo, cały szary od kurzu. Mój boże. Podlatuję. Bariera przepuszcza mnie. Być może dlatego, że mam w ręku pilota. Kucam i ostrożnie podnoszę głowę chłopca.

– Słyszysz mnie?! Halo?! Słyszysz mnie?!

Opuszczam drobną główkę z powrotem na podłoże.

– Peter, ty go weź. Masz dwie ręce. I za mną.

– Będziemy musieli go przepchnąć przez te niskie drzwi.

– Byle szybko.

Gdy wylatujemy z budynku, mam wrażenie, że czuję na plecach ciepło. Ledwo wydostajemy się z chmury pyłu, rozumiem, dlaczego. Pożar. Skąd pożar? Co w linowcu może się palić? To także robota terrorystów?

– Poziom naładowania baterii siedem procent. Sugeruję…

Gdzie jest najbliższy ambulans?

– Tam – słyszę głos Petera.

W polu widzenia, przy lewej krawędzi, pojawia się zielony, pulsujący trójkąt. Znacznik kursora. Obracam się w tym kierunku, a gdy zaczynam widzieć ambulans, trójkąt zamienia się w standardowy celownik. Lecimy.

Lądujemy na połączonym z pojazdem kole, które oświetlone ostatnimi promieniami słońca, wydaje się różowe. Z grodzi ambulansu wyłania się automat. Psiakrew. Przydałby się człowiek.

– Mamy rannego – odzywa się Peter i kładzie ciało na szerokiej kształtce, która wysuwa się z piersi medycznego droida.

Ten przez chwilę zastyga skanując go wysięgnikami sterczącymi z ramion.

Za chwilę odwraca się i znika z chłopcem w pojeździe. Co jest, do diabła?!

– Jaki jest jego stan?! – wołam zaglądając do środka.

Droid kładzie chłopca na leżance. Ze ściany wychyla się ssawa i usuwa z niego kurz. Za chwilę jakiś spryskiwacz pokrywa go szybko parującą cieczą. Antyseptyna. Za chwilę nad jego głową pojawia się trójwymiarowy ekran pokazujący czaszkę i mózg. Obok jarzą się wykresy. Wyglądają na martwe.

– Przypuszczalna śmierć mózgowa – słyszę mechaniczny głos. – Akcja serca ustała około pięciu minut temu.

– Co zamierzasz?

Skomplikowane manipulatory wysunięte ze ściennych modułów ściągają z ciała ubranie. Z górnej części leżanki nasuwa się pierścień, który okala szyję leżącego. Wtyryskują z niego rurki, które wpinają się w tętnice. Grubsza rura przebija się poniżej krtani i wgryza się w nią. Mniejsza obok niej wysysa krew. Za chwilę słyszę ciche sapanie maszyny wentylującej.

– Dotlenienie…

Na głowę chłopca nasuwa się przezierny klosz. Na chwilę zapełnia się niebieskim płynem dosłownie topiąc twarz.

– I dekapitację. W tej chwili metabolity umierającego ciała i hormony stresu zatruwają mózg. Rokowanie co do życia wynosi jeden do dziesięciu. Przy takim ryzyku dopuszczamy dalsze procedowanie.

Chryste panie.

– Pan jest rodzicem? – pyta.

– Nie, po prostu go wyciągnęliśmy… rodzice chyba nie żyją.

– W takim razie procedurę opłaci fundusz zdrowia. Proszę nie patrzeć. Scena drastyczna.

Patrzę. Na szyi chłopca pojawia się szkarłatna kreska, która za chwilę się poszerza. Ściekającą krew wysysają niczym spragnione węże, ruchliwe ssawki. Gdy kreska dociera do okolic kręgosłupa, ciało zaczyna podrygiwać. Głowa zostaje zupełnie oddzielona od tułowia, leżanka wyciąga się w miejscu szyi dając dostęp dziesiątkom rur, które natychmiast podłączają się do tchawicy, zatykają kręgosłup, setki mikroskopijnych niteczek docierają do okolic rdzenia kręgowego i wychodzących z niego nerwów, chwytaki łapią chowające się mięśnie, promienie przypominające laser opatrują krawędzie skóry, błyskawicznie poruszające się koagulatory tamują mikro krwawienia, dzieje się to tak szybko, że żałuję, że nie przyspieszyłem. Za chwilę głowa zostaje pionizowana i osadzona na półokrągłym, białym pojemniku, do którego prowadzi kilka bardzo grubych rur.

– Funkcja mózgu zerowa.

– Niech pan coś robi!

– Dotleniam mózg. Pobudzam go elektrycznie.

– Funkcja mózgu zerowa.

Twarz chłopca jest blada, ale za chwilę robi się lekko różowa. Automat uzupełnił krew. Rysy są delikatne. Subtelnie wykrojone usta, długie rzęsy… Ile on może mieć lat? Dziesięć? Ciemne, mokre włosy opadają na czoło… Okolice potylicy i szyi podtrzymuje biała biokształtka. Zerkam w stronę ciała. Właśnie jest opakowywane w gruby biały materiał i wsuwane w boczny pojemnik. Za chwilę ściana się zamyka, jakby nigdy nie istniało.

– Co zrobicie z jego ciałem?

– Ulega procesowi rozkładu. Mimo to pozostaje do dyspozycji rodziców lub krewnych.

– Jak jego stan?

– Podaję nanoboty i preparaty neurohormonalne. Funkcja mózgu zerowa.

Widzę to na wykresach.

Czuję, jak koło, na którym opiera się moja jedyna stopa, zaczyna układać się skośnie. Daję kontrę z silnika. Chwyta mnie Peter. Miałem zawrót głowy? Czy to możliwe w dibeku?

Wykresy ciągle milczą.

– Zwiększam dawkę nanobotów. Funkcja mózgu zerowa.

Gdyby dało się skopiować konstelację neuronów, gdyby… ale co ja mówię. W tym mózgu nie ma już duszy, nie ma programu… Gdzie jest? Czy da się pobudzić neurony do pracy? Uduszone, odtlenione, martwe? Czy byłyby w stanie przypomnieć sobie, wykrzesać z siebie psychikę, która jeszcze przed chwilą królowała w labiryncie aksonów i dendrytów? Gdzie jest dusza? Gdzie jest twoja dusza, chłopcze? Gdzie się podziała? Czy krąży gdzieś nad nami, nad ambulansem, może jest tuż obok i patrzy na to, co zrobiła z twoim ciałem współczesna myśl medyczna? Gdzie jest twój duch, chłopczyku bez imienia? A może zobaczyłeś, że twoja mama i tata nie żyją i postanowiłeś do nich dołączyć?

Gdzie jest twoja dusza?

– Podałem maksymalną ilość Brenergy i neuroprzekaźników. Zastosowałem maksymalne napięcie pobudzające. Funkcja mózgu zerowa.

– Jak on ma na imię?

– Skan jego INu wskazuje, że to Eloi Dante. Rodzice Max i Onoma. Siostra Sheila.

Eloi. Więc masz na imię Eloi.

Wracaj do rodziny, Eloi.

Rozglądam się. Liny ciągle spadają i wyorują w mieście na lewo od nas długie rowy, sypią pióropusze iskier, łamią estakady i wsporniki, ocierają się o wieże i kule. Wokół migoczą światłami pozycyjnymi setki pneumobili. Policyjne transportowce, wraz z wojskowymi, regularnie kursują odwożąc ewakuowanych. Czerwone mobile strażackie leją pianę na pogłębiające się rany w mieście. Sydney dymi, krwawi, wrzeszczy. Zewsząd dochodzą odkształcone echa huków, krzyków nie tylko zrozpaczonych ludzi, ale także dziczy tłumnie przemierzającej estakady, wyjącej, przewracającej postumenty, wdzierającej się do sklepów, zupełnie jakby nie obchodziły jej zniszczenia, uszkodzenie ABB…

Wracaj do rodziców, Eloi. Rozpoczyna się Ragnarok.

Stoimy z Peterem jeszcze pięć minut, ciągle słysząc te same komunikaty medmata.

Podliczam czas odtlenienia mózgu chłopca. Pięć minut od zatrzymania serca plus teraz dziesięć… Żaden mózg tego nie przetrzyma, zwłaszcza, że chłopak był niedotleniony od samego początku. Dziecko. Komu zawiniło dziecko? Biel ambulansu przybrała barwę miedzi. Pięć minut. Gdybym był szybszy, przeżyłby.

– Funkcja mózgu zerowa. Przerywam procedowanie.

Otóż to.

– Co zrobicie z głową? – słyszę głos Petera.

– Przekażemy krewnym.

– Poziom baterii sześć procent. Sugeruję doładowanie.

Odwracam się do Kytesa. Próbuję odnaleźć w jego metalowej twarzy uczucia. Są. W niepojęty sposób moduły naśladujące mimikę ułożyły się w bolesne napięcie.

– Peter… – szepczę podskakując na jednej nodze, bo wciąż tracę równowagę.

– Hm?

Od jego twarzy odbija się karmazynowy kolor zmierzchu i pożar.

– Nie… uratowaliśmy go?

Metalowa twarz odkształca się jeszcze bardziej. Peter odwraca głowę i patrzy na płomienie.

– Nie udało się.

Pochyliłem się w jego stronę i oparłem o lśniący korpus. Miałem ochotę walić pięścią w jego plecy, ale opanowałem się. Do pionu przywiódł mnie jego głos:

– Jak twoja bateria?

– Sześć procent.

– Chwiejesz się. To znaczy, że pada ci żyroskop.

Wziął mnie za ramiona i spojrzał mechanicznym okiem zupełnie tak, jakby patrzył prawdziwym:

– Eloi nie żyje. Ale są jeszcze inni, a my mamy trochę mocy na zbyciu. Słyszysz mnie?

Zacisnąłem metalowe usta. Słyszę cię. I szkoda czasu.

– Lećmy. Ale… tym razem przyłączymy się do profesjonalistów – wskazałem na oddalony oddział strażaków ubranych w wielkie, czerwone pancerze. Właśnie forsowali ścianę w miejscu, gdzie jeszcze nie dotarł pożar.

– Zgoda.

***

Zanim usłyszałem w głowie „poziom baterii dwa”, udało nam się pomóc firemanom w uratowaniu jeszcze dwojga ludzi. Byli szarzy od kurzu, ogłuszeni i wcale nie szczęśliwi, bo stracili bliskich. Nie umiałem ich wesprzeć, chociaż bardzo chciałem. Wtedy zrozumiałem, po co istnieją służby kryzysowe i wyszkoleni profesjonaliści. Oni wiedzą, co robić, mówić, postępują zgodnie z procedurami wprasowanymi w umysły. Ja z moimi egzystencjalnymi gadkami mogłem ofiarom tylko zaszkodzić.

Gdy wewnętrzny alarm motomba uniemożliwił mi jakąkolwiek aktywność, wyjaśniliśmy strażakom mój energetyczny problem.

– Nie ma sprawy – dowódca grupy zasalutował pancerną pięścią. – Będziemy o was pamiętać. Oni – wskazał na ocaleńców oświetlonych światłem halogenu na platformie przy wielkim wozie – oni będą pamiętać.

– Słyszeliście o wyrwie w ABB? – spytał Kytes.

– Tak. Według obliczeń pierwsze owady powinny już tu być.

– Nie obawiacie się o cywili? Oni nie mają pancerzy – zauważyłem.

– Mają feromony. Dziadostwo będzie tylko brzęczeć, ale krzywdy nie zrobi. Gorzej bęzie jak inne chamstwo przyleci. Ptaki. Też niedługo. Potem torbacze. Ssaki i gady później. Będziemy pracowali tak długo, jak się da.

– Nie przeszkadzamy – rzucił niezbyt do rzeczy Peter.

– Powodzenia.

– Peter – odezwałem się do niego mentalnie – namierzyłeś serwis Novatronics?

– Tajest.

Zerknąłem na chronometr. Dwudziesta trzecia czterdzieści pięć. Za chwilę w polu widzenia pojawił się kursor wskazując miejsce między kulami odbijającymi srebrne światło księżyca. Liny linowca wreszcie opadły znacząc ślad wykraczający daleko poza zachodnie granice miasta. Ewakuacja zagrożonych przez nie miejsc dobiegła końca. Teraz główny problem stanowiła akcja ratownicza w pobliżu powalonego budynku i znowu zamieszki, które, ku mojemu zdziwieniu, zamiast osłabnąć, nasilały się. Płonęła co najmniej jedna dwudziesta miasta, zwłaszcza na dolnych poziomach. Tłumy wściekłych mieszkańców falowały na platformach spacerowych, okupowały dżonki, aurokary i tuby blokując w ten sposób transport publiczny. Trakty pneumobilowe były zapchane. Co chwila startował jakiś aurokar prywatnych linii odwożący ludzi w bezpieczne miejsce, lub wznosił się w rozgwieżdżone niebo śmig. Ludzie. Sami ludzie stanowili teraz zagrożenie.

– Poziom baterii dwa procent. Potrzebne natychmiastowe doładowanie.

– Nie tylko to – mruknąłem do siebie.

– Co tam mruczysz? – spytał Kytes.

– Nic. Lecimy.

Wpłynęliśmy w labirynt kul, elipsoidalnych wsporników i krętych estakad. Poczułem się jakbym penetrował miasto obcych, chyba ze względu na egzotyczne oświetlenie: wszędzie połyskiwały światła pozycyjne ciągów komunikacyjnych i budowli, mieniły się wesołe holobimy ciągów coasterów i startownic. Wlatywaliśmy pod mosty, przelatywaliśmy nad wspornikami, mijaliśmy obłe mieszkalne bąble po lewej i po prawej stronie. Wreszcie budynek oznaczony przez kursor Petera wychynął zza lustrzanej kuli, którą ominęliśmy lecąc nad jej łagodnym grzbietem. Przez chwilę widziałem podłużny księżycowy cień Petera i mój (okaleczony), na połyskliwej powierzchni. Na szczęście serwis znajdował się w sferze położonej względnie wysoko. Mówię „na szczęście”, bo dookoła widzieliśmy, jak tłumy wdzierają się do niższych budynków. Kilkanaście razy dostrzegłem smugi strzałów z ręcznej broni. O co chodzi? Czy w Sydney jest tak dużo nisko uposażonych ludzi? A może to „ludzie” z undercity? Czy polia ma pod miasto jak Warsaw City czy już je uprzątnięto? Sprawdziłem tor lotu i upewniwszy się, że przez najbliższe kilkanaście sekund nie uderzę w żadną przeszkodę, skierowałem wzrok na najbliższy powietrzny chodnik. Maszerował po nim tłum. Zoom. Ludzie ubrani normalnie: żadni łachmaniarze. Mężczyźni i kobiety. Zoom. Twarze. Ich twarze są jakieś dziwne. Przypomniały mi się praktyki na oddziałach psychiatrycznych. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem szaleństwo w ludzkich oczach. Naprawdę je widać. Zoom. To… to nie są ludzie. Już nie. Coś ich wykrzywiło od środka… Coś ich zniszczyło! Wtem uwagę przyciąga cień jakby rogów na ludzkiej głowie…

– Torkil, dolatujemy.

Wycofuję zoom i spoglądam przed siebie. Kula otoczona pierścieniami reklam wisi sto metrów przed nami. Lądujemy na wskazanej przez Petera platformie. Czas na zakupy. Wlatujemy do środka przez okrągły, błyskający reklamami, właz. Jest pusto. Kytes ma zachowaną zdolność nakładania ścieżek na plan rzeczywisty, więc lecimy wzdłuż pulsującej zielonej kreski, mijamy sale, korytarze, estakady, by wlecieć do kulistej przestrzeni wewnątrz sfery. Jej średnica wynosia przynajmniej trzysta metrów. Prawie trzy stadiony. Kursor pulsuje przy wysokich szklanych drzwiach ulokowanych na krużganku, na czwartym piętrze, po przeciwnej stronie obiektu. Nie zawracamy sobie głowy jazdą chodnikiem. Zamiast tego lecimy po cięciwie.

– Stan baterii jeden procent. Wyłączam zbędne funkcje wegetatywne. Konieczne natychmiastowe doładowanie.

Lądujemy przy wejściu. Oczywiście jest zamknięte. Jeśli je sforsujemy, mogą pojawić się policjanci, a na pewno zareagują automaty ochronne ulokowane gdzieś wewnątrz obiektu. Nie ma rady. Przed chwilą byliśmy dobroczyńcami, a teraz musimy zamienić się w złodziei.

– Kytes, widzisz system alarmowy tego sklepu?

– Ja widzę tylko kolory i to bez głębi. Ty za to powinieneś.

– Czekaj, spróbuję… Nie. Mam wyłączone te funkcje. Poziom naładowania baterii spadł do jedynki.

– W takim razie przechodzimy na komunikację bez głosową. Spróbuj zdjąć blokadę.

– Okej.

Jeszcze raz wchodzę w opcje optyczne. Tym razem odnajduję ikonę „obejście blokady”, potwierdzam, że „jestem w pełni świadom konsekwencji niestosowania się do sugestii programu wegetatywnego” i uruchamiam…

– Peter, co mam uruchomić?

– Detektor pól elektromagnetycznych.

– Czekaj… jest.

Nagle rzeczywistość rozbłyska setką złotych węży biegnących wzdłuż ścian przy połączeniach chodników z elewacjami, znaczących krawędzie drzwi i okien, aż ćmi się w oczach.

– Uwaga – odzywa się alt wewnętrznego komunikatora – stan baterii krytyczny. Zaleca się wyłączenie dodatkowych funkcji motomba. Czy zgadzasz się na ich wyłączenie?

– Cholera…

– Czy zgadzasz się na ich wyłączenie?

– Tak.

Złote węże znikają. Mam ochotę mrugnąć oczami, żeby usunąć powidoki, ale… nie ma powidoków! Proste. Doom nie ma siatkówek, więc obraz nie pozostawia śladów.

– Peter, motomb wyłączył te funkcje. Mam krytyczny stan baterii.

– Pamiętasz, gdzie biegły przewody?

– Chyba tak.

Teraz przydałyby się powidoki. Wskazuję palcem domyślne przebiegi węży.

– Najgrubszy. Wskaż najgrubszy.

– Tu, przy podłodze. Chyba. Peter, ale co nam to da? Pistoletu nie masz, a jak je zniszczysz, to i tak wzbudzisz alarm.

– Cholera, cholera. Żebym miał twoją głowę i swoje baterie… Czekaj! To się da zrobić!

Zbroja „Crasha” wybrzusza się w miejscu modułu energetycznego i wysuwa jedną baterię. Kytes chwyta ją i podchodzi do mnie.

– Wysuń baterie.

– Już.

Wchodzę w menu energetyczne, wydaję dyspozycję i… nic. Symbol modułu miga i pojawia się napis:

Otwarcie zasobnika na baterie niemożliwe. Zgłoś się do serwisu.

– Peter, nie mogę otworzyć. Coś się zablokowało.

– Stan baterii krytyczny, konieczne…

– Dobra, dobra, cicho już – mruczę ze złością.

– Widzę, że masz tu zadzior. Spróbuję go odgiąć…

– Tylko nie wal mnie tam za mocno. Mam wrażliwe nerki.

– Dowci…

Mówi się, że gdy człowiek umiera, zaczyna widzieć tunelowo. Obraz zwęża się dlatego, że najpierw odtlenieniu ulegają peryferia siatkówek, a dopiero potem ich centralna część. Mój Doom nie miał siatkówki, ale i tak zwęził to, co widziałem do małego kółka w tym samym momencie, w którym przestałem słyszeć Petera. Potem zobaczyłem czerwony napis na czarnym tle:

Przełączanie na zasilanie sejfu. Stan baterii sejfu dziewięćdziesiąt osiem procent. Włączam sygnał SOS.

I zapadłem w dibekowy sen.

***