Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Archiwum

Kolejny fragment z Wilka Samotnika

Wczoraj jeden fragment, dzisiaj drugi. Zatem bez zbędnych wstępów: premierowy fragment Wilka Samotnika, który na sklepowych półkach już od dzisiaj:

Początek polowania

Jego Ekscelencja, Wielki Wojewoda Varatchi, siedział w swoim ulubionym fotelu w gabinecie, za nim płonął ogień, pomieszczenie rozświetlały i czyniły przytulnym lampy olejowe, z których każda stanowiła dzieło sztuki. Zawieszone były na stylizowanych gałązkach oliwnych z wypolerowanego brązu. Półki z książkami sięgały aż do sufitu, ruchome schodki dla czytelnika stały przed działem poświęconym pracom historycznym i politycznym. Ich marmurowe stopnie błyszczały w świetle na różowo. Varatchi nie lubił gdy mu przeszkadzano podczas pracy i nawet z najwyższych półek sam wyciągał książki. Mimo przekroczonej sześćdziesiątki nie miał problemu z zawrotami głowy na wysokości. Czas obchodził się z nim łaskawie, podobnie jak z jego przodkami i niektórzy z jego otoczenia twierdzili, że lata postarzają go tylko o dwie trzecie każdego roku, inni znów, że zna on tajemnicę osiągnięcia, jeśli nie wiecznego to przynajmniej stuletniego życia. Nic z tego nie było prawdą: był tylko typowym przedstawicielem swojego rodu. Wysoki, szczupły, gotowy do działania i długowieczny.


Oderwał wzrok od tekstu, który właśnie studiował i odsunął książkę dalej od siebie, w stronę okładek z czarnej skóry. Foliał napisany był językiem martwym już od dawna, Varatchi właśnie się go uczył i czytanie go nużyło. Co więcej przeszkadzali mu dwaj strażnicy przy drzwiach, jego osobista ochrona. Ich obecność zmuszała go do stałego trzymania się na baczności. Miał się na baczności w pobliżu jakichkolwiek ludzi, co kilka razy ocaliło mu życie, z drugiej jednak strony było to czasem męczące i niewygodne. Ci dwaj pracowali u niego już pięć lat, a przez ten czas musieli interweniować tylko dwa razy. Pomimo to, nie wiedział jak się nazywają, uważał że to zbyteczne. Do wyższego mówił Sal, do niższego, barczystego, Del, tak jak do swoich poprzednich strażników. Dla identyfikacji to wystarczało.
Po chwili mężczyźni spostrzegli się, że pracodawca ich obserwuje. Przyglądał im się w zamyśleniu.
– Za chwilę przyjdą tu dwaj mężczyźni. Starszy i młodszy. Tego młodszego od razu zabijcie. Czy to jasne? – powiedział, widząc że poświęcają mu całą uwagę.
Żaden z nich nie wyglądał na zdziwionego.
– Tak, panie – odpowiedzieli jednocześnie.
– Czy będzie uzbrojony? – zapytał Sal po chwili.
– Nie wie, że kazałem go zabić. To powinno wam wystarczyć. Czy może nie?
– Oczywiście, to wystarczy, panie.
Varatch rozciągnął wąskie usta w namiastce uśmiechu. Zza drzwi dobiegły nieśpiesznie zbliżające się kroki. Wygodniej rozsiadł się w fotelu i czekał na przedstawienie. Jego rozkaz zmienił atmosferę w gabinecie, zapanowała w nim obietnica śmierci.
Kroki się zatrzymały, służący najpierw cicho, potem głośniej a w końcu donośnie zastukał i po krótkiej przerwie otworzył drzwi.
– Panowie Ferusi i Bamegi – ogłosił trochę niepewnie – Bez podania skąd przybywają i powodu wizyty.
Varatchi tylko kiwnął głową. Nie przemawiał, gdy nie było to niezbędne, a stały personel pałacu doskonale rozumiał jego gesty.
Pierwszy wszedł Ferusi w szarych, prosto skrojonych spodniach i luźnej bluzie o podobnym wyglądzie. Prostota kroju myliła, ubranie uszyte było z najdelikatniejszego jedwabiu. Za nim szedł Bamegi w nieco zużytych, skórzanych spodniach, koszuli ze zwyczajnego płótna i nieco lepiej wyglądającej kamizelce. Varatchi spotkał się z nim twarzą w twarz po raz pierwszy. Był zaskakująco młody, choć właściwie wszystkich mężczyzn przed czterdziestką postrzegał jako młodych, poprawił swoją ocenę. Dwadzieścia pięć, nie więcej, w jego wyglądzie nie było nic szczególnego, po prostu tuzinkowy młody człowiek, jakich w każdym porcie, na każdym targowisku można spotkać mnóstwo. Idąc trochę się garbił, przed tygodniem ogolił sobie głowę i teraz ciemne włosy pokrywały ją cienką warstewką. Varatchi czuł napięcie oczekiwania, przenikające aż do końców palców. Nie był to strach, nawet w najmniejszym stopniu. Wrażenie nasilało się, on jednak był gotowy opanować je, o ile chciałoby się wymykać spod kontroli.
Bamegi przekroczył próg, żaden ze strażników na niego nie spojrzał. Jednak, mimo że pozornie ani drgnęli, nie stali już tak rozluźnieni jak przedtem.
Bamegi zrobił kolejny krok, Sal wyciągnął nóż. Nosił go po lewej stronie opaski, rękojeścią do dołu. W rękach Dela pojawiła się garota.
Sal bezszelestnie postąpił naprzód, chciał całą rzecz zakończyć jednym pchnięciem w nerkę, jego partner ochraniał go, na wypadek gdyby coś źle poszło.
Szybkość z jaką zadał pchnięcie spowodowała, że materiał rękawa zaszeleścił. Bamegi momentalnie zareagował. Zrobił wykrok, przekręcając się prawie o sto osiemdziesiąt stopni, szybkim uderzeniem grzbietem ręki odtrącił atakujące ramię i zadał trzy błyskawiczne ciosy krawędzią dłoni i pięścią w łokieć, w dolne żebra i w szyję. Żadne z uderzeń nie było bardzo silne, ale razem zadane spowodowały, że Sal upuścił nóż i zwalił się na ziemię. Dal był już za Bamegim i przekładał mu strunę przez głowę. Ten jednak, jakby jakimś cudem wiedział o jego obecności za plecami, znów się obrócił, przyklękając równocześnie na kolano, przetoczył się w bok i zanim jego przeciwnik zdążył zareagować, kopnął go w krocze. Del stęknął i zaczął osuwać się na ziemię. Zanim jeszcze jej dotknął, Bamegi już trzymał w dłoniach jego głowę i targnął nią z lewej strony na prawą, skręcając mu kark.
– Brawo – ocenił sucho Varatchi.
Bamegi wyprostował się, nie patrzył na trupa, sprawdził tylko, czy drugi strażnik nadal jest niezdolny do walki.
– To był test? – zapytał spokojnie.
– Był na to przygotowany? Odgadliście, że mógłbym spróbować czegoś w tym rodzaju? – Varatchi zignorował pytanie, zwracając się do przywódcy klanu ninja.
– Dopuszczałem taką ewentualność, ale nie ostrzegłem go. Człowiek, którego chcemy zabić jest nieprzeciętnie dobry. Przeciw niemu musi stanąć najlepszy z nas.
Sal usiłował wstać, lecz nie dawał rady, nadal wstrząśnięty z trudem łapał oddech.
– Zabijcie go – rozkazał Varatchi i spojrzał na Ferusiego.
Ten pochylił się nad stękającym mężczyzną i niemal po ojcowsku uniósł mu głowę. Wyglądało to jakby tylko dotknął jego skroni, strażnik jednak nagle zwiotczał, martwy.
– Bardzo skuteczna technika.
W głosie Varatchiego zabrzmiało uznanie.
– Z wyglądu może tak, ale trening jest uciążliwy, a w walce taki sposób zabijania bywa niezbyt wygodny. To raczej czysta technika asasynów – stwierdził stary ninja. – Nie chciałem zakrwawić posadzki, jeśli Bamegi przedtem tego nie zrobił.
Ferusi ostrożnie położył bezwładne ciało na podłodze i wyprostował się.
– Ten test kosztował życie dwóch ludzi. Każdy inny uważałby go za marnotrawstwo ale nie sądzę aby tak było w przypadku Waszej Ekscelencji.
Varatchi pozwolił sobie na uśmiech. Ferusi, swoją uwagą utwierdził go w przekonaniu, że jego rezerwy ludzkie nic na tym nie straciły.
– Zrobili się zbyt wygodni, Salowi zaczął nawet rosnąć brzuch. Niewielka cena za podwyższenie morale i zmobilizowanie ludzi.
– Tak, o broń trzeba pieczołowicie dbać, inaczej zardzewieje – zgodził się stary ninja.
– Przejdźmy do właściwego celu waszej wizyty – zmienił temat Varatchi – Usiądźcie – wskazał dwa krzesła a sam został w fotelu – Zaznajomiliście się już z informacjami o Koniaszu i chciałbym usłyszeć wasze zdanie. Obydwóch.
Bamegi poczekał, aż Ferusi wybierze sobie krzesło i usiadł dopiero po nim. Ręce położył na udach, spojrzał na swego szefa i otrzymał niewypowiedziany rozkaz, żeby rozpocząć analizę sytuacji.
– Materiał był zbierany przez szereg lat, a z niektórych informacji wynika, że zaczął go gromadzić człowiek, który później Koniasza wynajął – zaczął.
Varatchi nie uważał za potrzebne tego komentować.
– Ten Koniasz to bardzo niebezpieczny człowiek, indywidualność, znakomity szermierz, wyjątkowo biegły w posługiwaniu się nożem i walce wręcz, ale również ktoś, charakteryzujący się świetnymi umiejętnościami organizacyjnymi. Postępuje tak, żeby uniknąć zbędnego ryzyka, równocześnie jednak jest w stanie je podjąć, gdy nie ma innej możliwości. Kocha życie ale nie boi się śmierci.
– To jest najniebezpieczniejsza kombinacja, jaka istnieje – napomknął Ferusi – Tacy ludzie dają początek legendzie.
Spojrzał na Varatchiego w poszukiwaniu oznak sprzeciwu ale Wielki Wojewoda bardziej przypominał posąg niż żywego człowieka.
– Z czego konkretnie wywnioskował pan, że kocha życie? – zapytał po chwili namysłu.
– Jako przymusowo wcielony rekrut uczestniczył pod dowództwem generała de Glowa w nieudanej inwazji przez Few Ghaku. Zadałem sobie trud odnalezienia kilku weteranów, którzy przeżyli. Zbiegiem okoliczności dwaj z nich mieszkają w Fenidongu.
– Ach, ta godna politowania sprawa z hrabią – Varatchi przypomniał sobie natychmiast aferę, która o mało nie zagroziła stabilizacji cesarstwa.
– Wszyscy, którzy przeżyli zawdzięczają życie właśnie Koniaszowi. Pomógł im wydostać się z dżungli, lecz sam został z oszalałym de Glowa. A kilka lat później jego staraniem wyszło książkowe wydanie zapisków doktora Gausta, który tam zaginął. – kontynuował Bamegi – Tak myśli i działa człowiek, który życie i śmierć traktuje na równi.
– Każdy jest śmiertelny – rzucił sucho Varatchi.