Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Archiwum

ŚMIERTELNY BÓG Marcina Wełnickiego – Fragment

NIE MOŻESZ WALCZYĆ Z TYM, CO NIEUNIKNIONE.

Wielka Brytania, ostatni bastion wolnej Europy, upadła, podbita przez Niemcy. Od Lizbony na zachodzie po Carycyn na wschodzie III Rzesza wprowadza swój imperialny ład. Ale taki ład ma swoją cenę, a militarne i psychologiczne zwycięstwo – swoje konsekwencje. III Rzesza ma swoją cudowną broń, ale i za oceanem, w Stanach Zjednoczonych naukowcy pracują nad jej równie straszliwym odpowiednikiem.
Na Starym Kontynencie kapitan gestapo Reiner Erhard, zaufany człowiek Führera, rozpoczyna rutynowe śledztwo, które szybko przeradza się w coś zgoła innego – rozpaczliwą próbę rozwikłania zagadki zapomnianej krucjaty. U źródła triumfu III Rzeszy leży starożytny spisek – i jeszcze starsze kłamstwo.
Przyparty do muru, zdany na przewodnika, któremu nie sposób zaufać, Reiner Erhard podejmuje grę o wszystko i z przerażeniem dowiaduje się, jak cienka jest przesłona pomiędzy tym a tamtym światem.
Czas ucieka. Bogowie czekają.

ŚMIERTELNY BÓG wpisuje się w kanon opowieści o światach alternatywnych, gatunkowo łączy w sobie elementy horroru i militarnej sensacji.

ŚMIERTELNY BÓG – Fragment książki w rozwinięciu.

Jest takie miejsce, na północny-wschód od Medyny, gdzie pośród gorących piasków An-Nafud nawet wiatr zdaje się milknąć. Miejsce, w którym dniami i nocami nic nie mąci wszechogarniającej ciszy. Martwej ciszy.
Pod milionami ton piasku, pod warstwami coraz większych kamieni rozciąga się przepastna jaskinia, jakiej próżno szukać gdziekolwiek na świecie. Ściany i sufit nikną we wszechogarniającej ciemności, tworząc iluzję otwartej przestrzeni. Ciągnącej się we wszystkie strony szarej, jałowej równiny.
Równina wznosi się łagodnie ku środkowi, jej brzegi zaś toną w cieknącej ze ścian ciemnej, oleistej cieczy o cierpkim posmaku. Im dalej w głąb, tym teren staje się bardziej poszarpany, nierówny, pokryty dziesiątkami, a później setkami głazów o wszystkich możliwych kształtach i kolorach. Jedne są czarne i popękane, inne porowate, w najrozmaitszych odcieniach żółci i czerwieni, inne znów szare i gładkie, tak bardzo gładkie…
Nienaturalnie gładkie.
To cmentarzysko kamieni zwano kiedyś miastem.
Ach, i jakże majestatycznym miastem było!
Pod zalegającym grubą warstwą pyłem tu i ówdzie biegły spękane, kręte, brukowane drogi, mosty nad nieistniejącymi od stuleci strumykami i akwedukty obrócone w ruinę upływem czasu.
Dalej jeszcze, tam, gdzie nienazwany kataklizm, który rzucił miasto w najgłębsze odmęty ziemi, okazał łaskę, wznosiły się pomniki i fontanny, termy i świątynie o asymetrycznych, łamiących prawa geometrii kolumnach, o łukowatych i kopulastych sklepieniach, zbudowanych na długo, zanim ludzkość postawiła swój pierwszy dom z cegły.
Nie to jednak przyciągało wzrok.
Nie, każdy, kto był na tyle szalony lub na tyle głupi, żeby zejść do zapomnianego miasta, nie mógł oderwać spojrzenia od metalicznych cylindrów, które wyrastały z ziemi w centrum równiny i znikały gdzieś w sklepieniu jaskini.
Słupów.
Bożych Palców.
Budowle zdawały się trwać niewzruszenie, rzucając wyzwanie mijającym wiekom. Jakby stały tu na długo przed zaraniem dziejów i ascedencją człowieka i miały stać nadal, kiedy wiatr usunie ostatni ślad istnienia ludzkości.
Czekając.
Kataklizm starł z powierzchni równiny wszelką roślinność. Po życiu pozostał jedynie pył, wypełniający nawet trudno dostępne szczeliny i zagłębienia.
Tylko do jednego miejsca nie dotarł.
Dwupiętrowy budynek miał prosty, zapadnięty dach i kolumny w kształcie ledwie rozpoznawalnych, humanoidalnych postaci. W środku spękana posadzka prowadziła w dół, najpierw do sal z kamiennymi ławami i olbrzymimi zdobionymi dzbanami, potem jeszcze niżej, do pustej, pogrążąjącej swym ogromem termy.
Kilka szerokich, ceramicznych rur odchodziło od wyschniętej łaźni i klucząc, docierało do zbiorników wodnych. Dwa z nich były równie suche jak terma, ale trzeci, posiadający mechanizm grodziowy z brązu, wydawał się nietknięty. Późniejsze od kataklizmu trzęsienie ziemi przecięło kafle wąską wstęgą czerni, raną w kamieniu. Przez niezliczone lata większość wody uciekła w głąb ziemi, została jedynie mała kałuża w rogu zbiornika. Tam ścianę pokryła delikatna patyna pleśni.
Gdzie była woda, było i życie.
Nagle porost zaczął pęcznieć, zniekształcając przy tym fakturę ściany. Rozległ się jęk, który rurami poniósł się aż do głównej sali. Wreszcie pleśń pękła z głośnym mlaśnięciem, odsłaniając korytarz z korzeni i sunącą nim postać.
Gdzie było życie, znajdowano drogę.
Mężczyzna wyczołgał się powoli z otworu, który zabliźnił się, gdy tylko opuściło go obce ciało. W jego umyśle nadal kotłowały się niepokojące sny, wizje, jakich doświadczył podczas swej podróży.
Wstał niepewnie, otrzepał się z ziemi i poprawił zasłaniającą twarz żelazną maskę. Wiedział, że musi się spieszyć. Podróż kosztowała go resztki sił. Dokonało się. W tylnej części czaszki nadal czuł świdrujący ból i wiedział, co to oznacza.
Znów się pochylił, odblokował grodzie i na czworakach ruszył ceramiczną rurą. Kiedy wydostał się na ulicę, ból stał się już nie do zniesienia. Otępiałe zmysły utrudniały chód. Chwiejnym krokiem mężczyzna ruszył alejami zaginionego miasta, nie bacząc już na zachowanie ostrożności. Liczyło się tylko jedno.
Wydawało mu się, że minęły godziny, zanim odnalazł wyjście na powierzchnię. Kolejne, gdy próbował sforsować kręte, ciągnące się bez końca schody. Stracił już nadzieję, że kiedykolwiek zobaczy jeszcze promienie słońca, kiedy nagle jego twarz obmyło gorące światło.
Ocalał.
– Hände hoch! – usłyszał zza pleców.
– Żołnierzu, nie masz pojęcia… – odparł po niemiecku, odwracając się.
To był błąd. Uderzenie kolby posłało go na ziemię. Wzrok mu się rozmazał, nie wiedział, co się dzieje, ale słyszał nawoływania, coraz więcej głosów.
– Co my tu mamy, Glücker?
– Nie wiem, kapitanie. Przyszedł z dołu.
– Z dołu? Zawiadomcie centralę. Dajcie mi go tu.
Mężczyzna poczuł, jak krępują mu ręce i podnoszą go do pionu.
– Kto cię wysłał? Nie, czekaj… Kapralu, co on ma za cholerną maskę na twarzy?
– Nie mam pojęcia, kapitanie.
– Zdejmij mu ją, przyjrzymy się naszemu ptaszkowi.
– Tylko nie maskę! – zaczął protestować mężczyzna. – Na litość boską, tylko nie maskę!
– Kapralu! – warknął kapitan. – Żwawiej!
– Błagam was, zostawcie ją w spokoju! – Ale już czuł, jak pod wpływem gwałtownych szarpnięć kaprala zawiasy ustępują. Boże, nie.
Kapral zerwał maskę.