Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Archiwum

Ulysses Moore. LODOWA KRAINA — Drugi fragment książki

Wydawnictwo Olesiejuk zaprezentowało kolejny fragment z X tomu Ulyssesa Moore, premiera 28 lipca. Zapraszamy do lektury!!!

Rozdział 2
NA SKRZYDŁACH WIATRU

Sześć par nóg zbiegało pędem z urwiska w stronę wybrzeża w Kilmore Cove. Tymczasem w miasteczku, na wysokości portu, wciąż płynęła ku morzu rzeka wody
i błota, porywając wszystko, co napotkała na swej drodze. Woda pojawiła się niespodziewanie w najstarszej dzielnicy miasta i stamtąd wpłynęła na główną ulicę, zamieniając ją w koryto rwącego gwałtownie strumienia. Wysoka fala, sięgająca co najmniej dwóch metrów, w centrum głównego placu, niebezpiecznie podmyła piedestał pomnika Wilhelma V, zagrażając jego niepewnej równowadze. Większość dalej stojących budynków żywioł wodny zaledwie musnął, ale na przykład gospoda na plaży została niemal zmieciona z powierzchni wraz ze stołami, stolikami i większą częścią zadaszenia. W zatoce widać było powywracane łodzie, podarte żagle, rozrzucone po wodzie sieci i setki pływających przedmiotów. Sześć postaci pędziło w milczeniu. Biegli co sił w nogach, mając przed sobą ten straszny obraz zniszczenia. Na czele grupy pędził Jason Covenant, z rozwianymi długimi włosami, w ubraniu brudnym i podartym – po dramatycznych przygodach ostatnich dni. Wzrokiem obiegał nawiedzoną katastrofą okolicę, nie przerywając ani na chwilę płynnego biegu, jakby był wprawnym biegaczem. Za nim biegła, z oczami rozszerzonymi ze strachu, Anita Bloom – dziewczynka z Wenecji, a jej długie czarne włosy powiewały na wietrze. Dalej pędziła smukła siostra Jasona – Julia, pełna energii, mimo przebytej dopiero co choroby, oraz Rick Banner, mocno zbudowany dzięki uprawianiu kolarstwa, z lśniącą kasztanową czupryną, którego twarz wyrażała teraz kompletne niedowierzanie. Grupkę tę zamykała dziwaczna para mężczyzn w średnim wieku, którzy podążali za dziećmi raczej z konieczności niż z własnej woli. Jeszcze dwa dni temu ich garnitury były eleganckie i świetnie skrojone, mokasyny lśniące, a twarze wygolone i pachnące od wody kolońskiej. Tymczasem teraz pierwszy z nich, blondyn (który dumnie utrzymywał w biegu lekką przewagę nad drugim), miał policzki zarośnięte, zaniedbaną – nierówną i szorstką – bródkę, spodnie rozdarte na kolanach, a buty z oderwaną podeszwą. Drugi, czarny i kędzierzawy (który kuśtykał kilka kroków za bratem), zgubił rękaw od marynarki,
a na głowie falowały mu potargane w nieładzie włosy – niczym masa cukrowa na patyku. Grupy krzewów wzdłuż drogi uginały się pod naporem
wiatru. W miarę jak biegnący zbliżali się do miasta, coraz wyraźniej słyszeli huk w dole oraz przerażające krzyki mieszkańców. Na ostatnim zakręcie Julia gwałtownie wyhamowała.
– Ojej! Zatrzymajcie się! Zaczekajcie chwileczkę! – prosiła zdyszana. Oparła się o pień jakiegoś drzewa na poboczu drogi i głęboko oddychała. W dole, w odległości paru kroków od niej, rododendrony pokrywające zbocze doliny u stóp urwiska mieniły się kolorami morza.
– Co się dzieje, można wiedzieć? Już prawie dobiegliśmy! – wołał niezadowolony Jason, niechętnie zwalniając. Zamiast odpowiedzi Julia osunęła się na ziemię, kucając pod drzewem, oparła głowę na kolanach i westchnęła.
– O mamo… – dyszała ciężko. – Chyba pęknę!
– Ale przebiegliśmy tylko dwa zakręty! – wykrzyknął jej brat.
– Ale ja dopiero co miałam koklusz! – odkrzyknęła mu ze złością, zanim złapał ją atak gwałtownego kaszlu. W spojrzeniu Jasona pojawiło się coś na kształt rozczarowania połączonego ze współczuciem. Stanęli wszyscy półkolem nad Julią, czekając aż wróci do formy i podejmie bieg.
– Hej! Czy i wy to słyszycie? – spytał w pewnym momencie Rick.
W oddali rozległo się bicie dzwonu. Jego uderzenia były coraz to szybsze i mocniejsze, jakby chciały ostrzec przed niebezpieczeństwem.
– To z kościoła św. Jakuba… – szepnął Jason. Potem, uderzając niecierpliwie w dłonie, zawołał: – Dalej! Musimy biec, musimy zobaczyć, co się stało!
Jednak kędzierzawy brunet dał mu ręką znak time out i wskazał na Julię.
– Chłopcze, popatrz… Zróbmy małą przerwę… Trudno. Jason prześwidrował go oczami zwężonymi w szparki. Nawet jeśli w obecnej sytuacji mogli uchodzić za kumpli, to on i ci dwaj pozostawali bądź co bądź Podpalaczami. A zatem potencjalnymi wrogami. Rozłożył jednak ramiona na znak kapitulacji. Dzwon przy kościele rozdzwonił się jak szalony. Nie stłumił jednak ani o jednego decybela huku wody rwącej ulicą.
– Nie potrafi ę tak czekać… może oni potrzebują pomocy – nie wytrzymał Jason i ruszył w drogę po lśniącym asfalcie.
– Zobaczymy się w kościele, Julio. Kiedy tylko będziesz mogła. Zamiast odpowiedzi Julia zakasłała chyba ze dwanaście razy. Rick rozejrzał się wokół, niezdecydowany, co robić. I on miał ochotę biec dalej, żeby się upewnić, że matce nic się nie stało. Spojrzał jednak na Julię i pomyślał, że nie może jej zostawić w takim stanie. Od głównej ulicy, w prawo, biegła mała alejka. Drogowskaz zamalowany ręcznie wskazywał Humming Bird Alley, czyli drogę prowadzącą do domostwa doktora Bowena. – Może mógłbym pójść po doktora…