Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Z Polski

Mój Fandom – felieton

Jakoś rok temu w internetowym Fandomie zawrzało na wieść o podniesieniu cen biletów. Powstały dwa obozy: przeciwników (liczniejszy) i popierających. Adekwatność podniesienia cen można było potem zrewidować – jak się okazało, wraz ze zwiększonym kosztem akredytacji, wzrosła liczba świadczeń (darmowa komunikacja miejska, emisja gali cosplay). W tym roku stawka za wstęp się nie zmieniła, ale dała o sobie znać swego rodzaju patologia, lecz o dziwo nie w tym pierwszym obozie.

Nie widzę przeciwwskazań à propos wyższych cen biletów, o ile idą za nimi realne kompensaty – chyba wszyscy wiemy, że podatki niespecjalnie maleją, a coraz popularniejsza impreza musi wciąż szukać nowych rozwiązań i możliwości, a przy tym niwelować doczesne niedogodności. Widać było na zeszłorocznym Pyrkonie, gdzie za kosztem akredytacji kryje się novum: utrzymano, a nawet podniesiono poziom. Taka motywacja organizatorów wydaje się słuszna i przekonująca. Chęć stworzenia nowych atrakcji, zastosowania nowych mediów czy wszelakiego rodzaju usprawnień, wyjdzie w społecznym wymiarze in plus całości. Podniesie się prestiż festiwalu, dzięki czemu pojawi się szansa na dotarcie do kolejnych mass mediów i potencjalnych uczestników.

Z tym nie ma nic wspólnego grupa pozerów wśród popleczników, a właściwie rzekomych popierających zwyżkę akredytacji. Na forach i facebookowych profilach nietrudno odszukać ludzi sądzących, że doznali oświecenia i znaleźli remedium na sytuację w Fandomie. Otóż diagnozują – a diagnoza to marna, o ile tak w ogóle można ten twór nazwać – że głównym problemem m.in. Pyrkonów i Polconów są przedstawiciele tzw. Biedy (termin wycięty prosto z ichniej wykładni), czyli osoby o niższym statusie materialnym. Ich argumentacja jest niezwykle refleksyjna i warta przytoczenia. Otóż „Bieda” psuje kondycję i jakość fandomowych imprez, a robi to poprzez niekorzystanie z prelekcji, paneli i spotkań autorskich, oddaje się jedynie integracjom społecznym, robi cosplay z kartonu, stwarza zatory w komunikacji pieszej w halach i, przede wszystkim, dopuszcza się napastowania seksualnego cosplayerek. Poważna sprawa. Czekacie na więcej? Jakieś opracowanie, objaśnienie metod czy choćby gęstszy opis? Przeliczycie się.

Słowa mają moc. Ale w tym wypadku są czcze. Tylko pozornie mówią coś o rzeczywistości – właściwie to ideologiczna próba wytworzenia nowej konotacji, a w tej sytuacji na skutek swego rodzaju zaklinania świata, słowem: mityzacji. Nasza grupa pozerów, chcąca utożsamiać się z wyższymi sferami, postuluje za podniesieniem cen biletów, aby impreza stała się ekskluzywniejsza i dostępna dla wybranych (w myśl tejże ideologii: ich samych), muszą jednak wiedzieć, że idea prestiżu i elitaryzmu metonimicznie na nich nie przejdzie („z chama nie zrobisz pana”). Jeszcze jednym sposobem na pozorną nobilitację jest postawienie osób gorzej sytuowanych (wzmiankowanej Biedy) w opozycji, a skoro ci niehigieniczni i niemoralni molestanci stoją naprzeciw może to konotować, że nasi pozoranci są „szlachetni”, „dystyngowani”, „pełni ogłady”… Chyba nie tędy droga. Proszę uważać, ponieważ nieszczęśliwie taki proces Barthesowskiej mityzacji może przynieść zgoła odmienne efekty.

Jednak warto się zastanowić nad tym, co spowoduje alienacja, wykluczenie osób z niższym statusem majątkowym i hermetyzacja Fandomu. Wedle pozerów miałoby to oczyścić środowisko ze szkodliwych i degenerujących osób, ale po prawdzie głównie wprowadzi elitaryzm. Wiem, wiem, postrzeganie osób z niższym statusem majątkowym jako gorszych jest tak absurdalne, że wygłaszający takie poglądy z pewnością mogą czuć się dumni ze swej błyskotliwości i zasobów intelektualnych… Ale czy to wszystko nie gryzie się z wartościami i ideałami Fandomu (nie jednostek, tylko całej społeczności)? Sposób pozerów pachnie trochę plutokracją, a zdaje się, że właśnie Fandom ma takie granice zwalczać.

Ten postulowany elitaryzm nie może dotknąć Fandomu. Czym więc będzie Fandom, gdy wprowadzi takie podziały społeczne (w tym wypadku za wyznacznik biorąc status majątkowy)? Skoro jednym z głównych celów Fandomu jest otwartość, czyli znoszenie wszelkich ksenofobii (tu: ekonomicznych) i unikanie ksenofilii, ale zachęcanie do zwyczajnej ciekawości, wskazywania, że inne nie znaczy gorsze, inne może być atrakcyjne. W moim odczuciu Fandom ma budować poczucie relatywizmu kulturowego, przekonywanie do enkulturacji (nie akulturacji), akceptacji odmiennych poglądów i zwyczajów oraz wdrażania antyhermetyczności.

Trzeba zrozumieć, że elitaryzacja to system opresyjny. Szczególnie w środowisku fanów, miłośników fantastyki – i mimo że nie żyjemy w utopii i daleko nam do idylli, powinniśmy raczej ograniczać wszelkie socjety, a nie budować im drabiny, aby mogły wspinać się w jeszcze bardziej niedostępne dla reszty miejsca. W Fandomie potrzeba pobudzać postawy egalitarystyczne: w prawach do dyskusji, dostępu do dóbr kultury fantastycznej i mocy głosu w sprawach dla społeczności ważkich. Zabrzmieć może to trochę jak komuna, prawda? Ale nie chodzi o rozdawnictwo, tylko dostęp, możliwość, szansę, zachęcenie do korzystania i użytkowania dóbr fantastycznych, polecania i mówienia o fantastyce. W zamkniętym gronie twórców i gromadki „wybrańców” trudno o rozgłos, media też niespecjalnie zainteresują się niewielkim zlotem czy zbiegowiskiem osób, które już trudno będzie nazwać fanami, skoro głównym celem ich bytności na tego typu spotkaniach nie będzie chęć dzielenia się doświadczeniami i propagowania wszelkimi dostępnymi środkami fantastyki, lecz poczucie wyższości, a to już zahacza o przemoc symboliczną.

Fandom ma stać – w miarę swych możliwości – ponad jakimikolwiek podziałami. To właśnie Mój Fandom, gdzie liczy się kontakt z człowiekiem, więziotwórstwo i integracja, wymiana doświadczeń, równość, otwartość, cieszenie się ze wspólnych zainteresowań i możliwość skonfrontowania swych myśli na tzw. wspólne tematy.

PS Praktykę molestowania trzeba zwalczać, krytykować i potępiać, ale nie wiązać kogoś z nią tylko dlatego, że żywi się wobec niego niechęć. A chyba niepoważnym argumentem na to, że ktoś jest seksualnym napastnikiem, jest zawartość jego portfela.

PPS Nie upodobałem sobie ludzi unikających higieny, zachowujących się rubasznie, wykrzykujących osobliwe formułki, biegających ze śmiechem na ustach, kręcących się bez celu wokół stoisk. Ale nie widzę żadnego racjonalnego powodu, aby afiszować się ze swą (domniemaną) wyższością i próbować pozbyć się pewnych grup z pola widzenia, tylko dlatego, że nie podoba mi się ich widok i przeszkadza mi to, że zajmują przede mną kilka miejsc w kolejce…