Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Komiksy

Fragment Armady autorstwa Ernesta Cline`a

13 stycznia nakładem wydawnictwa Feeria do księgarni trafi „Armada”. Jest to kolejna powieść autora „Player One” – Ernesta Cline.

Radosne przetworzenie i inteligentna destrukcja konwencji science-fiction, rozpędzony i zaskakujący thriller, klasyczna opowieść o dojrzewaniu i historia inwazji kosmitów, o jakiej jeszcze nie znacie – wszystko w jednej powieści, której nie daje się odłożyć na bok. Przedsprzedaż tej powieści już ruszyła na empik.com.

Poniżej prezentujemy Wam fragmenty powieści

Akurat siedziałem w klasie, gapiąc się w okno i marząc o jakiejś przygodzie, gdy zobaczyłem latający talerz.

Zamrugałem i popatrzyłem jeszcze raz – ale był tam nadal, lśniący chromem dysk zygzakami przecinający niebo. Ledwo nadążałem wzrokiem za serią coraz szybszych, nieprawdopodobnie ostrych zakosów, które z człowieka, gdyby na pokładzie był jakiś człowiek, zrobiłyby marmoladę. Dysk pomknął w stronę linii widnokręgu, po czym momentalnie się nad nią zatrzymał. Na dłuższą chwilę zawisł bez ruchu nad widocznym tam pasem drzew, jakby przeczesywał niewidzialnym promieniem teren w dole, zaraz jednak się wzbił, kolejnymi skrętami i przyspieszeniami przecząc prawom fizyki.

Starałem się podejść do tego na luzie. Pozostać sceptykiem. Beształem się w duchu, bo umysł mam przecież ścisły, chociaż nie zawsze potwierdzają to moje oceny.
Wróciłem wzrokiem do dysku. Wciąż jeszcze nie potrafiłem określić, z czym mam do czynienia, wiedziałem jednak, jaką kon­cepcję odrzucić – nie był to meteoryt. Ani balon meteorologiczny, ani też obłok gazu bagiennego czy piorun kulisty. Wykluczone; niezidentyfikowany obiekt latający, który teraz na własne oczy oglądałem, był zdecydowanie zjawiskiem nie z tej ziemi.

Pomyślałem więc: Jasna cholera.

A zaraz potem: Nie wierzę, że w końcu do tego doszło.

Bo wiecie, już od przedszkola miałem nadzieję i liczyłem na to, że jakieś szokująco fantastyczne, rewolucyjne wydarzenie zburzy wreszcie bezkresną monotonię mojej edukacji. Spędziłem setki godzin, gapiąc się na wzorowo uporządkowany podmiejski krajobraz wokół mojej szkoły i marząc w głębi duszy o wybuchu epidemii zombi, o jakimś niezwykłym wypadku, który obdarzy mnie supermocami, lub przynajmniej o nagłym pojawieniu się bandy podróżujących w czasie karłów-kleptomanów.

Gdzieś tak jedna trzecia tych moich mrocznych marzeń wiązała się z niespodziewanym przybyciem istot z innego świata.

Rzecz jasna, nigdy nie wierzyłem, że coś takiego rzeczywiście się stanie. Nawet gdyby obcym faktycznie przyszło do głowy zajrzeć na naszą totalnie nieważną niebiesko-zieloną planetkę, żaden szanujący się kosmita nie wybrałby na miejsce pierwszego kontaktu mojego rodzinnego Beaverton w stanie Oregon – czyli amerykańskiej pipidówy. No, chyba że plan zniszczenia naszej cywilizacji zakładałby rozpoczęcie od miejsc najbardziej nieciekawych. Jeśli istniał jakiś jasny środek wszechświata, znajdowałem się na planecie od niego najdalszej. Ciociu Beru, podasz mi niebieskie mleko?

A oto działo się tu coś cudownego – i ten cud następował na moich oczach! W powietrzu unosił się cholerny latający talerz. Właśnie się na niego gapiłem.
I nabierałem pewności, że jest coraz bliżej.
(…)

Poczułem się, jakby w mózgu zaiskrzyło mi od krótkiego spięcia, bo tak charakterystycznego statku z niczym nie mógłbym pomy­lić. W końcu przecież od kilku lat prawie co wieczór oglądałem go w siatce celownika. Patrzyłem na należącą do rasy Sobrukai glewię, jeden z modeli myśliwców, które pilotowali wredni obcy w Armadzie, mojej ulubionej grze wideo.

Było to oczywiście niemożliwe. To tak, jakby zobaczyć na nie­bie nad własną głową TIE fightera albo klingońskiego warbirda. Rasa Sobrukai i jej myśliwce typu Glewia były tworami fikcyjnymi, wymyślonymi na użytek gry. W rzeczywistości nie istniały – nie mogły istnieć. W rzeczywistości przecież gry wideo nie ożywały i nad naszymi miasteczkami nie latały wymyślone statki kosmiczne. Tak nieprawdopodobny kit sprzedawały tylko badziewne filmy z lat osiemdziesiątych, takie jak TRON, Gry wojenne czy Ostatni gwiezdny wojownik. Kino, za jakim szalał mój świętej pamięci ojciec.