Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Charles Brokaw – Kod Lucyfera (recenzja)

Niezrównany profesor lingwistyki, znany z Kodu Atlantydy Thomas Lourds, po raz kolejny zostanie uwikłany w zagadkę, do rozwiązania której kluczowymi okażą się jego umiejętności w rozszyfrowywaniu starych – a bywa, że nieistniejących – języków. Natrafia na rywalizujące o jego względy piękne kobiety i krok po kroku, mimo że czuje na karku oddech agentów CIA (niewystępujących tutaj w roli pozytywnych bohaterów) oraz bandziorów, rozwiązuje zagadkę pozostawioną wieki temu przez św. Jana.

Od kontynuacji powieści sensacyjnej nikt nie oczekuje nadmiernej oryginalności. Raczej zwiększonej ilości krwi, wybuchów i – balansujących na cienkiej linii prawdopodobieństwa – przeróżnych utrudnień czekających na bohaterów za każdym rogiem, a czasami, jak w przypadku Kodu Lucyfera, w mrocznych podziemiach. Charles Brokaw już w pierwszych scenach wprowadza strzelaninę i pościg. Jak się można już od początku spodziewać, porwanie to tylko preludium do globalnego zagrożenia. Tego typu połączenie powieści sensacyjnej z Indiana Jonesem… musi opowiadać o jakimś spisku, zaginionych skarbach dających władzę nad światem lub nawet o apokaliptycznych zjawiskach.

Źle się jednak dzieje, gdy grając w grę zwaną literaturą, autor nagle zmienia zasady. Brokaw zaczyna książkę podobnie jak poprzednią część przypadków profesora Lourdsa – serwując opowieść nieprawdopodobną, ale jednak realistyczną. Pod koniec świat przedstawiony podnosi się jednak na poziom metafizyczny i – co gorsze – przekształca się w literacki traktat pseudofilozoficzny, a na scenę wdziera się nawet tytułowy Lucyfer. Czytelnik ma prawo czuć się oszukany.

Jeszcze większym minusem okazują się postacie, z panem profesorem na czele. Nie dość, że protagonista zna wszystkie języki i prawie każdą kulturę, to przy okazji robi za Don Juana, któremu nie może oprzeć się żadna z kobiet. O ile w Kodzie Atlantydy atrakcyjność bohatera była zaledwie dodatkiem, tak w Kodzie Lucyfera staje się częstokroć dominującym motywem, szczególnie kiedy dodamy do tego urodę towarzyszek i rozmyślania o seksie nawet w momentach zagrożenia życia. Z ciekawej postaci uczyniono nudną, a nawet denerwującą. Może takimi chcieliby widzieć się profesorowie uniwersyteccy, ale w literaturze czasami dobrze z ideału uczynić człowieka, żeby nie popaść w schematyzm oświeceniowej bajki.

Bohaterowie drugoplanowi wpisani zostali natomiast w biało-czarny schemat, który czytelnik szybko rozszyfrowuje i zamiast napięcia pozostaje mu dopingowanie tym dobrym. Nie ma co oczekiwać zagłębiania się w psychikę kolejnych osób – w końcu to powieść sensacyjna – ale w Kodzie Lucyfera Brokaw sprowadza charaktery do jednej płaszczyzny, w efekcie serwując nazbyt papierowy świat papierowych ludzi.

W to wszystko wkradają się uproszczenia fabularne, których udało się uniknąć w Kodzie Atlantydy. Narrator zaledwie streszcza wydarzenia mogące stać się najciekawszymi przygodami, a równocześnie smakowitymi kąskami dla czytelnika. Nie wiem, czy wynika to z braku pomysłu na rozwinięcie wątków, czy może z potrzeby szybkiego zakończenia powieści, ale uważam, że napięcie – jeżeli jakiekolwiek udało się zbudować – właśnie w tych miejscach całkowicie opada.

Przy tych minusach okazuje się, że potknięcia merytoryczne – które zauważa nawet tłumacz w przypisach – to drobne lapsusy. Dość naciągane sądy wygłaszają przecież postacie w dialogach. Sami nie możemy z nimi wejść w dyskusję, aby sprawdzić, czym się kierowały, stwierdzając pozorne fakty. Z drugiej strony taka już tradycja tego gatunku „kodowej literatury”, nie wyłączając powieści Dona Browna. Problem polega na tym, że najciekawsze w Kodzie Lucyfera momenty to właśnie rozważania dotyczące lingwistyki i kultury. Czytelnik ma jednak prawo zwątpić w słuszność wniosków, jeśli wyciąga się je w oparciu o niepewne fakty.

Kontynuacja przygód najlepszego lingwisty okazała się literackim niewypałem. Wydaje się, że należało całą sprawę zakończyć na poszukiwaniu Atlantydy albo bardziej się postarać. Można Kod Lucyfera przeczytać, jeżeli nie ma się nic innego pod ręką lub gdy obok leży tylko jakiś harlequin. Pamiętajmy, że profesor Lourds nie odnalazł jeszcze Biblioteki Aleksandryjskiej – o czym tak naprawdę marzy. Czy o tym będzie następna opowieść Charlesa Brokawa[1]? Miejmy nadzieję, że okaże się lepsza od Kodu Lucyfera.

________________
[1] The Temple Mount Code nie doczekało się jeszcze polskiego tłumaczenia.

Tytuł: Kod Lucyfera
Autor: Charles Brokaw
Wydawca: Bellona
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 2012
ISBN: 978-83-11-12229-1 
Tłumaczenie: Ewa Westwalewicz-Mogilska
Wymiary: 145×205 mm
Liczba stron: 416
Oprawa: miękka