Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Dwa kolejne fragmenty oraz przedsprzedaż Księgi Wojny!

Księga wojny pomyślnie przyjechała z drukarni. Zapraszamy do zamawiania jej w przedsprzedaży w sklepiku Runy: http://www.runa.pl/ksiazki/
a dla zachęty – kolejne dwa fragmenty, z opowiadania Jakuba Nowaka oraz Michała Krzywickiego.

 

Wcześniejszy fragment znajdziecie tutaj!

 

Gdziekolwiek jesteś, wszędzie to samo błoto, krew i strach.
W zrujnowanym Berlinie, gdzie powstańcy kanałami uciekają przed polskim okupantem.
Na smaganych wiatrem Hadesu polach starożytnej Dalmacji.
Na Wale Pomorskim, gdzie Kanony Jedności Narodu i Siły Proletariatu zderzyły się z faszystowskimi czarami.
W Lublinie, tuż przy granicy przedziwnu, które krzywi rzeczywistość.
Wszędzie toczy się wojna.
Jesteś Arturem, Lancelotem, Harrym, Conanem, Gandalfem.
Musisz walczyć.
Ze Słoniosmokomaszynozwierzem.
Ze Stalinem, Czerwonym Smokiem.
Z płodzonymi przez bogów herosami, kluczami bojowych harpii, merkurionami, angelofagosami, magami, demonami i książętami piekieł.
Z samym sobą.

 

 

 

Michał Krzywicki – Głosy (fragment)

Chłopak stanął. Jego drżąca i przepocona dłoń odruchowo sięgnęła do kieszeni w poszukiwaniu papierosów. Zanim zrozumiał, że nie ma szans na zaciągnięcie się nikotynowym dymem, namacał coś w czeluści spodni. Wyciągnął całą paczkę lucky strike’ów.
– Co jest, kurwa?!
Nic tutaj nie dzieje się bez woli nieba…
Machnięciem ręki odgonił natarczywy głos i patrzył z niedowierzaniem na twarde pudełko, wyciągnął zmiętego, bo zmiętego, ale prawdziwego papierosa z filtrem.
…komendanta i piekła.
Instynktownie włożył fajkę do ust. Dopiero po chwili zorientował się, że nie ma ognia. Znów sięgnął do kieszeni, ale nic tam nie znalazł.
Rozejrzał się po baraku.
Tym razem nikt nie unikał jego wzroku. Niedowierzanie więźniów mieszkało się z nieskrywanym podziwem.
Domyślał się, że rzadko goszczą tu takie uczucia, a jeżeli już, to zawsze przyprawione są strachem.
Jeden z więźniów podszedł do niego, w kościstej ręce trzymał kawałek siarki i zapałkę.
Przez chwilę trwała walka o ogień. Chyba cały barak przyglądał się scenie, jak Trzysta Dwa próbował odpalić papierosa. Udało mu się to za trzecim razem.
Chłast, chłast, chłast – dobiegł odgłos psów, które węszyły tuż obok baraków, ale władca ognia jak gdyby nigdy nic po prostu zaciągnął się dymem.
Nagle smród panujący w pomieszczeniu gdzieś znikł, zapach palonego tytoniu można było porównać do powiewu świeżego wiatru.
Ktoś podszedł do Stürma i wcisnął mu w rękę kawałek chleba.
Trzysta Dwa nie odczuwał głodu, ale wiedział, że wkrótce to się zmieni, więc przyjął podarunek z ochotą. W zamian wyciągnął z paczki papierosa.
W jednej chwili obstąpili go ludzie. Każdy chciał coś zamienić na papierosa. Chłopak odpychał od siebie połamane łyżki, szczerbate widelce, jakieś szmaty i zużyte chodaki, bez ustanku kręcił głową, gdy nagle ludzie zaczęli się rozstępować. Korytem zbudowanym teraz z dwóch grzbietów wychudzonych ciał szedł w jego stronę żylasty, blady więzień. Pomimo chłodu nie miał koszulki, tylko spodnie. Bose stopy. Wykrzywioną w triumfalnym grymasie twarz. Pod pachą trzymał koc. Wyciągnął rękę z tatuażem dwadzieścia dwa w stronę Trzysta Drugiego. Jednocześnie drugą dłonią pokazał pięć palców. Stürm długo nie myślał, wyszarpał wełniany skarb z ręki Żylastego i odliczył mu pięć papierosów.
Dwadzieścia Dwa poczekał, aż ktoś podpali mu fajka, i odszedł w cień, za nim podążył tłumek oddanych mu więźniów.
Chłopakowi udało się też kupić miejsce na łóżku wychudzonego chłopaka z jednym uchem.
– Nazywam się Czterysta – przedstawił się.
Nowe miejsce kosztowało dziesięć bezcennych skarbów zawiniętych pieczołowicie w bibułkę. Zmęczony, od razu się położył. Przytulił się do pleców leżącego mężczyzny. Niemal jednocześnie zasnął. Gdy się obudził, wciąż była noc.
Przypomniał sobie, że miał dziwne fantazje. Śnił o potężnym wytrysku, sperma lała się jak mocz grubym, jednostajnym strumieniem wprost na twarz pięknej kochanki. Nie wiedział, co o tym myśleć. Był Asem, jego kontakty z kobietami ograniczały się wyłącznie do uścisków, ewentualnie pocałunku. To wystarczyło. Przekręcił się na drugi bok. Jego partner zrobił to samo. Stürm poczuł ciepło na swoich plecach i wzwód.
Z trudem przełknął ślinę, zamroził na chwilę wszystkie myśli w oczekiwaniu, ale nic się nie stało, może po prostu bezduszna chudzina miała sen równie męczący jak jego.

 

 

Jakub Nowak – Ciężki metal (fragment)

Nazywam się Łukasz Ozimczuk. Mam dwadzieścia pięć lat. Przez całe życie mieszkałem w Lublinie. Ostatnie lata w strefie bezpośredniego kontaktu z przedziwnu (mimo wysiłków pogranicze wciąż puchnie, w nasze głowy wlewa się wykrzywica). Służyłem jako stacjonarny prostownik w 2 Lubelskiej Kompanii Pogranicza, którą dowodzi kapitan Andrzej Ozimczuk. Mój ojciec. Kompania wchodzi w skład Pułku Kresowego, na czele którego stoi srogini Michalska.
Srogini. Wystarczyło jedno jej spojrzenie i wszyscy – ja, tata i reszta pułku – wszyscy byliśmy gotowi skoczyć do samego piekła. I skakaliśmy.
Zmuszają mnie, bym wszystko opowiedział. Trzy dni. Całe życie. I jeszcze więcej.
***
Lublin pachniał, a zmysły mieszały się. Bo Lublin pachniał miękką szeleszczącą zielenią, pachniał przyjemnie orzeźwiającą ciepłą ciemnością. Siedziałem po turecku z piwem w ręku. Był mój, a ja byłem jego. Gdybym teraz zerwał się, rozpędził i skoczył, runął prawie czterdzieści metrów w dół, Lublin nie dałby mnie skrzywdzić. Pochwyciłby mnie i zaniósł z powrotem na dach. Naprawdę tak myślałem. Dlatego wolałem nie zbliżać się do krawędzi. Piłem, słuchałem szumu w dole, rozkładałem ręce, rozkładałem dłonie szeroko, by każdym wolnym porem chwytać lipcowy wiatr.
Siedziałem na dachu wieżowca, w którym mieszkam całe życie. Betonowy moloch, połamany nieregularnie na kilka przylegających do siebie segmentów. Dwanaście pięter, czternaście klatek schodowych i niemal tysiąc mieszkańców. Nawet teraz, podczas konflaktu. On i jego osiedlowi towarzysze z góry wyglądaliby jak monstrualne kanciaste węże, pławiące się w puszystej zieleni. Siedziałem na grzbiecie betonowego gada, smakowałem piwo i smakowałem bezruch. Spokój był blisko jak rzadko kiedy. Wyczuwałem go tuż za granicą pola widzenia, jakby czaił się za moimi plecami.
Czekałem na ojca. Wyruszyli tydzień temu, Ułanem, nowym skrzepołamaczem, skierowanym na lubelski odcinek w ramach uzupełnień europejskich sił World Treaty Organization. Test bojowy sprzętu wyprodukowanego w barcelońskich stoczniach: nowe, organiczne filtry mają umożliwić efektywne prowadzenie działań na pograniczu przez dobre osiem dni i aż do trzech tygodni w warunkach defensywnych, przy wyłączonym rozkrzepie, w razie kłopotów ze znalezieniem drogi powrotnej. Pierwszym wypadem Ułana dowodził kapitan Andrzej Ozimczuk.
Tata.
Gdy poczułem ucisk w okolicy węzłów chłonnych, odłożyłem butelkę i powoli opadłem na plecy. Zbliżali się. Uśmiechnąłem się do nocnego letniego nieba. Jakie pory roku mają tam, w otchłani? Ucisk narastał. Przymknąłem oczy, wiedząc, co zaraz nastąpi. Kilka chwil bez dźwięku, bez ruchu, wszystko jak na pauzie. I nagle play, nagle znów pomieszanie zmysłów. Niebo pękło, rozdarło się, gwałtownie wyrzygało matowe światło, uwalniając przy okazji lśniący metalicznie, nieregularny kształt. Wiatr rozjęczał się między wieżowcami, zawtórowały mu samochodowe alarmy. Głośno, mocno, wysoko, jak gitarowe solo. Sam miałem ochotę powrzeszczeć.
Chodź do domu.
To był ułamek sekundy. Krócej niż mgnienie oka, nie dłużej niż mgnienie myśli. Wystarczyło. Zanim pogranicze zniknęło, zanim rana na niebie zasklepiła się, zerknąłem ku otchłani. Wtedy zewnętrzności przejrzały się we mnie, polizały od środka moje ciało i duszę. Jęzor przedziwnu, kwaśny i włochaty, zostawiał lepkie ślady na wspomnieniach. Wyżerał twarze, roztapiał słowa. Mieszał wszystko. Wykrzywiał.
Ostry ból wokół szyi, tępe łupanie w stawach. I ten okropny zawrót głowy. Oparcie zniknęło, spadałem i wzbijałem się jednocześnie, świat wokół zadrżał i zaczął wirować, wirowałem i ja, coraz szybciej i szybciej, coraz krzywiej. Krzywy język uciekał z pokrzywionej gęby, pełzł gdzieś po policzku, w stronę ucha, tam spierdalały pokrzywione oczy. Krzywe struny głosowe rzęziły w wykrzywionej krtani.
Na szczęście odbiło mi się ochronną zupą ze szczawiu i wędzonej pasztetowej. Zacisnąłem oczy, ugryzłem się w język. Mocno. Łzy pomogły, przemyły trochę głowę. Głęboki wdech. Rozchyliłem powieki. Pogranicza nie było. Był Ułan.