Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Fragment najnowszej powieści Elżbiety Cherezińskiej

Wydawnictwo Zysk i Spółka udostępniło oficjalną zapowiedź trzeciego tomu cyklu „Odrodzone Królestwo”, powieści „Płomienna Korona” Elżbiety Cherezińskiej. Premiera książki 10 czerwca, a u nas już dziś możecie zapoznać się z fragmentem!

Oficjalny opis „Płomiennej Korony”:

Książę Władysław powrócił z banicji i Kraków otworzył przed nim swe bramy. Ale Królestwo wciąż jest podzielone, w Starszej Polsce władają książęta Głogowa, w Czechach trwają zawirowania tronowe, a na północy Krzyżacy zaczynają swą grę o Pomorze. Grę, która rozpętała gdańskie piekło.

Władysław znów musi walczyć z wrogami, którzy naciskają na niego ze zbyt wielu stron. Pokonać potężnego biskupa Muskatę, co zbuntował Małą Polskę przeciw prawowitemu władcy. I nagle, dzięki uporowi Małego Księcia, wszystkie pasma porażek zaczynają zamieniać się w drogi wiodące do celu – Odrodzonego Królestwa. Czy siła Władysława płynie tylko z jego charakteru, czy też dodaje mu jej miecz króla banity? Miecz, którego niezwykła historia wpleciona jest w dzieje Polski.

W trzecim i ostatnim tomie trylogii „Odrodzone Królestwo” Elżbieta Cherezińska pokazuje znanych nam bohaterów – Władysława Łokietka i jego żonę Jadwigę, która wyrasta na Wawelską Panią, arcybiskupa Świnkę i jego następców, biskupa Muskatę i Rikissę, która ponownie zasiada na czeskim tronie. Kobiety Starej Krwi i Starcy Siwobrodzi wplątują się w wojnę, losy renegata templariuszy zaś, Kunona, niebezpiecznie splatają się z losem Królestwa. Płatni zabójcy, Guntersberg, Hunia i karzeł Grunhagen, znów nie próżnują.

W finale niewidzialna korona zamienia się w prawdziwą, na skroniach nieugiętego księcia, Władysława Łokietka.

Fragment powieści „Płomienna Korona”:

Jechali szybko. Gunter von Schwarzburg był nieuważny, ale nagle przejrzał na oczy i mimo szarówki rozpoznał, że są na tej samej polanie, na której pokłócił się z Kunonem.
– Symoniusie! – zawołał młodego Prusa. – Pomyliłeś drogi. To północny wschód, a do Sztumu powinniśmy na zachód.
– Jedziemy skrótem – wyjaśnił młodzian.
– Nie gadaj głupot! – krzyknął na niego komtur. – Skrót nie może wieść w przeciwnym kierunku. Z powrotem na trakt! – Zatrzymał konia i chciał zawrócić, ale w tej samej chwili dwunastu Prusów otoczyło go konno. Oblał go zimy pot. Mierzyli do niego z łuków. Co jest, u diabła?
– Symonius, co tu się dzieje? – zapytał ostro.
– Brat Kuno pokazał ci warownię Dzikich? – z krzywym uśmiechem spytał Symonius.
– Nie – odpowiedział Gunter, blednąc.
– Łżesz, komturze! – syknął Prus.
– Hamuj się i każ im opuścić broń – ostrzegł go Gunter. – Jeszcze nie zdarzyło się nic, czego nie możemy cofnąć.
– Mam inne zdanie – powiedział Symonius. – Tu, w tym miejscu, pohańbiliście naszych dziadów…
– O czym ty… – Gunter zamilkł, bo dotarło do niego w jednej chwili. Powstanie pruskie pół wieku temu. Warownia na miejscu spalonego grodu, którego nie zdążył mu pokazać Kuno. I jego duma, Rota Wolnych Prusów, wnukowie pokonanych. Ochrzczeni, cywilizowani, wychowani na przybranych synów zakonu.
Najświętsza Mario Panno, miej mnie w opiece – pomodlił się szybko, patrząc na nieprzejednane twarze ludzi, których miał za własnych.
– Zsiadaj z konia – rozkazał Symonius, i Gunter posłuchał.
W biodrze zakłuło go i zamiast zeskoczyć z siodła, spadł jak kaleka.
– Rozbrójcie go – polecił dowódca.
– Symoniusie – próbował negocjować Gunter najłagodniejszym z tonów. – Zaniechaj tej prowokacji. To niepotrzebne. Kuno nie zdążył mi nic pokazać. Wracajmy do Dzierzgonia.
– Nie – odrzekł Symonius. – Skoro on ci nie pokazał, ja to zrobię. Idziemy!
Związali go jak barana i prowadzili na postronku otoczonego ścisłym kordonem. Nie miał szans na ucieczkę, choć zabierając mu broń, przeoczyli małe, wąskie ostrze sztyletu, które nosił w cholewie zimowego buta do konnej jazdy. Szli przez las i w pewnej chwili Gunter miał wrażenie, że od czasu do czasu widzi wysoko, w koronach bezlistnych drzew poruszające się niewielkie światełka, ale za każdym razem, gdy unosił głowę, Symonius uderzał go w bark.
Traktują mnie jak zwierzę – pomyślał i zrozumiał, że to koniec. – Nie wyjdę z tego żywy.
Zaczął robić rachunek sumienia, ale zamiast najważniejszych win przed oczy nasuwały mu się sprawy, których nie doprowadził do końca. Wildenburg i Plötzkau rozpanoszyli się jak zielsko, nie zdążył ich opanować. Wielki mistrz kombinuje z nimi za jego i Konrada plecami. Grunhagen zapadł się pod ziemię po tym, jak spartolił robotę w Pradze, ale pewnie lada dzień zacznie go szukać, bo czas uśpienia, jaki opłacił Gunter, wyczerpał się już dawno. Dobrze, że podałem mu nazwisko Konrada – pomyślał Gunter i poczuł się, jakby opuszczał stanowisko przed przeniesieniem do kolejnej komturii. – Porządkuję sprawy – zaśmiał się z siebie z sarkazmem. – Tyle że nie będzie nowej placówki. Komtur prowincjonalny ziemi chełmińskiej zakończy swój ziemski żywot tu, na szczycie, jak to powiedział Kuno? „Trójkąta Dzikich”. Mogli mnie zabić tam, przy tej szopie. Przynajmniej miejsce uświęcone krwią męczennika, może Zyghard wystawiłby kaplicę z moim imieniem? Żeby się chociaż dowiedział, Najświętsza Mario Panno – westchnął żarliwie Gunter. – Żeby nie rzucili mego ciała dzikim zwierzętom na pożarcie, albo co gorsza, nie spalili, bo wtedy po człowieku nie zostaje nic. Kompletnie nic. Żadnego śladu.
– Wciągnijcie go – powiedział nagle Symonius i zatrzymali się, a Gunter dostrzegł, iż z góry, z pnia niezwykle wysokiego drzewa, zrzucono linę z żelaznym zaczepem.
Prusowie z wprawą zamontowali zaczep do sznura, którym był obwiązany w pasie, i poczuł szarpnięcie, które zwaliło go z nóg. Zawisł w powietrzu, tuż nad ziemią i w tej samej chwili pociągnięto linę. Wciągali go jak świńską tuszę do spiżarni, aż wylądował, uderzając twarzą o drewniany pomost.
– Co to? – usłyszał kobiecy głos.
– Prezent dla Jarogniewa – odpowiedział Symonius. – Łysy komtur. Spytaj, czy mam go przyprowadzić.
W tej samej chwili Gunter zrozumiał, że zamiast próbować wydusić z Kunona tajemnice templariuszy, powinien był go słuchać. „Mówili o tobie” – powiedział mu dwa lata temu, sugerując, że ktoś z Roty Wolnych Prusów jest zdrajcą.
Boże! – jęknął ze zdumieniem. – W ilu sprawach się myliłem? Na co jeszcze byłem ślepy i głuchy?
– Masz szczęście, bracie! – odezwała się ta sama dziewczyna po chwili. – Nie tylko Jarogniew chce zobaczyć komtura, ale i sami Starcy. Dawaj go do jesionki!
Podnieśli go i popchnęli na drewnianą kładkę. Opanowało go przerażenie i śmiech jednocześnie. To on, który prosił Zygharda i Kunona, by złapali Starców, jako prezent dla papieża, będzie teraz oglądany przez nich, jako zdobycz Symoniusa! Dobre. To jakby trafił przed oblicze wielkich mistrzów zakonu? – pomyślał.
Znalazł się w sali zawieszonej pośrodku wydrążonego pnia olbrzymiego drzewa, do której z niewielkich, otwartych cel, zaglądali młodzi i starzy mężczyźni. Jeden z nich trzymał nawet na ręku niemowlę.
Jak opowiem Konradowi, nie uwierzy – przebiegło mu przez głowę i w tej samej chwili przypomniało mu się, że niczego nikomu nie opowie.
Symonius i dwaj z Roty, którzy wprowadzili go do wnętrza, zgięli się po pas w ukłonie. Gunter zmrużył oczy, by lepiej widzieć w słabym świetle.
– Na kolana – syknął Symonius i nie czekając, czy Gunter wypełni polecenie, kopnął go, podcinając mu nogi.
Biodro znów dało o sobie znać. Gunter klęczał z rękoma skrępowanymi za plecami i gdyby tylko udało mu się odrobinę rozciągnąć pęta, może zdołałby sięgnąć do sztyletu w cholewie buta. Spróbował.
– Wielki komtur ziemi chełmińskiej, Jarogniewie Półtoraoki – powiedział z szacunkiem Symonius.
Gunter uniósł głowę. Klęczał przed wysokim mężczyzną o długich włosach splątanych w dziesiątki drobnych warkoczy i spiętych razem na karku. Wystarczyło spojrzenie, by zrozumiał, dlaczego nazwano go Półtoraokim. Wiedział, że dzisiaj umrze, a mimo to znów poczuł przeraźliwy, zimny lęk.
– Ojcowie! – Jarogniew odwrócił się nagle i z szacunkiem pokłonił schodzącym z wąskich, spiralnych schodów mężczyznom. – Oto on.
Starcy Siwobrodzi – pomyślał Gunter, przełykając ślinę. – A więc oni istnieją naprawdę. To ludzie, nie żadne bożki. Starzy, wysocy, żylaści, ale ludzie. Mają nienormalnie jasne oczy, ale cała reszta? Bruzdy na twarzy, siwe, długie włosy i takież brody. To są ludzie – powtarzał w myślach, bo w chwili, która miała być jego ostatnią, za nic w świecie nie chciał stracić wiary. Rozumiał, że umrze bez spowiedzi, że nie wszystkim winom zdążył za życia zadośćuczynić i czeka go Czyściec, ale tak, wolał nieokreślony czas męki przed zapowiedzianym zbawieniem duszy niż wystawienie wszystkiego, w co wierzył, na próbę.
A jednak Starcy zrobili to, jakby usłyszeli jego trwożliwe myśli.
– Zechcecie wystawić jego marne życie na mękę? – spytał Półtoraoki.
Coś w Gunterze zawołało natychmiast, łapiąc się myśli o męczeństwie jako o przepustce do nieba: Tak, zróbcie to, niech moja śmierć zamieni się w chwałę wieczną!
I w tej samej chwili Starcy zrzucili z ramion płaszcze, a jego oczom ukazało się wykłute na ich ciałach piekło. Znał je z opowiadań Zygharda i Kunona, ale to, co zobaczył, było po stokroć straszliwsze niż każde ze słów, które słyszał. Na suchej skórze ich żylastych ramion i piersi toczyła się wojna diabelskich istot starszych niż świat, który znał Gunter. Okrutny bożek o trzech ruchomych obliczach przenikał wzrokiem wszystko. U jego stóp kłębiły się sine potwory o ciałach węży i żmij, o wielu głowach, z których każda budziła przerażenie i odrazę jednocześnie. Na ramionach Starców poruszały się pędy trujących roślin i rozwierały paszcze drapieżnych kwiatów. Pękały dziwaczne owoce, z których wyskakiwały niemowlęta rosnące na oczach Guntera i przeobrażające się to w wojowników, to w dzikie bestie. Widział dziecko, któremu wyrastały kły, uszy i szponiaste łapy, dziecko, które w mgnieniu oka stało się wilkiem i zawyło z piersi Starca, budząc watahę na ramionach drugiego. Trzeci z nich nie miał jednej ręki, a z zarośniętego skórą kikuta sterczał mu długi, zagięty pazur.
Gunter trząsł się na całym ciele, drżało w nim wszystko i myśl o bohaterskim męczeństwie wyparowała z jego głowy. Jęczał:
– Boże, oddal ode mnie ten kielich, bo nie mam ani siły, ani odwagi go wypić.
Półtoraoki Jarogniew, Symonius i dwaj chłopcy z Roty Wolnych Prusów napawali się jego przerażeniem. Patrzyli to na Starców, to na Guntera. Widział ich tryumfalne spojrzenia i miał to gdzieś. Bał się tak, jak nawet nie wiedział, że mężczyzna może się bać. Oko bożka na piersi stojącego w środku Starca zwróciło się na niego i przeszyło go wzrokiem, z którego sączyła się otchłań bez dna.
Piekło – pomyślał, a w tej samej chwili świetlista linia zapłonęła na piersi bezrękiego i rozwinęła się wzwyż. Widział, jak na ciele Starca sam z siebie rysuje się trójkąt z okiem w środku. Trójkąt Dzikich – przeszło mu przez myśl i przypomniał sobie, co mówił Kuno. Kaplica męczennika jest w centrum tego trójkąta. Uchwycił się myśli o świętym Wojciechu, nagle poczuł z nim jedność. Bałeś się? – zapytał go w duchu. – Powiedz, bałeś się?
Na piersi stojącego z lewej zamruczał niedźwiedź i powoli rozwarł paszczę. Gunter poczuł woń zgnilizny płynącą z jej wnętrza i w tej samej chwili po jego udach spłynęło coś ciepłego.
To mocz – zrozumiał i ta myśl, na równi z palącym wstydem, przyniosła mu przypomnienie. Cholewa buta, nóż. Szarpnął ręką i dosięgnął ostrza, złapał je czubkami palców.
Poczuł ukłucie. Jedno, drugie, trzecie i zobaczył, że strzelają do niego łucznicy prężący się na piersiach Starców.
To ułuda – zaprotestował w myślach. – To nie mogą być prawdziwe strzały. Ulegam zwidom.
A jednak ból, jaki mu sprawiały, był prawdziwszy niż ten, jaki płynął z obitego biodra. Pociągnął ostrze bliżej. Może zdoła nim przeciąć więzy i nim go dopadnie Symonius, rzuci w pierś choć jednego z wrażych Starców.
Strzały drobne jak gwoździe wpadały w jego ciało jedna za drugą. Nie przestawał pocierać ostrzem pęt. Dostał w oko, które natychmiast zalało się krwią. Zamazało mu się spojrzenie i przez ułamek chwili trójgłowy bożek na piersi stojącego pośrodku Starca zamienił się w Trójcę Świętą. Pękły więzy.
– Zgiń, bluźniercza maro! – jęknął, rzucając ostrzem w Starca.
Ale gdy podnosił rękę, Symonius wbił w jego serce długi nóż z figurą Najświętszej Marii Panny na rękojeści. Ten sam, który Gunter podarował mu, mianując dowódcą Roty Wolnych Prusów.
Gunter von Schwarzburg skonał, patrząc jedynym okiem na patronkę zakonu. Nie zdołał wezwać jej imienia przed śmiercią.

Plomienna korona 1400

Źródło: informacja prasowa