Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Głowobójcy – fragment książki

Dominium Solarne. Triumf ludzkości i jej ostateczne zniewolenie

Wszechświat podbity i obleczony w sieć mózgów sprzęgniętych z komputerami. Wstrząsany planetarnymi wojnami cyborgów i bitwami rozgrywanymi w sekundach.
Imperium ludzi kreujących nowe światy i nowe życia. Dyktujących prawa egzekwowane przez katów – żywe Temidy jutra.
Uniwersum kultów, których wyznawcy przemierzają żywe do bólu, wirtualne światy, modyfikują ciała i zaprzedają umysły. Poszukują najwyższego objawienia dryfując w martwe peryferia kosmosu, szybując w obłoki gazowych olbrzymów i w objęcia potwornej grawitacji pierścieni planet.
Przestrzeń klanów uciekających od wszechobecnej techniki i stających się jej niewolnikami. Gdzie człowieczeństwo jest miarą technologicznego zatracenia.

Niemożliwe wypadło już ze słownika. Sprawdź jaka przyszłość jest nam pisana i postaraj się nie stracić głowy…

Tomasz Kołodziejczak – rocznik 1967. Debiutował w 1985 na łamach „Przeglądu Technicznego”.
Autor nowoczesnej SF, social fiction i space opery. Pisał także utwory fantasy, a także fantastykę humorystyczną. Kilkakrotnie nominowany do Nagrody im. Janusza Zajdla (ostatnio w roku 2006 za opowiadanie „Piękna i graf”), zdobył ją w roku 1996 za powieść „Kolory Sztandarów”. Jest trzykrotnym laureatem Śląkfy, a także wielu innych wyróżnień literackich i komiksowych.
Był redaktorem, publicystą i wydawcą w pismach „Voyager”, „Feniks”, „Magia i Miecz”, oraz w programach „Fantastykon” i „Magazyn Fantastyki Radia Wawa”.
Od 1995 roku pracuje jako redaktor naczelny największej dziecięcej gazety w Polsce – tygodnika „Kaczor Donald”.
W 1999 roku uruchomił w Egmoncie linię komiksową dla dorosłych „Klub Świata Komiksu”, która dominuje na polskim rynku komiksowym.
W czerwcu 2010 r. wyróżniony przez Bogdana Zdrojewskiego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odznaką “Zasłużony dla Kultury Polskiej”.
Lubi koszykówkę, interesuje się polityką, astronomią, historią. Żonaty. Dwie córki. Dwa koty.

Fragment książki – zapraszamy do lektury.

Głowa Maxa Schrenka wybuchła w piątek, dokładnie o 13.10, kiedy siadaliśmy do obiadu. W kantynie było pusto. Przy podajniku stała tylko Donatella – cała w tych swoich różowych polipach, które podobno miały dodawać jej urody. Polipy Hinerberga – tak to się nazywa w języku biologów. Organizmy te wstrzykują w skórę
kobiety jakiś hormonik i mogą zapewnić jej dużo frajdy.
Coś, jakby miała wiele, zogniskowanych w dowolnych miejscach, orgazmów. Faceci z bazy mówią na to – włochtaczki. Teraz jednak polipy spały, zwinięte, podobne
do małych różowych strupków. Mało estetyczne, muszę powiedzieć, choć sam przecież piękny nie jestem.
– Cześć, małpa – powiedziała Donatella, siadając naprzeciw mnie.
・Cześć – burknąłem, wpychając do ust absolutnie niedietetyczną porcję smażonego mięcha. Nie lubię, jak mówią na mnie „małpa”, ale nigdy nikomu się do tego nie przyznałem, bo już zupełnie nie miałbym spokoju. Z drugiej strony, muszę przyznać, że mają powód. Kiedy patrzę w lustro, rozumiem ich doskonale. Ja, Th orgwold
Argesson, były kandydat do klanu Wikingów, odrzucony z powodu niedozwolonego wszczepu. Ale o tym później.
No więc Max Schrenk siedział sobie spokojnie przy stoliku obok i wsuwał to co zawsze, czyli galaretowate świństwo pod tytułem „Biomasa dietetyczna”. Max Schrenk miał taką ideę, że będzie długo żył. W tym celu uprawiał sport, właściwie się odżywiał, nie używał virtuali, rżnął wyłącznie czyste genetycznie przedstawicielki płci przeciwnej i brał prysznic cztery razy dziennie. To ostatnie stanowiło zresztą najkosztowniejszy punkt jego planu – wody na stacjach typu „Baltazar” brakuje zawsze. No i proszę, pracował nad sobą, starał się i umarł. Konkretnie – jego głowa, ni z tego, ni z owego, rozprysnęła się na wszystkie strony niczym wyciągnięta na powierzchnię głębinowa ryba. Tak właśnie wtedy pomyślałem – „niczym głębinowa ryba”. Dopiero dużo później zrozumiałem, że już wtedy mój dzielny mózg podpowiadał mi rozwiązanie zagadki. Tylko że ja, oczywiście, zlekceważyłem te delikatne sugestie. Max Schrenk zacharczał nagle – tak że obydwoje z Donatellą
odwróciliśmy się ku niemu. Siedział sztywno wyprostowany i właśnie sięgał rękoma do twarzy, kiedy jego głowa pękła. Poczułem lepką wilgoć wbijającą się w policzki,
usłyszałem krzyk Donatelli – to na dziewczynę poszedł cały impet uderzenia. Donatella wrzeszczała, obryzgana krwią i mózgiem, a bezgłowy kadłub Maxa Schrenka osuwał się na ziemię. Co ciekawe, większość włochtaczek Donatelli otworzyła się gwałtownie, odsłaniając ciemne, wilgotne wnętrza.
Mój żołądek powiedział: „Wybacz” i złamał mnie wpół. Przygięty do ziemi, wykaszlując własne wnętrzności, widziałem drgający korpus czegoś, co jeszcze przed
chwilą wydawało się być zdrowym i higienicznym Maxem Schrenkiem.

***
Nie chcę przez to powiedzieć, że Maxowi zaszkodziło częste mycie, co stanowiłoby w miarę logiczne wytłumaczenie. Donatella krzyczała bardzo głośno.

***
Nazywam się Th orgwold Agersson. Nie wiem, czy kiedyś nazywałem się inaczej, bo w wieku lat dwudziestu jeden poddałem się procesowi przemazywania pamięci.
Marzyłem wtedy, by zostać członkiem klanu Wikingów, jednego z silniejszych klanów towarzysko -wojennych w górnopółnocnych węzłach Dominium Solarnego. Co mi wtedy do pustego łba strzeliło, nie wiem, dość, że sam sobie, na własną prośbę, przemazałem pamięć. Może więc wcześniej byłem synem jakichś dwóch bardzo bogatych tatusiów, albo może znajdowałem się w ciągu alaharydowym, albo miałem na stałe implantowanego jakiegoś wirtuala? Nie wiem, bo się przemazałem. Pamiętam tylko to pragnienie zostania Wikingiem. I to przekona-nie (idiota! idiota! idiota!), że każdy Wiking ma futro, pokrywające całe ciało.
No więc poszedłem do kuśnierza i mówię: „Wszywaj”. Zaimplantował porządnie, pretensji mieć nie mogę, bo sam szukałem dobrego fachowca. Założył mi silny
wszczep i postawił całkowitą blokadę na odrzuty. Dwa miesiące karmili mnie dożylnie, zmieniając moją krew w rojowisko antyciał, antyantyciał i antyantyantyciał.
Być może, że od tej blokady też mi coś ze łba wyleciało. A nowa, włochata skóra okazała się tak zdrowa i silna, że nie zdecydowałem się na jej usunięcie, nawet kiedy poznałem bezmiar własnej durnoty. To przez nią nie przyjęli mnie do Wikingów – reprezentowałem za duże odstępstwo od Wzorca Człowieka. Wikingowie są bardzo
tradycyjni. Ale teraz już się przyzwyczaiłem do tej mojej cielesnej powłoki, pokrytej srebrnym włosiem, nieco rzadszym na pysku i na rękach. Cóż, trudno.
Tak naprawdę skórę zostawiłem sobie na pamiątkę jeszcze z jednego powodu. To moja prywatna kara za głupotę. Zresztą, dzięki futerku wyjąłem sporo pięknych pań. To też jakiś plus. Ale ciągle nie lubię, gdy mówią do mnie „małpa”.
***
Komunikat przyszedł dwie godziny później. Przedstawiciel korporacji sw prosił o spokój. „Zachowajcie spokój – mówiła jego gęba z ekranów tele i we wszczepach wiruali – bo spokój to ważna rzecz. Na miejscu jest lekarz i przedstawiciel prawa, więc zachowajcie spokój. A my natychmiast wysyłamy specjalną ekipę złożoną ze świet- nych lekarzy i jeszcze lepszych gliniarzy. Oni sprawdzą, co i jak, więc prosimy o spokój”. A w tym czasie za jego głową błyskały relaksujące światełka i grała psychomuzyka, która teoretycznie miała nas odprężyć. Ale Fajfer Orkol, szef technicznego, nie pracuje dla sw, więc kazał nałożyć fi ltry tak, że i światełka, i muzyczka stały się w pełni rejestrowalne przez nasze zmysły i nie daliśmy
się oszukać.
Tym bardziej że doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z kilku rzeczy. Równocześnie z ofi cjalnym komunikatem dla nas poszły tajne emisje – do dowódcy bazy „Baltazar” oraz do rezydenta Dominium. Jak już wspomniałem, Fajfer Orkol średnio się przejmuje interesami korporacji, więc ten pierwszy komunikat rozkodował (drugiego nie mógł, bo niestety była to tajna wojskowa instrukcja, raczej nie do złamania nawet przez dobrego hakera). A w depeszy napisali, że do korporacji przyszła futurprojekcja przedstawiająca dość dokładnie to, co stanie się z głowami innych pracowników rezydujących na Vanvogcie. Konkretnie, głowy te rozprysną się jak głębinowe ryby, jeśli sw nie przestanie dewastować życia na planecie. Podpisano: Front Planetarny – Frakcja Śmierci – Głowobójcy. Czy tak jakoś, równie sympatycznie. Przedstawiciel korporacji w swoim wystąpieniu przez delikatność nie dodał, że jego rezydencja znajduje się na szóstym księżycu planety Weinbaum, gazowego olbrzyma odległego od Vanvogta o dwa miesiące lotu statkiem
układowym. I że właśnie za tyle czasu dotrze do nas ta cała ekipa policmajstrów, konowałów oraz brygada antyterrorystyczna. A na razie proponują, żeby ktoś
z bazy porobił za „zombiego”, to pomogą nam zdalnie.Aha, i żebyśmy uważali, bo prawdopodobnie na planecie znajduje się ktoś od ekologistów. Ładna perspektywa
– w tym czasie na Vanvogcie mieszkały ze trzy setki ludzi. Większość znała się, jeśli nie osobiście, to z sieci. I oto ktoś z nas, vanvogtowców, planetarnych ekoinżynierów, dawców życia, okazał się być pieprzniętym psychopatą. Bez sensu.
Zombie sam się znalazł. K.Joseph, genetyk pracujący na co dzień w generatorach dna na Oceanie Północnym, wpadł w psychociąg. Odleciał w jakiś nielegalny wirtuświat, jak twierdził jego lekarz, escherowskiej geometrii i ośmiowymiarowej fi zyki. Po odłączeniu czepka wiruala facet wpadł w letarg. Lekarz porozu miał się z jego świadomością, po czym sam prawie zapadł w katatonię. Zadysponował jednak K.Josephowi terapię – stłumić świadomość, dać jakąś psychonakładkę – z wirtuala
albo zewnętrznego sterownika – zmusić do życia w normalnym świecie. Kiedy więc Baza vi zgłosiła zapotrzebowanie na „zombiego”, zaproponowano K.Josepha. Przez
dwa miesiące umysł K.Josepha miał współfunkcjonować z programem rezydentnym symulującym trzy osoby: przedstawiciela Dominium, lekarza oraz jakiegoś Specjalistę Od Mózgów Rozpryskujących Się Przy Obiedzie. Zaś ciało K.Josepha służyć miało do transportu owego rezydenta.