Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Królowa Tearlingu – premiera już 13 kwietnia (fragment)

Wydawnictwo Galeria Książki przygotowuje dla fanów Eriki Johansen cykl „Królowa Tearlingu”. Powieści pojawią się w księgarniach w najbliższą środę. Poniżej możecie zapoznać się z kolejnym fragmentem pierwszego rozdziału „Królowej Tearlingu”.

„Królowa Tearlingu”, jak i kontynuacja historii – „Inwazja na Tearling” pojawią się w sprzedaży w dwóch wersjach: w oprawie twardej (39,90zł) oraz w oprawie broszurowej ze skrzydełkami (36,90 zł).

Poniżej prezentujemy oficjalny opis 1 tomu cyklu, „Królowa Tearlingu” oraz kolejny fragment pierwszego rozdziału powieści.

Młoda księżniczka musi upomnieć się o tron i stoczyć bój z potężną czarownicą w decydującej rozgrywce między światłością a mrokiem Kelsea dorastała w ukryciu, z dala od królewskiej twierdzy, i niewiele wie o straszliwej przeszłości Tearlingu. Jej przodkowie odpłynęli z chylącego się ku upadkowi świata, by stworzyć nowy, wolny od technologii. Jednak społeczeństwo podzieliło się na trzy zastraszone narody oddające hołd czwartemu: potężnemu Mortmesne pod rządami okrutnej Szkarłatnej Królowej. W dniu dziewiętnastych urodzin Kelsea wyrusza w niebezpieczną podróż do stolicy, gdzie ma zająć należne jej miejsce na tronie Tearlingu. Jednak zło, jakie odkrywa w sercu królestwa, popycha ją ku śmiałemu czynowi, który otwiera Szkarłatnej Królowej drogę do zemsty. Śmiertelnie niebezpieczni przeciwnicy – od skrytobójców po ludzi posługujących się najmroczniejszą magią krwi – snują plany zamordowania dziewczyny. Kelsea dopiero rozpoczyna walkę o ocalenie królestwa. Pełna zagadek, zdrad i niebezpieczeństw droga do jej przeznaczenia jest próbą ognia, z której wyłoni się legenda… lub która doprowadzi do jej upadku.

Rozdział 1

Dziesiąty koń (ciąg dalszy)

Na kolację mieli żylastą i ledwie jadalną sarninę upieczoną nad ogniem. Ta sarna musiała być bardzo stara. Po drodze przez Reddick Kelsea widziała zaledwie kilka ptaków i wiewiórek, choć roślinność była bujna. Nie mogło brakować tu wody. Kelsea chciała spytać mężczyzn o ten brak zwierzyny, bała się jednak, że uznają to za narzekanie na posiłek. Przeżuwała więc w milczeniu twarde mięso i z całych sił starała się nie gapić na otaczających ją wojowników z bronią u pasów. Mężczyźni nie rozmawiali, Kelsea zaś nie mogła pozbyć się wrażenia, że ta cisza spowodowana była jej obecnością, że to przez nią powstrzymują się od zwyczajnych rozmów.
Po kolacji przypomniała sobie o prezencie od Carlin. Wzięła jedną z kilku palących się wokół ogniska latarni i wyjęła z przy- troczonych do siodła sakw torbę z potrzebnymi na noc rzeczami. Dwóch strażników – Lazarus i wysoki, barczysty mężczyzna, któremu przyglądała się po drodze – odeszło od ognia i niemal bez- szelestnie poszło za nią ku prowizorycznej zagrodzie dla koni. Po latach samotności Kelsea zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie już nigdy nie będzie sama. Ta myśl powinna być pocieszająca, za- miast tego jednak dziewczyna poczuła chłodne ukłucie w żołądku. Przypomniała sobie, jak miała siedem lat i Barty przygotowywał się do wyjazdu do wsi, by pohandlować mięsem i futrami. Wybierał się w taką podróż co trzy lub cztery miesiące, ale tym razem Kelsea chciała jechać z nim. Pragnęła tego tak bardzo, iż była szczerze przekonana, że umrze, jeśli nie pojedzie. Urządziła kompletną histerię na dywanie, z potokiem łez i wrzaskami, a w napadzie złości zaczęła nawet wierzgać nogami.
Carlin nie miała cierpliwości do takich występów – próbowała przemówić Kelsea do rozsądku tylko przez kilka minut, po czym zniknęła w bibliotece. To Barty otarł dziewczynie twarz i trzymał ją na kolanach, dopóki się nie wypłakała.
„Jesteś cenną osobą, Kel”, powiedział. „Jesteś cenna jak skóry czy złoto. I gdyby ktoś się dowiedział, że tu z nami mieszkasz, próbowałby cię porwać. A przecież tego nie chcemy, prawda?”
„Ale skoro nikt nie wie, że tu jestem, to znaczy, że jestem całkiem sama”, ze szlochem odparła Kelsea. Była o tym święcie przekonana: żyje w ukryciu, więc jest sama.
Barty pokręcił głową z uśmiechem.
„To prawda, Kel, nikt nie wie, że tu jesteś. Ale cały świat wie, kim jesteś. Pomyśl o tym przez chwilę. Jak możesz być sama, skoro ludzie na całym świecie myślą o tobie każdego dnia?”
Nawet w wieku siedmiu lat Kelsea wiedziała, że Barty odpowie- dział jej bardzo pokrętnie. Wystarczyło na osuszenie łez i ukojenie gniewu, ale w ciągu kolejnych tygodni niejednokrotnie rozmyślała nad jego odpowiedzią, szukając haczyka, który na pewno się w niej krył. Dopiero jakiś rok później, gdy czytała jedną z książek Carlin, znalazła słowo, którego przez cały czas szukała: nie „samotna”, lecz „anonimowa”. Przez wszystkie te lata była anonimowa i długo sądziła, że Carlin, a może nawet Barty ukrywali ją z okrucieństwa. Ale teraz, gdy tuż za plecami miała dwóch rosłych mężczyzn, zastanawiała się, czy jej anonimowość nie była darem. Jeśli tak, był to dar, który już przepadł.

Mężczyźni mieli spać przy ognisku, ale dla Kelsea ustawili namiot mniej więcej dwadzieścia stóp dalej, na skraju polany. Gdy weszła do środka i zawiązała poły, usłyszała, jak dwaj strażnicy stają po obu stronach wejścia, a potem zapadła cisza.
Rzuciła torbę na ziemię, po czym przekopała ubrania i znalazła kopertę z białego papieru welinowego – to jeden z niewielu luksu- sów, na które pozwalała sobie Carlin. W środku lekko przesunął się jakiś przedmiot. Kelsea usiadła na posłaniu i wpatrzyła się w list, licząc na to, że znajdzie w nim odpowiedzi. Zabrano ją z twierdzy, kiedy miała zaledwie rok, i nie pamiętała swojej matki. Z biegiem lat udało jej się poznać kilka faktów na temat królowej Elyssy: była piękna, nie lubiła czytać, zmarła w wieku dwudziestu ośmiu lat. Kelsea nie miała pojęcia, jak zmarła jej matka – to był temat zakazany. Za każdym razem gdy próbowała wypytywać o matkę, rozmowa kończyła się tak samo: Carlin kręciła głową i mamrotała pod nosem: „Obiecałam”. Może dziś wreszcie Kelsea dowie się, co obiecała Carlin. Wpatrywała się w kopertę przez długą chwilę, potem podniosła ją i złamała pieczęć Carlin.
Na zewnątrz wyślizgnął się niebieski klejnot na pięknym srebrnym łańcuszku.
Kelsea ujęła łańcuszek w palce i zakołysała kamieniem, wpatru- jąc się w niego w świetle lampy. Był to bliźniaczy naszyjnik tego, który całe życie nosiła na szyi: szafir o szmaragdowym cięciu na cienkim, wręcz filigranowym srebrnym łańcuszku. Kamień wesoło połyskiwał w świetle lampy, rzucając niebieskie ref leksy na ściany namiotu.
Kelsea ponownie zajrzała do koperty w poszukiwaniu listu. Nic. Sprawdziła oba rogi. Przechyliła kopertę pod światło i dostrzegła pojedyncze słowo napisane pod pieczęcią pismem Carlin.
Ostrożnie.

Nagły wybuch śmiechu od strony ogniska sprawił, że Kelsea aż podskoczyła. Z bijącym szybko sercem nasłuchiwała głosów strażników sprzed namiotu, ale niczego nie usłyszała.
Zdjęła swój naszyjnik i uniosła jeden obok drugiego. Rzeczywiście były identyczne – idealnie takie same, nawet biorąc pod uwagę najdrobniejsze szczegóły łańcuszków. Bardzo łatwo byłoby je pomylić. Kelsea szybko założyła swój z powrotem na szyję.
Po raz kolejny uniosła ten nowy i zaintrygowana obserwowała, jak klejnot huśta się na boki. Carlin powiedziała jej, że każdy następca tronu Tearlingu nosił szafir na szyi od narodzin. Znana legenda głosiła, że kamień w jakiś sposób chroni przed śmiercią. Gdy Kelsea była młodsza, często zastanawiała się nad zdjęciem naszyjnika, lecz przesądy okazały się silniejsze. A co jeśli od razu raziłby ją piorun? Dlatego nigdy nie odważyła się zdjąć szafiru. Carlin nie wspominała o drugim klejnocie, a przecież musiała go mieć przez cały ten czas. Tajemnice… wszystko, co związane z Carlin, było tajemnicą. Kelsea nie wiedziała, dlaczego została powierzona jej opiece ani nawet kim Carlin była wcześniej. Dziewczyna zakładała, że kimś ważnym; zachowywała się zbyt majestatycznie jak na osobę mieszkającą w chacie. Gdy wchodziła do izby, przyćmiewała nawet Barty’ego.
Kelsea wpatrywała się w słowo wewnątrz koperty: Ostrożnie. Czy to kolejne przypomnienie, by zachowała ostrożność w nowym życiu? Kelsea miała wrażenie, że nie – w ostatnich kilku tygo- dniach na ten temat usłyszała już chyba wszystko. Bardziej prawdopodobne było to, że nowy naszyjnik czymś się różnił, a może nawet był niebezpieczny. Ale pod jakim względem? Ten Kelsea na pewno nie był groźny – Barty i Carlin nie pozwoliliby jej go nosić na co dzień, gdyby było inaczej.
Utkwiła wzrok w drugim kamieniu, ale on tylko wisiał dostojnie, a przyćmione światło odbijało się od jego licznych faset.

Zrobiło jej się głupio i schowała naszyjnik głęboko do kieszonki płaszcza na piersi. Może w świetle dnia łatwiej będzie dostrzec róż- nicę pomiędzy wisiorkami. Włożyła kopertę do latarni i patrzyła, jak płomienie pochłaniają papier, a w jej głowie lekko pulsowała złość. Po Carlin jak zwykle można się było spodziewać więcej pytań niż odpowiedzi.
Przeciągnęła się, spoglądając na dach namiotu. Mimo obec- ności mężczyzn na zewnątrz, czuła się zupełnie osamotniona. Każdej wcześniejszej nocy wiedziała, że Barty i Carlin są na dole i nie śpią: Carlin siedzi z książką w dłoni, a Barty struga coś lub zajmuje się jakąś znalezioną rośliną, z której przygotowuje środek znieczulający lub antybiotyk. A teraz Barty i Carlin byli daleko i udawali się na południe.
Jestem tylko ja.
Od strony ogniska jej uszu dobiegła kolejna salwa śmiechu. Kelsea przez chwilę zastanawiała się, czy nie wyjść i przynajmniej nie spróbować porozmawiać ze strażnikami, porzuciła jednak ten pomysł. Rozmawiali o kobietach albo bitwach, a może o starych kompanach… Jej obecność nie byłaby mile widziana. Poza tym była wyczerpana po podróży i zmarznięta, a mięśnie ud potwornie ją bolały. Zdmuchnęła płomień lampy i obróciła się na bok w oczekiwaniu na niespokojny sen.

Następnego dnia jechali wolniej, bo zrobiło się pochmurno. Powietrze nie było tak mroźne, ale wszędzie unosiła się rzadka, słaba mgiełka spowijająca pnie drzew i falami przemieszczająca się nad ziemią. Okolica stawała się coraz bardziej płaska, las z każdą godziną się przerzedzał, a drzewa ustępowały miejsca gęstym krzewom. Częściej widać było zwierzęta, choć większość wyglądała dla Kelsea nieznajomo: mniejsze wiewiórki i śliniące się, podobne do psów stworzenia, które przypominały wilki, ale były płochliwe i uciekały na widok oddziału. Nie zauważyli jednak ani jednej sarny, a gdy minął poranek, Kelsea dostrzegła kolejny powód do niepokoju: ani śladu śpiewu ptaków.
Strażnicy także sprawiali wrażenie wyciszonych. W nocy dziewczynę kilkakrotnie budziły dobiegające od ogniska śmiechy i zastanawiała się, czy żołnierze w końcu się zamkną i pójdą spać. Teraz cała wesołość opuściła ich wraz z lepszą pogodą. Kelsea zauważyła, że z biegiem dnia żołnierze coraz częściej spoglądają na siebie niespokojnie, choć sama nie widziała nic prócz drzew.
Około południa zatrzymali się, by napoić konie w małym strumyku przecinającym las. Carroll wyjął mapę, wokół której stłoczyło się kilku strażników. Ze strzępów podsłuchanej rozmowy Kelsea wywnioskowała, że mgła stanowi problem, bo trudno przez nią zauważyć punkty orientacyjne.
Dokuśtykała do dużej, płaskiej skały przy strumieniu. Siadanie było udręką. Kiedy zgięła kolana, miała wrażenie, że mięśnie jej ud oddzielają się od kości. Po chwili manewrowania zdołała usiąść ze skrzyżowanymi nogami i okazało się, że pośladki także ją bolą po tylu godzinach jazdy konnej.
Elston, masywny, barczysty strażnik, który przez większą część drogi jechał obok Kelsea, poszedł za nią i zatrzymał się około pięciu stóp od niej. Kiedy podniosła wzrok, uśmiechnął się nie- przyjemnie, ukazując rząd połamanych zębów. Starała się go zignorować, wyciągnęła jedną nogę i sięgnęła do stopy. Miała wrażenie, że mięśnie jej ud rozrywają się na strzępy.
– Boli? – zapytał Elston. Zęby sprawiały mu problemy przy mówieniu. Kelsea musiała chwilę pomyśleć, o co mu chodziło.
– Wcale.
– Niech to, ledwo się ruszasz. – Zachichotał, po czym dodał:
– Pani.

Kelsea złapała się za palce u stóp. Mięśnie krzyczały, jakby były odzierane ze skóry i pękały, krwawiąc do wewnątrz. Przytrzymała palce przez kilka sekund i puściła. Gdy po raz kolejny spojrzała w górę, na twarzy strażnika nadal widniał szczerbaty uśmiech. Nic już nie powiedział, tylko stał tak, dopóki nie trzeba było znowu wsiadać na konie.
Przed zachodem słońca rozbili obóz. Kelsea zdążyła zaledwie zeskoczyć na ziemię, a zabrano jej wodze z ręki – odwróciła się i zobaczyła, że Buława odprowadza klacz. Już otwierała usta, żeby zaprotestować, ale po namyśle odwróciła się do pozostałych członków straży, którzy także zajęli się już swoimi sprawami. Zauważyła, że najmłodszy z żołnierzy wyjmuje z sakw przy siodłach części jej namiotu.
– Ja to zrobię! – zawołała i przeszła przez polanę, wyciągając dłoń, by podał jej jakieś narzędzie albo broń, nieważne co. Nigdy nie czuła się bardziej bezużyteczna.
Strażnik podał jej płaski młotek i oznajmił:
– Do rozstawienia namiotu potrzeba dwóch osób, Wasza Wysokość. Mogę ci pomóc?
– Oczywiście – odparła zadowolona Kelsea.
Gdy jedna osoba wszystko przytrzymywała, a druga mocowała, okazało się, że rozstawienie namiotu nie jest trudne. Krzątając się z młotkiem, Kelsea rozmawiała ze strażnikiem. Miał na imię Pen i był całkiem młody – wyglądał na nie więcej niż trzydzieści lat, a jego twarz nie była poznaczona takimi zmarszczkami ani nie były wyryte na niej takie trudy jak u pozostałych strażników. Był przystojny, miał ciemne włosy i przyjazną, dobroduszną twarz. W zasadzie wszyscy strażnicy jej matki byli przystojni, nawet ci po czterdziestce, nawet Elston (pod warunkiem że nie otwierał ust). Ale chyba matka nie dobierała strażników wyłącznie po wyglądzie?

Z Penem dobrze się rozmawiało. Gdy spytała go o wiek, powiedział, że cztery dni temu obchodził trzydzieste urodziny.
– Jesteś za młody jak na strażnika mojej matki.
– To prawda, pani. Nigdy nie poznałem twojej matki.
– To dlaczego zabrali cię na tę misję?
Pen wzruszył ramionami i w ramach wyjaśnienia wskazał swój miecz.
– Od jak dawna jesteś strażnikiem?
– Buława znalazł mnie, gdy miałem czternaście lat, pani. Od tamtej pory cały czas się szkolę.
– Bez władcy? Strzegliście mojego wuja?
– Nie, pani. – Przez oblicze Pena przebiegł cień zniesmaczenia tak przelotny, że Kelsea zastanawiała się, czy sobie tego nie wy- obraziła. – Regent ma własną straż.
– Rozumiem. – Kelsea dokończyła wbijanie palika w ziemię, po czym wstała i przeciągnęła się z grymasem, czując, jak strzela jej w plecach.
– Odpowiada ci tempo, Wasza Wysokość? Domyślam się, że odbyłaś kilka długich podróży na koniu.
– Tempo jest w porządku. Zapewne takie, jak trzeba.
– To prawda, pani. – Pen zniżył głos, rozglądając się wkoło. – Jesteśmy śledzeni.
– Skąd wiesz?
– Poznaję po jastrzębiach. – Wskazał palcem w niebo. – Lecą za nami, od kiedy opuściliśmy twierdzę. Wczoraj przyjechaliśmy tak późno, bo kilka razy musieliśmy zboczyć z drogi, żeby zgubić pościg. Ale jastrzębi nie da się oszukać. Ci, którzy je kontrolują, są tuż za nami…
Pen zamilkł. Kelsea sięgnęła po kolejny palik i rzuciła od niechcenia:
– Nie słyszałam dzisiaj żadnych jastrzębi.

– Jastrzębie z Mort nie wydają żadnych dźwięków, pani. Tak są szkolone. Co jakiś czas można je jednak dostrzec na niebie, jeżeli się ich wypatruje. Są diabelnie szybkie.
– Dlaczego nie atakują?
– Ze względu na naszą liczebność. – Pen pociągnął za ostatni róg namiotu, żeby Kelsea mogła wbić palik. – Mieszkańcy Mort szkolą jastrzębie jak żołnierzy, żeby nie traciły sił na atakowanie silniejszego. Gdyby mogły, eliminowałyby nas po kolei.
Pen znowu zamilkł, Kelsea zaś machnęła do niego młotkiem.
– Nie musisz się przejmować, że mnie wystraszysz. Muszę bać się śmierci, bez względu na to, jakie historie postanowisz mi opowiedzieć.
– Być może, pani, ale strach potrafi paraliżować.
– A czy ten pościg wysłał mój wuj?
– Prawdopodobnie tak, pani, ale sądząc po jastrzębiach, twój wuj ma pomocników.
– To znaczy?
Pen obejrzał się przez ramię i odezwał półgłosem:
– Wydałaś mi bezpośrednie polecenia. Tak powiem Carrollowi, jeżeli zapyta. Twój wuj od lat paktuje ze Szkarłatną Królową. Niektórzy mówią, że zawarli tajny sojusz.
Królowa Mortmesne. Nikt nie wiedział, kim była ani skąd przy- szła, stała się jednak potężną monarchinią sprawującą krwawe rządy już od ponad stulecia. Carlin twierdziła, że Mortmesne stanowi zagrożenie – sojusz z sąsiednim królestwem mógłby okazać się korzystny. Nim Kelsea zdążyła zadać kolejne pytanie, Pen zaczął mówić dalej.
– Mieszkańcy Mort nie mogą sprzedawać broni Tearlińczykom, ale każdy, kto ma pieniądze, może zdobyć ich jastrzębie na czarnym rynku. Wydaje mi się, że tropią nas ludzie z Caden.
– Z tej gildii skrytobójców?
Pen prychnął.
– Gildia. Przeceniasz poziom ich zorganizowania, pani. Ale tak, to skrytobójcy, w dodatku bardzo sprawni. Plotka głosi, że twój wuj wyznaczył wysoką nagrodę za znalezienie ciebie. Członkowie Caden żyją dla takich wyzwań.
– Nasza liczebność ich nie powstrzyma?
– Nie.
Kelsea przeanalizowała tę informację, rozglądając się wokoło. Pośrodku obozowiska trzech strażników siedziało w kucki wokół sterty zebranego drewna i przeklinało nieprzerwanie, bo drewno nie chciało się zająć. Pozostali przeciągali powalone drzewa, żeby stworzyć prowizoryczne ogrodzenie wokół obozu. Teraz już rozumiała, po co te wszystkie obwarowania, i z bezsilności zaczęła nieco się obawiać i czuć winna. Dziewięciu mężczyzn i wszyscy byli teraz z jej powodu narażeni na niebezpieczeństwo.
– Panie kapitanie!
Carroll ciężkim krokiem wyszedł spomiędzy drzew.
– Co się dzieje?
– Jastrząb! Z północnego zachodu.
– Dobry masz wzrok, Kibb. – Carroll potarł czoło i po chwili namysłu podszedł do namiotu. – Pen, pomóż im z kolacją.
Strażnik obdarzył Kelsea przelotnym, łobuzerskim uśmiechem, mającym chyba świadczyć o dobrej woli, i zniknął w mroku.
Carroll miał podkrążone oczy.
– Idą po nas, pani. Jesteśmy śledzeni. Kelsea kiwnęła głową.
– Potrafisz walczyć? – zapytał.
– Umiem obronić się nożem przed pojedynczym napastnikiem. Ale niezbyt znam się na mieczach. – Poza tym Kelsea nagle zdała sobie sprawę, że w samoobronie szkolił ją Barty, a nie miał już na pewno takiego refleksu jak za młodu. – Nie jestem wojowniczką.
Carroll przechylił głowę, a w jego ciemnych oczach błysnęła iskierka rozbawienia.
– Tego nie wiem, pani. Obserwowałem cię podczas podróży. Dobrze ukrywasz dolegliwości. Znaleźliśmy się w sytuacji… – Carroll rozejrzał się dookoła i kontynuował ściszonym głosem:
– Znaleźliśmy się w sytuacji, w której być może będę musiał rozdzielić ludzi, żeby uniknąć pościgu. Jeżeli do tego dojdzie, wybór ochrony dla ciebie będzie w dużej mierze zależny od twoich umiejętności.
– Cóż, szybko czytam i umiem zrobić gulasz. Carroll kiwnął głową z aprobatą.
– Podchodzisz do tego z humorem, pani. Będzie ci potrzebny. Wkraczasz w życie pełne niebezpieczeństw.
– Wszyscy naraziliście się na wielkie niebezpieczeństwo, żeby doprowadzić mnie do twierdzy, prawda?
– Twoja matka powierzyła nam to zadanie, pani – oschle odparł Carroll. – Honor nie pozwoliłby nam go nie wykonać.
– Byłeś człowiekiem mojej matki, prawda?
– Tak.
– Kiedy dotrę do twierdzy, zostaniesz człowiekiem regenta?
– Jeszcze nie postanowiłem, pani.
– Czy mogę mieć jakiś wpływ na tę decyzję? Odwrócił wzrok, wyraźnie zmieszany.
– Pani…
– Nie krępuj się.
Carroll bezradnie machnął ręką.
– Pani, sądzę, że jesteś ulepiona z wytrzymalszej gliny, niż mogłoby się wydawać. Wyglądasz na osobę, która pewnego dnia może zostać prawdziwą królową, ale ciąży na tobie piętno śmierci, podobnie jak na tych, którzy ci towarzyszą. Mam rodzinę, pani. Dzieci. Nie postawiłbym dzieci w grze w karty. Nie mogę narażać ich życia i pójść za tobą. Nie przy takim układzie szans.
Kelsea pokiwała głową, starając się ukryć rozczarowanie.
– Rozumiem.
Carroll wyglądał, jakby mu ulżyło. Może sądził, że Kelsea zacznie szlochać.
– Ze względu na swoją pozycję nic nie wiem o żadnym spisku przeciwko tobie. Może z Lazarusem, naszym Buławą, będziesz mieć więcej szczęścia. Zawsze potrafił odkryć to, czego inni nie byli w stanie.
– Już się poznaliśmy.
– Uważaj na Kościół Boży. Wątpię, by Ojciec Najświętszy pałał wielką miłością do regenta, ale musi kochać tego, kto zasiada na tronie i ma klucze do skarbca. Rozważy swoje szanse tak jak my.
Kelsea jeszcze raz kiwnęła głową. Carlin powiedziała coś bardzo podobnego zaledwie kilka dni temu.
– W swoim oddziale mam samych dobrych ludzi. Ręczę za nich głową. Kiedy pojawi się twój oprawca, na pewno nie będzie to jeden z nas.
– Dziękuję, kapitanie. – Kelsea obserwowała, jak strażnicy w końcu rozpalają ogień i zaczynają rozdmuchiwać niewielki pło- mień. – Domyślam się, że od tej pory droga będzie trudna.
– To samo powiedziała twoja matka osiemnaście lat temu, kiedy rozkazała mi sprowadzić cię z powrotem.
Kelsea zamrugała.
– A to nie tobie kazała mnie wywieźć?
– Nie. To Lazarus po kryjomu wywiózł cię z zamku, kiedy byłaś malutka. Pod tym względem jest nieoceniony.
Carroll uśmiechnął się, przypomniawszy sobie o czymś, o czym
Kelsea nie mogła wiedzieć. Miał miły uśmiech, lecz Kelsea znów zauważyła ponury wyraz jego twarzy i zastanawiała się, czy strażnik nie jest chory. Wodził wzrokiem za szafirem, który znowu wysunął się spod koszuli Kelsea. Nagle się odwrócił, zostawiając ją z gmatwaniną informacji, które musiała przyswoić. Sięgnęła głęboko do kieszeni płaszcza i wyczuła tam drugi klejnot.
– Wasza Wysokość! – zawołał Pen od strony ogniska, które już jasno płonęło. – Jeżeli chciałabyś się umyć, to na wschód stąd jest niewielki strumyk.
Kelsea skinęła głową, wciąż rozmyślając nad radą Carrolla i starając się przeanalizować ją z praktycznego punktu widzenia. Będzie potrzebowała własnych ludzi i kogoś do ochrony. Gdzie miałaby znaleźć osoby na tyle lojalne, żeby oparły się groźbom i łapówkom regenta? Lojalności nie da się zbudować z niczego, a już na pewno nie da się kupić, tymczasem jednak musiała coś zjeść.
Żałowała, że nie wpadła na to, żeby spytać Carrolla o swoją matkę. Przez wiele lat strzegł królowej Elyssy, musiał wiedzieć o niej wszystko. Niestety każdy strażnik królowej składał przysięgę dochowania tajemnicy. Nie wolno mu było niczego wyjawić nawet Kelsea. Zazgrzytała zębami. Odruchowo założyła, że nowe życie położy kres wszystkim tajemnicom. Była przecież królową. Ale ci ludzie byliby tak samo niechętni do odpowiadania na jej pytania jak Carlin.
Zamierzała wykąpać się wieczorem po podróży. Miała już brudne włosy i przy każdym ruchu czuła zapach swojego potu. Pobliski strumyk nadałby się do tego w sam raz, ale kąpiel pod okiem Pena czy Elstona albo, co gorsza, Lazarusa była nie do po- myślenia. Będzie jakoś musiała znieść ten brud i pocieszać się, że strażnicy zapewne nie pachnieli lepiej. Zebrała przetłuszczone włosy i związała je w kok, a potem zeskoczyła ze skały, żeby poszukać strumienia.

Tej nocy żołnierze znowu hałasowali przy ognisku. Kelsea leżała w namiocie i najpierw starała się zasnąć, a potem się rozzłościła. Dostatecznie trudno było przysnąć, gdy w głowie kotłowało się tyle pytań, a nieustanne wybuchy śmiechu podpitych mężczyzn już całkowicie to uniemożliwiały. Owinęła głowę płaszczem, usiłując ich ignorować. Kiedy jednak zaczęli śpiewać sprośną piosenkę o kobiecie z wytatuowaną różą, Kelsea w końcu zdarła płaszcz z głowy, założyła go na siebie i wy- szła z namiotu.
Strażnicy rozłożyli posłania wokół ognia, ale żaden chyba z nich jeszcze nie skorzystał. W powietrzu unosił się nieprzyjemny, drożdżowy zapach. Kelsea domyśliła się, że to piwo, choć w jej chacie nigdy nie było alkoholu. Carlin by się na to nie zgodziła.
Tylko Carroll i Buława wstali, gdy podeszła. Wyglądali na trzeźwych, pozostali zaś patrzyli na nią, nie mrugnąwszy okiem. Zauważyła, że Elston zasnął z głową na grubym dębowym pniu.
– Potrzeba ci czegoś, pani? – spytał Carroll.
Kelsea miała ochotę na nich nawrzeszczeć, żeby wynagrodzić sobie dwie godziny nieudanych prób zaśnięcia. Potem jednak rozejrzała się wokoło, patrząc na ich poczerwieniałe twarze, i rozmyśliła się. Carlin mówiła, że łatwiej przetłumaczyć coś maluchowi niż pijanemu. Poza tym pijani bohaterowie książek często dzielili się sekretami. Może Kelsea dałaby radę skłonić ich do rozmowy.
Podciągnęła płaszcz pod siebie i usiadła pomiędzy Elstonem a Penem.
– Chcę wiedzieć, co się stanie, gdy dotrzemy do Nowego Londynu.
Pen popatrzył na nią zaczerwienionymi oczami.
– Co się stanie?
– Czy mój wuj będzie próbował mnie zabić, kiedy dojedziemy do twierdzy?

Wszyscy utkwili w niej na chwilę wzrok, aż w końcu odezwał się Buława:
– Prawdopodobnie tak.
– Twój wuj nie potrafiłby nikogo zabić – mruknął Coryn. – Bardziej martwiłbym się o Caden.
– Nie wiemy, czy to oni nas śledzą – zauważył rudobrody mężczyzna.
– Nie wiemy niczego – oświadczył Carroll głosem nieznoszącym sprzeciwu i zwrócił się do Kelsea. – Pani, czy nie mogłabyś nam po prostu zaufać, że cię ochronimy?
– Twoja matka zawsze nam ufała – dodał rudobrody. Kelsea zmrużyła oczy.
– Jak się nazywasz?
– Dyer, pani.
– Cóż, Dyerze, nie masz do czynienia z moją matką. Tylko ze mną.
Dyer zamrugał w przyćmionym świetle jak sowa. Po chwili burknął:
– Nie chciałem cię urazić, pani.
Skinęła głową i zwróciła się z powrotem do Carrolla.
– Pytałam, co się stanie, kiedy tam dotrzemy.
– Wątpię, żebyśmy rzeczywiście musieli wdzierać się do twierdzy, pani. Wprowadzimy cię tam w świetle dnia. W ten weekend miasto będzie zatłoczone, a regent nie jest na tyle odważny, żeby zabić cię na oczach całego świata. Ale bez wątpienia przyjdą po ciebie do twierdzy.
– Kto przyjdzie?
Tym razem odezwał się Buława.
– Nie tylko twój wuj pragnie twojej śmierci, pani. Szkarłatna
Królowa oddałaby wszystko, żeby regent utrzymał się na tronie.
– Zamek w twierdzy nie jest bezpiecznym miejscem?
– Nie ma tam żadnego zamku. Twierdza jest ogromna, ale to jednolita budowla. Twój zamek.
Kelsea zarumieniła się.
– Nie wiedziałam. Nikt nie opowiadał mi o twierdzy.
– To o czym, do diabła, uczyłaś się przez te wszystkie lata? – spytał Dyer.
Carroll zachichotał.
– Znasz Barty’ego. Był świetnym medykiem, ale w rozmowie nigdy nie wdawał się w szczegóły. Chyba że opowiadał o swoich cennych roślinach.
Kelsea nie chciała słuchać o ich doświadczeniach z Bartym. Wtrąciła się, nim Dyer zdołał odpowiedzieć, i spytała:
– Co z tym pościgiem? Carroll wzruszył ramionami.
– Pewnie to Caden z niewielkim wsparciem z Mort. Jastrzębie, które zauważyliśmy, mogły być zwykłymi jastrzębiami, chociaż nie wydaje mi się. Twój wuj nie odrzuciłby pomocy z Mort.
– Oczywiście, że nie – niewyraźnie powiedział Elston, siadając przy swoim pniu i ocierając ślinę z kącika ust. – Aż dziwne, że regent nie wykorzystuje swoich kobiet jako tarcz.
– Myślałam, że w Tearlingu panuje bieda – wtrąciła Kelsea. – Co mój wuj miałby dać za taki sojusz? Drewno?
Strażnicy spojrzeli po sobie, Kelsea zaś miała wrażenie, że sprzysięgli się przeciwko niej w milczeniu z taką łatwością, z jaką przed chwilą przychodziła im rozmowa.
– Pani – przepraszającym tonem odezwał się Carroll – wielu z nas spędziło życie, chroniąc twoją matkę. Nie przestaliśmy tego robić tylko dlatego, że zmarła.
– Nigdy nie byłem członkiem straży królowej Elyssy – wypalił
Pen. – Czy nie mógłbym…
– Pen, jesteś strażnikiem królowej.

Pen zamilkł.
Kelsea rozejrzała się po kręgu mężczyzn.
– Czy wszyscy wiecie, kto jest moim ojcem?
Utkwili w niej wzrok w wyrazie niemego buntu. Kelsea poczuła, jak zaczyna wzbierać w niej gniew, i w starym odruchu przygryzła wnętrze prawego policzka. Carlin nieraz przestrzegała ją, że władca nie może pozwalać sobie na popędliwość, dlatego Kelsea nauczyła się kontrolować emocje w jej obecności, a Carlin się na to nabierała. Ale Barty się zorientował. To on zaproponował Kelsea, żeby coś przygryzała. Ból niwelował złość, przynajmniej chwilowo. Kierował ją w inną stronę. Ale frustracja nie mijała. Poczuła się jak na lekcji u Carlin. Ci wszyscy ludzie tyle wiedzieli, a niczego nie chcieli jej wyjawić.
– Co w takim razie możecie mi powiedzieć o Szkarłatnej Królowej?
– To wiedźma – beznamiętnie oznajmił przystojny blondyn. Kelsea po raz pierwszy usłyszała jego głos. Ogień oświetlał jego twarz, symetryczną niczym spod dłuta rzeźbiarza. Oczy miał barwy czystego, chłodnego błękitu. Czy matka naprawdę wybrała ich po wyglądzie? Kelsea odegnała tę myśl. W jej wyobraźni obraz matki był bardzo wyraźny. Powstał w jej głowie, gdy była jeszcze malutka, a potem tkała go i upiększała z każdym rokiem pobytu w więzieniu, którym stała się jej chata. Matka była piękną, uprzejmą kobietą, ciepłą i przystępną, w przeciwieństwie do chłodnej i niedostępnej Carlin. Matka nigdy nie odmawiała. Matka pewnego dnia miała po nią przyjść i zabrać z chaty dale- ko od nieustannej, codziennej nauki, ćwiczeń i przygotowań do wielkiego wybawienia. Po prostu trwało to trochę dłużej, niż się spodziewała.
Gdy Kelsea miała siedem lat, Carlin pewnego dnia posadziła ją w bibliotece i powiedziała, że matka od dawna nie żyje. W ten sposób położyła kres jej marzeniom o ucieczce, ale to wcale nie powstrzymało Kelsea od nowych, bardziej wyszukanych fantazji: królowa Elyssa była wspaniałą władczynią, kochaną przez swój lud, bohaterką, która dbała o to, by biedni zostali nakarmieni, a chorzy wyleczeni. Królowa Elyssa zasiadała na tronie i wymierzała sprawiedliwość w imieniu tych, którzy sami nie potrafili dochodzić swoich praw. Kiedy umarła, jej ciało uroczyście prze- prowadzono ulicami miasta, lud zaś płakał, a batalion tearlińskiej armii oddawał honory, trzaskając mieczami. Kelsea pielęgnowała i doskonaliła tę wizję, aż potrafiła przywołać ją w każdej chwili. Zagłuszała swój strach przed byciem królową poprzez wyobrażanie sobie, że kiedy wróci do miasta, by w wieku dziewiętnastu lat zasiąść na tronie, na nią także będzie czekała parada i Kelsea wjedzie do twierdzy witana okrzykami i szlochem, łaskawie machając po drodze do ludzi.
Teraz, patrząc na mężczyzn zebranych wokół ogniska, poczuła się odrobinę nieswojo. Cóż tak naprawdę wiedziała o swojej królowej matce? Cóż mogła wiedzieć, skoro Carlin nigdy nie chciała niczego jej opowiedzieć.
– Przestań, Mhurn – Dyer zwrócił się do blondyna, kręcąc głową. – Nikt nie udowodnił, że Szkarłatna Królowa jest czarownicą.
Mhurn obrzucił go piorunującym spojrzeniem.
– Jest czarownicą. Nieważne, czy ma jakieś moce, czy nie. Każdy, kto przeżył najazd Mort, wie, że ona jest czarownicą.
– A jak wyglądał ten najazd? – z zainteresowaniem spytała Kelsea. Carlin nigdy nie opowiadała jej ze szczegółami ani o najeździe, ani o jego przyczynach. Dwadzieścia lat temu mieszkańcy Mort wkroczyli do Tearlingu, przedarli się przez kraj i dotarli pod mury twierdzy. A potem… nic. Najazd dobiegł końca. Cokolwiek się wtedy stało, Carlin pomijała te fakty na każdej lekcji historii.

Mhurn zignorował Carrolla, który zaczął spoglądać na niego wilkiem, i mówił dalej:
– Pani, mam przyjaciela, który walczył w bitwie nad Crithe. Szkarłatna Królowa wysłała do Tearlingu trzy legiony armii Mort i dała im wolną rękę w drodze do Nowego Londynu. Nad Crithe doszło do absolutnej rzezi. Wieśniacy z Tearlingu uzbrojeni w drewniane pałki walczyli z żołnierzami z Mort dzierżącymi żelazo i stal, a kiedy mężczyzn wybito, każdą kobietę pomiędzy piątym a osiemdziesiątym rokiem życia…
– Mhurn – burknął Carroll. – Pamiętaj, z kim rozmawiasz. Niespodziewanie odezwał się Elston.
– Obserwuję ją cały dzień. Uwierz mi, to twarda sztuka. Kelsea prawie się uśmiechnęła, ale ten impuls szybko minął, gdy Mhurn zaczął mówić dalej, wpatrując się w ogień jak zahipnotyzowany.
– Mój przyjaciel uciekł ze wsi, gdy nadchodziła armia Mort. Próbował przekroczyć Crithe i udać się do wsi na północy, ale był za wolny i, na swoje nieszczęście, miał młodą, śliczną żonę. Umarła na jego oczach, kiedy był w niej jeszcze dziesiąty z kolei żołnierz z Mort.
– Chryste, Mhurn! – Dyer wstał i chwiejnym krokiem poszedł na skraj polany.
– Dokąd idziesz?! – zawołał Carroll.
– A jak myślisz? Muszę się odlać.
Kelsea podejrzewała, że Mhurn opowiedział o tym tylko po to, żeby ją zszokować, zachowała więc kamienną twarz. Ale gdy tylko odwrócili od niej uwagę, z trudem przełknęła ślinę, czując w gardle cierpki posmak. Opowieść Mhurna była czymś zupełnie innym niż czytanie w książce o niczym nieograniczonych działaniach wojennych.

Mhurn rozejrzał się wokoło, zadziornie pochylając głowę z blond czupryną.
– Ktoś jeszcze uważa, że nowa królowa nie powinna o tym wiedzieć?
– Wybrałeś po prostu nieodpowiedni moment, ośle – łagodnie odparł Carroll. – Kiedy zasiądzie na tronie, będzie miała mnóstwo czasu na twoje opowieści.
– Jeżeli w ogóle tam dotrze. – Mhurn znalazł swój kubek i upił solidny łyk, głośno przełykając. Oczy miał zaczerwienione i wyglądał na tak zmęczonego, że Kelsea zastanawiała się, czy nie powinien przestać pić, nie wiedziała jednak, jak mu to zasugerować. – Gwałt i morderstwo szły z nimi krok w krok przez każdą wieś, pani, przecinając kraj, całą drogę od Argive aż po mury Nowego Londynu. Wyrżnęli nawet dzieci. Ducarte, generał z Mort, przeszedł od Równiny Almontu pod mury stolicy ze zwłokami tearlińskiego dziecka przywiązanymi do tarczy.
Kelsea chciała spytać, co się stało pod murami Nowego Londynu, bo właśnie tam kończyły się opowieści Carlin. Zgadzała się jednak z Carrollem: Mhurna należało poskromić. Poza tym nie wiedziała, czy byłaby w stanie znieść kolejne opowieści z pierwszej ręki.
– Do czego zmierzasz?
– Do tego, że żołnierze, a w zasadzie większość z nich nie rodzi się ze skłonnościami do takich zachowań. Nie są nawet do nich szkoleni. Istnieją dwa źródła zbrodni wojennych: okoliczności lub dowództwo. Wówczas to nie okoliczności zaważyły. Armia Mort przeszła przez Tearling jak nóż przez masło. To było dla nich jak wakacje. Do tej brutalnej masakry doszło dlatego, że Szkarłatna Królowa chciała, żeby do niej doszło. Ostatni spis ludności wykazał ponad dwa miliony mieszkańców Tearlingu i mam wrażenie, że oni nie wiedzą, w jakim są niebezpieczeństwie. Sądziłem jednak, pani, że akurat ty powinnaś być tego świadoma.
Kelsea przełknęła ślinę i zapytała:
– Co się stało z twoim przyjacielem?
– Wbili mu nóż w brzuch i zostawili, żeby się wykrwawił, a potem poszli dalej. Kiepsko się spisali i przeżył. Ale armia Mort zabrała ze sobą jego dziesięcioletnią córkę. Nie zobaczył jej już żywej.
Dyer, powłócząc nogami, wyszedł z lasu i ciężko opadł na swoje posłanie. Kelsea wpatrywała się w ogień, wspominając pewien poranek przy biurku w bibliotece. Carlin pokazała jej starą mapę pogranicza Tearlingu i Nowej Europy, na której poszarpana granica biegła wzdłuż wschodniego krańca lasu Reddick i Równiny Almontu. Carlin była pełna podziwu dla Nowej Europy. Nawet w czasach tuż po Przeprawie, ledwo po ustanowieniu granic, gdy południowa część Nowego Świata pozostawała placem boju watażków, Nowa Europa była kwitnącym ośrodkiem demokracji, gdzie udział w wyborach był czymś powszechnym. Ale Szkarłatna Królowa wszystko zmieniła: teraz Nowa Europa nazywała się Mortmesne, a po demokracji nie zostało ani śladu.
„Czego w takim razie chce Szkarłatna Królowa?”, Kelsea spytała kiedyś Carlin. Nie interesowały ją mapy i chciała jakoś skrócić lekcję.
„Tego, czego chce każdy zdobywca: wszystkiego – a tym pragnieniom nie ma końca”.
Ton Carlin upewnił Kelsea w jednym: nieustraszona Carlin bała się Szkarłatnej Królowej. Strażnicy królowej także powinni być nieustraszeni, Kelsea rozejrzała się jednak wokoło i w ich oczach dostrzegła coś innego. Usiłowała przyjąć bardziej beztroski ton.
– Cóż, w takim razie lepiej, żebym nie pozwoliła Szkarłatnej Królowej na kolejny najazd.
Dyer prychnął.
– Nie będziesz mogła zrobić zupełnie nic, pani, jeśli przyjdzie jej to do głowy.
Carroll klasnął w dłonie.
– Skoro Mhurn opowiedział nam już bajkę na dobranoc, pora iść spać. A jeśli któryś z was chce buziaka na noc od Elstona, niech się do niego zgłosi.
Elston zarechotał z ustami w kubku, po czym rozłożył szeroko ramiona.
– Dla wszystkich miłośników szorstkiej miłości. Kelsea wstała, ciaśniej otulając się płaszczem.
– Nie będziecie mieć rano wszyscy kaca?
– Pewnie będziemy mieć – mruknął ciemnowłosy strażnik o imieniu Kibb.
– Czy to aby na pewno dobry pomysł, żeby tylu z was upijało się podczas tej podróży?
Carroll prychnął.
– To Lazarus i ja jesteśmy prawdziwymi strażnikami, pani. Ta pozostała siódemka jest tylko na pokaz.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Kelsea, która po raz kolejny poczuła się wyobcowana, odwróciła się i skierowała w stronę na- miotu. Żaden z mężczyzn nie poszedł za nią i zastanawiała się, czy ktokolwiek będzie jej strzegł tej nocy. Kiedy jednak się odwróciła, Buława był tuż za nią – bez trudu rozpoznała w ciemnościach jego wysoką sylwetkę.
– Jak ty to robisz? Wzruszył ramionami.
– Taki mam talent.
Kelsea zanurkowała między poły namiotu i związała je. Roz- ciągnęła się na posłaniu i włożyła dłoń pod policzek. Przy ognisku przyjęła buńczuczną postawę, teraz jednak poczuła drżenie, z po- czątku w piersi, ale potem ogarnęło całe jej ciało. Zdaniem Carlin Mortmesne wywoływało niepokój wśród swoich sąsiadów. Szkar- łatna Królowa żądała kontroli i przejęła ją. Jeśli regent rzeczywiście się z nią sprzymierzył, kontrolowała nawet Tearling.
Od strony ognia Kelsea usłyszała urywany kaszel, tym razem jednak hałas już jej nie irytował. Wślizgnęła się pod płaszcz, wyjęła drugi naszyjnik i mocno zacisnęła wokół niego dłoń, a swój pierwszy szafir ściskała w drugiej ręce. Wpatrując się w wierzchołek namiotu, myślała o gwałconych kobietach i przeszywanych mieczem dzieciach i jeszcze długo nie mogła zasnąć.

Premiera „Królowej Tearlingu” już 13 kwietnia!

królowa t okładka twarda

Źródło: informacja prasowa