Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

M.D. Lachlan – Synowie Boga Drugi Fragment!

W rozwinięciu newsa znajdziecie drugi fragment książki M.D. Lachlan Synowie Boga!

 

Tutaj możecie zapoznać się z pierwszym fragmentem!

 

Można powiedzieć, że akcja Synów boga toczy się dwutorowo: na poziomie ludzkim i nadprzyrodzonym. Wali, Feileg i osoby z ich otoczenia zostają wciągnięci w boskie manipulacje – za sznurki ciągną Odyn i Loki, a swoje trzy grosze dorzuca również królowa wiedźm Gullweig. Gdy mowa o celach i ambicjach nordyckich bóstw, nie ma czytelnych granic między dobrem a złem ocenianymi w ludzkich kategoriach. Bracia kierują się porywami uczuć i uśpionymi instynktami, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co kryje się za wydarzeniami, którym muszą sprostać i jak daleko mogą sięgać ich konsekwencje.

Fragment

 

2. Łaska

Dotychczas Authun postrzegał skon jako błahostkę, toteż wcale nie poczuwał się do żałoby czy rozpaczy po dokonaniu żywota przez jego towarzyszy. Ich śmierć znaczyła tyle, ile życie w innym miejscu.
Jednak jej okoliczności to już inna kwestia. Varrin musi umrzeć, ale powinna być to śmierć godna wojownika. Prawda o nowym królewskim dziedzicu powinna pozostać niezgłębioną tajemnicą, zabraną do grobu. A pozostawienie przy życiu jakichkolwiek świadków wiązałoby się z ryzykiem, że prawda przeniknie do szeptów w cieniach biesiadnych sal, szumu pośród gwarliwych rynków, wtórować będzie śpiewowi wiatru na żaglach okrętów wojennych. Jednakże Authun nie zamierzał zabijać swego druha, o nie. Króla wychowano w przeświadczeniu, że zabójstwo pobratymca sprowadza na sprawcę wieczną klątwę. To nie tak, że postanowił własnoręcznie uśmiercić Varrina, a potem zarzucił tę myśl. To mu po prostu w ogóle nie przyszło do głowy.
Śmierć Varrina była problemem, z którym zamierzał się uporać w jedyny znany sobie sposób – po naradzie i w porozumieniu z drugą stroną. Wikingowie głęboko wierzyli w potencjał rozmowy.
Stały ląd pozostawał w zasięgu wzroku; łódź mozolnie pokonywała opór morskich prądów. Nawet przy pełnej obsadzie wioseł trudno byłoby płynąć szybciej. A na samym żaglu i przy tylko częściowo sprzyjającym wietrze manewrowanie langskipem graniczyło z niemożliwością. Lecz dla Authuna była to ostatnia szansa. Varrin musiał umrzeć niebawem, by jego ciało powędrowało z prądem drogi wieloryba na północ. W przeciwnym razie istniało bowiem ryzyko, że fale wyrzuciłyby je na brzeg ojczystej ziemi, a to wywołałoby wiele kłopotliwych pytań. Tych zaś król za wszelką cenę pragnął uniknąć.
– Varrinie.
– Panie, wiem, iż wrócić nie mogę. – Stary woj dobrze znał swego króla i nawet stojąc w obliczu śmierci, starał się zdjąć mu kamień z serca.
Authun pochylił głowę.
– Cóż mówić o mnie będą, panie?
– Przyjaciele cię kochali, a wrogowie truchleli na twój widok. Ze wszystkich ludzi na ziemi, tyś wyrósł na najmniej tchórzliwego. Czyż można chcieć więcej?
– A śpiewać o mnie będą?
– Już cię opiewają, Varrinie. Twa śmierć jedynie odkryje przed nimi nowe pokłady słów, którymi sławić będą twe imię.
Varrin wstał i zaczerpnął powietrza, jak człowiek wdychający zapach pięknego poranka. Wbił wzrok w morskie odmęty.
– Panie mój, widzę węża morskiego, bestię jadu i gwałtowności wielkiej, co mogłaby pożreć samego żmija Midgardu. Przyznaj mi zaszczyt wypróbowania na nim mej włóczni.
Krocząc ku niechybnej śmierci, Varrin zdawał się już teraz wpisywać siebie samego w strofy heroicznej sagi – wspinał się na wyżyny elokwencji, umiejętnie naśladując słowa pieśni skaldów. Authun zawtórował mu w podobnym duchu, oddając honor swemu druhowi.
–?Prawdę powiadasz, mężny Varrinie. Walcz i okryj się chwałą. Przeciwko takiemu wężowi przyda ci się mocna zbroja. Twym barkom powierzam nynie tę kolczugę, udatną osłonę przed ciosami losu.
Authun wyjął z beczki swoją koszulkę kolczą i uniósł ją do góry. Varrin skłonił się, z pokorą przyjmując zaszczyt, i pozwolił królowi się przyodziać. Gdy kolczuga szczelnie okryła ciało towarzysza, Authun wyciągnął złoty wilczy hełm z rubinowymi oczami, stanowiącymi część góry łupów zdobytych na Frankach z południa, założył go przyjacielowi na głowę i zawiązał rzemienie. Potem okrył Varrina swą bogatą opończą. Na końcu wetknął włócznię w jego prawicę.
– Przekaż mej żonie, iż była najprzedniejszą z niewiast, które kiedy bądź nosiły klucze – poprosił Varrin. – I że, choć została mi dana, to ją kochałem. Niechaj synowie moi służą ci tak, jak ja tobie służyłem. A me córki powydawaj za mąż wedle własnego uznania.
Opodal dziobu kobieta spała z dziećmi w objęciach.
– Ucztować będziesz po mej prawicy na dworze Odyna – zapewnił go Authun.
– Będziem pijani na wieki – uradował się Varrin.
Odwrócił się ku burcie i postawił jedną stopę na okrężnicy.
– Gotuj się, żmiju! – zakrzyknął, głosem niskim z determinacji. Bez rozglądania się na boki, wyskoczył z langskipa, w locie bodąc włócznią morskie fale. We wspaniałej zbroi i hełmie Authuna o pływaniu nie było mowy i po chwili woja pochłonęła otchłań. Król głośno przełknął ślinę i się odwrócił. Śmierć Varrina była nieunikniona; niepodobna się nią teraz frasować.
Na dziobie kobieta i dzieci poruszyły się niespokojnie, choć, ku zaskoczeniu Authuna, Celtyjka się nie zbudziła. Podczas podróży prawie nie zmrużyła oka, teraz jednak wydawało się, że bliskość lądu zesłała na nią otuchę i spokój. Koniec końców – zmorzył ją sen.
Authun podczas wszystkich swych wojen ani razu nie uśmiercił niewiasty. Tłumaczył sobie, że były zbyt cenne jako niewolnice. Ale to tylko część prawdy.
Stanął nad kobietą, obserwując, jak dwa pacholęta zażywają snu u jej piersi. Położył dłoń na nożu. Niebawem użyję go, by ją zabić, pomyślał, może gdy spotkamy się z czarownicami, a może tuż przed powrotem do żony. Tak czy owak, Celtyjka umrze od noża. Księżycowe Ostrze zabijało wyłącznie wojowników i Authun nie zamierzał kalać go krwią niewieścią. A mimo to czuł, że to się nie godzi, by zgładzić ją za pomocą tego samego narzędzia, którego zwykł używać do patroszenia ryb. Była matką, a to, jego zdaniem, zasługiwało na pewien szacunek. Statystował przy narodzinach pięciorga swych dzieci i za każdym razem zastanawiał się, jak wielu podległych mu mężczyzn zniosłoby ból, jakiego doznawała jego żona.
W więzi między matką a jej dziećmi zdawało się tkwić coś cennego i godnego uchowania – to ciepło, którym zdawała się emanować. Authun Bezlitosny poczuł jakieś poruszenie w piersi, które, choć nie mógł o tym wiedzieć, było nikłym, migotliwym zwiastunem zmierzchu jego życia.
Kobieta miała przy sobie talizman, podarowany przez ojca chłopców, osobliwego tułacza, w czasach, gdy wyprawy w pojedynkę zdarzały się nader rzadko. Tylko nieliczni ośmielali się podróżować samotnie, nieraz padając łupem wrogo nastawionych chłopów, urażonych wielmożów, rzezimieszków, dzikusów, trolli, elfów czy wilkoludzi. A jednak ojciec bliźniąt się na to poważył. Talizman – zwyczajna wilcza głowa wydrapana na otoczaku – miał zapewniać ich matce ochronę, jak powiedział na odchodnym. Dotychczas nie przyniósł jej żadnego pożytku, ale i tak tuliła go do siebie we śnie. Gdy Authun Wilk, pogromca monstrualnego Gota, grabieżca wschodu, budzący grozę pan i władca białych pustkowi, dotknął noża i spojrzał na swoją brankę, poczuł litość. Pierwszy raz w życiu ogarnęło go takie uczucie. Może za sprawą amuletu, kto wie? Każdemu człowiekowi, prędzej czy później, brzydnie rozlew krwi. Jej żądza płonie niegasnącym płomieniem wyłącznie w duszach bogów.
Langskip, zostawiony sam sobie, skręcił gwałtownie, brutalnie rzucony w bok przez fale. Authun zaparł się nogami, zachowując równowagę, lecz kobietę z dziećmi zarzuciło na skrzynię. Cała trójka przebudziła się z trwożnym krzykiem, zdezorientowana, a Celtyjka przez chwilę świdrowała Authuna poparzonym okiem. Król, choć mógł porazić wzrokiem każdego oponenta, natychmiast się odwrócił, by zmienić kurs. Działanie, jak zwykle, pozwalało odegnać nieprzyjemne myśli.
Kobieta przyglądała się, jak Authun przewiązuje rumpel i ustawia żagiel. Król wydawał jej się drugą najgorszą rzeczą, jaką w życiu dane było jej widzieć. Poznała się na nim, na jego prawdziwej naturze wojującego egoisty, który wszystkie swe obawy rzuca wrogom w twarz, porywacza, mordercy i bohatera.
Ojciec jej synów rzekł niegdyś, że śmiertelnie nudzą go dzielni farysi, lecz Authun bynajmniej nie wydawał się nudny – prędzej straszliwy, krwiożerczy, niemal boski. Gdy porywał ją z kościoła, pośród świstu strzał, huku buzującego ognia i wszechobecnej wrzawy, jawił się niemal jako oaza niesłychanego spokoju, niby twarda skała w kipieli przemocy. Był w swoim żywiole. Jeśli kiedykolwiek pisane mi będzie spotkać boga wojny, pomyślała, z pewnością będzie wyglądał jak Authun.
Jednakże prawdziwi bogowie byli znacznie bliżsi jej życiu.