Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Przeczytajcie fragment najnowszej książki Grzędowicza!

Już 8 listopada nakładem Fabryki Słów zagości w księgarniach „Azyl” – zbiór opowiadań Jarosława Grzędowicza. U nas już dziś możecie zapoznać się z fragmentem jednego z tekstów, które znajdzie się w antologii.

O KSIĄŻCE:

ZAGINONE SKARBY MISTRZA
Wreszcie wszystkie opowiadania Grzędowicza w komplecie.
Te dziesięć tekstów powstało w ciągu aż dwudziestu siedmiu lat i Grzędowicz w momencie ich pisania miał od osiemnastu do czterdziestu pięciu lat.
” Książka to coś solidnego i namacalnego, coś, co stoi na półce. Ale kiedyś nie pisałem książek. Zaczynałem od opowiadań. Takie były czasy. To przecież w wielu wypadkach były opowiadania z innej epoki, które nigdy nie widziały komputera. Napisano je na maszynie, a wydrukowano na ołowianych kasztach, za pomocą prasy drukarskiej.
To wszystko prawda, ale prawdą jest też że je napisałem, opublikowałem i dałem do czytania ludziom. Istniały. Nie wydawałbym jakichś zupełnie niedojrzałych prób, gryzmolonych przez trzynastolatka w brulionie. Ale te historie przyjęto, ogłoszono drukiem i zapłacono mi za nie.
Są naprawdę.
To było jak otwarcie kapsuły czasu. Wejście do zamkniętego od trzydziestu pięciu lat pokoju. Kojarzycie klasyczne zdjęcia? Takie naświetlone na prostokątnej, pokrytej emulsją tekturce, nie pliki jpeg. Człowiek czegoś szuka, otwiera jakąś szufladę i natyka się na pudło takich zdjęć. Swoich. A wtedy zapomina co miał zrobić, siada na podłodze i przegląda je z niedowierzaniem. Bo cały czas wydaje się nam, że świat wokół nas wygląda w zasadzie tak samo, a jest to szokująco złudne.
Postanowiłem ich za bardzo nie zmieniać. Nie przerabiać, nie dodawać im powagi, ani nie ulepszać.
Są moje. Kiedyś je napisałem, a potem trafiły na listę zaginionych. Ale skoro już się znalazły, chcę dać im okładki. Ich własne. Opowiadania nie powinny ginąć. Nawet te stare. Napisałem je.
Niech więc żyją dalej.

FRAGMENT
„W pewnej chwili, gdy Piołun już znacznie wysforował się przed grupę rydwanów, Daimon usłyszał za plecami niepokojący dźwięk. Brzmiał jak głuche mlaśnięcie, kleisty, ciągnący się, mokry odgłos wyjątkowo obrzydliwego pocałunku. Powierzchnia bagniska poruszyła się, zakolebała, wstrząśnięta nagłym dreszczem. Coś wielkiego i ciemnego, cuchnącego mułem, zamajaczyło z tyłu. Rozległy się słabe, zduszone okrzyki przerażenia. Piołun targnął odruchowo głową, Frey obrócił się błyskawicznie na siodle. I zmartwiał. Z wody bowiem wyłaniał się właśnie monstrualny, wyszczerzony łeb, ni to smoka, ni żmija. Stwór miał pomarszczony pysk, zwieńczony potrójną koroną ostrych kościanych wypustek. Maleńkie, blaszane, rybie oczy były pozbawione wyrazu, niczym przypadkowo naszyte cekiny. Odbijały pusty błękit nieba. Paszcza, szeroka, otwarta jak brama, sunęła prosto na pierwszy rząd radośnie niebieskich łodzi, z szyderczą, groteskową gościnnością gotowa zaprosić nieszczęsnych pasażerów wprost do swego śmierdzącego padliną wnętrza. Nim Daimon zdążył zareagować, mocarna szczęka kłapnęła tuż przed dziobem wyładowanego zapasami rydwanu, pochłaniając oba zaprzęgowe hippokampy. Trysnęła posoka, kilka rybokoni zaniosło się wysokim, przeraźliwym kwikiem przestrachu. Słabe krzyki przemieniły się w rozgłośne wrzaski. Pozbawiona siły napędowej łódź przewróciła się, pakunki posypały do wody. Woźnica natychmiast zanurkował pod powierzchnię, ratując się ucieczką, lecz dwaj tragarze, gnom oraz kobold, rozpaczliwie taplali się w wodzie, wzywając pomocy. Wierzchowe i zaprzęgowe hippokampy zareagowały na utratę towarzyszy zbiorową histerią. Rzucały się w uprzęży, kwicząc dziko, tłukły ogonami o wodę i pośpiesznie zrywały się do panicznej ucieczki na oślep. Większość jeźdźców utrzymała się w siodłach, bo trytony zdołały jakoś opanować oszalałe wierzchowce, lecz kilka rybokoni zanurkowało, zrzucając podróżnych do wody. Dwa kolejne rydwany utonęły, wciągnięte pod powierzchnię przez przerażone hippokampy. Paszcza kłapnęła jeszcze dwa razy, pożerając kobolda, gnoma, jednego z trytonów oraz hippokampa, który nie zdążył wyplątać się z uprzęży. Wszystko to nietrwało dłużej niż płytki oddech. Upiorny łeb wodnego”

O AUTORZE
Jarosław Grzędowicz już trzydzieści pięć lat żongluje gatunkami literackimi, konwencjami oraz rozmieszczeniem akcji w przestrzeni i czasie. Tym samym udowadnia, że w swojej dziedzinie jest prawdziwym mistrzem oraz jednym z najpopularniejszych autorów w Polsce.
W wolnym czasie robi to, na co ma akurat ochotę. Może to być całe spektrum czynności: sport, prace domowe, dziurawienie puszek za pomocą wiatrówki, lektura, spożywanie napojów ozdobionych miniaturowymi parasolkami, gotowanie, oglądanie telewizji, dekorowanie swoją osobą kanapy, leżenie w hamaku i gapienie się na liście bądź na wodę.
Cennym wsparciem dla Grzędowicza jest jego żona Maja Lidia Kossakowska. Jak sam twierdzi to błogosławieństwo móc zapytać innego pisarza o zdanie albo radę dotyczącą skonstruowania jakiejś sceny.

GrzedowiczAzyl final

Źródło: informacja prasowa