Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Schwytany w Światła – Drugi fragment

Daniel Bondaree stał na pokładzie widokowym wewnątrzukładowego transportowca „Hans Heinz Ewers”. Patrzył na gigantyczną planetę zajmującą niemal pół ekranu, Spathę, gazowego olbrzyma, największy glob w systemie gwiazdy Multon. Nie tak dawno Daniel był tutaj, uciekając przed solarnym pościgiem i próbując skontaktować się z walczącymi jeszcze rebeliantami. Nie tak dawno… Kilka miesięcy – dla ludzi z miast zbudowanych na księżycach Spathy, dla mieszkańców sztucznych stacji satelitarnych i dla załóg kolonii rakietowych. On, Daniel, miał o piętnaście lat więcej – ponad pięć tysięcy dni spędzonych samotnie w celi wirtualnego więzienia. W półmroku, chłodzie i ciszy sączonych do umysłu przez serwery więzienne. W ogłuszającym świetle słońca, gdy wyrywano go ze sztucznego świata i poddawano badaniom. W hałasie niechcianych rozmów, gdy ktoś wchodził do jego umysłu, by namawiać Daniela do współpracy, wydobywać informacje, straszyć i grozić.

Statek „Hans Heinz Ewers” leciał z Gladiusa do stacji Bolzmann. Baza tkwiła nieruchomo na granicy układu, poza ostatnią planetą, w wewnętrznej części asteroidowego obłoku Fasganona, niemal dokładnie na linii łączącej bazę hiperprzestrzenną Dirac i gwiazdę Multon. Na Bolzmannie pasażerowie przesiądą się na specjalny prom podświetlny – niezwykły pojazd przystosowany do rozwijania gigantycznych przyśpieszeń i wyposażony w wyrafinowaną aparaturę podtrzymującą życie. Rakieta pokona odległość czterech miesięcy świetlnych dzielących Bolzmanna od bramy hiperprzestrzennej Dirac w ciągu pięciuset dni. Ten czas pasażerowie spędzą w stanie anabiozy, zanurzeni w antyprzeciążeniowych kapsułach, specjalnie odżywiani i poddawani wielu zabiegom fizjologicznym mającym ich przygotować do hiperskoku.

Na razie jednak Daniel stał w milczeniu na pokładzie promu i patrzył na planetę, z którą związanych było tak wiele jego wspomnień.

To tu, w pobliżu Spathy, trzykrotnie brał udział w operacjach tanatorskich, kiedy jeszcze służył w formacji sędziów. Walczył z terrorystami, psychopatami i zwykłymi rzezimieszkami. Sądził ich, a często także zabijał.

Widok planety nieodmiennie przywoływał w myślach jeszcze jedno wspomnienie. To z małej społeczności zamieszkującej Tanto, księżyc Spathy, pochodził ojciec Daniela, Dirk Bondaree. To w pobliżu tego księżyca zginął, walcząc z solarnym patrolowcem.
– Nie miałem czasu – szepnął cicho Daniel. – Naprawdę, nie miałem czasu tu przylecieć…

Czuł, że to dziwne. W czasie swej służby wojskowej odwiedził dziesiątki miejsc w systemie Multona. Potem, gdy przyłączył się do buntowników walczących z solarną armią i podległym jej nowym rządem Gladiusa, również znalazł się w pobliżu Spathy. Teraz przelatywał obok planety, podróżując ku rubieżom układu. I ani razu nie zdołał spędzić na Tanto choćby chwili, spotkać swych dalekich krewnych, zobaczyć miejsce, dla którego Dirk Bondaree zostawił przed laty ukochaną żonę i syna.

Transportowiec miał pozostać na orbicie Spathy kilka godzin – tyle czasu zajmował przeładunek towarów i ludzi. Ponieważ Bolzmann zajmował stałą pozycję względem Multona i Diraca, a planety układu krążyły po swoich orbitach z odwieczną regularnością, nie istniała normalna siatka rejsów. Transportowce wykorzystywały więc korzystne koniunkcje i odwiedzały światy, znajdujące się na trasie ich przelotu. Tak było i teraz.
Daniel odwrócił się od monitora i skierował ku barowi. Na pokładzie turystycznym panował spory tłok, niemal wszyscy pasażerowie opuścili swe ciasne kabiny. Najprawdopodobniej wielu z nich zakończy podróż w jakiejś odległej części układu – obłoku Fasganona czy na Bolzmannie. Daniel sądził, że większość z podróżujących to urzędnicy państwowi i pracownicy prywatnych firm, delegowani na nowe placówki. Ostatnie wydarzenia wywarły znaczny wpływ na tempo rotacji personalnych. Po przejęciu władzy ulegli obsadzali swoimi ludźmi kolejne urzędy – teraz nadszedł czas na zmiany w mniej istotnych, peryferyjnych placówkach. Z kolei gigantyczne inwestycje budowlane rozpoczęte w okolicach bazy hiperprzestrzennej i przy budowie transmiterów Sieci wpłynęły na rynek pracy i finansów w odleglejszych od centrum częściach układu.

Daniel zamówił szklankę soku, usiadł na stołku barowym i w milczeniu obserwował ludzi. Kim jest ten wysoki mężczyzna o twardych rysach twarzy, w kolorowym, opinającym całe ciało kombinezonie? Turystą chcącym zobaczyć wspaniałe lodowe światy obłoku Fasganona? Urzędnikiem kierowanym przez swych patronów do objęcia władzy nad którymś z asteroidowych strumieni? Bezpieczniakiem oddelegowanym do kontroli odległych kolonii? Przedsiębiorcą chcącym zdobyć atrakcyjne kontrakty budowlane? A może przeciwnie – urzędnikiem podejrzanym o niechęć do Dominium, na wszelki wypadek zesłanym do jakiejś zapadłej dziury? Albo dysydentem szukającym choć odrobiny wolności na dzikim odległym świecie?
A tamten niski mężczyzna z wydepilowaną głową, pokrytą lśniącymi tatuażami i naroślami zmysłów elektrycznych? Czy to członek jakiejś sekty religijnej? A może nurek głębinowy o zmodyfikowanym ciele przystosowanym do życia w węglowodorowych oceanach?

Wiele osób na statku miało dziwaczne wszczepy, ozdoby, elementy stroju i wyposażenia. Peryferia układu, ku którym zmierzali, to miejsce dla takich właśnie oryginałów – fachowców wyhodowanych do pracy w trudnych warunkach, członków klanów hobbystycznych, wyznawców najdziwniejszych religii. Mógł więc Daniel obserwować całą galerię postaci, które na Gladiusie wzbudziłyby pewną ciekawość. Mężczyzna z dodatkową parą rąk zakończonych mechanicznymi manipulatorami. Kobieta, do której przywarły cztery bulwiaste kokony z ciałkami jej dzieci. Istota, której płci nie sposób określić, bo całe jej ciało pokrywały symbiotyczne organizmy, karmiące się promieniowaniem słonecznym. Dwaj solarni żołnierze w cywilu – Daniel wzdrygnął się na widok ich dużych głów z płaskimi tarczami oczu i potężnych ciał, poprzerastanych systemem biomięśni. Siedzieli obok siebie nieruchomo, jakby spali. Daniel nie przypuszczał, by to właśnie oni podążali jego śladem. Jeśli służba bezpieczeństwa wysłała swojego człowieka, ten na pewno będzie wyglądał jak zwykły turysta.

*****

Tak naprawdę niewielu ludzi odbywało podróże hiperprzestrzenne. Główny czynnik ograniczający turystyczne zapędy mieszkańców skolonizowanych światów stanowiły koszty. Przeciętny obywatel Gladiusa musiałby pracować przez kilka lat, by pozwolić sobie na opłacenie skoku przez najbliższe bramy i powrotu.

Drugim czynnikiem zniechęcającym do korzystania z bram był czas. Lot na Diraca, bazę otaczającą hiperprzestrzenną osobliwość, trwał półtora roku. Po przybyciu na miejsce potencjalny podróżnik mógł dokonać serii skoków między kolejnymi bramami. Po dotarciu do stacji docelowej musiałby na powrót lecieć do towarzyszącego jej układu planetarnego, a to oznaczało kolejne miesiące w stanie anabiozy. Jeśli chciałby wrócić na Gladiusa – czekała go taka sama przeprawa, tylko w odwrotnej kolejności. A przecież układ Multona, w którym krążyła planeta Gladius, wcale nie znajdował się daleko od swojej bramy hiper. Przeciętna odległość w zamieszkanych przez ludzi systemach wynosiła osiem miesięcy świetlnych, co oznaczało dwuletnią podróż podświetlną.

Kolejną i być może najważniejszą przyczyną niechęci do międzygwiezdnej turystyki był brak potrzeby podróżowania. Rozwinięta cywilizacja potrafiła dostarczyć swym obywatelom wszystko, na co pozwala zawansowanie technologiczne planety i zasobność jej mieszkańców. Dotyczyło to zarówno dóbr materialnych, rozrywek, jak i informacji.

Pragniesz ekscytujących przygód? Wejdź w sztuczny świat wirtualny, który ci je zapewni. Chcesz spróbować niezwykle smakowitego udka żyjącej na odległej planecie grzybokury? Odpowiedni program kulinarny zsyntetyzuje ci tkankę o smaku, aromacie i kształcie najbardziej rasowej grzybokury w tej galaktyce. A może nie chcesz wirtualki, tylko pragniesz połazić po prawdziwych górach? Czekają na ciebie stoki twojego świata i kilkudziesięciu innych planet i księżyców w całym układzie gwiezdnym! Chcesz zapolować na prawdziwego potwora? Idź do parku rozrywki! Pragniesz wydawać cały swój majątek na zwiedzanie niezwykłych miast i oglądanie dzieł sztuki Obcych? To może lepiej wydaj tę forsę na kupienie wirtualnych przewodników po tysiącach niezwykle interesujących miejsc ludzkiego i nieludzkiego kosmosu! Dalekie kosztowne wycieczki po prostu nie miały sensu.
Wreszcie, swobodę podróżowania ograniczała sama fizyka. Konkretnie – reguła ograniczoności Hanksa. Analogiczne do zakazu Pauliego prawo, określające pewne kwantowe parametry hiperprzestrzeni, w praktyce oznaczało, że liczba kanałów wychodzących z osobliwości jest ograniczona. Zazwyczaj były to cztery przejścia, a największa znana ludziom brama, leżąca najprawdopodobniej w galaktyce M87, miała aż osiem połączeń. Jednak większość z tych kanałów otwierała się w punktach zupełnie nie nadających się do dalszej komunikacji. Najczęściej były to przestrzenie międzygalaktyczne. Znajdujące się w takim miejscu osobliwości hiperprzestrzenne od najbliższych gwiazd mogły dzielić i setki milionów lat świetlnych. Nader rzadko brama otwierała się we wnętrzu galaktyki, a jeszcze rzadziej w takiej odległości od układów gwiezdnych, by była możliwa ich eksploracja. Tak więc – z turystycznego punktu widzenia – większość bram prowadziła do mało interesujących miejsc.

Jednak wzdłuż nitek sieci rozpiętej w kosmosie przez ludzką cywilizację wciąż transportowana była materia i energia. Sondy naukowe penetrowały nowe odgałęzienia, badały fluktuacje hiperprzestrzeni i układy gwiezdne położone w pobliżu bram. Automatyczne systemy kolonizacyjne przygotowywały planety do zasiedlenia. Koloniści opanowywali odkryte terytoria. Armie strzegły ludzkich planet i toczyły wojny z Obcymi o kontrolę nad bramami. Naukowcy badali hiperprzestrzeń, napotkane światy, obce życie i nieziemskie cywilizacje lub ich ślady. Jednak przede wszystkim kanałami hiper wędrowały informacje. Przędza osobliwej fizyki stworzyła też osnowę, na której rozpięła się Sieć Mózgów, ogarniająca swą władzą trzy czwarte ludzkich kolonii.

Daniel kilkakrotnie usiłował przedrzeć się przez teorie dotyczące hiperprzestrzeni, skoków, osobliwości grawitacyjnych i kosmologii postkwantowej. Na studiach miał nawet cykle specjalnych prezentacji z hiperfizyki. Jednak za każdym razem program uczący wstrzymywał działanie po pierwszych sekundach projekcji. Informował, że nie jest w stanie prowadzić dalszego wykładu bez zrozumienia przez studenta pojęć elementarnych. Na tym etapie swą przygodę z tą osobliwą fizyką kończyło, wedle statystyk, blisko dziewięćdziesiąt siedem procent uczniów. Daniel, tak jak większość ludzi, został skazany na proste porównania. W podręcznikach było ich mnóstwo…

Skok hiper to ruch w piątym wymiarze, tak jak zgięcie płaskiej kartki w trójwymiarowej przestrzeni.
Osobliwość jest cyklotronem fal de Broglia, analogicznym do zwykłych cyklotronów elektromagnetycznych.
Moc skoku zależy od pożyczki energetycznej z oceanu ujemnej energii w obszarze Heisenbergowskiej nieoznaczoności.
Atomy przerzucanych obiektów przesuwają się w antymaterii niczym dziury elektronowe w półprzewodnikach.
Brama jest miejscem, w którym obiekty makroskopowe zaczynają podlegać prawom fizyki kwantowej, są obecne w wielu miejscach jednocześnie, a osobliwość jest jak obserwator mierzący położenie elektronu w doświadczeniu Comptona – kieruje obiekty do jednej ze szczelin-bram wylotowych.
Tak, hiperprzestrzeń prezentowano na dziesiątki sposobów. Tyle tylko, że wszystkie te analogie, uproszczenia i metafory, tak naprawdę ani o włos nie przybliżyły Daniela do zrozumienia zjawisk zachodzących w czasie skoku. Kiedy studiował, bardzo go irytowała ta niemożność przyswojenia faktów, które przecież inni analizują, badają i wykorzystują w praktyce. Dopiero potem dowiedział się, że hiperprzestrzenią nie zajmuje się praktycznie żaden normalny człowiek. Wszystkie teorie i zastosowania były tworzone przez zespoły umysłów sprzężone w Sieci. Pracowały tam specjalnie do tego celu hodowane istoty z cechów naukowych, sztucznie stworzone ISy – Inteligencje Sieciowe oraz ASMy – Autonomiczne Skany Mózgowe zdjęte z umysłów wszystkich najwybitniejszych fizyków ostatnich stuleci. Tak potworny wysiłek, oderwanie od ludzkiego, percepcyjnego poznawania świata, współpraca gigantycznych mocy skojarzeniowych i obliczeniowych pozwalało na poruszanie się w świecie ujemnych energii, cząstek nieprzestrzennych, swobodnych kwarków, dryfu barionowego i gigantycznych załamań równań kwantowych.

Ludzie korzystali z tej wiedzy, nie do końca rozumiejąc prawa fizyki, które leżały u podstaw zastosowań praktycznych. Tak jak jaskiniowcy, którzy rozpalali ogień, nic nie wiedząc o istocie procesu spalania; jak starożytni łucznicy, wypuszczający śmiertelne strzały, a nie mający pojęcia o zasadach dynamiki Newtona; czy wreszcie jak dwudziestowieczni twórcy laserów, nie potrafiący do końca zinterpretować wykorzystywane przez siebie zjawiska kwantowe.

Nie udało się wykryć żadnych związków pomiędzy pozycjami osobliwości w Einsteinowskiej przestrzeni, a systemem ich połączeń. Hiperścieżki wychodzące z tych samych wrót mogły prowadzić do miejsc odległych o miliardy lat świetlnych.

Nie znaleziono skrótów pomiędzy bramami leżącymi na różnych gałęziach komunikacyjnego drzewka. Żeby dostać się na jakiś bardziej oddalony świat, trzeba było wykonać wiele skoków, przemieszczając się wzdłuż odnóg hiperprzestrzennego systemu.

Jeśli okazywało się, że w pobliżu bramy – „w pobliżu” oznaczało zazwyczaj nie dalej niż dwa lata świetlne – znajdowały się układy gwiezdne, rozpoczynano penetrację przestrzeni wokół osobliwości. Zmagając się z relatywistycznymi konsekwencjami dużych prędkości i wielkimi dystansami, wysyłano sondy badawcze i zwiadowców, budowano bazy wojskowe i naukowe. Jeśli odkrywano lokalne źródła surowców i energii, konstruowano gigantyczne stacje umożliwiające korzystanie z osobliwości jako kolejnej bramy hiper. Jeśli trafiono na nadający się do zamieszkania świat – kolonizowano go, często wcześniej terraformując.

Zdarzało się też czasem, że w przestrzeni otaczającej osobliwość napotykano przedstawicieli obcej cywilizacji. Wtedy bramę hiperprzestrzenną i wszystkie inne połączone z nią wrota zamieniano w twierdze. A potem, nie bacząc na koszty, relatywizmy czasowe i deficyty energetyczne, przesyłano w ich okolice wojenne floty. 

Komunikat przyszedł nagle. W gwar ludzkich rozmów wdarł się głośny sygnał. Jednocześnie na środku sali pojawiła się holoprojekcja przedstawiająca miniaturowy model stacji Bolzmann. Pasażerowie ucichli, kierując swą uwagę na nowy obiekt.

– Uwaga! Uwaga! Linie pasażerskie GBD przed chwilą otrzymały komunikat z Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego! Z przykrością informujemy naszych pasażerów, że na stacji transportowej Dirac 235 doszło do poważnego zaburzenia osobliwości hiperprzestrzennej. W związku z tym, aż do odwołania, stacja Dirac pozostanie niedostępna dla obiektów cywilnych. W tej sytuacji jesteśmy zmuszeni wstrzymać lot transportowca „Hans Heinz Ewers” do czasu otrzymania od Departamentu Bezpieczeństwa dokładniejszych informacji. Postój na orbicie planety Spatha potrwa przynajmniej sto godzin. Informujemy, że zgodnie z szóstym punktem paragrafu dwunastego Kodeksu Przewoźników, dotyczącego niemożności zrealizowania zobowiązań względem pasażerów z przyczyn niezależnych, firma GBD poniesie koszty pobytu pasażerów na pokładzie transportowca „Hans Heinz Ewers” przez maksymalnie siedem dób. Po tym czasie pasażerowie będą zobowiązani do dokonania dopłaty do biletu. Przepraszamy za wszelkie wynikłe nie z naszej winy trudności. Jednocześnie informujemy, że za niewielką kwotę możecie państwo skorzystać z naszych promów pasażerskich i skrócić sobie czas oczekiwania poprzez zwiedzenie systemu Spathy. Pasażerów, którzy…

Daniel nie słuchał dalej. W oficjalnym komunikacie nie powiedzą zbyt wiele. Wstał ze stołka i zostawiając na wpół dopity sok, szybko skierował się do swojej kajuty. Wokół niego panowała wrzawa i zamieszanie – ludzie narzekali, krzyczeli, potrącali się nawzajem. Wielu, tak jak Daniel, ruszyło do wyjścia.
Czuł, że stało się coś ważnego, co może mieć wpływ na jego życie. Przecież on, Daniel Bondaree, nie był zwykłym pasażerem transportowca „Hans Heinz Ewers”.