Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Wampir z M-3 – fragment!

Wampir z M-3 Andrzeja Pilipiuka pojawi się niebawem na sklepowych półkach, a już dzisiaj możecie przeczytać przedpremierowy fragment książki:

 

Księga

Nad Szmulkami zapadał paskudny jesienny zmierzch, ale mieszkaniu wampira Marka było ciepło i zacisznie. Gosia wysłuchała dwugodzinnej pogadanki na temat BHP. Ponieważ kompletnie nie miała ochoty wracać do rodzinnego grobu, naszykowała kilka kupionych po drodze motków kordonku i popatrując na wzór wydrukowany w „Filipince”, usiłowała wydziergać szydełkiem koronkową rękawiczkę. Przyjaciel gospodarza, wampir-komunista Igor, nakrywszy twarz „Trybuną Ludu”, drzemał na kanapie. Ślusarz Marek czytał sowiecki podręcznik obsługi tokarki z 1948 roku. Na stronie tytułowej wykaligrafowano starannie dedykację:

Towarzyszowi Sławomirowi Siapciuchowi
z okazji 70-tych urodzin Józefa Stalina
Gminny Sekretarz PZPR w Ozorkowie.

Poniżej wił się zakrętas nieczytelnego podpisu i czerwieniała okrągła pieczęć. Księga oprawiona była w grubą tekturę, grzbiet pokryto czarnym lakierowanym płótnem.
– Rieduktostrojenie – mruknął pod nosem rozczulony wampir, zamykając tomik. – Istnieją takie określenia techniczne, które dobrze brzmią tylko po rosyjsku.
– Wydaje się panu, bo pracował pan w carskiej fabryce – zauważyła rezolutnie dziewczyna.
– Co się tak krzywisz? – Odstawił wolumin na regał pomiędzy podobne dzieła.
– No tak sobie pomyślałam, że jak na wampira ma pan dziwne zainteresowania.
Popatrzył na nią zdumiony.
– A jakie niby mam mieć? Jestem ślusarzem od blisko stu lat. To chyba normalne, że interesują mnie zagadnienia dotyczące mojej pracy? W każdym zawodzie niezbędne jest podnoszenie kwalifikacji. To pozwala poprawić jakość wyrobów i wydajność. To nie są lata pięćdziesiąte – westchnął. – Wtedy za przekroczenie normy dawali bilety do kina i teatru, dodatki do pensji i inne takie.
– A jak się wyrobiło kilka miesięcy pod rząd po sześćset procent normy, to i mieszkanie można było dostać – uzupełnił spod gazety Igor. Najwyraźniej się obudził. – I gwiazdek przodowników pracy po kilka mieliśmy… I własnych, i z wyssanych.
– Wysysaliście kumpli!?
– E, nie, ale wiesz, płacili kiepsko, a najlepsza brygada miała premie, więc pracowaliśmy dwutorowo. Odstraszaliśmy bumelantów osłabiających moralnie nasz kolektyw… A konkurentów pozbawialiśmy groźnych pracoholików. I jak się taką gwiazdkę wpięło, to tramwajem za darmo się jeździło. Piękne czasy… Tylko krew była kiepska, grochówka z wkładką mięsną jest może kaloryczna, ale psuje smak okropnie. – Usiadł i ziewnął. – Ale to taka mądrość etapu – dodał uczenie. – Patrząc dialektycznie w procesie budowy nowej socjalistycznej rzeczywistości nawet wampir musi ponieść pewne ciężary dla dobra ogółu.
– A to wszystko mieliśmy dzięki umiejętnościom toczenia i frezowania – podjął Marek. – Raz jak dorobiłem brakujący tłok do silnika amerykańskiego spychacza, to mnie do Orderu Pracy zgłosili, bo uratowałem całą budowę przed zawaleniem planu! Moje zainteresowania są szlachetne i pożyteczne!
– No, nie wiem… – bąknęła. – Moim zdaniem wampiry powinny myśleć… No, o czymś bardziej wzniosłym. O najsubtelniejszych porywach ludzkiego ducha. O genialnych ideach porywających tłumy – zapaliła się.
– Gadali nam o tym polityczni na szkoleniach ideologicznych. Ale marksizm jakoś zawsze wydawał mi się kompletnie jałowy intelektualnie – wyznał ślusarz.
– Bo za mało Lenina przeczytałeś – burknął Igor. – Na szóstym tomie odpadłeś, a ja dojechałem do pięćdziesiątego drugiego!
– Bajeruje – poinformował Gosię Marek. – Dwa ostatnie to indeksy.
– Do teatru chodziliście, czyli nieobce są wam wyższe przeżycia artystyczne… – zamyśliła się.
– No ba. „Wesoła wdówka”, to dopiero fajne przedstawienie, do dziś pamiętam – westchnął komunista.
– Ja tam jestem prostym człowiekiem. Wiesz, horror obejrzę na wideo, kryminał poczytam; uwielbiam te o Sherlocku Holmesie… – snuł rozważania Marek. – Jak jeszcze żyłem, to zamiast wina wolałem sobie kufel Haberbuscha strzelić. Subtelności to nie dla mnie.
– My, wampiry… – zaczęła i umilkła.
– A ty, o czym niby myślisz? – Ślusarz wzruszył ramionami. – O Limahlu zapewne? Jak dla mnie ma strasznie głupią fryzurę, a śpiewa jakby go nożykiem po jajkach połaskotali. O, przepraszam – zreflektował się, przypomniawszy sobie, że rozmawia z nastolatką.
– Rozmyślam o modzie i strojach. O klejnotach, pałacach… O dziełach sztuki i karetach… – rozmarzyła się.
– Wybijają ci hrabiowskie geny po przodku – skwitował lekceważąco Igor – albo się za dużo tych pseudowiktoriańskich horrorów naoglądałaś.
W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Gosia spojrzała spłoszona w stronę przedpokoju.
– Spokojnie – mruknął gospodarz, mocując się z zamkiem. – Tym razem to nie van Helsing – zażartował makabrycznie. – I nie blednij.
– Dlaczego?
– Bo wampiry nie bledną – zachichotał. – Brak krążenia.
Do wnętrza wszedł jakiś przybysz. Był drobny, cały ginął z grubej, puchowej kurtce. Na głowie miał narciarską czapę głęboko nasuniętą na oczy.
– Małgorzato, pozwól że ci przedstawię: to hrabia Xawery Prut, nestor i poniekąd wódz warszawskich wampirów – odezwał się ślusarz.
– Małgorzata, hrabina Bronawska. – Dygnęła, podając dłoń do ucałowania.
Hrabia cmoknął ją z wdziękiem, jakiego nabiera się tylko skutkiem wielowiekowej praktyki, przywitał się z Markiem i ściągnął czapę. Dziewczyna wrzasnęła, aż zadrżał żyrandol.
– Czego się boisz, to tylko wampir – uspokajał ją ślusarz. – Trzy wieki na karku, to i wygląd się zmienia…
Ciekawe czy za trzysta lat też będę miała takie czerwone oczy i spiczaste uszy? – zadumała się Gosia, ale nic nie powiedziała.
– Bronawska. – Głos hrabiego skrzypiał jak wieko trumny. – Z tych Bronawskich, którzy mieli browar na Woli?
– Tak. Moi przodkowie robili dobre piwo? – zaciekawiła się.
– W czasie powstania tysiąc osiemset trzydziestego nazywano je siuśkami artylerzysty. Nie jestem pewien, czy można uznać to za komplement. – Uśmiechnął się kpiąco, odsłaniając przy tym klawiaturę iście krokodylich zębów.
– Zapraszamy na pokoje. – Gospodarz zgiął się w ukłonie, wskazując przybyszowi drzwi saloniku. – Czym chata bogata. To znaczy do jedzenia nic nie ma, ale mogę wyskoczyć na miasto po jakąś przekąskę…
– Nie trzeba. Pozwoliłem sobie odwiedzić was, bo mam sprawę. Coś sobie przypomniałem… – mówił zdejmując wierzchnie okrycie.
Miał na sobie nieprawdopodobnie wytarty czarny smoking oraz flanelową koszulę w kratkę. Na nogach połyskiwały bielą i błękitem potwornie sprane tureckie jeansy.
– Nie gap się tak – westchnął pod adresem dziewczyny. – Czasy są ciężkie, a rodowy majątek przepadł… To i człowiek ubiera się jak potrafi i w to, co zdobędzie.
Ściągnął z nóg „Relaksy”.
– Czym zatem możemy służyć, hrabio? – Ślusarz ponownie ukłonił się przed gościem.
Igor też zwlókł się z kanapy i mimo swojego radykalnie czerwonego światopoglądu oddał pokłon przedstawicielowi byłych klas posiadających.
– Tak sobie leżałem w grobie, przewracałem z boku na bok i nagle zaświtała mi idea. Pomyślcie, czego najbardziej potrzeba nam do szczęścia?
– Krwi młodych, dobrze odżywionych, wysportowanych, niepalących, abstynentek… – westchnął wampir-komunista. – Najlepiej córek badylarzy, cinkciarzy, milicjantów, ubeków i wyższych kręgów partyjnych. – Puścił oko do Gosi.
– Durnyś, mój drogi Igorze. Najważniejsza dla nas jest bowiem wiedza o możliwościach i ograniczeniach naszej rasy.
– To znaczy, że nie wiemy wszystkiego? – zdumiała się dziewczyna.
– Gdy byłem młody, wampiry potrafiły robić rzeczy dziś zapomniane. Przechodziły przez ściany, niezależnie od wieku nie bały się słońca. Tylko zanim mnie tego wszystkiego nauczono, przyszli ci dranie od Kościuszki ze swoimi kosami postawionymi na sztorc. – Wzdrygnął się na samo wspomnienie. – Zaraz potem sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu. To na całym świecie był ciężki okres. Ukazała się książka Polidoriego „Wampir”. Ciepłym otworzyły się oczy. Zaczęli zwracać baczniejszą uwagę na wszystko to, w co wcześniej nie wierzyli. I jak ruszyli w tany z kołkami w dłoniach, to w parę lat nie było chyba na kontynencie jednego nienaruszonego grobu! Ale starożytna wiedza nie przepadła tak zupełnie bez śladu. Kilka starych wampirów zebrało się i napisało coś w rodzaju podręcznika…
– „Necronomicon”! – Igor aż poderwał się z kanapy. – Myślałem, że to tylko legenda!
– Wydaje mi się, że nie. Miałem kiedyś znajomka wampira, Marcin Szot się nazywał. Wyjechał do Ameryki zaraz po trzecim rozbiorze i wcięło go na ponad sto lat. Tam przeczekał okres kołkowania. Wrócił niedługo przed drugą wojną, no i miał pecha. Zaraz w trzydziestym dziewiątym namierzyło go Ahnenerbe.
– Co to takiego? – zdziwiła się dziewczyna. – Gestapo jakieś?
– Tajny instytut Himmlera – wyjaśnił Marek. – Oficjalnie powołany do badania dziedzictwa przodków, czyli historii i dorobku rasy aryjskiej. Ale w praktyce zajmowali się wszystkim, co dziwne i tajemnicze. Pewnie chcieli wykorzystać nas do celów militarnych. Złapali jednego wampira, był słaby, wsypał wszystkich, których znał. Kto się nie wyrwał – zginął. Gdzieś z piętnastu naszych wykończyli.
– Osiemnastu – sprostował hrabia. – W tym kilku naprawdę wiekowych, którzy jak ja przetrwali wiele polowań… Mojego przyjaciela dostali niestety w pierwszej kolejności. Tylko, że on przewidywał, iż ta wojna będzie inna niż poprzednie, dlatego jeszcze we wrześniu podjął decyzję o ukryciu swoich pamiątek przywiezionych z USA. Mówił mi o tym przed aresztowaniem.
– Chcesz, mistrzu, powiedzieć, że wśród nich była ta księga? – Ślusarz aż płonął z ciekawości.
– Pamiętam, że miał takie grube tomiszcze oprawione w ludzką skórę, z okuciami na rogach i z tłoczonym, złoconym napisem na grzbiecie. Stała za szybką w serwantce. Raz tylko powiedział, że przegląda ją, gdy najdzie go tęsknota za dawnymi czasami. Pewnie by mi pozwolił poczytać, ale nie wiedziałem wtedy, dlaczego jest taka ważna. Dopiero wiele lat po wojnie usłyszałem po raz pierwszy o „Necronomiconie”, a teraz skojarzyłem, że to musiała być ta właśnie księga! No i tytuł na grzbiecie!
Ze czterdzieści lat dumał zanim się kapnął, pomyślała Gosia z rozbawieniem. Cóż, lepiej późno niż wcale.
– Musimy zdobyć tę księgę – westchnął z nabożeństwem Igor.
– Podobno jedyny znany egzemplarz znajduje się na pokładzie jachtu, który nigdy nie przybija do brzegu. Drugi ponoć miał być w bibliotece uniwersytetu Arkham, problem w tym, że w atlasie nie znalazłem takiego miasta… – dumał ślusarz. – To ten będzie trzeci?
– Ciepli gadają różne bzdury. – Hrabia wzruszył ramionami. – Nie sądzę, by księga istniała tylko w jednym egzemplarzu, ale to jedyny odpis, o którym wiemy. A gdy ją zdobędziemy, będziemy mogli zrobić wszystko – warknął. – Są w niej opisane sekrety wszystkich bytów nekrobiotycznych. Możemy się z niej dowiedzieć na przykład…
– Jak zmienić się w nietoperza! – ucieszył się wampir-komunista.
– Nikt od wieków nie próbował transformacji w nietoperza – skwitował Prut. – Wiele razy poważnie zastanawiałem się, czy to w ogóle możliwe. Na filmach niby się zmieniają, ale coś mi się widzi, że to tylko sztuczka. Trick kinowy, i to w wykonaniu ciepłego aktora. Nie wydaje mi się, by jakiś wampir zgodził się na poniżającą pracę komedianta… No i musieliby użyć nie wiem jakiej taśmy, żeby się nagrało.
– Te filmy kręcą w Ameryce – powiedział w zadumie Igor. – Skoro mają lepsze taśmy, to niewykluczone, że i wampir może zostać aktorem. Tamtejsze społeczeństwo jest pewnie okropne. Nadmiar dolarów musiał ich straszliwie zdemoralizować – dodał rozmarzony. – A może ta księga podpowie nam, jak zrobić fotografię wampira! – zapalił się.
Hrabia uśmiechnął się pobłażliwie.
– A ty znowu o tej loterii wizowej – rzekł z przyganą. – Wybij sobie z głowy, do USA i tak cię nie wpuszczą! A nawet gdyby wpuścili, to wiesz przecież co Coollenowie robią z obcymi wampirami.
– Coollenowie? – zaciekawiła się Gosia. – Kto to?
– Zasrani rzeźnicy! – burknął Xawery. – Lepiej żebyś nigdy ich nie spotkała. Wampiry-sadyści! Wysysają nie ludzi, ale niewinne zwierzątka! Szczeniaczki, kotki, jagniątka, sarenki… A że krew zwierzęca ma kiepską kaloryczność, to kasują tych sarenek po kilka tygodniowo na głowę. Jak wymordują cały las, zmieniają stan, przenoszą się gdzie indziej, i działają tak jak poprzednio aż do kompletnego przetrzebienia zwierzyny. Ohydni kłusownicy!
Dziewczyna aż się wzdrygnęła słysząc o takim bestialstwie.
– A najgorszy z nich jest Edward – dorzucił Marek z nienawiścią w głosie. – To on wymyślił to zwyrodnienie. I jeszcze, na domiar złego, nazywa je …wegetarianizmem!
– Edwardem się nie przejmuj, przecież to idiota – prychnął hrabia. – Chłopak ma tak na oko z osiemnaście lat – zwrócił się do Gosi. – Wymoczek z włoskami na żelu. Wygląda jak przedmiot westchnień głupich amerykańskich dziewuch z głębokiej prowincji. Ale wygląd to nie wszystko. Liczy się to, co w głowie. A on ma tam kompletne siano. Od 1918 roku bez przerwy chodzi do szkoły. To do jednej, to do drugiej. Zdawał maturę już kilkadziesiąt razy, i co?
– Nie rozumiem? – Zatrzepotała rzęsami.
– I nigdy nie zdał! W ogóle nie zaczął studiować! Przygłup. Za to jego przybrane rodzeństwo…
– Bejsboliści zakichani. Ich ulubioną zabawą jest dziurawienie innych wampirów piłeczkami… – warknął Igor. – Wyobraź sobie, że stoisz na górskiej łące, rozkoszujesz się nadciągającą burzą, a tu nagle… Znam takiego, który oberwał, że na wylot przeszło. Z dziesięć lat łaził z dziurą zanim się wygoiło!