Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Wielka Księga Ekstremalnego Science Fiction tom 2 – fragment opowiadania!

Już w piątek premiera drugiego tomu Wielkiej Księgi Ekstremalnego Science Fiction, dlatego Fabryka Słów postanowiła podzielić się z czytelnikami obszernym fragmentem opowiadania Dywany Wanga pochodzącego z tej antologii.

Dywany Wanga

Oczekując na to, aż zostanie tysiąc razy sklonowany i rozrzucony na przestrzeni dziesięciu milionów sześciennych lat świetlnych, Paolo Venetti odprężał się w swej ulubionej, ceremonialnej wannie. Był to sześciokątny basenik na dziedzińcu wykonanym z czarnego marmuru upstrzonego złotymi plamkami. Paolo przywdział tradycyjne ludzkie ciało, które z początku było dla niego jedynie niewygodnym przebraniem, ale ciepłe prądy, omywające plecy i ramiona powoli uspokoiły go i wprowadziły w stan przyjemnego odrętwienia. Mógłby osiągnąć ten stan w ułamku sekundy, ale najwidoczniej należało na tę okazję przybrać pozory rzeczywistości. Wymagany był długi, staranny rytuał, będący naśladownictwem fizycznych przyczyn i skutków.

Gdy nadszedł moment diaspory, pojawiła się mała, szara jaszczurka, która przemknęła po dziedzińcu, szurając pazurkami na kamieniu. Zatrzymała się po drugiej stronie baseniku i Paolo zachwycił się delikatnym pulsem jej oddechu. Jaszczurka przyjrzała się mu, a potem znów zerwała się do biegu i znikła wśród gajów winnych otaczających dziedziniec. Środowisko obfitowało w ptaki, owady, gryzonie i niewielkie gady, które uzupełniały efekt dekoracyjny, ale zaspokajały o wiele bardziej abstrakcyjną potrzebę estetyczną – z perspektywy pojedynczego obserwatora łagodziły bowiem surową, promienistą symetrię. Dzięki nim symulacja mogła być postrzegana z wielu punktów widzenia, co czyniło ją realniejszą. Oto ontologia z męskiego punktu widzenia. Nikt jednak nie pytał jaszczurek, czy miały ochotę na klonowanie. Stanowiły część całości, czy tego chciały, czy nie.
Niebo nad dziedzińcem było ciepłe i błękitne, pozbawione chmur i słońca, izotropiczne. Paolo czekał cierpliwie, przygotowany na któryś z tuzina możliwych rozwiązań.
Trzykrotnie rozległo się łagodne uderzenie niewidzialnego dzwonu. Paolo zaśmiał się z zachwytem.
Jedno uderzenie dzwonu oznaczałoby, że nadal znajduje się na Ziemi, co oczywiście równałoby się klęsce, ale istniały pewne okoliczności, które by mu to wynagrodziły. Wszyscy, którzy naprawdę coś dla Venettiego znaczyli, mieszkali bowiem w polis Carter-Zimmerma, ale nie wszyscy zgodzili się wziąć udział w diasporze do tego samego stopnia. Ziemski byt Paola nie straciłby nikogo. Udział w przygotowaniach do bezpiecznego wysłania tysiąca statków zresztą również byłby satysfakcjonujący. Ponadto, pozostanie członkiem szerszej ziemskiej społeczności, podłączonym do całości globalnej kultury w czasie rzeczywistym, samo w sobie też byłoby atrakcją.
Dwa uderzenia z kolei oznaczałyby, że ten klon Carter-Zimmerman dotarł do systemu planetarnego pozbawionego życia. Paolo uruchomiał skomplikowany – ale nie rozumny – program predyktywny, który przekazywał mu dane. Na ich podstawie Paolo podejmował decyzję o ewentualnym przebudzeniu się. Zbadanie garstki obcych światów, nawet pustych i jałowych, najczęściej okazywało się dla niego wzbogacającym doświadczeniem, tym bardziej, że przedsięwzięcia nie spowolniały staranne przygotowania, konieczne w przypadku odkrycia obecności obcych form życia. Populacja C-Z zmniejszyłaby się zapewne wówczas o więcej niż połowę, a na odkrytych planetach pozostałoby wielu spośród jego najbliższych przyjaciół, ale z całą pewnością niebawem Paolo nawiązałby kolejne przyjaźnie.
Cztery uderzenia w dzwon oznaczałyby odkrycie inteligentnych form życia. Pięć –cywilizacji technologicznej. Sześć – podróżników kosmicznych.
Trzy jednakże oznajmiały, że sondy zwiadowcze wykryły jednoznaczne oznaki życia, co już stanowiło powód do radości. Aż do momentu klonowania przed startem – subiektywne wspomnienie przed uderzeniem w dzwon – na Ziemię nigdy nie dotarły raporty o natknięciu się na obcych. Nie było żadnej gwarancji, że którakolwiek część diaspory odnajdzie ich ślady.
Paolo zażyczył sobie, by biblioteka polis sporządziła dla niego streszczenie raportu. Biblioteka szybko wypełniła deklaratywną pamięć mózgu przybranej przez niego postaci informacjami, których potrzebował, by wstępnie zaspokoić ciekawość. Ten klon C-Z dotarł do Vegi, drugiej co do wielkości spomiędzy tysiąca gwiazd docelowych, odległej o dwadzieścia siedem lat świetlnych od Ziemi. Paolo zamknął oczy i przywołał wizualizację gwiezdnej mapy, gdzie widniało również tysiąc linii wybiegających od słońca. Skupił się na tej, która stanowiła trajektorię jego własnego lotu. Dotarcie do Vegi zabrała trzysta lat, ale zdecydowana większość spośród dwudziestu tysięcy mieszkańców polis zaprogramowało swe egzo-formy tak, by przeszły w stan zawieszenia przed klonowaniem i przebudziły się dopiero po dotarciu w odpowiednie miejsce. Dziewięćdziesięciu dwóch obywateli wybrało alternatywne rozwiązanie – ci doświadczali każdego lotu diaspory od początku do końca, ryzykując tym samym rozczarowanie, a nawet śmierć. Paolo wiedział już, że statek zmierzający ku Fomalhaut, celowi najbliżej Ziemi, dostał się w rój meteorytów i uległ zniszczeniu. Przez moment Venetti rozmyślał z żalem o śmierci dziewięćdziesięciu dwóch podróżników. Nie znał dobrze żadnego z nich przed klonowaniem, a śmierć tych wersji, które rozmyślnie podjęły ryzyko i zginęły w katastrofie międzygwiezdnej przed dwoma wiekami, wydawała mu się tematem równie odległym jak hekatomby jakichś starożytnych katastrof w epoce ciała.
Paolo przyjrzał się nowej ojczystej gwieździe przez kamery jednej z sond badawczych oraz osobliwe filtry starodawnego systemu wizyjnego. W tradycyjnych kolorach dysk Vegi obramowany burzami promieniował ostro błękitno-białym blaskiem. Gwiazda była trzykrotnie cięższa od Słońca, dwakroć od niego większa i dwakroć gorętsza, blisko sześć razy jaśniejsza. Szybko spalała wodór i już przekroczyła połowę przewidzianych dla niej pięciu milionów lat.
Jedyna planeta Vegi, Orfeusz, w oku najlepszych księżycowych interferometrów był jedynie plamką, pozbawioną jakichkolwiek cech wyróżniających. Teraz Paolo przyglądał się niebiesko-zielonemu półksiężycowi, znajdującemu się dziesięć tysięcy kilometrów pod Carter-Zimmerman. Na Orfeuszu znajdowały się lądy tak jak na Ziemi. Był to świat bogaty w nikiel, żelazo i silikaty, nieco większy od Ziemi, nieco też gorętszy – znajdował się w odległości miliarda kilometrów od Vegi, co musiało wywołać jakieś konsekwencje – i niemal tonął pod naporem wód. Paolo, nie mogąc się doczekać chwili, gdy na własne oczy przyjrzy się jego powierzchni, tysiąckrotnie spowolnił swój czas, przez co C-Z mogło teraz okrążać planetę w dwadzieścia subiektywnie liczonych sekund. Za każdym okrążeniem Venetti widział powstający dzień, zdzierający z siebie mrok nocy. Na dwóch szczupłych kontynentach, na których dominowała ochra, ciągnęły się górskie szczyty, a daleko na północy bieguny pokrywał ogromny lód. Poszarpane białe półwyspy wysuwały się spod czap lodowych i wbijały w arktyczne ciemności zimy.
W atmosferze planety dominował wodór, którego było sześciokrotnie więcej niż na Ziemi – najprawdopodobniej wyodrębnił się dzięki promieniowaniu ultrafioletowemu z prostych związków amoniaku – a także znajdowały się tam ślady wody i dwutlenku węgla, ale nie na tyle, by uzyskać efekt cieplarniany. Wysokie ciśnienie atmosferyczne oznaczało ograniczone parowanie – w istocie Paolo nie ujrzał nawet skrawka chmury – a ogromne, ciepłe oceany pomogły dwutlenkowi węgla wniknąć z powrotem w skorupę Orfeusza, przesycając wapienny osad. Taki osad zaś z pewnością okaże się cennym surowcem,0 gdy tylko uda się go rozerwać przy pomocy erupcji podmorskich wulkanów.
Wedle ziemskich standardów system był stosunkowo młody, ale większa masa Vegi i gęstsza chmura materii międzygwiazdowej oznaczały szybszy przebieg wszelkich traum związanych z procesem narodzin, jak choćby eksplozje jądrowe, zmiany jasności, wpływy grawitacyjne, czy bombardowania cząsteczkami. Biblioteka szacowała, że Orfeusz cieszył się stosunkowo stabilnym klimatem i nie przytrafiały mu się zderzenia z większymi ciałami niebieskimi, przynajmniej przez ostatnie sto milionów lat.
To zaś wystarczająco długo, by pojawiły się prymitywne formy życia…
Dłoń mocno pochwyciła Paolo za kostkę i wciągnęła pod wodę. Nie stawił oporu, pozwolił, by wizja planety odpłynęła i znikła. Tylko dwoje ludzi w C-Z miało dostęp do jego środowiska, a jego ojciec nie miał już w zwyczaju bawić się z synem, któremu stuknęło tysiąc dwieście lat.
Elena zaciągnęła go na dno basenu, a potem puściła jego stopę i znalazła się nad nim. Ujrzał sylwetkę tryumfującej dziewczyny na tle migotliwej powierzchni. Przybrała również formę przodków, ale oszukiwała – mówiła bowiem czysto i wyraźnie, a wokół jej głowy nie było żadnych bąbelków.
– Śpioch jesteś! Od siedmiu tygodni na ciebie czekam!
Paolo udawał obojętność, ale powietrze w płucach kończyło mu się szybko. Nakazał więc swej egzo-formie przekształcić go w wodną odmianę człowieka, która była autentyczna z punktu widzenia biologii i historii naturalnej, choć nie była dominującym fenotypem przodków. Woda wdarła się do zmodyfikowanych płuc, a zmodyfikowany umysł powitał ją z radością.
– Dlaczego miałbym marnować czas i czekać bez końca na sondy zwiadowcze, by zanalizować ich meldunki? Obudziłem się, gdy tylko okazało się, że zebrane przez nie dane są niejednoznaczne.
Elena grzmotnęła kilka razy piąstką w klatkę piersiową Paolo, on sięgnął i ściągnął dziewczynę w dół, instynktownie redukując swą pływalność, by zrównoważyć ciężar. Przetoczyli się po dnie basenu, całując się namiętnie.
– Wiesz, że jesteśmy pierwszym polis C–Z, które dotarło do jakiegokolwiek celu? – zapytała Elena. – Okręt idący na Fomalhaut uległ zniszczeniu. A zatem pozostała już tylko jedna para nas. Na Ziemi.
– No i co z tego? – zapytał i nagle go olśniło. Elena zadecydowała, że przebudzi się tylko ta wersja jej osoby, która natknęła się na obcą formę życia. Bez względu na to, jaki los przypadnie w udziale pozostałym okrętom, każda inna wersja jego samego będzie musiała żyć samotnie, bez niej.
Pokiwał głową z powagą i znów ją pocałował.
– I co mam teraz powiedzieć? Chyba tylko to, że jesteś teraz dla mnie tysiąc razy cenniejsza.
– O właśnie.
– No dobrze, a co z nami na Ziemi? W sumie bardziej by się zgadzało „pięćset razy cenniejsza”.
– W tej liczbie nie ma za grosz poezji.
– Nie bądź taką defetystką. Lepiej wprowadź zmiany w ośrodkach odpowiedzialnych za język.
Przesunęła dłońmi po jego klatce piersiowej, aż po biodra. Kochali się w niemalże tradycyjnych ciałach, z niemalże tradycyjnymi mózgami. Paolo był rozbawiony gwałtownymi reakcjami własnego układu rąbkowego, do tego stopnia, iż niemal stracił zainteresowanie Eleną, ale pamiętał, że należy odepchnąć świadomość i poddać się impulsom. Seks w tym wydaniu nie przypominał żadnej innej cywilizowanej formy uprawiania miłości – choćby przez to, że wymiana informacji była raczej szczątkowa – niemniej charakteryzował się surową intensywnością, typową dla przyjemności przodków.
Po wszystkim Paolo i Elena podpłynęli ku powierzchni i ułożyli się pod promieniejącym niebem bez słońca.
„Przemierzyłem dwadzieścia siedem lat świetlnych w ułamku sekundy – pomyślał Paolo. – Znalazłem się na orbicie pierwszej planety, gdzie odnaleziono życie. Nie poświęciłem jak dotąd nic. Nie pozostawiłem za sobą niczego, co jest dla mnie prawdziwie cenne. To wszystko zbyt piękne, by było prawdziwe.”
Poczuł ukłucie żalu z powodu losu swych pozostałych wersji. Trudno było wyobrazić ich sobie podróżujących bez Eleny, bez Orfeusza, ale Paolo nie mógł nic na to poradzić. Choć miał jeszcze czas na skontaktowanie się z Ziemią nim inne statki dotrą do celu, ale jeszcze przed sklonowaniem podjął decyzję, by pod żadnym pozorem nie opisywano mu losów innych wersji. Bez względu na to, czy bliźniak Paolo na Ziemi zgadzał się z tym, czy nie, żaden z nich nie miał wpływu na kryteria przebudzenia. Ten, który miał prawo decydować za cały tysiąc, już dawno nie istniał.
„Mniejsza o to” – pomyślał Paolo. – Pozostali znajdą lub stworzą dla siebie inne powody do szczęścia. Ponadto zawsze istniała szansa, że któryś z nich przebudzi się po usłyszeniu aż czterech uderzeń w dzwon.”
– Gdybyś spał jeszcze dłużej, przegapiłbyś głosowanie – powiedziała Elena.
Głosowanie? Sondy zwiadowcze, operujące na niskiej orbicie, zdobyły wszelkie możliwe informacje na temat biologii Orfeusza. By działać dalej, należało posłać mikrosondy do oceanu, a to stanowiło eskalację kontaktu, do zatwierdzenia której potrzeba było decyzji dwóch trzecich mieszkańców polis. Nie istniał żaden konkretny powód, by uważać, że obecność kilku milionów drobnych robotów wyrządzi jakiekolwiek szkody. Mogły pozostawić w wodzie jedynie kilka kilodżuli zmarnowanego ciepła. Tym niemniej pojawiła się frakcja zalecająca ostrożność. Frakcja głosiła, iż obywatele Carter-Zimmerman powinni kontynuować obserwację z dystansu przez kolejną dekadę bądź milenium i weryfikować poprzednie odkrycia oraz hipotezy przed wtargnięciem do obcego świata, zaś ci, którzy byli pomysłowi przeciwni, zawsze mogli przespać czas oczekiwania lub znaleźć coś ciekawszego do roboty.
Paolo zagłębił się w informacje uzyskane na temat planety i skupił się na „dywanach” – jedynej odkrytej do tej pory orfickkiej formy życia. „Dywany” bytowały w głębinach oceanu równikowego, unikając zbliżania się do powierzchni ze względu na promieniowanie ultrafioletowe, przypuszczalnie dla nich śmiertelne. Osiągały setki metrów długości, po czym rozpadały się na mniejsze fragmenty, z których każdy rósł później niezależnie od pozostałych. Aż kusiło, by założyć, że to kolonie organizmów jednokomórkowych, coś na podobieństwo gigantycznych brunatnic, ale jak dotąd nie było żadnych dowodów na poparcie tej hipotezy. Sondy zwiadowcze miały spore kłopoty z wypatrzeniem dywanów na głębokości jednego kilometra, choć były wielkie, a neutrina Vegi zapewniały dość światła. Mikroskopowe obserwacje z dystansu, nie mówiąc już o analizach biochemicznych, były wykluczone. Spektroskopia ujawniła, że woda przy powierzchni była pełna intrygujących molekularnych śmieci, ale próba odgadnięcia ich ewentualnych związków z dywanami była zadaniem równie łatwym jak rekonstrukcja ludzkiej biochemii na podstawie kupki popiołów.
– Co ty na to? – zapytał Paolo.
Elena jęknęła teatralnie. Najwidoczniej temat był wałkowany do obrzydzenia, gdy Venetti jeszcze spał.
– Mikrosondy są nieszkodliwe. Mogłyby nam powiedzieć, z czego składają się dywany bez usunięcia choćby jednej molekuły. Nie rozumiem, gdzie tu ryzyko. Frakcja konserwatystów obawia się szoku kulturowego, czy co?
Paolo plusnął jej wodą w twarz. Był to żartobliwy, podyktowany uczuciem odruch, który najprawdopodobniej miał związek z wodnym ciałem.
– Nie mamy pewności, że nie są inteligentne.
– Wiesz, co żyło na Ziemi dwieście milionów lat po jej powstaniu?
– Może sinice, a może nic. Pamiętaj jednak, że nie jesteśmy na Ziemi.
– Zgadza się. Niemniej nawet gdyby rzeczywiście okazało się, że to byty inteligentne, co wydaje mi się skrajnie niemożliwe, sądzisz, że wykryłyby obecność robotów milion razy mniejszych od nich samych? Jeśli są organizmami jednolitymi, najwyraźniej nie reagują na nic w środowisku. Nie mają naturalnych wrogów, nie szukają jedzenia, po prostu unoszą się na prądach. Nie mają więc potrzeby posiadania szczególnie rozwiniętych ośrodków zmysłów, nie mówiąc już o potrzebie dostrzegania czegoś, co ma mniej niż milimetr wielkości. A skoro są koloniami organizmów jednokomórkowych i któryś z nich przez przypadek zderzy się z mikrosondą i zarejestruje jej obecność, to co z tego wyniknie, ktoś poniesie szkodę?
– Nie mam pojęcia. Niemniej moja ignorancja nie gwarantuje nam bezpieczeństwa.
Tym razem to Elena prysła na niego wodą.
– Jedynym sposobem na uporanie się z twoją ignorancją jest przegłosowanie pomysłu wysłania mikrosond. Musimy być ostrożni, co do tego nie ma wątpliwości, ale jeśli nie zabierzemy się za badanie oceanów i to zaraz, równie dobrze możemy ruszać w dalszą drogę. Nie mam ochoty czekać, aż na tej planecie wyewoluuje coś na tyle sprytnego, by posłać wyniki z lekcji biochemii w kosmos. Jeśli nie podejmiemy ryzyka, Vega zamieni się w czerwonego giganta zanim się czegokolwiek dowiemy.
Rzuciła tym sformułowaniem od niechcenia, ale Paolo spróbował sobie wyobrazić opisane przez nią następstwa. Czy za ćwierć miliarda lat obywatele Carter-Zimmerman nadal będą dyskutować nad etycznymi aspektami interwencji, mającej na celu uratowanie Orfitów czy może stracą zainteresowanie i ruszą w kierunku innych gwiazd? A może przejdą tyle modyfikacji, ze staną się bytami całkowicie pozbawionymi nostalgicznego współczucia dla życia organicznego?
„Pompatyczna wizja jak na kogoś, kto skończył dopiero tysiąc dwieście lat” – pomyślał.
Jego klon zmierzający ku Fomalhaut został zniszczony przez drobną skałę kosmiczną, a w systemie Vegi było o wiele więcej kosmicznego śmiecia niż w przestrzeni międzygwiezdnej. Nawet mimo silnych pól siłowych i wszelkich informacji dostarczonych przez rozesłane daleko sondy zwiadowcze, to polis nadal nie było całkiem bezpieczne, chociaż przebyło tak daleką drogę nietknięte. Elena miała rację, należało wykorzystać chwilę lub równie dobrze ludzie mogli wrócić do własnych hermetycznych światów i zapomnieć, iż kiedykolwiek dotarli tak daleko.
Paolo przypomniał sobie szczere zdumienie przyjaciela z Ashton-Laval: „Po co wam szukanie obcych? Nasze polis ma tysiąc ekologii i trylion gatunków wyewoluowanego życia. Co chcecie odnaleźć? Czy jest coś, czego nie możemy wyhodować w domu?”
Co Paolo spodziewał się znaleźć? Przede wszystkim odpowiedzi na kilka prostych pytań. Czy ludzka świadomość uruchomiła wszystkie procesy związane z czasem i przestrzenią tylko po to, by wytłumaczyć swe istnienie? Czy też procesy te powstały naturalnie, a na długo przed człowiekiem kosmos zrodził miliard odmian świadomego życia, co do jednej zdolnych do pielęgnowania tych samych złudzeń wielkości, póki nie wpadną na siebie? Antropokosmologia była nauką wykorzystywaną do usprawiedliwienia polityki izolacyjnej większości polis. Skoro fizyczny wszechświat został stworzony przez ludzką myśl, nie zasługiwał na szczególny status, który stawiałby go wyżej od rzeczywistości wirtualnej. Może i pojawił się jako pierwszy – a każda rzeczywistość wirtualna może potrzebować do działania fizycznego urządzenia obliczeniowego, podlegającego prawom fizyki – ale nie zajmował uprzywilejowanej pozycji w konflikcie między „prawdą” a „iluzją”. Jeśli zaś antropokosmologowie mieli rację, przedkładanie fizycznego wszechświata nad powstałe o wiele później sztuczne rzeczywistości nie było już słuszne ani uczciwe. Równie uczciwie i sensowne byłoby odrzucenie oprogramowania na rzecz ciała, człowieka na rzecz małpy czy małpy na rzecz bakterii.
– Nie możemy tkwić tu przez całą wieczność – utyskiwała Elena. – Gang nie może się doczekać, by się z tobą spotkać.
– Gdzie? – spytał Paolo. Czuł pierwsze objawy tęsknoty za domem. Na Ziemi grono jego najbliższych przyjaciół zawsze spotkało się w osadzonym w czasie realnym wyobrażeniu krateru Mount Pinatubo, wyrwanym prosto z satelitów obserwacyjnych. Odtworzenie pragnienia nie byłoby tym samym.
– Pokażę ci.
Paolo ujął ją za rękę. Basen, niebo i dziedziniec znikły i Paolo znów spojrzał na Orfeusza. Przyglądał się tej półkuli, na której panowała właśnie noc, niemniej trudno byłoby nazwać ją mrokiem. Umysł Venettiego bezbłędnie wychwytywał i nazywał poszczególne odcienie, od bladej bieli uziemionych radiowych fal długich po wielokolorowe migotanie izotonicznych promieni gamma i kosmicznego promieniowania hamowania. Połowa abstrakcyjnej wiedzy, którą biblioteka przekazała mu na temat planety, w jednej chwili stała się jasna. Łagodna emanacja, stanowiąca termiczny odczyt temperatury oceanu, natychmiast wskazała trzysta kelwinów, widać było również podczerwoną strukturę atmosfery.
Stał na długim, przypominającym metalowy filarze na skraju wielkiej sfery geodezyjnej, obok wznosiła się imponująca kosmiczna katedra. Zadarł głowę i ujrzał zroszony gwiazdami, przesłonięty pyłem odcinek Mlecznej Drogi, otaczający Paolo od nadiru po zenit. Był świadom emanacji każdej chmury gazowej, dostrzegał każdą emisję i absorpcję, czuł niemalże, jak płaszczyzna galaktycznego dysku przecina go wpół. Niektóre konstelacje wydawały się zniekształcone, ale widok wydawał się znajomy. Venetti rozpoznał większość starych drogowskazów po kolorze. Po chwili już wiedział, gdzie się znajduje. W odległości dwudziestu stopni od Syriusza – na południe, wedle metod z dawnych czasów na starej, dobrej Ziemi – widniało słońce, słabe, ale niemożliwe do pomylenia z niczym innym.
Elena stała przy nim. Wyglądała identycznie jak przed chwilą, lecz oboje pozbyli się ograniczeń narzuconych przez biologię. Środowisko, w jakim się znajdowali, przestrzegało zasad fizyki, ale nie można było tego samego powiedzieć o chemii czy fizjologii. Ich nowe ciała przypominały z wyglądu ludzkie, ale pozbawione było skomplikowanej mikrostruktury. Ich umysły również nie były skrępowane zasadami fizyki, lecz działały aktywnie w sieci procesora.
Paolo z ulgą powitał powrót do zwykłej formy – ceremonialne przybieranie postaci przodków było w C-Z szanowaną tradycją, a ponadto występowanie jako człowiek stanowiło swego rodzaju manifestację własnej tożsamości – ale za każdym razem, gdy powracał do zwykłego kształtu, miał wrażenie, że wyzwolił się z liczących sobie miliard lat, zardzewiałych kajdanów. Na Ziemi istniały polis, których mieszkańcy uznaliby jego obecną formę za równie archaiczną – tam byt stanowił świadomość kontrolowaną przez zmysły, zaopatrzone w iluzję formy cielesnej. Ostatni człowiek z krwi i kości umarł na długo przed skonstruowaniem Paolo, a z wyjątkiem społeczności robotów Gleisnera, Carter Zimmerman był możliwie najbardziej konserwatywnym transludzkim społeczeństwem. Uznawano w nim bowiem pełen dostęp do elastycznego, uniwersalnego oprogramowania i podtrzymywano zainteresowanie światem fizycznym, co zdaniem Paolo było jak najbardziej uzasadnioną polityką. A choć upierający się przy postaci ludzkiej Gleisnerczycy pierwsi dotarli do gwiazd, diaspora C-Z wkrótce miała ich prześcignąć.
Zgromadzeni przyjaciele popisywali się akrobatycznym figurami w nieważkości. Kolejno pozdrawiali Paolo i wyśmiewali się, że nie nastawił sobie wcześniejszego budzenia. Wyszedł bowiem z hibernacji jako ostatni.
– Czy podoba ci się nasze nowe, skromne miejsce spotkań? – Hermann unosił się nad ramieniem Paolo. Był nierzeczywistym, fantazyjnym splotem kończyn i organów sensorycznych, a w próżni mówił w zmodulowanej podczerwieni. – Nazywamy je Satelita Pinatubo. Cicho tu i pusto, wiem, ale obawiamy się, że zejście na powierzchnię Orfeusza mogłoby stać w sprzeczności z zasadami bezpieczeństwa.
Paolo przywołał zbliżenia uzyskane przez sondę zwiadowczą i ujrzał suche przestrzenie i czerwone, spękane skały.
– Moim zdaniem tam na dole jest jeszcze ciszej i bardziej pusto – stwierdził.
Zapragnął dotknąć ziemi – mógł przecież dodać do wizji tryb dotykowy – ale oparł się pokusie. Przenoszenie się gdzieś indziej w trakcie rozmowy uważane było za przejaw złych manier.
– Nie słuchaj Hermanna. Chce zalać Orfeusza swymi machinami, zanim się dowiemy, jakie to mogłoby spowodować konsekwencje – odezwała się Liesl pod postacią zielono–turkusowego motyla z wystylizowaną, wykropkowaną ludzką twarzą na każdym skrzydle.
Paolo był zaskoczony. Z tego, co usłyszał od Eleny, wywnioskował, że jego przyjaciele osiągnęli konsensus w kwestii wysłania mikrosond i tylko ktoś późno przebudzony i nie znający jeszcze zagadnienia będzie miał ochotę dyskutować nad sprawą.
– Jakie konsekwencje? Te dywany…
– Zapomnij o dywanach! Nawet jeśli są tak proste i prymitywne, jak wyglądają, nie mamy pojęcia, co jeszcze się tam znajduje – odparła Liesl. Gdy furkotała skrzydłami, ludzkie twarze wydawały się spoglądać po sobie w poszukiwaniu wsparcia. – Ledwie udało nam się osiągnąć rozdzielczość przestrzenną w metrach, a czasową w sekundach. Nie wiemy nic o mniejszych formach życia.
– I nigdy się nie dowiemy, jeśli dopniesz swego – rzekł Karpal, były Gleisner, jak zwykle pod postacią ludzką. Nim Paolo zapadł w sen po raz ostatni, Karpal i Liesl byli kochankami.
– Jesteśmy tutaj dopiero przez krótką część orfickiego roku! Istnieje masa danych, które możemy zdobyć w nieinwazyjny sposób przy odrobinie cierpliwości. Może się okazać, że ocean wyrzuca na brzeg rzadkie formy życia …
– W istocie, rzadkie – rzekła sucho Elena. – Orfeusza cechują słabe prądy, niskie fale i praktycznie brak burz. Każdy organizm wyrzucony przez fale zostałby usmażony przez promieniowanie ultrafioletowe nim zdołalibyśmy cokolwiek dostrzec. Równie dobrze możemy ich szukać w wodzie.
– Niekoniecznie. Dywany wydają się wrażliwe, ale inne gatunki mogą być lepiej chronione, jeśli żyją bliżej powierzchni. Ponadto Orfeusz jest aktywny sejsmicznie. Powinniśmy przynajmniej zaczekać na jakieś tsunami, który cisnęłoby kilka kilometrów sześciennych oceanu na brzeg, i sprawdzić, co ze sobą przyniosło.
Paolo uśmiechnął się. O tym nie pomyślał. W rzeczy samej, na tsunami warto było zaczekać.
– Cóż takiego stracimy czekając kilkaset orfickich lat? – ciągnęła Liesl. – W najgorszym wypadku uzyskamy wiarygodne dane co do pogody panującej w każdej porze roku. Moglibyśmy również badać anomalie, sztormy i trzęsienia ziemi w nadziei, że coś odsłonią.
Kilkaset orfickich lat? Czyli kilka ziemskich mileniów? Paolo czuł, że sprzeczne uczucia z wolna w nim słabną. Gdyby chciał geologicznego upływu czasu, wyemigrowałby do polis Lokhande, gdzie Zakon Kontemplacji Obserwacyjnej analizował co do sekundy erozję ziemskich gór. Orfeusz wisiał zaś pod nimi niczym piękna zagadka, domagająca się rozwiązania.
– A jeśli niczego nie odsłonią? – zapytał Paolo. – Jak długo każesz nam czekać? Nie mamy pojęcia, jak rzadkie są tu formy życia. Ta planeta jest dla nas cenna, ale równie cenna jest epoka, w której się właśnie znalazła. Nie wiemy, jak szybko ewoluuje orficka biologia, gatunki mogą pojawiać się i znikać w chwili, gdy my siedzimy bezczynnie i debatujemy nad ryzykiem związanym z pozyskiwaniem danych. Te dywany i co tam jeszcze żyje mogą powymierać nim dowiemy się choćby jednej rzeczy na ich temat. Cóż to by była za strata!
Liesl jednak upierała się przy swoim.
– A jeśli zniszczymy orficka ekologię lub kulturę zbyt pochopnym wtargnięciem? To nie byłaby strata, Paolo. To byłaby tragedia.