Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Wielka Księga Ekstremalnego Science Fiction tom 2 – kolejny fragment

Dzisiaj premiera drugiego tomu Wielkiej Księgi Ekstremalnego Science Fiction, z tej okazji Fabryka Słów udostępniła kolejny fragment antologii. Tym razem możecie przeczytać fragment W laboratorium Boga, który to pochodzi z opowiadania Stwórca Clifforda D. Simaka.

Wstęp

Słowa te są spisane w dawnych dniach, gdy Ziemia zbliża się do krawędzi wieczności, przybliżając się do konającego Słońca, które pochłonęło już obie wewnętrzne planety. Zarówno Wenus jak i Merkury zginęły ognistą śmiercią. Zmierzch Bogów przeszedł już do historii, a nasza planeta dryfuje coraz bliżej tej krainy zapomnienia, która pochłonie nawet czas w dniu ostatecznego kosmicznego sądu.

Stara Ziemia, krocząca niebiańskimi korytarzami ku śmierci, obraca się coraz wolniej wokół swej osi. Zmierza posępnie ku grobowcowi, a jej dni stają się coraz dłuższe. Spowijają ją jedynie strzępy dawnej atmosfery. Powietrze się rozrzedziło, przez co niebo utraciło swój radosny błękit, którą zastąpiła posępna szarość, wisząca nisko nad powierzchnią. Trudno się oprzeć wrażeniu, że to nacierają potwory z przestrzeni kosmicznej, że osaczają starożytną królową niebios niczym wygłodniałe wilki. Gdy na niebo wpełza noc, obce gwiazdy rozjarzają się niczym oczy dzikich bestii, śledzących w ciemnościach dogasające ognisko.
Ziemia zapewne opłakuje swój rychły zgon, gdyż pozbyła się wszelkich krzykliwych strojów i cudownych kosztowności. Nad jej niekończącymi się pustyniami i wijącymi się łańcuchami górskimi pojawiły się natomiast osobliwe rzeźby. Muszą być świątyniami i ołtarzami, w których Ziemia, nadal pamiętając o mocach dobra i zła, rządzących przestrzeniami kosmicznymi, modli się w swej ostatniej godzinie niczym konający, który w obliczu śmierci odnajduje w sobie wiarę. Żałobne wichry wyśpiewują hymny o daremności istnienia nad jałowymi piaszczystymi bezmiarami i skalnymi urwiskami. Wody pustych oceanów uderzają o pozbawione drzew, wyniszczone wybrzeża, wygrywając marsz, będący ostatnim gestem odwagi prastarej planety, która wypełniła swe zadanie, a teraz zmierza ku nirwanie.
Drobni półmężczyźni i półkobiety, ostatni ocaleli z wielkiej rasy, którą pamiętają jedynie dzięki przekazywanym z ojca na syna legendom, lęgną się niczym gnomy w trzewiach planety, która była dla nich matką od czasu, gdy ich gatunek, mający w przyszłości zapanować nad innymi, pełzał w szlamie pierwotnych mórz. Zmęczona rasa, oczekująca na dzień zwiastowany przez legendy, dzień, w którym niebo na nowo rozbłyśnie, a na jałowych pustkowiach znów zazieleni się trawa. Ja jednak wiem, że ten dzień nigdy nie nadejdzie, choć nie mam zamiaru odbierać im złudzeń. Wiem, że ich legendy kłamią, ale w imię czego miałbym niszczyć jedyną nadzieję w ich bezbarwnym życiu?
Tak postąpię, albowiem ci drobni ludzie okazali mi wiele serca i wiąże nas sojusz, który przetrwa choćby milion lat. Uważają mnie za boga, sądzą, iż moje przybycie zwiastuje rychłe nadejście tak bardzo wyczekiwanego przez nich dnia. Żałuję, że z czasem uznają mnie za fałszywego proroka.
Spisywanie tych słów nie ma większego sensu. Moi mali przyjaciele pytają, co robię i jaki ma to cel, ale gdy przystępuję do wyjaśnień, nic nie wskazuje na to, by rozumieli me słowa. Nie pojmują, dlaczego stawiam osobliwe znaczki na wyprawionych skórach owych małych gryzoni, które obficie zamieszkują ich nory. Rozumieją tylko tyle, iż gdy skończę pracę, będą musieli zebrać wszystkie te skórki i trzymać je w tajemnicy jako święty artefakt, który powierzyłem w ich ręce.
Nie mam większych nadziei, że ktokolwiek kiedykolwiek przeczyta słowa, które teraz spisuję. Opisuję swe doświadczenia w tym samym duchu i z tą samą zawziętością, które musiały cechować mojego pierwszego przodka, ryjącego runiczne przesłanie na kamieniu.
Zdaję sobie sprawę, że to ostatni przekaz pisany na Ziemi. Jej dumne miasta zawaliły się w ruinę. Drogi, które ongiś przecinały jej powierzchnię, znikły bez śladu. Nie słychać pisku opon czy warkotu silnika. Ostatnie plemię ludzi czai się w jaskiniach, czekając na dzień, który nigdy nie nadejdzie.

Pierwsze eksperymenty

Pewne są tacy, którzy utrzymywaliby, że wraz ze Scottem Marstonem zostaliśmy wyklęci, że zbyt głęboko wniknęliśmy w tajemnice, których poznać nie mieliśmy prawa.
Niech sobie będzie jak chce, nie żałuję tego, co zrobiliśmy. Jestem też pewien, że Scott – bez względu na to, gdzie się teraz znajduje, czuje to samo co ja. Żadnych wyrzutów sumienia.
Nasza przyjaźń rozpoczęła się w niewielkim college’u w Kalifornii. Wiedliśmy podobne życiu, mieliśmy zbliżone charaktery, nic więc dziwnego, że coś zaczęło nas do siebie przyciągać. Choć studiowaliśmy całkowicie odrębne kierunki – on kształcił się w przedmiotach ścisłych, a ja robiłem psychologię – obaj przykładaliśmy się do nauki bardziej ze względu na umiłowanie nauki jako takiej, a nie rozważania, co też edukacja może nam dać, by lepiej zarabiać.
Wyłączyliśmy się więc z życia towarzyskiego w miasteczku akademickim, nie angażując się w żadne z dzikich wybryków rzeszy studenckiej. Spędzaliśmy długie, szczęśliwe godziny w bibliotece i w salach wykładowych. Nasze rozmowy ciągnęły się w nieskończoność, niezmącone hucznym życiem studenckim, które przepływało obok nas w całym swym kolorycie i przepychu.
Przez ostatnie dwa lata dzieliliśmy pokój. Obaj ledwie wiązaliśmy koniec z końcem, więc nasza kwatera byłą uboga i obskurna, niemniej nigdy nie zwróciliśmy na to większej uwagi. Całe nasze życie pochłaniały studia. W sercach płonął nam prawdziwy ogień badań naukowych.
Wreszcie, co było nieuniknione, nadaliśmy naszym badaniom sprecyzowane formy. Scott, zaintrygowany zagadką czasu, oddawał się coraz bardziej badaniom owego nieprzeniknionego żywiołu. Odkrył, że poznano go w bardzo skromnym stopniu, że poza wprawiającymi w konsternację równaniami, rozpisanymi przez równie skonsternowanych uczonych, nie wiadomo właściwie nic.
Ja zaś wędrowałem po równie odległych ścieżkach, oddając się badaniom psychofizyki i hipnologii. Zaangażowałem się w hipnologię całym sercem i gromadziłem materiał badawczy, aż osiągnąłem moment, gdy zebrało się go tyle, iż poczułem się uwięziony w dżungli najrozmaitszych, niekiedy sprzecznych ze sobą wniosków, z których wiele graniczyło z okultyzmem.
Dzięki naleganiom przyjaciela wreszcie zacząłem szukać rozwiązań w materiałach, a nie w sferach paranormalnych. Scott uważał, że jeśli mam naprawdę do czegoś dojść, powinienem przestrzegać zimnych, obiektywnych zasad czystej nauki, a nie podążać za zwodniczymi błędnymi ognikami, reprezentującymi byty, których istnienia nigdy nie dowiedziono.
W końcu, po zakończeniu nauki, zaproponowano nam posady nauczycielskie, jemu na katedrze fizyki, a mnie na katedrze psychologii. Zgodziliśmy się skwapliwie, gdyż żaden z nas nie miał ochoty zmieniać dotychczasowego trybu życia.
Nowa pozycja w żaden sposób nie wpłynęła na nasze życie. Nadal zamieszkiwaliśmy nasz obskurny pokoik, jadaliśmy w tej samej restauracji, toczyliśmy całonocne dyskusje. To, że nie byliśmy już studentami w ogólnym tego słowa znaczeniu, ani o jotę nie zmienił naszego podejścia do badań i nauki.
Dwa lata po tym, jak zostaliśmy nauczycielami, wreszcie natknąłem się na moją teorię „jednostki świadomości”. Krok po kroku rozłożyłem ją na czynniki pierwsze przy entuzjastycznym, moralnym wsparciu mego przyjaciela, który pomagał, jak tylko był w stanie.
Teoria była piękna w swej prostocie. Opierała się na hipotezie, że sen jest wyrazem czyjeś świadomości, że stanowi drugie jestestwo każdego człowieka, drugą osobowość, która wyrusza w daleką drogę, ku przygodom i doświadczeniom. Kiedy fizyczny aspekt jednostki ludzkiej odpoczywa, jej świadomość uwalnia się i może podróżować w dowolnym kierunku, choć w obrębie pewnych granic.
Ja poszedłem jednak krok dalej. Założyłem, że świadomość naprawdę podróżuje, że pewne nieskończenie drobne fragmenty umysłu naprawdę umykają, by odwiedzić owe dziwne miejsca lub uczestniczyć w zdarzeniach, o których śnimy.
To zaś oznaczało, że wyprowadzam sny ze świata paranormalnego, do którego wcześniej należały, i przydaję im solidnych podstaw naukowych.
Określiłem to teorią „jednostek świadomości”. Wraz ze Scottem nazywaliśmy owe jednostki „komórkami świadomości”, choć obaj wiedzieliśmy, że nie mogą być komórkami. Ja osobiście uważałem je za wysoce wyspecjalizowane elektrony, choć sam pomysł, iż elektrony mogłyby mieć jakąkolwiek specjalizację, tak naprawdę zakrawał na kpinę. Scott utrzymywał, że bliższe prawdy byłoby uznanie ich za falę inteligencji. Nigdy nie ustaliliśmy, który z nas miał rację, nie miało to dla nas znaczenia.
Nie jest zapewne zaskoczeniem, że nigdy nie znalazłem dowodów, które bez wątpienia uwiarygodniałyby moją teorię, choć późniejsze wydarzenia zdawały się ją potwierdzać.

Co ciekawe, to Scott Marston zrobił wszystko, co było w jego mocy, by jak najbardziej uwiarygodnić mą hipotezę.
Podczas gdy ja spędzałem całe dnie na abstrakcyjnych rozważaniach o snach, Scott ciągnął równie frapujące i trudne badania natury czasu. Przyznał, że jest stosunkowo zadowolony z poczynionych postępów. Czasami tłumaczył mi, czym się aktualnie zajmuje, ale z uwagi na fakt, iż cechuje mnie wrodzona niechęć do liczb, zrozumienie niekończących się ciągów wzorów, które Scott przede mną rozkładał, graniczyło dla mnie z niemożliwością. Uwierzyłem mu więc bez zastrzeżeń, gdy powiedział, że odkrył siłę kierującą czasem, jego zdaniem identyczną z siłą czwartego wymiaru. Z początku owa siła istniała jedynie w gąszczu równań, wzorów i wykresów, nabazgrolonych na rozrzuconych bezwładnie kartkach, ale w końcu połączyliśmy wysiłki i pod dyktando Scotta skonstruowaliśmy maszynę.
Nasze ukończone dzieło garbiło się na stole niczym złowrogi przybysz z innego wymiaru, ale aż pulsowało i mruczało od osobliwej mocy, która na pewno nie była pochodzenia ziemskiego.
– Ta maszyna operuje czasem, czystym czasem – stwierdził Scott. – Wypacza i zniekształca tor, którym biegnie czas, wyrywając przy tym energię czwartego wymiaru. Gdyby była odpowiednio wielka, moglibyśmy wywołać natężenie, które zniekształciłoby pole czasowe na tyle, by cisnąć ten świat na całkowicie nowy plan.
Aż zadrżeliśmy, spoglądając na pomrukujący metalowy twór i uzmysławialiśmy sobie możliwości, które otwiera przed nami nasze odkrycie. Na chwilę obudziła się w nas obawa, że ingerujemy zbyt głęboko w materię, która powinna na zawsze pozostać niedostępna dla ludzkiej wiedzy.
Scott jednakże nie przejmował się tym wcale. Świadomość, że ledwie co dotknął sedna sprawy, pchnęła go do kolejnych wysiłków. Żałował nawet, że musi spędzać tak dużo czasu na uczelni. Były tygodnie, gdy przeznaczaliśmy niemalże wszystkie pieniądze na zakup kolejnego elementu do naszej maszyny i zostawało nam tylko kilka groszy na skąpe lunche, które jedliśmy w mieszkaniu.
Niemniej wreszcie nadszedł dzień, kiedy do specjalnego pomieszczenia w maszynie wsunęliśmy kwiat w doniczce. Włączyliśmy mechanizm i gdy znów otworzyliśmy drzwi po paru minutach, okazało się, że kwiatu już nie ma. Doniczka i ziemia były nietknięte, ale kwiat znikł. Dokładnie rozgrabiliśmy ziemię i okazało się, że nie ma w niej ani skrawka korzeni.
Gdzie zniknął kwiat? Dlaczego doniczka z ziemią pozostały na miejscu?
Scott utrzymywał, że kwiat został przeniesiony do innego, wyższego wymiaru, który istniał między liniami nacisku wytworzonymi w torach czasu przez działanie maszyny. Dodał też, że nowo odkryta siła oddziałuje szybciej na żywe organizmy niż na nieożywione.
Znów umieściliśmy doniczkę w maszynie, ale po dwudziestu czterech godzinach nadal tam była. Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy stwierdzić, że siła nie oddziałuje na obiekty nieożywione.
Później odkryliśmy, że zbliżyliśmy się wówczas do prawdy, ale nie udało nam się jej pojąć.

Sen

Jakiś rok po skonstruowaniu machiny czasomocy, Scott otrzymał spadek po krewnym, o którym niemalże już zapomniał, lecz który najwyraźniej dobrze pamiętał jego. Spadek był stosunkowo skromny, ale nam, po wielu miesiącach życia wedle zasady „z łapy do papy”, wydał się ogromny.
Scott porzucił pracę na uczelni i usiłował mnie namówić do tego samego, byśmy mogli bez przeszkód poświęcić cały nasz czas na potrzebne badania. Natychmiast zabrał się do budowania większej maszyny, a ja z entuzjazmem przystąpiłem do eksperymentów, które planowałem już od dawna.
Niedługo po tym przyszło nam do głowy, by połączyć wysiłki. Nasze badania najwyraźniej zawsze dzieliła ogromna przepaść i współpraca nie wykraczała poza ramy wzajemnej pomocy, która w miarę postępów w badaniach stawała się coraz skromniejsza. Brnęliśmy bowiem w coraz większe komplikacje i ewentualna współpraca wymagała bardziej zaawansowanej specjalizacji.
Którejś nocy przyśnił mi się ponownie ten sam, szczególnie wyraźny sen. We śnie stałem w kolosalnym laboratorium, nieziemskim, które wydawało się rozciągać w nieskończoność. Wszędzie widziałem dziwaczne, nieznane mi przyrządy i dziwaczne maszyny. Za pierwszym razem laboratorium wyglądało na nierealne i przepełnione nienaturalną mgłą, ale przy każdej kolejnej okazji stawało się coraz bardziej rzeczywiste, aż któregoś dnia po przebudzeniu byłem w stanie z zaskakującą dokładnością odtworzyć wiele jego szczegółów. Wykonałem nawet szkic niektórych urządzeń dla Scotta, a on zgodził się, że muszą pochodzić z moich snów. Nikt na świecie nie był bowiem w stanie bez pomocy wykonać szkiców, które mu przedstawiłem.
Scott wyraził opinię, iż badania hipnologii okazały się jednocześnie dobrym treningiem dla moich „jednostek świadomości”, które osiągnęły nową specjalizację i były w stanie zapamiętywać o wiele więcej z odbytych wędrówek. Sformułowałem teorię, wedle której moje „jednostki świadomości” zwiększyły liczebność, dzięki czemu poprawiła się również jakość snu.
– Zastanawiam się czy, twa machina czasomocy jest w stanie wpłynąć na jednostki świadomości – rzuciłem kiedyś.
Scott mruczał coś pod nosem.
– No, sam jestem ciekaw – stwierdził w końcu.
Sen powtarzał się regularnie. Gdyby mnie moje zaangażowanie w projekt, uznałbym zapewne, że staje się dokuczliwy, ale w tej sytuacji byłem wprost wniebowzięty. Znalazłem bowiem w sobie przedmiot badań.
Pewnej nocy Scott pokazał mi mechanizm przypominający słuchawki z pierwszych odbiorników radiowych, nad którym pracował od kilku tygodni. Nie wytłumaczył mi jak dotąd ich przeznaczenia.
– Pete – powiedział. – Chciałbym, byś przesunął wyrko bliżej stołu i założył ten oto hełm. Gdy zaśniesz, podłączę go do maszyny czasomocy. Jeśli w istocie ma ona jakikolwiek wpływ na jednostki świadomości, ten mechanizm nam to zademonstruje.
Dostrzegł moje wahanie.
– Nie bój się – zachęcił mnie. – Będę czuwał. Jeśli coś pójdzie nie tak, wyrwę wtyczkę i obudzę cię.
Założyłem więc hełm i pogrążyłem się we śnie. Scott Marston zasiadł na krześle przy moim łóżku.

Tej nocy odniosłem wrażenie, że chodzę po laboratorium. Nikogo nie widziałem, ale zbadałem to miejsce dokładnie. Wyraźnie pamiętam, jak ujmowałem różnie dziwaczne narzędzia, których przeznaczenia mogę się jedynie domyślać. Wszędzie widziałem liczne zwieńczone łukami wyjścia, prowadzące do pomniejszych pomieszczeń, do których się nie zapuszczałem. Architektura laboratorium oraz wyjścia wydawały mi się niewiarygodnie obce, co dostrzegłem już wcześniej, ale nigdy nie miałem okazji zbadać tak dogłębnie.
Otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą niespokojne oblicze Scotta Marstona.
– Co się stało, Pete? – zapytał.
Złapałem go za ramię.
– Scott, ja tam byłem. Chodziłem po tym laboratorium! Podnosiłem narzędzia! Wciąż widzę to miejsce, wyraźniej niż wcześniej!
Ujrzałem, jak w jego oczach pojawia się dziki blask. Poderwał się z krzesła, a ja dźwignąłem się do pozycji siedzącej.
– Czy ty wiesz, co myśmy znaleźli, Pete? Czy ty zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy w stanie podróżować w czasie, że możemy badać przyszłość oraz przeszłość? Nie jesteśmy już uwiązani na tej planecie czy nawet na tej płaszczyźnie istnienia! Możemy wędrować po rozmaitych wymiarach, możemy udać się do pierwszych chwil wieczności i patrzeć, jak kosmos rodzi się z łona nicości! Możemy pomknąć naprzód do chwili, gdy wszystko, co istnieje, zostanie pochłonięte w ostatecznym rozproszeniu energii, do chwili, gdy nawet przestrzeń ulegnie dezintegracji i nie pozostanie nic poza zamrożonym czasem!
– Czy stałeś się szaleńcem, Scott?
Jego oczy błyszczały.
– Nie, nie szaleńcem, Pete! Ja właśnie stałem się zwycięzcą! Możemy zbudować maszynę na tyle wielką, na tyle potężną, by przekształcić każdą naszą komórkę w jednostki świadomości. Możemy podróżować zarówno myślą jak i ciałem! Możemy przeżyć tysiąc żywotów, oglądać miliardy lat! Możemy odwiedzić planety, o których nikt jeszcze nie śnił, odwiedzać nieznane epoki! Trzymamy czas w naszych rękach!
W uniesieniu zacisnął pięści i uderzał nimi o siebie.
– Ten kwiat, który umieściliśmy w maszynie… Na Boga, Pete, zdajesz sobie sprawę, co się z nim stało? Czy wiesz, jak pierwotne ma teraz wspomnienia? A gdzie jest? A może rośnie teraz na bagnach w erze karbonu? A może powrócił do czasów swych przodków?

Minęły lata, ale ledwie zdajemy sobie z tego sprawę.
Włosy posiwiały nam lekko na skroniach, powoli opada z nas płaszcz młodości. Nie zdobyliśmy żadnej sławy, gdyż w naszych badaniach zabrnęliśmy zbyt daleko. Teraz to nawet najchłonniejsze, najprzyjaźniej nastawione umysły nie potrafiłyby uwierzyć w to, co odkryliśmy.
Scott zbudował większą machinę, eksperymentował z nią, obmyślał nowe rozwiązania, odkrywał nowe szczegóły, a potem przebudowywał ją, nie raz, ale wielokrotnie. Końcowy produkt, który przykucnął zgarbiony na środku naszej pracowni niczym obcy bóg, niewiele przypominał swój pierwowzór.
Ja zaś zagłębiłem się jeszcze bardziej w studia dotyczące natury snu, bez wytchnienia badając mą teorię jednostek świadomości. Z natury rzeczy mój postęp był o wiele wolniejszy niż postęp mego przyjaciela, gdyż miałem do czynienia niemalże wyłącznie z abstraktami. Choć dokładałem wszelkich starań, by stały się one możliwie praktyczne i realne, Scott dysponował o wiele bardziej materialną podstawą do badań.
Oczywiście nie zwlekaliśmy długo z próbą przeniesienia naszych ciał do laboratorium z moich snów. Chodziło nam o przekształcenie wszystkich elektronów, wszystkich elementów naszych ciał w jednostki świadomości za pomocą czasomocy. Wątpię, czy ludzkość kiedykolwiek wpadła na równie odważny pomysł.
Chcąc przekazać to, co widziałem, przyjacielowi, kreśliłem schematy i ryciny, odwiedzałem laboratorium wielokrotnie przy pomocy czasomocy, by zebrać bardziej szczegółowe dane o tym miejscu.
Lecz dopiero, gdy uciekłem się do hipnozy, udało mi się przekazać Scottowi bezbłędny opis ogromnego pomieszczenia oraz znajdującego się w nim sprzętu naukowego.
I nastał dzień ogromnego tryumfu, kiedy Scott, znajdujący się pod oddziaływaniem maszyny czasomocy, obudził się i opowiedział mi o miejscu, które odwiedzałem tak często. Dopiero wówczas mogliśmy nabrać pewności, że udało nam się zakończyć sukcesem pierwszy, niewykluczone, że najważniejszy etap w naszym wielkim eksperymencie.
Z pasją zagłębiłem się w badaniach dzieł owego ascety z Dalekiego Wschodu, który ze wszystkich ludzi na ziemi najdogłębniej zbadał zagadnienia koncentracji, siły woli i umiejętności podporządkowywania ciała siłom umysłu.
Choć te studia pozostawiły wiele do życzenia, pokazały, w jaki sposób świadomie wspomóc element czasomocy, by ten mógł zredukować nasze ciała do postaci jednostek świadomości i dzięki temu przetransportować nas do ogromnego laboratorium, które stało nam się takie bliskie.
Oczywiście istniały jeszcze inne miejsca poza laboratorium ze snów. Dzięki fazie pół-życia, w którą wprowadzała nas czasomoc, odwiedziliśmy wiele osobliwych zakątków, w których nie potrafiliśmy ustalić ani czasu ani przestrzeni. Przyglądaliśmy się widokom, które wypaliłby nam zdrowy rozsądek, gdybyśmy przyglądali im się w stanie pełnej świadomości. Bywały chwile, gdy budziliśmy się z trupiobladymi twarzami i upiornymi, ochrypłymi ze strachu szeptami opowiadaliśmy sobie o koszmarach, czyhających w niezbadanych wymiarach, gdzieś głęboko w trzewiach Kosmosu. Gapiliśmy się na człapiące, prześlizgujące się stworzenia i rozpoznawaliśmy w nich istoty bądź potomków istot, o których pisali starożytni mędrcy wtajemniczeni w arkana najczarniejszej magii – istoty wciąż pojawiające się w bajaniach ludów zamieszkujących peryferia cywilizacji.
Niemniej nasze wysiłki skupiliśmy głównie na tajemniczym laboratorium. Było ono pierwszym prawdziwym przedsionkiem wszechświata, do którego odkryliśmy drogę, dlatego pozostaliśmy mu wierni. Inne miejsca uznaliśmy za mało istotne wycieczki.

W Laboratorium Stwórcy

W końcu nadszedł dzień, gdy uznaliśmy, że zabrnęliśmy w badaniach wystarczająco daleko i udoskonaliliśmy naszą technikę na tyle, że mogliśmy bez ryzyka podjąć wyprawę do znanego nam – choć niezbadanego – królestwa laboratorium ze snu.
Stojąca przed nami, ukończona i ulepszona machina czasomocy przypominała obrzydliwy relikt z dawno zapomnianych dziejów. Wydawane przez nią osobliwe odgłosy, to cichnące i przypominające niski pomruk, to znów nabierające mocy, rozwijające się w krzyk, przepełniły cały dom. Wypolerowane boki maszyny połyskiwały złowrogo, a lustra, rozmieszczone wszędzie pod niemożliwymi kątami, przechwytywały żar rzędów biegnących górą rur i opromieniały całą maszynę odbijanym nieczystym blaskiem.
Staliśmy przed nią, posiwiali, z twarzami poznaczonymi zmarszczkami przedwczesnej starości. Byliśmy młodymi mężczyznami, którzy zestarzeli się służąc własnej ambicji i ciekawości.
Uświadomiłem sobie, że po dziesięciu latach starań stworzyliśmy coś, co mogło zabić nas obu, niemniej przepełniała nas pewność siebie. Dziesięć lat odlewania metalu i dmuchania szkła, dziesięć lat ujarzmiania i ułaskawiania dziwnych mocy! Dziesięć lat wytężania umysłów, dziesięć lat koncentracji i badania siły oraz wrażliwości świadomości! Przez cały ten czas na skraju naszych umysłów czaiło się wyobrażenie owego tajemniczego laboratorium. W miarę jak świadomość stawała się żywiołem coraz lepiej zbadanym, laboratorium stało się dla nas niemalże drugim życiem.
Scott wcisnął przycisk z boku i otworzyły się drzwi, odsłaniając ukryty w jej środku pokoik, co mnie skojarzyło się z rozchylaną czarną paszczą. W owej paszczy nie było ani śladu surowej mocy czy wibrującej, przelewającej się siły, które emanowały z naszego wynalazku, ale dla niewtajemniczonych sama w sobie stanowiła ogromną groźbę.
Scott przeszedł przez próg i znikł w ciemnościach. Pochylił się łagodnie, by zasiąść na fotel, a potem ułożył dłonie na panelu sterującym.
Wślizgnąłem się w ślad za nim i zamknąłem drzwi. Gdy odciąłem drogę ostatnim promykom światła, zalał nas nieprzenikniony mrok. Założyliśmy hełmy. Przez nasze ciała przepływała straszliwa moc, szarpała nimi, groziła rozszarpaniem na kawałki.
Mój przyjaciel wyciągnął dłoń po omacku. Zrobiłem to samo i odnalazłem ją, złapałem i zacisnąłem mocno, jak przystało na uścisk dłoni dwóch mężczyzn, rozpoczynających wyprawę w nieznane.
Walczyłem o odzyskanie kontroli nad myślami, a gdy się udało, skupiłem je na laboratorium, odtwarzając sobie jego wnętrze z dokładnością co do najdrobniejszego szczegółu. Potem Scott musiał pchnąć manetkę kontroli mocy do przodu. Moje ciało przeszył niewyobrażalny ból, wydawało się wręcz wić, do tego pojawiły się nudności. Zapomniałem o ciele. Laboratorium wydawało się przybliżać. Leciałem, spadałem ku niemu, spadałem coraz szybciej. Byłem samotną myślą pędzącą w jednym kierunku, leciałem prosto na laboratorium… I czułem się strasznie.
Mój upadek został nagle przerwany, bez żadnego szarpnięcia czy zderzenia.
Stałem w laboratorium. Pod stopami czułem chłód podłogi.
Zerknąłem w bok i ujrzałem Scotta Marstona, był całkiem nagi. Oczywiście, że był nagi. Przecież machina czasomocy nie przerzuci takich rzeczy jak ubrania.
– Nie zabiła nas – powiedział Scott.
– Ani draśnięcia – zgodziłem się.
Uścisnęliśmy sobie z powagą dłonie. Tak właśnie pogratulowaliśmy sobie odniesionego sukcesu.

Odwróciliśmy się w stronę pomieszczenia. Było to kolorowe miejsce. W lśniących pojemnikach stały wielobarwne płyny. Meble, zaprojektowane w sposób zupełnie nie przystający do ziemskich standardów, a ponadto dziwacznie wykończone, wyglądały jak wykonane ze świetnie wypolerowanego, opalizującego drewna. Przez okna wpadały jasne promienie błękitnego światła dnia. Zawieszone pod sufitem wielkie kule emanowały łagodną bielą.
Niespodziewanie przez zwieńczone łukiem drzwi do pomieszczenia wpłynął stożek światła, śmietankowo biały, tu i ówdzie lekko zaróżowiony. Wbiliśmy w niego spojrzenia. Wydawał się światłem, ale czy tak było naprawdę? Stożek nie był przejrzysty i choć zdawał się intensywnie emanować, jego kolory nie raziły w oczy.
Stożek liczył sobie jakieś dziesięć stóp wysokości i odwrócony był cieńszym końcem ku ziemi. Przybliżał się do nas szybko, ale bezgłośnie. W całym pomieszczeniu nie było zresztą słychać nawet najcichszego szmeru. Przybysz zatrzymał się tuż przed nami i odniosłem niezwykłe wrażenie, iż bacznie nas obserwuje.
– Kim jesteście?
Głos zdawał się wypełniać laboratorium, ale jedynymi obecnymi w nim ludźmi byliśmy ja i Scott, a żaden z nas nie powiedział nawet słowa. Spojrzeliśmy po sobie ze zdziwieniem, a potem przenieśliśmy spojrzenia na nieruchomy stożek przed nami.
– To ja mówię – znów zabrzmiał Głos. Zrozumieliśmy wtedy, że to ów stożek wygłosił te słowa.
– Nie, nie mówię – ciągnął Głos. – Źle dobrane słowa. Ja myślę. Wy słyszycie moje myśli. Ja równie łatwo słyszę wasze.
– Telepatia – stwierdziłem.
– To dziwny termin – odparł Głos – ale umysłowa projekcja, jaką wywołuje to pojęcie, zdradza mi, że w pewnym stopniu rozumiecie zasadę funkcjonowania tego, o czym wspomniałem. Wasze myśli mówią mi, że pochodzicie z miejsca, które nazywacie Ziemią. Wiem, gdzie znajduje się Ziemia. Rozumiem, że jesteście zaskoczeni i czujecie się niekomfortowo ze względu na mój wygląd, moce i to, że nie przypominam niczego, coście dotąd widzieli. Nie martwcie się. Jesteście tu mile widziani. Zakładam, że bardzo długo dokładaliście wszelkich starań, by tu dotrzeć, stąd też nie grozi wam żadna krzywda.
– Nazywam się Scott Marston – powiedział mój przyjaciel. – A to jest Peter Sands.
Myśli stożka światła otoczyły nas i obaj poczuliśmy delikatne ukłucie reprymendy i żalu, gdyż istota musiała odebrać nasze zachowanie jako przejaw niczym nieuzasadnionego egotyzmu.
– W tym miejscu nie istnieją imiona. Rozpoznajemy się dzięki naszym osobowościom. Jednakże, skoro wasza mentalność dopomina się o identyfikację przez nazwy, możecie zwracać się do mnie imieniem Stwórca. Dobrze, a teraz chciałbym dodać, że są inni, których powinniście poznać.
Wydał okrzyk, dziwny okrzyk, który chyba wyrażał równie dziwne imię.
Rozległ się tupot stóp po podłodze i z przyległego pokoju wybiegły trzy postacie przypominające zwierzęta. Dwie były do siebie podobne – tłuste i przysadziste, z grubymi, krótkimi odnóżami, zakończonymi okrągłymi poduszeczkami, które cmokały podczas chodzenia. Oba stworzenia nie miały ramion, ale ze środka ich rozdętych klatek piersiowych sterczała macka, przypominająca nieco trąbę słona, ale zakończona kiścią pomniejszych macek. Ich głowy, zwężające się ku górze i zakończone pękiem kolorowych piór, wyrastały prosto z wąskich ramion.
Trzecia istota była antytezą dwóch pozostałych – była bowiem wysoka i chuda, z budowy przypominała wręcz patyczaka. W jej tykowatych nogach dopatrzyłem się trzech par stawów, a groteskowo długie ramiona zwisały niemalże do ziemi. Przyglądając się jej ciału, odniosłem wrażenie, że mógłbym je otoczyć palcami obu dłoni. Głowa była po prostu owalną bryłą na szczycie insektoidalnego korpusu. Istota nie przypominała człowieka w tym samym stopniu co pozostałe, ale stanowiła jego karykaturę, rycinę spod ołówka sardonicznego rysownika.
Stwórca najwyraźniej zwrócił się do trójki nowoprzybyłych.
– Spójrzcie – rzekł. – Mamy gości. Odnoszę wrażenie, że przybyli tu w ten sam sposób co wy. Są wielkimi naukowcami, podobnie jak i wy. Zaprzyjaźnicie się.
Potem Stwórca zwrócił się do nas.
– Te istoty przybyły tu tak jak i wy, są moimi gośćmi w tym samym stopniu co wy. Mogą wydawać się wam obcy i niezrozumiali, ale miejcie pewność, że dla nich wyglądacie równie dziwnie. Są jednak waszymi braćmi i sąsiadami. Pochodzą z waszego…
Odniosłem wrażenie, że spoglądam na ogromną przestrzeń wypełnioną wirującymi plamkami słońca.
– Jemu chodzi o Układ Słoneczny – zasugerował Scott.
Powoli i ostrożnie zbudowałem w umyśle schemat naszego układu planetarnego.
– Nie!
Odpowiedź przecząca uderzyła w nas z siłą wściekłego pioruna. Znów pojawiła się wizja niewyobrażalnie rozległej przestrzeni i tysięcy plamek światła – wirujących mgławic, układów gwiezdnych, potężnych słońc podwójnych i osamotnionych wszechświatów.
– Jemu chodzi o kosmos – rzekł Scott.
– Oczywiście, że przybyli z kosmosu – odparłem. – Kosmos, a raczej wszechświat jest wszystkim, czyż nie? Jest sumą wszystkich istniejących bytów!
Znów przecząca odpowiedź Stwórcy wypaliła sobie drogę do naszych umysłów.
– Mylisz się, Ziemianinie. Twa wiedza tutaj jest nic nie warta. Jesteście obaj jak niemowlęta. Chodźcie za mną, pokażę wam, z czego składa się wasz wszechświat.