Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Wielka Księga Fantasy tom 1 – fragment opowiadania

Fabryka Słów udostępniła fragment opowiadania Mur wokół świata, autorstwa Theodore’a R. Cogswella, które znajdzie się w pierwszym tomie Wielkiej Księgi Fantasy(premiera w ten piątek).

Mur, który otaczał świat, zawsze tam był, więc nikt nie zwracał na niego uwagi. Nikt, poza Porgiem.
Porgie miał zamiar dowiedzieć się co znajduje się po drugiej stronie muru – zakładając, że w ogóle istniała ta druga strona – albo zginąć próbując tego dokonać. Miał niespełna czternaście lat, a to wiek w którym słowo „niemożliwe” postrzega się jako pojęcie wymyślone przez dorosłych, po to, by mogli je wykorzystać w sobie tylko znanych celach. Był jednak skłonny przyznać, że pokonanie gładkiej jak szkło ściany wznoszącej się pionowo w górę na tysiąc stóp mogło nastręczać pewnych trudności. Dlatego dużo czasu poświęcał na obserwowanie orłów.
Tego ranka jak zwykle spóźnił się do szkoły. Stracił za dużo czasu na szukanie miejsca dla swojej miotły na zatłoczonych stojakach szkolnego dziedzińca i do sali wślizgnął się dokładnie sześć minut po rozpoczęciu zajęć, emanując wręcz poczuciem winy.
Przez chwilę już myślał, że mu się udało. Stary pan Wickens stał tyłem do klasy i szkicował kredą pentagram na tablicy.
Ale gdy tylko Porgie zajął swoje miejsce, nauczyciel się odwrócił.
– Widzę, że pan Mills postanowił w końcu do nas dołączyć – wycedził.
Klasa roześmiała się, a Porgie spłonął rumieńcem.
– Co ma pan tym razem na swoje usprawiedliwienie, panie Mills?
– Obserwowałem orła – wymamrotał Porgie.
– Jakiż to zaszczyt dla orła. A cóż takiego robił ten orzeł, że tak pana to zainteresowało?
– Szybował na wietrze. Nie wymachiwał skrzydłami, w ogóle nimi nie ruszał. Leciał nad kanionem ciągnącym się do wschodniego muru, tam gdzie wiatr uderza w ścianę i zaczyna wiać w górę. Orzeł krążył, wyżej i wyżej. Wie pan co, panie Wickens? Mógłbym się założyć, że gdyby ktoś schwytał całe stado orłów i przywiązał do nich liny, to mógłby się wznieść aż na sam szczyt muru!
– To możliwe – powiedział pan Wickens. – Gdyby oczywiście udało się schwytać orły. A teraz, jeśli nie ma pan nic przeciwko, zamierzam kontynuować lekcję. Przy przyzywaniu Żywiołów Piątego Rzędu należy poświęcić szczególną uwagę…
Porgiemu aż zaszkliły się oczy, gdy próbował wymyślić jakiś sposób na schwytanie orłów.
Na następnej lekcji pan Wickens wykładał im Astrologię Praktyczną. Porgie gryzł końcówkę pióra i próbował się skupić na temacie, ale bezskutecznie. Nic nie wychodziło mu tak jak powinno. I gdy nagle zauważył, że ledwie zaczął zadanie, przez pomyłkę przestawił kilka znaków zodiaku, zrezygnował i zajął się rysowaniem planów pułapek na orły. Opracował pierwszą, uznał, że nie ma szans zadziałać, zajął się szkicowaniem drugiej…
– Porgie!
Podskoczył. Pan Wickens, zamiast stać na swoim miejscu przed klasą, był tuż obok niego. Nauczyciel sięgnął po zarysowaną kartkę i obejrzał ją. Potem złapał Porgiego za ramię i poderwał go z ławki.
– Do mojego gabinetu!
Idąc do drzwi Porgie słyszał, jak pan Wickens mówi:
– Klasa jest wolna do mojego powrotu.
Fala dużych, średnich i całkiem małych chłopców wypłynęła z sali. Podążyła korytarzem prowadzącym do drzwi frontowych i wylała się prosto w blask słońca. Gdy mijali Porgiego, jego kuzyn, Homer, przystanął i całkiem przypadkiem i wcale nie specjalnie dźgnął go łokciem w żebra. Homer, zwany powszechnie „Byczkiem” z racji krępej budowy i zadziornej miny, był rok starszy od Porgiego i poważnie traktował obowiązki spoczywające na nim z racji starszeństwa.
– Czekaj tylko, aż powiem o tym tacie. Dostanie ci się wieczorem! – szturchnął Porgiego jeszcze raz, po czym pobiegł na podwórko przewodzić zabawie w czarnoksiężnika.
Pan Wickens otworzył drzwi prowadzące do swojego gabinetu i wprowadził Porgiego do środka. Potem starannie je zamknął i przekręcił zamek. Usiadł za biurkiem na krześle z wysokim oparciem i splótł palce dłoni.
– Czym się zajmowałeś podczas lekcji? – zapytał.
Porgie nie odpowiedział.
Pan Wickens zmrużył oczy. Rózga z leszczyny, która leżała na najwyższej półce biblioteczki, tuż obok wypchanej sowy, uniosła się w powietrze, przeleciała przez pokój i wylądowała na dłoni nauczyciela.
– No więc? – powiedział, uderzając lekko jej czubkiem o biurko.
– Pułapkami na orły – przyznał Porgie. – Rysowałem pułapki na orły. Nie mogłem nic na to poradzić. Mur mi kazał.
– Mów dalej.
Porgie zawahał się. Rózga uderzyła o biurko.
– Chcę zobaczyć, co jest po drugiej stronie – wyrzucił z siebie chłopiec. – Nie istnieje magia, która mogłaby mnie tam zabrać, więc muszę znaleźć inny sposób!
Pac, odparła rózga.
– Coś jeszcze?
– Gdyby w starych księgach był opisany jakiś magiczny sposób, to ktoś by go już dawno znalazł!
Pan Wickens wstał i oskarżycielsko uniósł palec, celując nim w Porgiego.
– Wątpliwość jest matką potępienia!
Porgie wbił wzrok w ziemię, pragnąc znaleźć się jak najdalej stąd.
– Widzę w tobie zwątpienie. Porgie, zwątpienie to zło. Zło! Są sposoby, które ludzie mogą wykorzystywać i takie, które są im zakazane. Jesteś o włos od dokonania niewłaściwego wyboru. Uważaj, by nie przyszedł po ciebie Czarny Człowiek, tak jak kiedyś przyszedł po twojego ojca. A teraz pochyl się!
Porgie posłuchał. Żałował, że nie założył grubszych spodni.
– Jesteś gotowy?
– Tak, proszę pana – powiedział ze smutkiem Porgie.
Pan Wickens uniósł rózgę nad głowę. Porgie czekał. Witka uderzyła – ale w biurko.
– Stań prosto – powiedział zmęczonym głosem pan Wickens i usiadł ponownie. – Próbowałem wbijać ci pewne rzeczy do głowy i próbowałem wbijać ci je rózgą w pośladki, ale oba końce twojego ciała są tak samo oporne. Porgie, czy nie potrafisz zrozumieć, że nie powinieneś podejmować prób odkrycia czegoś nowego? Księgi zawierają wszystko, czego można się dowiedzieć. Z każdym rokiem to, co jest w nich zapisane, staje się dla nas coraz bardziej zrozumiałe.
Wskazał na majaczącą w oddali za oknem fasadę muru wokół świata.
– Nie przejmuj się tym, co jest po drugiej stronie. Może żyją tam anioły, może demony – Księgi nam tego nie wyjaśniają. Ale żaden człowiek się tego nie dowie, póki nie będzie na tę wiedzę gotowy. Nasze miotły nie wzlecą tak wysoko, nasze zaklęcia nie są dość silne. Potrzeba nam większej biegłości w magii, więcej wiedzy o tych tajemniczych, niewidocznych siłach, które nas otaczają. W czasach mojego dziadka najlepsze miotły nie wzlatywały wyżej niż na sto stóp w górę. Ale Adepci z Wielkiej Wieży pracowali nad tym i pracują nadal i teraz, gdy chmury są nisko, możemy latać pomiędzy nimi. Pewnego dnia będziemy mogli wznieść się hen, aż na szczyt muru…
– A dlaczego nie teraz? – upierał się Porgie. – Przy pomocy orłów.
– Bo nie jesteśmy gotowi – odparł krótko pan Wickens. – Zastanów się nad rozmowami w myślach. Ledwie trzydzieści lat temu opracowano właściwe zaklęcia, ale dziś już jest kilka osób, które mogą rozmawiać mimo dzielących je mil poprzez wypowiadanie słów w myślach. Chodzi o czas, Porgie – na wszystko trzeba czasu. Znaleźliśmy się tu, by poznawać Drogę i wszystko, co odwraca naszą uwagę od jej poznania, jest złe. Człowiek nie może podążać dwiema drogami jednocześnie. Gdyby próbował, musiałby się przeciąć na dwie części.
– Możliwe – powiedział Porgie. – Ale ptaki przelatują nad murem mimo że nie znają żadnych zaklęć. Panie Wickens, jeśli wszystko jest magiczne, to czemu magia nie działa na wszystko? Jak na przykład na to… – wyciągnął z kieszeni lśniący kawałek kwarcu i położył go na biurku. Trącając go palcem, zadeklamował:
Kamieniu leć
Wznieść ci się trzeba
Ponad chmury
Aż do nieba.
Kamień się nie poruszył.
– Widzi pan? Jeśli te słowa działają na miotły, to powinny zadziałać też na kamienie.
Pan Wickens wbił wzrok w kamień. Ten nagle drgnął i uniósł się w powietrze.
– To co innego – powiedział Porgie. – Kontroluje go pan swoim umysłem. Każdy może coś takiego zrobić z małymi przedmiotami. A ja chcę wiedzieć czemu same słowa nie działają.
– Jeszcze nie wiemy wystarczająco dużo – powiedział niecierpliwie pan Wickens. Wypuścił kamień, który zaraz opadł na blat biurka. – Z każdym rokiem dowiadujemy się trochę więcej. Może, gdy twoje dzieci dorosną, znajdziemy zaklęcie, które będzie podnosić wszystko – pociągnął nosem. – A swoją drogą, po co chcesz sprawić, żeby kamienie latały? Już samo rzucanie ich może człowieka wpędzić w nie lada kłopoty.
Porgie zmarszczył brwi.
– Jest różnica, między sprawianiem, by dana rzecz coś zrobiła, na przykład podnosząc ją ręką czy umysłem, a rzucaniem na nią zaklęcia tak, by zrobiła coś sama z siebie, jak miotła.
W gabinecie zapadła cisza. Uczeń i nauczyciel pogrążyli się we własnych myślach.
W końcu pan Wickens przerwał milczenie.
– Porgie, nie chciałbym przywoływać nieprzyjemnych wspomnień, ale dobrze byłoby, gdybyś pamiętał, co spotkało twojego ojca. Jego wątpliwości przyszły później niż twoje – przez jakiś czas był jednym z moich najbardziej obiecujących uczniów – ale były tak samo silne.
Wysunął jedną z szuflad biurka, przez chwilę w niej grzebał, aż w końcu wyciągnął plik kartek pożółkłych ze starości.
– To jest praca, która go zgubiła: „Rozważania na temat niemagicznych metod lewitacji”. Napisał ją, żeby dostać się na szkolenie dla Młodszych Adeptów. – Nauczyciel rzucił kartki na biurko, jakby dotykanie ich bezcześciło jego palce.
Porgie zaczął je podnosić.
– Nie dotykaj! – ryknął pan Wickens. – Tam są bluźnierstwa!
Porgie cofnął gwałtownie dłoń. Spojrzał na leżącą na wierzchu kartkę i dostrzegł staranny szkic czegoś, co wyglądało jak ptak – tyle że miało dwie pary skrzydeł, jedną z przodu, drugą z tyłu.
Pan Wickens schował plik kartek z powrotem do szuflady. Z dezaprobatą spojrzał Porgiemu w oczy.
– Jeśli zechcesz pójść w ślady ojca, nikt z nas nie będzie w stanie cię powstrzymać – mówił coraz głośniej i coraz surowiej. – Ale jest ktoś, kto to potrafi… Pamiętaj o Czarnym Człowieku, Porgie, bo jego przyjście będzie straszliwe! W jego oczach zapłonie ogień i żadne zaklęcie cię przed nim nie obroni. Kiedy przyszedł po twojego ojca, w samo południe zapadła ciemność i rozległ się krzyk. A kiedy wróciło słońce, ich już było ani Czarnego Człowieka, ani twojego ojca – i niedobrze jest zastanawiać się, gdzie się podziali.
Pan Wickens potrząsnął głową, jakby chciał odgonić wspomnienia. Wskazał na drzwi.
– Porgie, myśl zanim coś zrobisz. I myśl tak, jak należy!
Wychodząc Porgie myślał, ale bardziej o szkicu z rozprawki swojego ojca niż o Czarnym Człowieku.