Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Wielka Księga Science Fiction tom 2 – fragment Wysokiej Ósemki

Zapraszamy do lektury poniższego fragmentu opowiadania Keitha Robertsa Wysoka Ósemka, pochodzącego z antologii Wielka Księga Science Fiction tom 2:

Wysoka Ósemka

Kłopoty Ricka Camerona zaczęły się pewnego pogodnego ranka w biurze Stana Mainwaringa.
Stan był kierownikiem w Saskeega Power, a Rick pracował w firmie jako główny konserwator linii. Przyjaźnili się od dzieciństwa, chodzili razem do szkoły i spędzili w Saskeega Power prawie piętnaście lat.
Rick właśnie siedział na biurku szefa i przeglądał prospekty firmy, gdy zadzwonił telefon. Stan podniósł słuchawkę.
– Tak?… Co? Lepiej go zabierz… – z aparatu dobiegały przez dłuższą chwilę skrzeczące okrzyki. Stan zaczął zaciskać rytmicznie palce na słuchawce w rosnącym zdenerwowaniu. A potem rzucił:

– Tak, zajmę się tym. Tak, zaraz. – rozłączył się i spojrzał na telefon w zamyśleniu, opierając dłonie o blat. Rick z westchnieniem wzniósł oczy do sufitu.
Jedna z linii firmowych używana była jako próbna, sprawdzano na niej odporność na korozję nowych emalii do metalu. Rick i Stan mieli tam zajrzeć i sprawdzić, jak sobie radzi nowa farba. Rick przeszedł halę główną, by zabrać przyjaciela i razem z nim pojechać na inspekcję w teren. Teraz miał jednak przeczucie, że z wyprawy nici.
– Co jest, Stan? – zapytał. – Kłopoty?
Przyjaciel posłał mu poważne spojrzenie.
– W nocy było samobójstwo. Jakiś starszy facet powiesił się na przekaźniku. Właśnie go znaleziono. Billy powiedział, że nieładnie to wygląda. Szeryf jest już w drodze. Też muszę jechać i rzucić okiem.
– Gdzie to było, Stan? Gdzie to się stało?
– W najdziwniejszym miejscu świata: przy Wysokiej Ósemce. – wzruszył ramionami Stan.
Z Saskeega wychodziło setki linii, praca Ricka polegała na ich serwisowaniu i pilnowaniu, by instalacje działały jak należy, przynajmniej w promieniu dwudziestu pięciu mil od centrali. Wspomniane przez Stana miejsce znajdowało się w sektorze Indian Valley. Linia biegła na zachód przez góry, przesmykiem na wzgórzu Black Horse i wychodziła po drugiej stronie doliny. Niełatwo było ją konserwować, lecz należała do ważnych arterii – zaopatrywała w energię Sand Creek Pool, do którego podpięte było Centrum Badań Atomowych w Sand Creek, a Centrum Badań Atomowych w Sand Creek stanowiło najważniejszą placówkę w kraju… Chodziło o coś jeszcze: dwie instalacje w górach, dwa przekaźniki. Rick słyszał plotki szeptane przez podwładnych, że urządzenia stanowiły część Mózgu Apokalipsy. Ale Ricka niespecjalnie to obchodziło czy martwiło. Nie był człowiekiem, który lubi się zamartwiać. Jego praca polegała na konserwacji linii i na tym się skupiał.
Pierwszy przekaźnik znajdował się przy wzgórzu, drugi wyżej przy przesmyku. Numer dwa na linii, numer ósmy w sektorze. Urządzenie stało wysoko, niemal pod chmurami, dlatego właśnie przezywano je Wysoką Ósemką. Między innymi dlatego…
Rick ruszył za szefem. Uważał firmę za swoje dziecko, tak samo jak Stan. Przyjaciele przejechali przez Freshet, niewielkie miasteczko, które stało się siedzibą członków personelu Saskeega i ich rodzin. Kiedy samochód mijał dom Ricka, pomachała mu żona. Rick pokręcił lekko głową. Dobrze, że Judy nie wiedziała, dokąd się wybiera mąż i po co. Nie lubiła linii.
Samochód jechał dalej, za opłotkami droga zaczęła się wspinać między ustawionymi wzdłuż niej słupami. W górach niewiele było miejsc, gdzie można je bezpiecznie stawiać, dlatego kable towarzyszyły szosie. Kiedy mężczyźni dotarli wystarczająco wysoko, ujrzeli w dole Saskeega i zbiegające się tam linie, białe pasma na tle skał.
Rick odwrócił się do Stana.
– Jak temu facetowi udało się utrzymać na przewodach? To musiał być wariat… – westchnął. Nie czuł się dobrze. Kiedy był w wojsku, widział człowieka, który przyjął tysiąc wolt – z gościa zostały tylko buty. A przepięcie jest znacznie gorsze, nie można igrać z setką tysięcy wolt i wyjść z tego cało. W budce przekaźnika kable biegły zebrane w specjalnych nieckach, chronionych barierą zabezpieczającą. Jeżeli upuściło się narzędzie – np. klucz – zostawało tam aż do rutynowego przeglądu. Jeżeli chciało się samodzielnie przejść pod ogrodzeniem, by zabrać przedmiot, obrywało się napięciem po palcach. Rick przeczesał dłonią rude włosy.
– Temu gościowi brakowało chyba piątej klepki, skoro przeczołgał się pod ogrodzeniem, żeby wejść na kable… – powtórzył.
Stan nie odpowiedział, tylko mocniej nacisnął gaz. Minęli węzeł numer siedem, jeszcze parę mil pod górę i dotrą do Wysokiej Ósemki, wznoszącej się nad urwiskiem, odbijającej promienie słońca bielą ścian. Kiedy wreszcie się tam znaleźli, Stan zjechał z drogi i zaparkował. Wysiedli. Nieopodal stały dwa samochody: firmowa półciężarówka i wóz szeryfa. Rick i Stan podeszli do budynku. W progu już czekał szeryf Stanton. W głębi jeden z jego zastępców robił zdjęcia, błysnął flesz. Stanton skinął głową ludziom z Saskeega i wskazał kciukiem na Wysoką Ósemkę.
– Lepiej rzućcie okiem, chłopaki. Możecie być dumni ze swojego rożna.
Rick i Stan weszli powoli.
Mogło być gorzej. Skulone ciało leżało tuż za drzwiami – drobny, siwowłosy mężczyzna w znoszonym ubraniu. Zapewne włóczęga. Wyładowanie musiało go tu rzucić, nie usmażył się cały, miał tylko zwęglone ręce. I rozbitą głowę, gdy uderzył o barierkę. Nie, żeby to było ważne – nie żył już, kiedy nastąpiło uderzenie. Nieopodal leżało blaszane pudełko. Było otwarte, ze środka wysypały się kartki i fotografie. A dalej w półmroku lśniły blado przewody i brzęczały cicho transformatory.
Nadjechał ambulans, by zabrać ciało. Szeryf zebrał rozrzucone na podłodze papiery i przejrzał pobieżnie. Wzruszył ramionami.
– Żadnego nazwiska. Wątpię, byśmy znaleźli jego znajomych, a nawet jeżeli, pewnie ich nie obejdzie śmierć kumpla. Teraz przynajmniej jest w lepszym świecie, biedny stary. Zdarzały się takie przypadki wcześniej, chłopaki?
Rick powoli pokręcił głową. Samobójstwa zdarzały się zawsze, ale niewielu ludzi wybierało linię. Nie był to najprzyjemniejszy sposób opuszczenia tego świata…
Zmarły włóczęga wyłamał zamek w drzwiach. Stan przesunął po nim palcem i odezwał się z namysłem:
– Może ten stary szukał tylko schronienia i noclegu na jakiś czas? Znalazł sobie piekielnie dobre miejsce.
Kazał jednemu z firmowych serwisantów wymienić zamek. Niewiele więcej można było zrobić. Później wraz z Rickiem ruszyli do miasta. Rick prowadził, starając się zapomnieć o tym, co widział. Do wieczora prawie mu się udało, jednak wystarczyło jedno spojrzenie w twarz Judy i Rick zrozumiał, że żona wie. Zapytał, skąd. Wyjaśniła, że zobaczyła wóz serwisowy i zagadnęła kierowcę. Rick w duchu przeklął nieodpowiedzialnych podwładnych, którzy nie umieli trzymać gęby na kłódkę. Wolałby, żeby Judy nie wiedziała o podobnych sprawach, biorąc pod uwagę, jak nie znosiła linii. Rick częściowo winił siebie za takie nastawienie żony. Zabrał ją kiedyś do Wysokiej Ósemki, czym strasznie ją przeraził. Spory budynek mruczący jak kot, pole elektrostatyczne, od którego jeżyły się włoski na skórze, błękitne iskry wyładowań w mroku między przewodami. Judy od tamtej pory żyła w strachu i wcale jej nie przechodziło.
– Dlaczego ten człowiek to zrobił? Dowiedziałeś się, dlaczego? – zapytała. – Może, no, wiesz… Może zostawił list pożegnalny albo notkę, wyjaśniającą powody…?
– Żadnego listu, kochanie, nic. Myślę, że ten gość nie miał powodu. Po prostu był szalony i tyle.
Stał przed Judy marszcząc brwi ze zmartwienia i poczucia, że sytuacja wykracza poza jego kompetencje. Nie wiedział, jak uspokoić żonę.
Judy potrząsnęła gniewnie głową.
– Wiem, dlaczego ten człowiek to zrobił. Wiem, dlaczego! Ty nie? – przełknęła nerwowo. – Czy… Czy był bardzo spalony?
– Posłuchaj, Judy…
– To linie. To zawsze są linie. Jak szyny na… na stacji metra. Przyciągają cię. Nigdy tego nie czułeś, Rick? Stoisz przy barierce, a z oddali nadjeżdża pociąg, słyszysz, jak się zbliża, a szyny cię przyciągają… Coraz mocniej i mocniej…
– Kochanie, proszę…
Zignorowała go.
– Tak samo jest z liniami, Rick. Przyciągnęły tego włóczęgę. Wyobraź go sobie, stary człowiek, samotny, który nie ma dokąd pójść, nie ma nikogo. Wtedy przyciągają najmocniej, gdy nie ma nikogo w pobliżu. Ten człowiek był głodny, zmarznięty, a zbliżała się noc. I wtedy ujrzał światła z Wysokiej Ósemki, jak czerwone i bursztynowe oczy, które spoglądają z ciemności i zdają się mówić: „no, chodź, już dobrze, chodź”… I to mruczenie, i blask za ogrodzeniem, który przyciąga i przyciąga…
Rick chwycił ją za ramiona i potrząsnął.
– Judy, na miłość boską!
Wyrwała się, uciekła do kuchni. Włączyła światło.
– Elektryczność, Rick. Przeraża mnie. Rozejrzyj się, jest wszędzie. Tylko pomyśl, a jeżeli ona czeka? Jeżeli tylko czeka, by przyciągnąć wszystko…
Rick miał dość.
– Chryste, kobieto, zamknij się! – krzyknął. – Byłem jednym z tych, którzy musieli przenieść tego faceta do karetki. I nie spodobało mi się to, kochanie, bo nie lubię takich rzeczy. Myślisz, że jestem jakimś potworem, który zbiera trupy z kabli wysokiego napięcia? Sama pytałaś, pamiętaj. Tak, ten gość miał zwęglone ręce. Zwęglone do kości, zupełnie czarne… Szczęśliwa? Próbowałem o tym zapomnieć przez cały dzień…
Judy zacisnęła powieki i przycisnęła pięść do ust, jakby poczuła ból. Przez długą chwilę panowało milczenie.
– Rick… Przepraszam, bardzo przepraszam, kochany… Nie wiem, co mnie napadło… Zawsze, jak pomyślę o liniach… Przykro mi…
Rick westchnął, czując drżenie, jak zwykle, gdy dochodziło do kłótni z żoną.
– Już dobrze… Oboje musimy o tym zapomnieć. Takie przypadki się zdarzają, kochanie, ale to jeszcze nie powód, by się denerwować…
– Rick, nie moglibyśmy się wyprowadzić? Znalazłbyś nową pracę, daleko do Saskeega, gdzie nie byłoby linii w pobliżu…
Przerabiali to dziesiątki, setki razy. Rick zrobiłby dla Judy naprawdę wiele, nawet jeżeli byłoby to nierozsądne, ale nie mógł zmienić pracy. Zresztą, o ile wiedział, linie były wszędzie. A przynajmniej tak sobie wmawiał. Lecz chodziło o coś jeszcze, o coś, czego nie mówił żonie, ponieważ nie zrozumiałaby. Linie w końcu złapią każdego, prędzej czy później. Och, rzecz jasna, nie w ten sposób, w jaki myślała Judy, ale Rick wyczuwał w nich coś. Słupy wysokiego napięcia i przewody przecinające każdy skrawek kraju. Dostarczały energii, by ludzie mogli żyć, by toczył się świat. Coś w tym było. Rick próbował czasami rozmawiać o tym ze Stanem, ale nigdy nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Jednak zdawało się, że Stan wiedział, o co chodzi.
Tej nocy Rick miał sen. Sen, który nawiedzał go już wielokrotnie. Zaczynał się od dzwonka telefonu. Rick odbierał i dowiadywał się, że znaleziono kolejne ciało w Wysokiej Ósemce. Kiedy zdarzenie powtórzyło się po raz piąty lub szósty, mężczyzna się obudził. Usiadł w łóżku, zastanawiając się, czy szalone pomysły i lęki Judy nie udzieliły się także jemu. Rozejrzał się. W pokoju panował mrok, Rick nie widział tarczy zegarka, który odłożył na szafkę nocną. Przysunął zegarek do oczu. Właśnie minęła trzecia. Mężczyzna ziewnął i przetarł oczy, a wówczas dźwięk, który go obudził, zabrzmiał ponownie.
Dzwonił telefon.
Rick wstał i odebrał. Kiedy odłożył słuchawkę, zaczął się zastanawiać, czy zaraz się obudzi. Niestety, tym razem to się działo naprawdę.
Z rezygnacją wrócił zatem do sypialni i zaczął się ubierać. Czynił to mechanicznie, niemal bez udziału woli. W Wysokiej Ósemce znaleziono kolejne ciało, linia została zerwana, więc Rick musiał się tam jak najszybciej zjawić.
Odwrócił się, gdy Judy zapaliła światło. Drżała.
– Co się dzieje, Rick? Dzwonił telefon…?
– Muszę wyjść, kochanie – odpowiedział. – Są problemy. Postaram się szybko wrócić, to nie potrwa długo…
Chwyciła go za ramię.
– Jest kolejne ciało. W tym przeklętym przez Boga miejscu…
– Kochanie, to nic takiego. Jakieś kłopoty z instalacją. Awaria izolatorów – rzucił pierwszą wymówkę, jaka przyszła mu do głowy. Na próżno. Wystarczyło, by spojrzał jej w oczy, by zrozumieć – Judy wiedziała.
Rick wsiadł do samochodu. Kiedy tylko opuścił bezpieczne granice miasteczka, poczuł wiatr napierający na koła. Na wzgórzu Black Horse zawsze wiało jak cholera, dzień i noc. Wtedy Rickowi przypomniał się wiersz o wietrze, który wiał nad pustkowiem, gdzie nikt nigdy nie przychodził. Na górze także nie było nic poza Wysoką Ósemką.
Starał się nie przejmować tą myślą. Rick należał do ludzi racjonalnych, jednak miał za sobą nieprzyjemny ranek, a wiatr skamlący za szybami samochodu i piekielna, nieprzenikniona ciemność, tylko pogarszały nastrój mężczyzny. Próbował skupić się na czymś innym, lecz skończyło się na wyobrażaniu sobie sporu z Judy.
– Słuchaj, kochanie, nie ma nic złego w elektryczności. Dopóki używasz jej prawidłowo, wszystko jest w porządku. Jeżeli nie, zwykle skończy się nieprzyjemnie, ale ze wszystkim tak jest. A linie są dobre. Dzięki nim masz oświetlony dom, możesz gotować, oglądać telewizję, bawić się i przyjemnie spędzać czas. Dzięki liniom dom jest ciepły, a ty szczęśliwa. Ludzie nie poradziliby sobie bez nich…
Samochód minął zakręt. Przednie światła wydobywały srebrne lśnienie ze słupów wysokiego napięcia. Rick zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie stał się ofiarą głupiego dowcipu, czy nie został nabrany, by błąkać się po drodze w środku nocy. Nie wydawało się to prawdopodobne, ale niewielka szansa zawsze istniała. To oznaczało, że pod Wysoką Ósemką nikogo nie będzie. Tylko mrok, wiatr hulający nad urwiskiem i kolorowe oczy mruczącej jak kot budki… Rick starał się wypatrzyć w górze ruch lub światła, jednak widział jedynie nieprzeniknioną ciemność. Coraz bardziej był pewien, że to żart, i miał ochotę zawrócić. Wiedział jednak, że nie może.
Rick wyciągnął papierosy ze schowka i wymacał zapalniczkę. Był zły na siebie, że zachowuje się jak przestraszony dzieciak. Kazano mu przyjechać, to przyjedzie, sprawdzi, a jeżeli nikogo nie będzie, zadzwoni do Saskeega i rano komuś zdrowo się oberwie. Tak właśnie należy postąpić.
Na górze była już policja. Wóz patrolowy parkował na poboczu, parę mil niżej reflektory na dachu przecinały ciemność. Ktoś zamachał latarką i Rick zatrzymał samochód, po czym wysiadł. Wiatr siekł wściekle jak zwierzę, a nie żywioł. Mężczyzna musiał się pochylić, gdy szedł w stronę Wysokiej Ósemki.
W budce było spokojniej. Ściany tłumiły świst powietrza, nie słychać też było zwykłego mruczenia, ponieważ przetworniki nie pracowały. Znajdowało się tutaj kilku pracowników Saskeega z nocnej zmiany oraz dwóch funkcjonariuszy. Stali w grupie i spoglądali na kable. Jeden z monterów powtarzał:
– Rany, popatrzcie na to! Rany, popatrzcie na to!
Głos był cichy, jakby stłumiony.
– Rany, popatrzcie na to…!
To odwrócone było do Ricka plecami. Wyraźnie widać było łysą głowę. Rozkrzyżowane ramiona nie dotykały już trakcji. Spaliły się do nadgarstków. Kikuty odstające od ciała były wyschnięte i powykręcane. Mężczyzna musiał się przecisnąć pod barierą ochronną, po czym chwycić kabel jedną ręką, następnie drugą. Bóg wie, jak mu się to udało… Przecież ledwie dłonie zetknęły się z linią, zaczęły się smażyć. W promieniu kilku stóp na betonie widniały czarne smugi, tam spadały iskry.
Zza ścian dochodziło stłumione wycie wiatru. Monter nadal powtarzał:
– Rany, popatrzcie na to!
Rick odwrócił się do niego i wykrztusił:
– Wyłącz wszystko, dobrze? Po prostu wyłącz.
Monter popatrzył na niego nieprzytomnie.
– Rany, Rick, tylko popatrz…!
Rick podszedł do telefonu i zadzwonił do kierownika nocnej zmiany.
– Donnell, co ty, u diabła, wyprawiasz?
Na linii pozostały ładunki statyczne, dało się syłszeć syczenie i trzaski wyładowań. Zdawało się, że przekaźnik próbuje mówić, jakby gaworzył niczym dziecko. Rick ledwie się słyszał. Gdy tylko powiedział „co ty, u diabła, wyprawiasz”, nie mógł się opanować i zaczął krzyczeć. Miał ochotę wsadzić czyjś zakuty łeb między linie – może wtedy ludzie zrozumieją, że sytuacja jest poważna. Lecz nie miał na kogo zrzucić winy…
Donnell tłumaczył się jak wariat.
– Rick, nie mam pojęcia, co się stało i za cholerę nie wiem, jak to się stało! Bezpieczniki powinny zapobiec skokom napięcia na trakcji, a nie zapobiegły. Bezpieczniki nie zadziałały, choć powinny, a ja nie mam pojęcia, co się dzieje…