Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Wywiad z Michałem Cholewą autorem cyklu Algorytm Wojny

Na początek może typowo nietypowo. Jak to jest być synem czołowego polskiego tłumacza fantastyki? Wiem, że to właśnie ojciec zaszczepił w Tobie zainteresowanie tą dziedziną. Zabierał Cię może na spotkania fandomu? A może i do Waszego domu zaglądał czasem jakiś działacz?

Jest dokładnie tak, jak się domyślasz. Z fantastyką spędzałem czas od dziecka, od „Hobbita” i „Bajek Robotów” poczynając, i, naturalnie, wszelkiego rodzaju zjazdy, jak najbardziej się do tego spędzania czasu zaliczały.

Pamiętam pokazy filmowe w Ślaskim Klubie Fantastyki (trzy siedziby temu!), na prawdziwym magnetowidzie, krótkie – jednodniowe – zloty, na ogół skupione wokół filmów video właśnie (mgliście pamiętam oglądanie animowanej wersji „Władcy Pierścieni” – po angielsku, więc niewiele oczywiście rozumiałem). Poznawałem masę ludzi inaturalne dla mnie było, że można zaczepić właściwie w każdej sprawie dowolnego dorosłego w okolicy.

Od piętnastego (przynajmniej rocznikowo) roku życia jesteś członkiem Śląskiego Klubu Fantastyki i, z tego, co mi wiadomo, to właśnie tam podejmowałeś się pierwszych poważniejszych prób literackich. Od Twojego wstąpienia w szeregi ŚKF minęło ponad dwadzieścia lat. Jak wspominasz spędzony w nim czas? Może jakieś szczególne sytuacje zapadły Ci w pamięć?

Kiedy z jakąś organizacją człowiek ma wspomnienia z grubo ponad połowy życia – a przecież z klubem miałem do czynienia na długo przed zapisaniem się – trudno jest ukuć jakieś zwięzłe podsumowanie.

Wspomnień, jak łatwo się domyśleć, jest co niemiara. Od przeprowadzek klubowych – obecna siedziba klubu jest czwartą z kolei – przez klubowe wyjścia do kina, aż po strasznie dawne wspomnienia, jak na zjeździe korespondentów ŚKF – to taka doroczna mała impreza – jeszcze jako bodajże jedenastolatek z wypiekami na twarzy słuchałem toczącej się obok nocnej sesji RPG, bo byłem dokwaterowany właśnie do graczy.

Do tego samego klubu należą m.in. Jakub Ćwiek i Anna Kańtoch. Czy oni – albo inni członkowie – mieli wpływ na Twoją twórczość? Jakoś się może wspieraliście, doradzaliście, promowaliście?

Anna Kańtoch ma w tym sensie wpływ, że bez niej prawdopodobnie żadnej twórczości by nie było. To ona jest sercem i duszą sekcji literackiej „Logrus”, a to właśnie na sekcji – na którą zresztą trafiłem przypadkiem – zacząłem pisać.

Oczywiście jej uwagi do tekstów zdecydowanie wpływały – wtedy – na kształt moich opowiadań. No i to ona, wraz z Kubą Ćwiekiem, przekonali mnie, żebym spróbował gdzieś tekst wysłać (i zresztą posłuchałem ich – wysłałem opowiadanie „Studnia” do sieciowego magazynu „Esensja”).

Co do Kuby, to moje pisanie, zwłaszcza późniejsze, trafiało już na moment kiedy Kuba miał tyle zajęć, że na sekcji raczej się nie pojawiał, a zatem i dostęp do jego uwag miałem mniejszy. Faktem jest jednak, że spędziłem z nim mnóstwo wieczorów wymyślając niestworzone historie, których echa czasem znajduję w zupełnie nieoczekiwanych miejscach własnych tekstów.

Jesteś sympatykiem prozy Lema, Haldemana, Carda, Zelaznego, Heinleina czy Martina. Niewątpliwie, w jakimś stopniu, każdy z tych autorów wpłyną na Twoją literacką wrażliwość. Czy potrafiłbyś wymienić szczególne dzieła Twojego życia (nie licząc naturalnie własnych) oraz napomknąć za co je cenisz i dlaczego warto akurat po nie sięgnąć?

Jest ogromnie dużo dzieł, które miały na mnie wpływ i trudno mi wybrać dzieło mojego życia. Może byłyby to”Opowieści o Pilocie Pirxie” Lema za przedstawienie problemów interakcji ludzi-maszyny (a czasem po prostu ludzie-algorytmy). A może jego „Dzienniki Gwiazdowe” albo „Niezwyciężony”? „Cyberiada” za bycie „Cyberiadą”?

Niewątpliwie ważny był dla mnie Joe Haldeman i jego „Wieczna Wojna” za pokazanie bardzo SF-owego obrazu konfliktu. Ale czy najważniejszy – raczej nie, wiele przecież o w tym samym temacie pokazał mi Card i „Gra Endera”, czy też całkiem niefantastyczny „HMS Ulyssess” McLeana.

O kontakcie z obcymi cywilizacjami uczyłem się z „Edenu” i „Mówcy Umarłych”, o przedstawianiu czarnych charakterów z Zelaznego. O miastach z „Trylogii Ciągu” Gibsona. Podpatrywałem Chianga i Wattsa.

Miałem wielu nauczycieli i choć żaden z nich pewnie nie zobaczyłby odpowiednio dobrych elementów swojej szkoły w moich książkach (także dlatego, że większość nie czytałaby po polsku, a sporo z nich już, niestety, zmarło) to niewątpliwie sporo wyniosłem od nich ogólnego pojęcia jak powinna wyglądać książka.

Mógłbyś powiedzieć, co ostatnio czytasz?

Niedawno czytałem – z opóźnieniem – „Nemesis games”, czyli najnowszy tom „Expanse”, nie tak dawno skończyłem całkiem rozrywkową „Redshirts” Scalziego i, dla odmiany, zupełnie nie rozrywkową „Echopraksję” Wattsa.Wróciłem do Clarkowskiego „Spotkania z Ramą”, co uświadomiło mi, że mam jeszcze sporo zaległych klasyków, które zapewne będę niedługo odrabiał. Mam potwornie dużo do przeczytania i bardzo mało czasu, co sprawia że toczę równie heroiczną, co z góry skazaną na porażkę, walkę z rosnącymi zaległościami.

Z wykształcenia jesteś informatykiem, zdobyłeś zresztą tytuł doktora w tym zakresie. Czy często wykorzystujesz swoje badania, wiedzę bądź specjalistyczną technologię z dyscypliny w swoich książkach?

Nie tak często, jakby można myśleć. Raczej, jeżeli już coś to sposób myślenia, a nie konkretne badania – w końcu piszę o dalekiej przyszłości, byłoby smutno, gdyby dzisiejsze wyniki nadal wtedy były frontem nauki.

Siłą rzeczy, kiedy buduje się świat SF, trzeba podjąć jakieś naukowe założenia (jak choćby – „istnieją szybkie podróże międzygwiezdne” albo „doszło do powstania Sztucznej Inteligencji”). Niespecjalnie chciałem od tego uciekać, ale też starałem się pilnować, by świat był spójny – i do tego celu moja praca okazała się niezwykle pomocna.

Po lekturze „Algorytmu Wojny” można dojść do wniosku, że interesujesz się militariami. Skąd takie zainteresowania? Wyniosłeś je z książek, filmów, a może z jakiegoś innego źródła?

Miałem właśnie powiedzieć, że jak wiele dzieci bawiłem się czołgami i żołnierzykami, a potem tak mi zostało. Po namyśle jednak, stwierdzam, że są wyraźniejsze momenty,kierujące mnie ku militariom.

Na początku był prawdopodobnie obejrzany jeszcze podczas dnia filmowego w ŚKF-ie „Top gun”, który sprawił, że jeszcze przez wiele lat uważałem, że bycie pilotem myśliwca to mój absolutny cel w życiu. Jak się łatwo domyśleć, zacząłem aktywnie poszukiwać militariów i szło mi dobrze dopóki nie spadły na mnie jednocześnie dwa ciosy – po pierwsze, w telewizji szedł akurat „Pluton” Oliviera Stone’a, i moja mama zmęczona ciągłym marudzeniem o pozwolenie, i częściowo przez nieświadomość, bo filmu nie znała – pozwoliła mi go obejrzeć.

Do siebie dochodziłem dobry miesiąc. Film zrobił na mnie kolosalne wrażenie, ale oczywiście zostawił mnie w o wiele podlejszym humorze. Kolejnym ciosem była lektura „HMS Ulyssess” Alistaira McLeana – książki doskonałej, ale pozostawiającej człowieka w stanie silnie depresyjnym.

Gdzieś po tych dwóch zetknięciach z dziełami nieco bliższymi rzeczywistości wsiąkłem na dobre.

Inspiracje do stworzenia rozbudowanego uniwersum czerpałeś m.in. z prozy wyżej wspomnianych, gier fabularnych i bodajże filmowego cyklu „Obcy”. Ale jak się za to zabrałeś? Zacząłeś kreować od postaw świat przedstawiony, czy sztafaż obrastał w miarę postępu opowiadania?

Gdzie tam. Moje plany – początkowo – były o wiele skromniejsze. Wszystko zaczęło się od opowiadania „Studnia”, które ukazało się na portalu Esensja,a które, co prawda, pochodziło z mojego autorskiego świata, ale wtedy jeszcze o tym za bardzo nie wiedziałem (to znaczy było ono po prostu dla mnie opowiadaniem SF).

Ale spodobało mi się i pomyślałem, że mógłbym napisać więcej. Tak powstała lwia cześć „Gambitu”, wtedy jeszcze niepołączona postaciami i zaplanowana jako zbiór opowiadań. Uważałem pomysł za świetny, ale niestety chyba byłem w moim poczuciu osamotniony, bo aby go wydać, musiałem go znacząco przerobić. I mniej więcej dopiero przy tym przerabianiu (czyli kiedy już miałem umowę z Warbookiem) zacząłem myśleć o tej historii jako o części czegoś dłuższego. No i wtedy też zaczęły pojawiać się elementy szerszej opowieści. Rozwinęła się technologia, ustawiłem dokładniejszą politykę, o wiele dokładniej rozpisałem tło konfliktu.

Z chwilą, kiedy siadałem do „Punktu Cięcia” miałem już bardzo wiele rzeczy przemyślane.

A skąd wziął się pomysł na destruktywne popędy Sztucznej Inteligencji? Przewidujesz, że człowiek kiedyś skonstruuje dzieło, które zapragnie go zniszczyć albo przejąć jego ogniwo w łańcuchu pokarmowym?

Wydaje mi się całkiem naturalnym, że jeżeli jedna rasa – a de facto SI w świecie „Algorytmu Wojny” są inna rasą, nawet jeśli stworzoną sztucznie – wyraźnie góruje w wielu aspektach nad drugą, a w dodatku jest niejako przymuszana do roli służebnej, prędzej czy później zacznie mieć na rzeczywistość własne pomysły.Czasem ekstremalne. Ale z ich punktu widzenia są to radykalne pomysły po potwornie długiej niewoli.

W Twoich książkach wyraźna jest idea imperializmu. Dlaczego akurat taka koncepcja? Wiąże się ona może z Twoimi przewidywaniami względem polityki przyszłości? Czy raczej uważasz, że w dobie ogromnej katastrofy ludzie powinni dążyć do swoistej ekumeny?

Uważam, że powinni, ale nie sądzę, aby tak się stało.

Wydaje mi się, że po tak dużej katastrofie jaka wystąpiła w Dniu, na pewien czas zostają zawieszone zasady, bo każdy rozpaczliwie walczy o przeżycie – potem o pozycję w nowym świecie.

I dokładnie tak się stało po Dniu, w związku z tym najsilniejsi w danym momencie gracze na wstępie pożarli słabszych, a potem wzięli się za bary. Konflikt, który trwa w czasie „Algorytmu Wojny” można uznać właśnie za moment, w którym UE już jest zbyt dużym kąskiem do szybkiego pożarcia (acz wciąż z trzech głównych sił jest najsłabsza), a zbyt wyczerpujący konflikt z nią osłabia i w konsekwencji naraża na atak.

Stabilizacja, w pewnym sensie, choć niezbyt przyjemna.

Odniosłem wrażenie, że przez długi czas science fiction była zepchnięta na boczy tor. Obecnie obserwuję, że fantastyka naukowa wraca do łask. Ponownie wiele pisarzy, chociażby na przykładzie naszego rodzimego rynku, zaczyna intensywną pracę nad kolejnymi utworami z gatunku. Mógłbyś się do tego jakoś odnieść? Masz podobne odczucia?

Nie sądzę, żeby SF było jakoś przesadnie odsunięte na boczny tor. W literaturze co jakiś czas pojawiają się „modniejsze” kierunki. Wtedy przez pewien czas pojawia się więcej tekstów z danego podgatunku, a pozostałe trochę bardziej zanikają – na pewien czas.

U nas więc pojawiła się moda na urban fantasy, paranormal romance, postapokalipsę i – do pewnego stopnia – steampunk. Nie znaczy to oczywiście, że książek innych gatunków nie było – owszem, nadal je wydawano. Po prostu były mniej widoczne.

Teraz akurat bardziej widoczne jest SF, ale i mniej lub bardziej klasyczne Fantasy. W dodatku mam też wrażenie, że akurat na militarną odmianę SF jest teraz coś w rodzaju mody (choć na mniejszą skalę). Wystarczy spojrzeć ile się teraz go wydaje – mówię o tekstach zarówno naszych, jak i zagranicznych – po całych latach, gdzie na scenie było dwóch, góra trzech autorów.

A dlaczego wybrałeś akurat science fiction? Militarną na domiar.

Bo ja lubię SF, lubię pytania jakie zadaje, podoba mi się jego atmosfera. Wojna natomiast dorzuca całkiem sporo własnych, bo ludzie znajdują się często w skrajnych sytuacjach zupełnie wbrew sobie, a pragmatyzm dyktuje inne rozwiązania niż sumienie.

To jest bardzo dobre połączenie, przynajmniej dla mnie.

Cierpisz na permanentny brak czasu. Chociażby dlatego nieczęsto czytelnicy mają okazję zapoznawać się z tekstami krótszej formy spod Twojego pióra. Jak więc znajdujesz czas na pisanie – nie najcieńszych – powieści? Popularny stał się ostatnio grafik wśród pisarzy, też stosujesz coś tego typu? A może w podczas przerw w Instytucie Informatyki Teoretycznej i Stosowanej (z tego, co wiem – właśnie tam pracujesz) starasz się wygospodarować chwilę na twórczość?

Piszę właściwie tylko wieczorami (co w szczególności oznacza, że nie robię tego w instytucie), jakoś tak przyzwyczaiłem się do takiego trybu pracy, no i wieczorem dzieci śpią i można się skupić.

Zwykle też narzucam sobie normę dzienną (niewielką) – chodzi o to, żeby w każdy dzień coś napisać i nie stracić kontaktu z tekstem. Nie sprawdza się to idealnie, bo ja w ogóle bardzo powoli piszę, ale jakoś działa.

Nadmieniłem o Twojej pełnoetatowej pracy. Może powiesz słowo na temat zajęć w placówce naukowej? Czym się tam zajmujesz na co dzień? Czy jest to praca monotonna, czy zasadniczo otrzymujesz nowe doświadczenia?

Mój zespół (mój, znaczy się ten, w którym pracuję) zajmuje się ostatnio przede wszystkim elementami analizy obrazu, co z grubsza oznacza, że tworzymy algorytmy, których celem jest rozpoznawanie tego, co widzi kamera, zwykła lub specjalistyczna.

Czyli, na ludzki tłumacząc, uczymy komputer tego, co jest w stanie z łatwością zrobić trzylatek.

Zajęcie samo w sobie jest pasjonujące, bo droga do rozwiązań wiedzie przez bardzo rozrywkowe manowce. Odkrywanie, dlaczego coś nie działa tak, jak powinno, jak to poprawiać, sprawdzanie rozwiązań. Świetna praca.

Teraz nieco z innej beczki. Jak to jest być zajdlistą? Odnosisz wrażenie, że Twoja popularność wzrosła? Cieszysz się takiego uznania? Podczas odbierania nagrody, wydawało mi się, że wygrana była dla Ciebie lekkim szokiem. Nie spodziewałeś się zwycięstwa?

Właściwie byłem niemal pewien, że wygra ktoś inny, więc tak, byłem zaskoczony. I tak, bardzo się cieszę, Nagroda im. Janusza A. Zajdla była dla mnie zawsze najważniejszym wyróżnieniem w polskiej fantastyce i to niesamowite wrażenie być jej laureatem. Mam nadzieję, że nie spodziewałeś się innej odpowiedzi od osoby, która od lat dwudziestu dopinguje swoje ulubione utwory na każdym Polconie. 🙂

Czy moja popularność wzrosła dzięki nagrodzie – nie wiem. Prawdopodobnie. Z pewnością jestem, jako autor, bardziej rozpoznawalny, bo laureatów Nagrody jest jednak mniej niż pisarzy w ogóle. I pewnie wskoczyłem dzięki niej na listy „do sprawdzenia, może dobre” ludzi, na których listach nie byłem wcześniej. Prawdopodobnie więc wygrałem jednorazową szansę do przekonania do siebie nowych czytelników, bo, naturalnie, jak ktoś przeczyta ze względu na Zajdla i mu się nie spodoba, to i tak jest po zabawie.

Do tego dochodzi taka „rozpoznawalność pośrednio związana”, bo na przykład wydawca jest bardziej skłonny do szalonych pomysłów promocyjnych wobec autora, który w jakiś tam sposób się sprawdził.

Jak to się przełoży na ilość czytelników – nie wiem, miernikiem będzie „Inwit”.

Na koniec – „Inwit” jest jeszcze ciepły. Może to zbyt szybkie pytanie, ale kiedy można się spodziewać piątej odsłony cyklu? Za rok? Za dwa?

Obstawiam, że za nieco ponad rok. Teraz pracuję nad zbiorem opowiadań ze świata „Algorytmu Wojny”, chronologicznie skupionym raczej na okresie pomiędzy Dniem i „Gambitem”, w międzyczasie rozpisując plan piątego tomu właśnie. To znaczy, jeśliby wszystko poszło dobrze, to jeszcze w tym roku próbowałbym wydać tenże zbiór, a w przyszłym piątą część właśnie.

Serdecznie dziękuję i życzę kolejnych sukcesów na polu i naukowym, i artystycznym.

Rozmawiał Adrian Turzański