Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książki

Zapowiedź: Trzykroć wrzasnął kocur szary – Flawia De Luce Tom VIII

Kolekcja powieści autorstwa Alana Bradley’a w ofercie wydawnictwa Vesper powiększa się o kolejny tom przygód Flawii de Luce. Najnowsza część pt. „Trzykroć wrzasnął kocur szary” pojawi się w księgarniach 17 października, a już dziś możecie przeczytać u nas krótki fragment rozdziału pierwszego.

O książce:

Alan Bradley, wielokrotnie nagradzany kanadyjski autor, a przy tym miłośnik i znawca kultury i literatury angielskiej, proponuje nam kolejną erudycyjną i stylistycznie wysmakowaną opowieść o przygodach Flawii. Po przymusowym powrocie z równie przymusowego choć krótkiego pobytu w Kanadzie, którego historia wypełniła siódmy tom serii, dwunastoletnia już Flawia wraca do Anglii, gdzie dowiaduje się o chorobie ojca. Uciekając od towarzystwa jędzowatych sióstr i młodszej kuzynki Undyny, zatruwających atmosferę Buckshaw (popadające w ruinę rodowe gniazdo de Luce’ów), dosiada Gladys (wierny rower płci żeńskiej) i szuka schronienia na pobliskiej plebanii. Prośba żony pastora zaprowadzi ją wprost do kolejnej zagadki kryminalnej, której rozwiązanie wymagać od niej będzie (jak zwykle) zdolności dedukcyjnych oraz wiedzy będącej owocem jej miłości do chemii. Oczekujcie nieoczekiwanego.

JEDEN

Zimowy wiatr tnie mi twarz jak lodowate żyletki, ale mnie jest wszystko jedno. Wciskam brodę głęboko w kołnierz deszczowca, pochylam głowę i sunę przed siebie pod prąd porywów wściekłego wichru. Gnam na rowerze w stronę wioski Bishop’s Lacey, jakbym uciekała przed hordami piekielnych gnomów.
Ostatnie dwadzieścia cztery godziny to był prawdziwy koszmar. Teraz myślę tylko o tym, żeby znaleźć się jak najdalej od Buckshaw.
Pod nami straszliwie jęczą koła Gladys. Przejmujące zimno przeniknęło jej stalowe kości i ścięgna linek hamulcowych. Trzęsie się dziko na śliskiej, wyboistej smołówce, grożąc poślizgiem, wypadnięciem z drogi i wrzuceniem mnie do oblodzonego rowu.
Chce mi się wyć na wiatr, ale przynajmniej jedna z nas musi zachować trzeźwy umysł.
Próbuję uporządkować myśli.
Choć zesłano mnie do Kanady, a potem wygnano jeszcze raz – tym razem z Żeńskiej Akademii panny Bodycote z powrotem do domu (w czym mogła, lecz wcale nie musiała kryć się podwójna niesława) – muszę przyznać, że nie mogłam doczekać się powrotu na łono rodziny: do ojca, dwóch starszych sióstr, Feli i Dafi, do naszej kucharki i gospodyni, pani Mullet, a przede wszystkim do Doggera – totumfackiego i wszechstronnej prawej ręki naszego ojca.
Jak każdy podróżnik przeprawiający się przez Atlantyk wyobrażałam sobie, jak to będzie, kiedy już wrócimy do Anglii. Ojciec, Fela i Dafi będą rzecz jasna czekali na nabrzeżu. Może nawet pokaże się ciocia Felicja. Będą transparenty „Witaj w domu Flawio!”, kilka dyskretnych baloników i takie tam. Oczywiście wszystko bardzo dyskretne, ponieważ żaden z nas, de Luce’ów, nie lubi obnosić się ze swymi uczuciami.
Kiedy jednak statek zacumował w Southampton, tylko Dogger stał bez ruchu w deszczu, schowany pod wielkim parasolem.
Poczucie obcości, jakie pojawiło się między nami w następstwie długiej rozłąki, sprawiło, że tylko wyciągnęłam rękę do powitania, zamiast zmiażdżyć mu żebra w niedźwiedzim uścisku, do czego wyrywało się moje serce. Natychmiast tego pożałowałam, ale było już za późno: właściwy moment minął i sposobność została zmarnowana.
– Obawiam się, że nie mam dla panienki dobrych wieści, panienko Flawio – powiedział Dogger. – Pułkownik de Luce zachorował. Leży w szpitalu z zapaleniem płuc.
– Ojciec? W szpitalu? W Hinley?
– Niestety tak.
– Musimy zaraz do niego jechać – powiedziałam. – O której tam będziemy?
Dogger wyjaśnił, że mamy przed sobą długą drogę. Pociągiem piąta dwadzieścia z Southampton dojedziemy do Londynu, na dworzec Waterloo. Będziemy tam po siódmej i od razu musimy wziąć taksówkę, żeby dotrzeć na drugi koniec miasta, na kolejny pociąg.
Do Doddingsley dojedziemy dopiero późnym wieczorem, a do Bishop’s Lacey, do Hinley i do szpitala – jeszcze później. Będzie już dawno po godzinach odwiedzin.
– Ale doktor Darby na pewno… – wtrąciłam.
Dogger tylko smutno pokręcił głową i wtedy zrozumiałam, że stan ojca musi być bardzo poważny.
Dogger był z tych tych, co powiedzą, że wszystko będzie w porządku, wiedząc doskonale, że wcale tak nie będzie. Jego milczenie mówiło wszystko.
Chociaż tyle mieliśmy sobie do powiedzenia, w pociągu rozmawialiśmy niewiele. Obojętnie gapiliśmy się w pokryte smugami deszczu okno na umykające widoki, którym gęstniejący zmierzch nadał barwę zastarzałych siniaków.
Od czasu do czasu spoglądałam na Doggera, ale przekonałam się, że nie potrafię już czytać w jego twarzy tak jak dawniej.
Podczas wojny Dogger przeszedł razem z moim ojcem wiele strasznych rzeczy w japońskim obozie jenieckim i ciągle jeszcze od czasu do czasu powracało to u niego z tak przerażającą intensywnością, że stawał się wtedy słabym, kwilącym dzieckiem.
Kiedyś zapytałam, jak udało się im przetrwać.
„Człowiek stara się trzymać fason”, powiedział.
Kiedy byłam za granicą, ciągle się o niego martwiłam, ale na piśmie wszystko wydawało się w porządku – oczywiście poza tym, że bardzo za mną tęsknił. To od niego dostałam jedyny list podczas kanadyjskiej zsyłki, co wiele mówi o poziomie serdeczności w rodzinie de Luce’ów.
Aha, zapomniałabym: był jeszcze sarkastyczny dopisek mojej nowoodkrytej kuzynki Undyny, którą Fatum i straszliwa śmierć jej matki podrzuciły na progu Buckshaw. Miejsce Undyny w rodzinie nie było jeszcze przesądzone i osobiście nie widziałam dla niej wielkich nadziei. Ponieważ była jeszcze dzieckiem, a ja miałam już dwanaście lat i moja znajomość świata była o niebo większa, nie tęskniłam szczególnie za odnowieniem naszej krótkiej znajomości. Gdybym jednak po powrocie do domu odkryła, że kiedy byłam w Kanadzie, ona grzebała w moich rzeczach, we dworze doszłoby do rzezi.
Już dobrze po zmroku pociąg wtoczył się na stację Doddingsley, gdzie w deszczu czekała na nas taksówka Clarence’a Mundy’ego, która miała nas zawieźć do Buckshaw. Willgotne zimno przenikało do szpiku kości. Wokół oświetlających peron przyćmionych lamp wisiała żółta mgła, tworząc upiorną poświatę. Pewnie dlatego poczułam, że moje oczy są czegoś pełne.
– Miło znowu widzieć panienkę – szepnął Clarence, kiedy wsiadłam do środka, i delikatnie trącił palcami daszek szoferskiej czapki, lecz poza tym nie odezwał się ani słowem, jakbym była aktorką w kostiumie i makijażu, która za chwilę ma wejść na scenę, a on inspicjentem zobowiązanym do zachowania pełnego szacunku, profesjonalnego dystansu.
Do Bishop’s Lacey i Buckshaw jechaliśmy w milczeniu. Dogger patrzył nieruchomo przed siebie a ja zawzięcie wpatrywałam się w okno, jakbym próbowała przeniknąć wzrokiem mrok.
Nie takiego przyjęcia się spodziewałam.
Pani Mullet czekała w drzwiach; objęła mnie i przytuliła do piersi.
– Przygotowała żem trochę sznytków – powiedziała dziwnie ochrypłym głosem. – Twoje ulubione, z wołowiną i sałatą. Zostawiła żech je na nakastliku. Pewnieś umordowana.
– Dziękuję, pani M. – usłyszałam własny głos. – To bardzo miłe z pani strony.
Czy Flawia de Luce mogła powiedzieć coś takiego? Na pewno nie!
W obecnym stanie ducha plastry martwej krowy garnirowane listkami miejscowej roślinności wzbudziły we mnie szczególną odrazę, ale coś kazało mi trzymać język za zębami.
– Wszystkie poszły spać – dodała, mając pewnie na myśli Felę, Dafi, no i pewnie Undynę. – To był mozolny dzień jak diabli.
Skinęłam głową, bo przypomniał mi się nocny przyjazd do Żeńskiej Akademii panny Bodycote. Pomyślałam, że ciemne wejścia stają się regularną częścią mojego życia.
Czy to nie dziwne, że rodzina na mnie nie zaczekała? A może wymagałam zbyt wiele? W końcu nie było mnie tylko od września, ale na pewno jedna z nich…
Zagłuszyłam w sobie tę myśl.
Na pewno ktoś chciał się ze mną przywitać. Nawet wywalony na wierzch jęzor Undyny byłby mile widziany. Ale nie… ona wcześnie się kładzie. Pewnie była już w świecie jednego z tych obrzydliwych snów, które są pożywką dla jej życia na jawie.
Wtedy pomyślałam o Esmeraldzie: Esmeralda!
Kochana, słodka, droga Esmeralda; moja radość i duma. To, że była płowożółtym orpingtonem , nie miało nic do rzeczy. Miłość to miłość, nieważne gdzie człowiek ją znajdzie. Nawet jak jest pokryta pierzem.
– Migusiem jestem z powrotem – rzuciłam do pani M. – Tylko przywitam się z Esmeraldą i powiem jej dobranoc.
– Już późno, kochanieńka – powiedziała pani Mullet, chwytając mnie za łokieć. – Rano musisz być wypoczęta, jak chcesz jechać do ojca.
– Nie – upierałam się – chcę się zobaczyć z Esmeraldą – i odwróciłam się na pięcie, zanim zdążyła mnie zatrzymać.
– Panienko Flawio! – zawołała za mną, gdy zamaszystym krokiem przecinałam hol. Kiedy spojrzałam za siebie, zauważyłam, że Dogger kręci głową, jakby chciał ją od czegoś odwieść.
Ogród pogrążony był w wilgotnym mroku, ale drogę do szklarni znałam na pamięć.
– Esmeralda! – zawołałam, nie chcąc zaskoczyć jej we śnie. – Zgadnij, kto wrócił do domu! To ja, Flawia!
Otwarłam szklane drzwi i sięgnęłam do wyłącznika. Światło gołej żarówki na chwilę mnie oślepiło.
Stojąca w rogu klatka Esmeraldy była pusta.
W chwilach wielkiego zaskoczenia ludzki umysł łatwo się wykoleja i zdarza się, że działamy wtedy całkiem irracjonalnie. Pewnie dlatego uniosłam klatkę i zajrzałam pod spód, jakby Esmeralda mogła jakimś cudem zmniejszyć się do rozmiarów kawałka gazety, po czym wśliznęła się tam, chcichocząc, żeby zrobić mi psikusa na powitanie.
Podmuch powietrza z otwartych drzwi rozwiał obłoczek kurzu, który uniósł się z podłogi. Było jasne, że od dłuższego czasu nikt klatki nie dotykał.
– Esmeralda?
Poczułam, jak włosy jeżą mi się na głowie. W moim głosie zabrzmiała panika.
– Esmeralda!
– Przykro nam, kochanieńka. Chcieliżeśmy ci powiedzieć…
Odwróciłam się: pani Mullet i Dogger stali w drzwiach.
– Coście z nią zrobili? – zapytałam, choć znałam już chyba odpowiedź. – Zjedliście ją, prawda? – ciągnęłam lodowatym tonem.
Spoglądałam to na jedno to na drugie, w rozpaczliwej nadziei, że zaprzeczą, że podadzą jakieś proste, niewinne wytłumaczenie.
Nic z tego. No i dobrze – i tak bym im nie uwierzyła.
Pani Mullet objęła się rękoma, trochę po to, żeby się ogrzać, a trochę dla ochrony.
– Chcieliżeśmy ci powiedzieć, kochanieńka – powtórzyła pani M.
Nie musieli nic mówić. Wszystko było jasne. Ujrzałam to oczyma wyobraźni: gwałtowne otwarcie drzwi klatki, ręka zaciśnięta na ciepłym, grubo opierzonym ciele, oszalałe, przepełnione przerażeniem gdakanie, siekiera, pieniek, krew, skubanie, patroszenie, nadziewanie, zaszywanie, pieczenie, porcjowanie, podanie… zjedzenie.
Kanibale.
Kanibale!
Roztrąciłam ich gwałtownie łokciami i pobiegłam z powrotem do domu.

Moja sypialnia znajdowała się – z wyboru – na końcu nieogrzewanego, wschodniego skrzydła, tuż obok laboratorium chemicznego, które za panowania królowej Wiktorii rodzina wyposażyła dla mojego świętej pamięci wujecznego pradziadka Tarquina de Luce. Chociaż wujek Tar nie żył już od ponad dwudziestu lat, jego laboratorium nadal było jednym z cudów chemicznego świata – a przynajmniej byłoby nim, gdyby ktoś wiedział o jego istnieniu.
Szczęśliwie dla mnie pomieszczenie to wraz ze wszystkimi jego chemicznymi cudownościami stało opuszczone do chwili, gdy przejęłam je we władanie i sama zaczęłam doskonalić się w chemicznym kunszcie.
Wspięłam się na łóżko i wydobyłam klucz ze skrytki, w której go ukryłam, to znaczy zza tapety, która w pewnym miejscu odstawała od sufitu. Wyjęłam staroświecki gumowy termofor z szuflady równie staroświeckiej komody, otworzyłam drzwi do laboratorium i weszłam do środka.
Przyłożyłam zapałkę do palnika Bunsena, napełniłam kolbę wodą i usiadłam na stołku, żeby popatrzeć, jak się gotuje.
Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na płacz i zalałam się gorącymi, gorzkimi łzami.
Właśnie tu, w tym miejscu, Esmeralda tak często sadowiła się na statywie do probówek i patrzyła, jak na drugie śniadanie gotuję sobie w zlewce jedno ze zniesionych przez nią jajek.
Myślę, że są tacy, którzy skrytykowaliby mnie za to, że pokochałam kurę, ale mogę im tylko powiedzieć: „Spadać na drzewo!” Miłość między zwierzęciem a człowiekiem nigdy nie zawodzi, natomiast miłość między przedstawicielami naszego żałosnego plemienia – bardzo często.
Bez przerwy wracałam myślą do tego, co Esmeralda musiała czuć, kiedy przyszedł jej koniec. Było to tak rozdzierające, że musiałam przestać o niej myśleć i pomyśleć o innym kurczaku: kurczaku, którego ujrzałam kiedyś, jadąc na rowerze niedaleko Bishop’s Lacey, jak na wiejskim podwórku umykał przed siekierą.
Wtedy ktoś cicho zapukał do drzwi. Szybko wytarłam oczy rąbkiem spódnicy, wydmuchałam nos i zawołałam:
– Kto tam?
– Tu Dogger, panienko.
– Wejdź, proszę – powiedziałam, mając nadzieję, że w moim głosie nie było zbyt dużo chłodu.
Dogger wszedł w milczeniu, ale odezwał się, zanim ja byłabym zmuszona to zrobić.
– Jeśli chodzi o Esmeraldę…
Przerwał, żeby ocenić moją reakcję.
Przełknęłam ślinę, lecz jakimś sposobem zdołałam zapanować nad drżeniem warg.
– Pułkownik de Luce musiał jechać do Londynu, żeby załatwić coś w urzędzie skarbowym. Pewnie w pociągu dopadł go wirus grypy; tego roku było go wszędzie pełno, w niektórych miejscach więcej niż podczas wielkiej epidemii w 1918 roku. Choroba błyskawicznie się rozwinęła i grypa przeszła w bakteryjne zapalenie płuc. Twój ojciec bardzo potrzebował gorącego, pożywnego bulionu. Był bardzo chory i wszystko zwracał. Biorę za to pełną odpowiedzialność, panno Flawio. Zadbałem o to, żeby Esmeralda nie cierpiała. Była w tym błogim transie, w jaki można ją było wprowadzić, drapiąc pod brodą. Przykro mi. panno Flawio.
Gniew powoli ze mnie uchodził i poczułam się jak dziurawy balon. Jak mogłam nienawidzić kogoś, kto prawdopodobnie uratował ojcu życie?
Nie umiałam znaleźć odpowiednich słów, więc milczałam.
– Obawiam się, że nasz świat się zmienia, panno Flawio – odezwał się w końcu Dogger. – I to niekoniecznie na lepsze.
Próbowałam czytać między wierszami i zareagować ze zrozumieniem.
– Ojciec – powiedziałam w końcu – jak on się czuje? Tylko mów prawdę, Dogger.
Po twarzy Doggera przemknął cień – cień jakiejś nieprzyjemnej myśli. Z tego, co zdołałam z niego wydusić w przeszłości, wydedukowałam, że Dogger był kiedyś wysoko wykwalifikowanym lekarzem, jednak wojna rozbiła go na miazgę. Mimo to nie wymigiwał się od odpowiedzi na uczciwie zadane pytanie, niezależnie od tego, ile go to kosztowało. Jeszcze bardziej go za to kochałam.
– Jest ciężko chory – powiedział. – Już kiedy wrócił z miasta, bardzo kaszlał i miał 39 stopni gorączki. Tak działa wirus grypy. Zabija też naturalne bakterie w nosie i w gardle, przez co płuca stają się nieodporne na atak. Skutek to bakteryjne zapalenie płuc.
– Dziękuję, Dogger – powiedziałam. – Doceniam twoją szczerość. Czy on umrze?
– Nie wiem, panno Flawio. Nikt tego nie wie. Doktor Darby to dobry człowiek. Robi co może.
– Na przykład?
Jeśli sytuacja tego wymaga, nie mam skrupułów.
– Jest takie nowe lekarstwo z Ameryki… aureomycyna…
– Chlorotetracyklina! – powiedziałam. – To antybiotyk!
O jej odkryciu i wyekstrahowaniu z gleby z jakiegoś pola w stanie Missouri pisali w Chemical Abstracts & Transactions, które ze względu na dożywotnią subskrybcję wujka Tara oraz fakt, że moja rodzina nie zgłosiła wydawcy jego zgonu, nadal – ponad dwadzieścia lat po śmierci – dostarczano do Buckshaw z regularnością chemicznego mechanizmu zegarowego.
– Dzięki! – wypaliłam pewna, że Dogger maczał palce w leczeniu ojca.
– Wdzięczność należy się doktorowi Darby; no i nie można zapominać o odkrywcy lekarstwa.
– No jasne, że nie można!
Zanotowałam w pamięci, żeby przed snem pomodlić się za… jak mu to było? Aaa, za doktora Duggara, amerykańskiego botanika, który wyekstrahował tę substancję z pleśni występującej w glebie na jakiejś działce w stanie Missouri.
– Dogger, dlaczego on to nazwał aureomycyną?
– Bo ma złoty kolor. W grece aureus znaczy „złoty”, a mykes – „grzyb”.
Jakie to wszystko proste, jak człowiek się temu lepiej przyjrzy! Dlaczego życie nie mogło być tak proste, jak tamten człowiek pochylający się nad mikroskopem w stanie Missouri?
Oczy mi się zamykały. Pamiętam, że pomyślałam: powieki jak z żelaza. Stłumiłam ziewnięcie.
Od dawna porządnie się nie wyspałam i nie było wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna.
– Dobranoc Dogger, powiedziałam, napełniając termofor. – I dziękuję.
– Dobranoc panno Flawio – odparł.

okładka ws mała

Trzykroć wrzasnął kocur szary 
Autor: Alan Bradley
Przekład: Marek Król
Wydawnictwo Vesper
format: 145×210 mm
stron: 312
oprawa miękka
ISBN 978-83-7731-312-1
EAN 9788377313121
cena detal. 34,90 zł

 Źródło: informacja prasowa