Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Różne

Dariusz Domagalski – nowe opowiadanie

Wczoraj na blogu Dariusza Domagalskiego ukazało się Jego nowe opowiadanie pod tytułem Złoty Pektorał. To historia napisana specjalnie dla harcerzy na tegoroczny Rajd Grunwaldzki.

Dariusz Domagalski – pisarz, felietonista, scenarzysta komiksów. Urodzony w Gdyni w roku 1972 roku, obecnie mieszkający w Gdańsku. Wiking nie mogący żyć bez morza i wiatru. Nad stan berserka przedkłada jednak buddyjski spokój. Typowa zodiakalna waga, dążąca do taoistycznej równowagi.  Znak uważany przez astrologów za najlepszy dla twórców literatury.

Specjalista do spraw marketingu i systemów zarządzania jakością, ale przede wszystkim wielki pasjonat historii. Interesuje go starożytność i średniowiecze.

Pisał od dzieciństwa, jednak nie przypuszczał, że zadebiutuje jako scenarzysta komiksów o przygodach jarla i jego hirdu nieokrzesanych wikingów. Pierwsze publikowane opowiadania to humoreski o dzielnych marynarzach polskiej floty wojennej z ORP „Dzik”,  drukowane w miesięczniku „Science Fiction Fantasy i Horror”.

Z  zamiłowania do historii zrodził się cykl powieściowy opisującej wielką wojnę z zakonem krzyżackim 1409-1411 obejmujący następujące pozycje książkowe: „Delikatne uderzenie pioruna”, „Aksamitny dotyk nocy”, „Gniewny pomruk burzy”. Trylogię krzyżacką uzupełnia zbiór opowiadań „I niechaj cisza wznieci wojnę”. Książka to „Cherem” – kryminał osadzony w Trójmieście i poruszający wątki mistyczne. Powieść „Vlad Dracula” wydana nakładem wydawnictw Runa/Bellona to powrót do tematyki średniowiecza. Najnowsza książka „Silentium Universi” to sięgnięcie po typowe hard s.f.

Autor jest także stałym publicystą magazynu literackiego „Science Fiction Fantasy i Horror„, a jego felietony, recenzje i artykuły można znaleźć na portalach internetowych kawerna.pl i Hatak.pl.

 

opowiadanie

Złoty Pektorał

 Cudnej urody kasztanka niczym wicher mknęła przez podmokłe łąki, uprawne pola, leśne trakty, z gracją przeskakując nad powalonymi przez wichurę drzewami i wystającymi z ziemi korzeniami, jakby stworzona była do lotu, a nie galopu pośród mroku nocy. Drogę oświetlało jej jedynie blade światło gwiazd i sierp księżyca nieśmiało wiszący nad horyzontem. Klacz niosła na grzbiecie jeźdźca – młodzieńca jeszcze, o płowych włosach i niebieskich oczach, odzianego jedynie w burą przeszywanicę. Jeździec pewnie trzymał się w siodle i mocno przytulony do końskiej grzywy od czasu do czasu oglądał się próbując wzrokiem przebić ciemność. W oddali dostrzegał już niewyraźne sylwetki goniących go jeźdźców. Wówczas dawał kasztance ostrogę zmuszając ją do jeszcze większego wysiłku chociaż ta ledwie dyszała i boki miała pokryte pianą.
Jurga – bo tak miał na imię młodzieniec dosiadający ślicznej klaczy – jak dotychczas szczęśliwie umykał pogoni. Podróżował nocą, gdy trakty były puste, a czarna zasłona mroku szczelnie go otulała. W dzień natomiast odpoczywał ukrywając się w gęstych lasach. Dzisiaj jednak krzyżaccy zwiadowcy wreszcie wpadli na jego trop.
Jurga usłyszał świst. To bełt wystrzelony z kuszy przeleciał tuż nad jego uchem.  Jeszcze mocniej pochylił się w siodle. Na całe szczęście w ciemnościach i pełnym galopie trudno było Krzyżakom dobrze wycelować. Trzy kolejne bełty zniknęły gdzieś w chaszczach nie robiąc młodzieńcowi krzywdy. Następne jednak mogły trafić celu, a wówczas zginie tutaj, na obcej ziemi, z dala od rodzinnych stron i już nigdy nie ujrzy błękitnych jak niebo oczu swojej narzeczonej. Jurga zastanawiał się czy jeszcze kiedyś dane mu będzie chwycić w ramiona Dobrosułkę i złożyć pocałunek na jej ustach koloru jarzębiny?
Poznali się przed dwoma miesiącami podczas letniego przesilenia, w noc kupały. Jurga służył w chorągwi nadwornej jako giermek sławnego rycerza Mszczuja ze Skrzyńska herbu Łabędź. Armia polsko-litewska w wyprawie na Krzyżaków zatrzymała się w przygranicznej wiosce, gdzie zbrojni zostali ciepło przyjęci przez jej mieszkańców. Wnet nad rozległym jeziorem rozpalono ogniska, grajkowie chwycili za piszczałki i rozpoczęła się zabawa. Młodzieńcy skakali przez płomienie, stare baby wróżyły z zebranych zawczasu kwiatów polnych, a dziewczęta puszczały wianki na wodzie.
Po raz pierwszy spotkali się w gęstym borze. Jurga postanowił odpocząć od gryzącego w oczy dymu z ognisk i pisku rozbawionych niewiast. Idąc wzdłuż strumyka  ujrzał rumianą dziewczynę zalaną łzami i wpatrzoną ze smutkiem w płonącą, kwietną plecionkę, która zajęła się ogniem od źle osadzonej na niej świecy. Miała na imię Dobrosułka i martwiła się, że płonący wianek jest wróżbą jej staropanieństwa. Młodzieniec wytłumaczył jej, że to tylko zabobon, że tak śliczna panna na brak zalotników nie będzie narzekać i udało mu się wywołać uśmiech na jej piegowatej twarzy. Tamtą noc spędzili razem, kochając się na leśnym mchu, a rano gdy promienie słońca prześlizgnęły się po ich nagich ciałach delikatnie budząc ze snu, szeptali, jak to mają w zwyczaju młodzi w naiwności swojej, słowa miłości i obietnice dozgonnej wierność.
Jurga wierzył, że po wojnie wróci do Polski okryty chwałą i blaskiem zwycięzcy, ze znacznymi łupami zdobytymi na Krzyżakach, oraz opinającym go złotym pasem rycerskim, o którym zawsze marzył. Wówczas padnie do stóp ojca dziewczyny i poprosi o rękę Dobrosułki.  A potem wezmą ślub i wyprawią huczne wesele, na które zjadą najznamienitsi rycerze Królestwa Polskiego.
Kolejny bełt świsnął nad głową Jurgi bezlitośnie rozwiewając marzenia i uświadamiając mu gdzie się znajduje. Obejrzał się. Księżyc akurat wychynął zza chmur i młodzieniec ujrzał ponure oblicza widoczne spod kapalinów, oczy błyskające gniewem i czarne półkrzyże na kaftanach ścigających go zbrojnych. Zrozumiał, ma do czynienia z półbraćmi, a nie zwykłymi knechtami.
Zwykli pachołkowie na usługach Krzyżaków myśleli jedynie żeby ujść z życiem w tej wojnie i szybko daliby sobie spokój z pościgiem. Półracia zaś fanatycznie służyli Zakonowi Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie chociaż nigdy nie złożyli ślubów zakonnych. Nie mieli prawa do noszenia białych płaszczy z czarnym krzyżem zarezerwowanych tylko i wyłącznie dla rycerzy zakonnych, ale byli równie bezwzględni i okrutni.
Uderzył ostrogami bok kasztanki, ale ta zmęczona długotrwałym galopem nie miała siły żeby szybciej biec. Jurga już niemal czuł na plecach oddechy prześladowców, słyszał odgłos wyciąganych mieczy i zrozumiał, że zaraz zginie. Musiał natychmiast coś zrobić.
Nagle skręcił i zjechał z głównego traktu prosto w gęsty las. Ryzykował, że koń może potknąć się o wystający korzeń i złamać nogę, lub wyrzucić go z siodła, ale to była jedyna nadzieja na zgubienie pościgu.
Klucząc między drzewami i przedzierając się przez gęste chaszcze, podczas gdy gałązki boleśnie chłostały go po twarzy, brnął coraz dalej i dalej, aż znalazł się w samym sercu matecznika. Dopiero tutaj zwolnił i odważył spojrzeć za siebie. Ujrzał tylko nieprzeniknioną ścianę czerni. Gęste korony drzew nie przepuszczały światła księżyca ani gwiazd.
Młodzieniec zatrzymał konia i zaczął uważnie nasłuchiwać. Wyłowił  pohukiwania sowy, rytmiczne uderzenia dzięcioła, chrumkanie dzika w pobliskich krzakach i parsknięcia polującego żbika, ale żaden z tych dźwięków nie wzbudził jego podejrzeń. Odetchnął z ulgą. Wyglądało na to, że udało mu się ujść pogoni.
Zsiadł z konia i przez następną godzinę prowadził go za uzdę. Po godzinie, trafił na niewielką polanę ukrytą w lesie. Postanowił odpocząć. Rozkulbaczył kasztankę i zmęczony usiadł pod rozłożystym dębem. Nie odważył się rozpalać ognia wiedząc, że Krzyżacy przeczesują okolicę.
Wpatrując się w ciemności zastanawiał się co dalej? Czy jechać prosto na południe, aż dotrze do Królestwa Polskiego, gdzie będzie bezpieczny? Wiązało się to jednak z ryzykiem, że oddział krzyżacki wysłany jego tropem dopadnie go zanim zdąży przekroczyć granicę. Mógł zawrócić i dogonić armię króla Jagiełły maszerującą na Malbork. Ale wówczas musiałby przyznać, że nie podołał zadaniu i tym samym okryłby się hańbą. Mszczuj ze Skrzyńska kazałby obić jak psa. Kto wie, może nawet odebrał rycerski pas, który Jurga otrzymał z rąk samego króla tuż przed grunwaldzką bitwą?
Młodzieniec westchnął ciężko i wzniósł oczy ku niebu jakby tam szukał odpowiedzi. Jednakże żadne olśnienie na niego nie spłynęło, nie zstąpiły zastępy anielskie żeby dopomóc mu w podjęciu decyzji. Zawiedziony opuścił głowę. Widocznie w Królestwie Niebieskim mają ważniejsze sprawy na głowie niż zajmować się losem młodego rycerza.
Zadrżał z zimna. Lipcowe noce nie były tak ciepłe jak w poprzednich latach. Niemal codziennie padał deszcz, niczym łzy Boga, który ogarnięty smutkiem musiał spoglądać na to co dzieje się na ziemskim padole. A tu chrześcijanie walczyli między sobą. Pomimo, że wojna miedzy Polską a Zakonem Krzyżackim trwała już drugi rok dopiero teraz obie strony zmobilizowały wszystkie siły i nieopodal wsi Grunwald stoczyły bezpardonowy bój. Od czasu bitwy minęło zaledwie kilka dni, ale Jurdze wydawało się jakby to było wczoraj. Przymknął oczy i znowu tam był, w bitewnym ścisku, wraz z towarzyszami z chorągwi nadwornej szarżując na znienawidzonych Krzyżaków, uderzając mieczem na prawo i lewo. Niewiele pamiętał z tych kilku godzin. Widział tryskającą wokół krew, padające na ziemię ciała, a do jego uszu  dochodził huk łamanych drzewców, szczęk oręża, dzikie rżenie koni i jęki umierających. Ta bitwa nie przypominała turnieju rycerskiego, nie było miejsca na rycerski honor, kurtuazyjne gesty, walczono na śmierć i życie. Nikt nie błagał o litość i nikt jej nie okazywał. Tego dnia nie było mowy o miłosierdziu, pomimo, że niemal wszyscy uczestnicy bitwy wierzyli w nauki Jezusa Chrystusa.
Jurga otrząsnął się z ponurych myśli, wyciągnął z juków derkę i szczelnie się nią okrył. Nagle jakby sobie o czymś przypomniał. Wyjął z wewnętrznej kieszeni maleńkie zawiniątko, delikatnie je rozpakował i przez długą chwilę, z nabożną czcią przyglądał się przedmiotowi mieszczącemu na wyciągniętej dłoni. Przesunął opuszkami palców po jego powierzchni sprawdzając czy podczas ucieczki nie doznał uszkodzeń i gdy stwierdził, że wszystko w porządku, na powrót zawinął w szmatę chowając do kieszeni.
Ciepło jakie dawała derka wywołało u młodego rycerza uczucie zadowolenia, poczuł jak ogarnia go znużenie i powoli opadają powieki. Co jakiś czas potrząsał głową, odpędzając od siebie sen. Musiał czuwać, bowiem wróg czaił się w okolicy. Jednakże Jurga nie spał już dwie doby i wreszcie głowa opadła mu na pierś, na jego ustach pojawił się uśmiech gdy nadszedł sen o ukochanej, która gdzieś tam czekała na niego z otwartymi ramionami.

* * *

Obudziło go ćwierkanie ptaków i trudne do określenia uczucie niepokoju. Otworzył oczy i natychmiast zerwał się na równe nogi chwytając za rękojeść miecza. Rozejrzał po okolicy. Dopiero teraz w blasku wschodzącego słońca mógł należycie obejrzeć polanę, na której przyszło spędzić mu noc. Mieniła się różnokolorowymi kwiatami, które rozwijały płatki łaknąc ciepłych promieni słonecznych. Przysiadały na nich dopiero co przebudzone pszczoły i motyle. Wydawało się, że nic nie zakłóca ciszy poranka, jednak Jurga instynktownie czuł, że coś jest nie tak.
Na czole młodzieńca pojawiła się głęboka bruzda. Zły był na siebie za to, że zasnął. Powinien całą noc czuwać, bo Krzyżacy mogli dopaść. Nie miał złudzeń, że gdyby tak się stało wisiałby teraz na gałęzi tego samego dębu, pod którym tak niefrasobliwie zapadł w sen.
Wokół konarów drzew unosiła się jeszcze mlecznobiała mgła i choć Jurga wytężał wzrok niewiele mógł dostrzec. Jednak oczyma wyobraźni młodzieniec widział już czających się za drzewami krzyżackich siepaczy gotowych rzucić się na niego. Od zawsze miał bujną wyobraźnię, co nie podobało się ojcu i matuli, którzy woleli żeby został na gospodarce a nie szukał wojennego szczęścia. Ale on marzył o pasie rycerskim, wspaniałych bitwach i przygodach. A teraz gdy jego życzenia się ziściły wolałby siedzieć w rodzinnej chacie.
Pospiesznie zaczął kulbaczyć wierzchowca chcąc jak najszybciej opuścić polanę. Gdy narzucił czaprak na grzbiet kasztanki i sięgał po siodło usłyszał tętent końskich kopyt. Natychmiast odwrócił się płynnie wyciągając miecz z pochwy i wówczas go ujrzał. Wynurzył się z mgły niczym zjawa. Najpierw myślał, że to jakiś upiór, który nie zdążył przed świtem powrócić do piekła, ale zaraz zorientował się, że to jeden z krzyżackich półbraci.  Potężnej postury brodacz na czarnym jak noc meklemburskim wierzchowcu bojowym szarżował na Jurgę z uniesionym tasakiem. Młodzieniec sparaliżowany strachem wpatrywał się w gorejące wściekłością oczy, w zardzewiałe ostrze broni, które nieuchronnie spadało na jego głowę. W ostatniej chwili ocknął się z otępienia i przyjął cios na zastawę miecza, ale siła uderzenia powaliła go na kolana. Na szczęście rozpędzony jeździec nie zdołał zadać kolejnego ciosu. Osadził wierzchowca w miejscu i zawrócił. Lecz Jurga już był na nogach.
Półbrat ponownie zaatakował i teraz uderzał z góry raz za razem. Młodzieniec zasłaniał się mieczem, ale wiedział, że prędzej czy później krzyżacki oręż przełamie zasłonę i ciężki tasak rozłupie mu czerep. Wiedział, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi, to zginie. Wówczas Dobrosułka wyjdzie za kogoś innego, bo Jurga nie miał wątpliwości, że choć dziewczyna rozpaczałaby po nim, to prędzej czy później wokół niej pojawią się nowi adoratorzy. Nikt nie pozwoli tak nadobnej niewieście długo pozostawać w stanie panieńskim.
Myśli o Dobrosułce w ramionach innego mężczyzny wywołały w jego sercu gniew. Zacisnął mocno szczęki, oczy błysnęły wściekłością. Ten śmierdzący, zakonny sługus nie odbierze mu życia, nie zabierze tego wszystkiego co takim trudem zdobył: miłości pięknej dziewczyny i poważanie wśród rycerskiej braci. Podczas grunwaldzkiej bitwy Jurga własnoręcznie zabił dwóch krzyżackich dostojników, siedmiu półbraci i co najmniej dwie dziesiątki knechtów. Cóż więc znaczył jeden żołdak, nawet jeśli miał przewagę walcząc z wysokości wierzchowca.
Poczuł jak wstępują w niego nowe siły, wyszczerzył zęby niczym drapieżne zwierzę i zamiast przyjąć kolejny cios na zastawę miecza wykonał unik i zanurkował. W jednej chwili znalazł się tuż przy boku wierzchowca, chwycił jeźdźca za kaftan i szarpnął. Zaskoczony Krzyżak runął na ziemię. Pociągnął jednak za sobą Jurgę. Mężczyźni zwarli się na trawie w bezpardonowej walce. Trzymali się mocno, kotłując, szarpiąc i wymierzając siarczyste ciosy. Żaden z nich nie mógł się wyswobodzić na tyle żeby użyć oręża.
Jurga musiał zaryzykować. Puścił rękojeść miecza i zacisnął dłoń na gardle przeciwnika. Półbrat zaczął się dusić, twarz nabrała sinej barwy i chcąc się uwolnić musiał również wypuścić broń. Chwycił nadgarstek Polaka i mocno go skręcił. Młodzieniec zawył z bólu poluźniając chwyt. Krzyżak zepchnął go z siebie.
Jurga przeturlał się kilka kroków. Zdołał podnieść się na kolana i z przerażeniem spojrzał na nienaturalnie wygiętą dłoń. Przed oczami pojawiły mu się czarne plamy. Pulsujący ból niemal pozbawił go przytomności.
Tymczasem Krzyżak sapiąc ciężko stanął chwiejnie na nogach, schylił się po leżący na ziemi tasak i zakręcił młynka. Spojrzał na klęczącego giermka uśmiechając się triumfalnie. Zbliżał się powoli. Nie spieszył się wiedząc, że Polak już mu nie umknie. Źrenice Krzyżaka błysnęły wściekłością. Pragnął zemsty za całonocny pościg, za godziny spędzone na trakcie, które mógłby spędzić w zamtuzie, w łożu sprzedajnej dziewki.
Młodzieniec trzymając się za nadgarstek nie był w stanie nic zrobić. Pogodzony ze śmiercią opuścił głowę. Nie chciał patrzeć na brodacza. Nagle jednak kątem oka dostrzegł swój miecz leżący na trawie, zaledwie na wyciągnięcie ręki.
Krzyżak wreszcie stanął nad Polakiem i zarechotał. Ohydny śmiech rozniósł się echem po polanie.
– Ty psie! – wysyczał. – Myślałeś, że nam umkniesz?
Jurga milczał.
– Gdzie to jest?
– Co?
Półbrat uderzył Jurgę opancerzoną pięścią w twarz.
– Dobrze wiesz, co?
Polski rycerz grzbietem zdrowej dłoni otarł krew sączącą sie z kącika ust. Spojrzał w gniewne oczy zakonnego sługi, a następnie sięgnął za pazuchę i wyciągnął zawiniątko, które tak pilnie strzegł.
– Dawaj – rzekł Krzyżak wyciągając rękę.
Jurga rzucił zawiniątko na ziemię. Materiał rozsupłał się i w słońcu błysnął odkryty nagle przedmiot. Oszołomiony tym widokiem półpbrat natychmiast się po niego schylił. Jurga tylko na to czekał. Błyskawicznie sięgnął lewą ręką po miecz i zamaszyście ciął brodacza przez kark. Trysnęła krew. Krzyżak zamrugał powiekami nie za bardzo wiedząc co się stało i runął na ziemię. Jego martwe oczy utkwione były w połyskujący w trawie złoty pektorał.

* * *

Helferich von Drache siedział na karym ogierze niedbale oparty o wysoki łęg siodła i mrużąc oczy spoglądał na gościniec. Nawet gdyby nie miał na sobie białego płaszcza z czarnym krzyżem to wykute niczym w kamieniu surowe rysy twarzy, krótka, czarna broda i dumna postawa świadczyły o tym, że ma się do czynienia z krzyżackim dostojnikiem.
Obok niego na wynędzniałej chabecie, która pod każdym względem ustępowała wierzchowcowi rycerza zakonnego, siedział wąsaty mężczyzna w średnim wieku o chytrym spojrzeniu. Wójt parczewski Jan Gruenwald podobnie jak jego koń niczym się nie wyróżniał, ale w profesji jaką uprawiał była to wielka zaleta. Mężczyzna bowiem trudnił się szpiegostwem.
– Gdzie oni są? – wysyczał rozzłoszczony Gruenwald.
Von Drache obdarzył go pogardliwym spojrzeniem. Krzyżacki dostojnik w swoim życiu zawsze kierował się rycerskimi ideałami i nie mógł zrozumieć jak można kłamać, oszukiwać, zdradzać nawet jeśli przyświeca temu wyższy cel. Dla niego szpieg był czymś gorszym niż pachołek, sprzedajna dziewka, a nawet miejski kat. Złościła go obecność tego nędznego człowieka, który jeszcze nie tak dawno służył wojskom Jagiełły jako przewodnik, ale otrzymał rozkaz żeby mu pomagać.
– Nie martw się – odparł siląc się na spokój. – Zaraz tu będę.
– Czy wiesz, zakonniku jak ważna jest ta misja? – warknął szpieg. – Myślisz, że to zabawa? Dowodzisz bandą głupców, którzy nie potrafią wykonać najprostszego zadania!
Krzyżak zacisnął opancerzoną dłoń na rękojeści miecza. Oczyma wyobraźni widział już jak ostrze jego broni tnie gardło zuchwalca mającego czelność zwracać się w ten sposób do rycerza Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie.
– No śmiało, zabij mnie! – roześmiał się wójt parczewski. – W złości niegodnej sługi bożego chcesz ubić człeka, który pomaga ratować Zakon. Ciekawym co rzekniesz swoim przełożonym?
Helferich von Drache wziął kilka głębokich oddechów, aż wreszcie udało mu się opanować wściekłość i zdjął dłoń z rękojeści miecza. Szpieg miał rację. Nie mógł przedkładać własnych pragnień nad dobro Zakonu. Postanowił nie zwracać uwagi na Gruenwalda, ale gdy tylko misja dobiegnie końca obiecał sobie, że porachuje się z wójtem parczewskim bez względu na jego zasługi. Teraz jednak postanowił odsunąć myśli od jego osoby.
Obejrzał się za siebie. Pięćdziesięciu jeźdźców w milczeniu czekało na jego rozkazy. Tylko tylu zostało z liczącej trzy setki zbrojnych chorągwi komturii i miasta Ragnety. Wielu z nich nosiło jeszcze ślady niedawnej bitwy.
Zakonnik spoglądał im w oczy, w których próżno było szukać tej żarliwości, dumy, pogardy dla śmierci, jakie można było ujrzeć jeszcze kilka dni temu, gdy z pieśnią na ustach wyruszali z Torunia naprzeciw wojskom Jagiełły i Witolda. Teraz widział jedynie przygnębienie. Byli zmęczeni i ledwie trzymali się w siodłach, ale bez słowa skargi podążali na misję, której celu nie rozumieli. Nie musieli. Mieli wykonywać tylko rozkazy.
Chorąży dzierżył drzewiec ze sztandarem przestawiający trzy czerwone hełmy na białym polu, lecz chorągiew była tak brudna, pokryta podróżnym kurzem i rozbryzgami krwi, że trudno było dostrzec na niej jakiekolwiek symbole. A przecież tak niedawno łopotała nad głowami niepokonanych krzyżackich hufców.
Von Drache nie mógł zrozumieć jak Zakon mógł ponieść klęskę w bitwie pod Grunwaldem. Zadufani w swoją potęgę rycerze zakonni myśleli, że szeregi wroga rozpierzchną się na sam ich widok.  Stało się jednak inaczej. Po początkowym sukcesie, gdy na lewym skrzydle udało się przegonić litewskie i tatarskie oddziały, do walki włączyły polskie chorągwie obwodowe. Wojskom Jagiełły udało się oskrzydlić mniej liczne krzyżackie siły i zamknąć w kotle. To wówczas na polu bitwy padł komtur Ragnety, a von Drache, który był jego zastępcą objął dowodzenie nad chorągwią.
Nie był na to przygotowany. Wydawało mu się, że jeszcze długie lata upłyną zanim obejmie tak zaszczytny urząd, ale wojna wiele rzeczy weryfikuje. Nagle, w środku bitwy musiał stanąć na czele zbrojnych, wydać rozkazy wiedząc, że ciąży na nim olbrzymia odpowiedzialność. W jego ręku znalazł się los trzech setek ludzi, którzy mu zaufali.
Podołał wyzwaniu. Opanował panikę, na powrót uformował szyk i przebił się do krzyżackiego obozu znajdującego się przy niewielkim lasku w okolicy wsi Grunwald. Tam zbrojni wymienili konie, broń, opatrzyli rany i ponownie mogli stawać do walki. Wielki mistrz Ulryk von Jungingen uformował hufiec złożony z piętnastu chorągwi, w skład którego weszła również zdziesiątkowana chorągiew komturii i miasta Ragnety i ruszył do ostatecznego natarcia. Zatoczył szeroki łuk w stronę Stębarku żeby objechać lewe skrzydło wojsk polskich i wejść na ich tyły. Udało się. Tysiące opancerzonych jeźdźców runęło na wroga niczym jastrząb na swoją ofiarę. Zdawało się, że armia Jagiełły zostanie rozniesiona w pył.
Tego dnia zwycięstwo jednak nie było pisane Zakonowi. W stronę nacierającego hufca zwróciła się wielka chorągiew krakowska, w której służyli najsłynniejsi rycerze w całej Europie. Niemal każdy słyszał o Zawiszy Czarnym nie znajdującego pogromcy na turniejach, o braciach Jakubie i Domaracie z Kobylan co serce do walki mieli równie wielkie jak siłę drzemiącą w rękach, oraz o dowodzącym nimi mieczniku krakowskim Zyndramie z Maszkowic. W sukurs krakowskiej przyszły chorągwie pozostające w obwodzie, w tym nadworna, w której walczył ten, który był przyczyną wielkiego nieszczęścia Zakonu.
Rozważania zakonnika zostały przerwane przez jeźdźców. Zmrużył oczy. Było ich tylko dwóch. Poprzedniego dnia wysłał po trzech zwiadowców na zachód, północ i wschód, a sam z całą chorągwią ruszył na południe. Nie wiedział jaką drogę wybierze polski kurier, podejrzewał jednak, że będzie chciał jak najszybciej dotrzeć do granic Królestwa jadąc na Działdowo. Jednak Polak zdając sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa zaczął kluczyć.
O wschodzie słońca w punkcie zbornym zjawili się zwiadowcy z zachodu twierdząc, że dojechali aż do Zielunia, ale nie natrafili na ślad ściganego rycerza. Zaraz po nich przyjechała trójka wysłana na wschód. Oni najbardziej musieli uważać, bowiem pod Nidzicą stacjonowały polskie oddziały. Pomimo tego udało im się przeczesać teren, wziąć na spytki wieśniaków z okolicznych osad, ale bez rezultatów. Zdawało się, że ten którego ścigali rozwiał się w porannej mgle. Pozostało mieć nadzieję, że zwiadowcy wysłani na północ wrócą z pomyślnymi wieściami.
– Dlaczego jest was tylko dwóch? – zapytał von Drache gdy półbracia osadzili konie w miejscu.
Najstarszy z nich, szpakowaty mężczyzna pokręcił głową.
– Spostrzegliśmy uciekiniera i rozpoczęliśmy pościg. Gdy już go prawie mieliśmy umknął do lasu. Tam zgubiliśmy trop. Rozdzieliliśmy się, żeby łatwiej go odszukać. Ruprecht już nie wrócił…
– Dlaczego zaprzestaliście poszukiwań?! – wtrącił się do rozmowy Jan Gruenwald.
Półbrat nie przyzwyczajony do tego żeby pytania zadawał mu zwykły wójt, spojrzał pytająco na swojego dowódcę.
– Odpowiedz – rzekł von Drache.
– Zaatakowano nas – mężczyzna opuścił głowę. – Ledwie umknęliśmy.
– Kto? Tam nie powinno być polskich oddziałów.
– Nie wiem – odparł krzyżacki sługa. – Nie dostrzegłem znaków na sztandarze.
Helfreich von Drache przeniósł spojrzenie na trakt, lecz trudno było cokolwiek wyczytać z jego oczu. Sięgnął dłonią do twarzy i zaczął gładzić brodę głęboko się nad czymś zastanawiając.
– Nie możemy zrezygnować z pościgu – rzekł Jan Gruenwald widząc wahanie na twarzy zakonnika. – Musimy go dopaść!
– Panie – wtrącił półbrat. – Tych co nas zaatakowali jest cała chorągiew, a nas zaledwie pięć dziesiątek. Nie mamy żadnych szans…
– Głupcze! – prychnął szpieg. – Dla tej sprawy gotów byłbym poświęcić nie tylko jedną chorągiew ale cały hufiec.
– Pozwól, że sam będę decydował o życiu i śmierci moich podkomendnych – rzekł  von Drache zimno spoglądając na wójta parczewskiego, a potem przeniósł spojrzenie na ludzi ze swojej chorągwi.
Zbrojni spuszczali głowy, nie chcąc patrzeć w oczy dowódcy. Jeszcze kilka dni temu zapewne rwałby się do starcia, ale teraz, po grunwaldzkiej klęsce, brawura w nich zgasła niczym zdmuchnięty płomień świecy. W pamięci jeszcze mieli zaciekłość z jaką Polacy na nich uderzali pod Grunwaldem, ich bezwzględność i sztychy mieczy przebijające zbroje. I nie zapomną o sile polskiego oręża, ani oni, ani ich dzieci, wnukowie, a nawet dalsze pokolenia.
– Zakon Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie będzie istniał tak długo jak długo będą trwać przy nim jego słudzy  – rzekł von Drache donośnym głosem. – I chociaż przegraliśmy bitwę to nie przegraliśmy wojny. Komtur ze Szczytna Henryk von Plauen zebrał w Malborku wojsko i silnie się obwarował. Polskie bombardy tak łatwo nie skruszą murów zamku. A rychło nadejdą posiłki od naszych pobratymców z Inflant, oraz rycerzy z Nowej Marchii, którym na sercu leży dobro chrześcijańskiego świata.
Helferich von Drache dostrzegł błysk w oczach niektórych ze swoich ludzi, a może tylko chciał taki widzieć, a było to zaledwie odbicie promieni słonecznych?
– W czasie gdy nasi bracia w Malborku budują szańce, umacniają mury obronne i gotują się do obrony, my musimy wypełnić powierzoną nam misję. Nie na darmo do tego zadania wyznaczono was. Chorągiew komturii i miasta Ragnety zawsze dzielnie stawała w boju.
Teraz był pewien, że dostrzegł żar w oczach podkomendnych. Zbrojni zaczęli wznosić okrzyki.
– Dobrze zakonniku. – rzekł Guenwald w uznaniu. Na ustach szpiega błąkał się chytry uśmiech. Helfreich von Drache nie raczył obdarzyć go nawet spojrzeniem.
– Wypełnijmy to co nam pisane – rzekł tylko.
Chwilę potem chorągiew komturii i miasta Ragnety pędziła galopem na spotkanie ze swoim przeznaczeniem.

* * *

Jurga najpierw nastawił sobie kontuzjowany nadgarstek, a dopiero potem pochylił się i sięgnął po leżący w trawie  pektorał. Obrócił go w palcach uważnie mu się przyglądając. Krzyż wykonany był ze złota, ozdobiony relikwiami świętych i wysadzany drogimi kamieniami. Sam w sobie wart był co najmniej trzynaście wsi, ale tak naprawdę był jeszcze cenniejszy. Jurga dobrze pamiętał gdy go ujrzał po raz pierwszy.
To było zaraz po bitwie. Wraz z chorągwią nadworną do późnej nocy ścigał uciekających Krzyżaków i gdy o świecie wrócił do obozu z nadzieją, że wreszcie odpocznie i złapie trochę snu, Mszczuj ze Skrzyńska wysłał go na grunwaldzie pole z zadaniem zebrania rynsztunku zabitych wrogów. Zgodnie z rycerskim obyczajem uzbrojenie pokonanych należało do zwycięzcy. Jego pan, pomimo bitewnego zamętu, dokładnie pamiętał miejsca gdzie powalił co znaczniejszych przeciwników i je opisał żeby Jurga nie miał problemów z ich odnalezieniem. I gdy młodzieniec zdzierał zbroję z jednego krzyżackiego dostojnika ujrzał na jego szyi złoty pektorał. Zaraz zaniósł go swojemu panu. W obozie zawrzało. Okazało się bowiem, że taki krzyż nosił tylko jeden człowiek – Ulryk von Jungingen. Szybko rozniosła się wieść, że to Mszczuj ze Skrzyńska  powalił wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego. W bitewnym zamęcie czasami trudno dostrzec z kim kruszy się kopie i pan Jurgi był mocno zdziwiony tym, czego dokonał.
Mszczuj długo zastanawiał się co uczynić z pektorałem. Stwierdził wreszcie, że tak cennego przedmiotu nie powinno się ze sobą wozić i kazał Jurdze dostarczyć go do Skrzynna. Nie podobało to się młodzieńcowi. Po zwycięskiej bitwie wojska polskie i litewskie szykowały się do wymarszu na Malbork, a on chciał iść wraz z nimi. Oczyma wyobraźni widział już siebie wdzierającego się na mury, zdobywającego stolicę wroga i plądrującego krzyżacki skarbiec. Niestety, złoto zakonników nie było dla niego. Musiał  posłusznie wykonywać rozkazy swojego pana.
Jurga schował pektorał za pazuchę, wdrapał się na konia i chwycił wodze. Skrzywił się z bólu, bo kontuzjowany nadgarstek dał o sobie znać. Musiał szybko znaleźć medyka, ale na to mógł liczyć dopiero w Działdowie.
Przez chwilę zastanawiał się czy jechać głównym traktem czy jednak lasami, gdyż obawiał się krzyżackiego oddziału, który był na jego tropie. Nadgarstek jednak bardzo mu doskwierał i skierował konia na gościniec.
Słońce stało już wysoko na niebie i żeby osłonić się przed skwarem Jurga starał się jechać w cieniu przydrożnych drzew. Lecz nie zawsze było to możliwe, bo szlak przecinał również pola i łąki. Czoło młodzieńca zrosiły krople potu, w nozdrza wdzierał się kurz i zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać. W taki dzień najchętniej wyciągnąłby się na zielonej trawie i wsłuchiwał w ćwierkanie ptaków. Na to jednak Jurga nie mógł sobie pozwolić.
Uniósł się w siodle próbując dojrzeć co czeka go za następnym zakrętem. Nie widać było jednak żadnej osady, ani chłopskiej zagrody, gdzie mógłby napoić konia, posilić się i otrzepać z podróżnego kurzu. Westchnął ciężko. Zaczynał wątpić, że dojedzie do Działdowa przed zmrokiem. Nie uśmiechało mu się spędzenie kolejnej nocy na szlaku, tym bardziej, że niebezpieczeństwo cały czas na niego czyhało. Obejrzał się ale na szczęście nikt za nim nie jechał. Odetchnął z ulgą.
Zastanawiał się dlaczego Krzyżakom aż tak bardzo zależy na odzyskaniu pektorału? Rozumiał, że stanowił on dla nich symbol władzy, a być może nawet pamiątkę po wielkim mistrzu, ale żeby angażować do tego całą chorągiew, w sytuacji gdy w Malborku każdy zbrojny był na wagę złota, tego Jurga nie potrafił pojąć.
Jego rozmyślania przerwała tętent końskich kopyt. Obejrzał się w siodle i ujrzał kurzawę na trakcie. Zbladł. Musiał to być oddział liczący co najmniej pięćdziesięciu jeźdźców. Zapewne już go zauważyli. Młodzieniec rozejrzał się i zdał sobie sprawę, że znajduje się w szczerym polu. Od najbliższego lasu dzieliła go co najmniej mila. Dał koniowi ostrogę.
Nie minęły dwie zdrowaśki, a biedne zwierze już ciężko dyszało. Jurga obejrzał się przez ramię i z przerażeniem stwierdził, że Krzyżacy doganiają go w oczach. Widać już było ponure twarze zbrojnych wyłaniające się spod rond kapalinów, połatane kaftany i wymalowane krzyże na tarczach. Musieli mieć lepsze i bardziej wypoczęte wierzchowce, ale zbawienna ściana lasu była już blisko. Młodzieniec wierzył, że w gęstwinie zdoła zgubić pościg.
Nagle kasztanka Jurgi potknęła się, a on nie zdołał utrzymać się w siodle i przeleciał przez łęk. Uderzając o ziemię przeturlał się kilka kroków i zaległ w miejscu. Teraz ból przeszywał już nie tylko nadgarstek ale również plecy, biodro i bark. Dźwignął się ciężko. Zakręciło mu się w głowie. Wyciągnął miecz gotów stawić czoło oprawcom. Postanowił nie poddawać się bez walki widząc nacierających wrogów, jednakże pierwszy cios, który przyjął na zastawę był tak silny, że wytrącił mu z reki oręż.
Jeźdźcy otoczyli go i krążyli wokół niczym wygłodniałe wilki. Przyglądali mu się ponuro, wściekli, że tak długo musieli za nim gonić. Wreszcie jeden z nich podjechał unosząc w górę miecz do ciosu. Jurga nie miał już siły uciekać. Wiedział, że krzyżackie ostrze zaraz rozłupie mu czerep pozbawiając życia. Już nie ujrzy błękitnych oczu Dobrosułki, nie weźmie jej w ramiona i nie złoży pocałunku na jej ustach. A przecież obiecał, że powróci z wojny i się z nią ożeni. Widocznie jednak śmierć mu była pisana.
– Stój! – rozległ się tubalny głos i krzyżacki knecht wstrzymał oręż.
Przed szereg wyjechał zakonny rycerz i gniewnie spojrzał na swojego człowieka.
– Najpierw upewnijmy się, że ma przy sobie to czego szukamy. Jeśli gdzieś ukrył  przedmiot to trup nam nic nie powie.
Dwaj zbrojni zeskoczyli z koni. Jeden przytrzymał Jurgę, drugi go przeszukiwał. Młodzieniec próbował się wyrywać, ale był zbyt osłabiony żeby walczyć. Krzyżacki knecht dosyć szybko znalazł zawiniątko i wyłuskał z niego złoty pektorał. Urzeczony gapił się na przedmiot z otwartymi ustami. Zapewne nigdy w życiu nic tak cennego nie miał w rękach i już nigdy nie będzie miał.
– Dawaj to tu! – krzyknął zakonnik.
Mężczyzna niechętnie oddał krzyż swojemu dowódcy. Helfreich von Drache przez dłuższą chwilę przyglądał się pektorałowi obracając od palcach. W spojrzeniu zakonnika nie było jednak chciwości, lecz zaduma. Jego oczy zdawały się pytać dlaczego tak wielu ludzi poświęciło życie dla kawałka złota.
– Piękna rzecz, nieprawdaż? – zagadnął Jan Gruenwald, który właśnie podjechał.
– Widziałem bardziej okazałe – odparł ponuro von Drache. – Rzeknij, mi dlaczego jest tak cenny?
– Lepiej żebyś nie wiedział – wójt parczewski wyciągając rękę. – Oddaj mi go!
Zakonnik podniósł wzrok i podejrzliwie zerknął na szpiega.
– Nie tak szybko. Chcę znać prawdę.
Gruenwald obejrzał się na otaczających ich zbrojnych przysłuchujących się rozmowie.
– Rzeknę ci na osobności.
– Nie mam tajemnic przed moimi ludźmi.
– Jak sobie życzysz – szpieg skrzywił usta w uśmiechu – Ale wiedz będziesz tego żałował.
– Mów!
Wójt parczewski westchnął ciężko.
– Zakon Krzyżacki przygotowywał się do wojny już od kilku lat. Można rzec, że od czasów gdy Ulryk von Jungingen objął rządy po swym zmarłym bracie Konradzie. Poprzednik naszego mistrza pragnął uczynić z Zakonu potęgę morską, natomiast Ulryk pragnął jak najszybszego rozprawienia się z Polską i Litwą.
–  To wszystko jest mi wiadome – warknął krzyżacki dostojnik. – Rzeknij mi coś czego nie wiem.
Jan Gruenwald wzniósł brew.
– Zatem sprawy polityki nie są ci obce?
– Jestem tylko bożym sługą i pokornie wykonuję rozkazy.
– I to mnie martwi – skrzywił się wójt parczewski.
– Co masz na myśli?
Mężczyzna przez dłuższą chwilę przyglądał się zakonnikowi wahając się czy mówić dalej. Wreszcie się zdecydował.
– Ulryk von Jungingen przewidział również to, że wojna może potoczyć się niepomyślnie dla Zakonu i dlatego zabrał złoto z Malborka ukrywając w zupełnie innym miejscu.
Helfreich von Drache wytrzeszczył oczy.
– W Malborku nie ma złota? – wydukał. – Z czego zatem Zakon opłaci najemników do dalszej wojny?
Gruenwald podjechał do zakonnika i pochylił się ku niemu.
– Malbork jest stracony – wyszeptał. – Prędzej czy później zamek padnie, a wraz z nim cały Zakon.
– Zamilcz! – von Drache zacisnął opancerzoną pięść.
– Spójrz prawdzie w oczy. To koniec.
Dostojnik zmarszczył czoło wpatrzony w dal, jakby chciał dosięgnąć wzrokiem stolicy i wspomóc swoich towarzyszy w walce, ale po chwili uświadomił sobie, że wójt parczewski ma rację. Opuścił głowę. Wszelka nadzieja w nim zgasła.
– Czemu zatem ścigaliśmy tego nieszczęśnika? – wskazał głową Jurgę. – Cóż warty jest pektorał zmarłego Ulryka von Jungingena? Armii za to nie kupimy, co najwyżej kilka wiosek.
Jan Gruenwald uśmiechnął się chytrze.
– Przyjrzyj mu się uważnie.
– Widzę tylko relikwie świętych i jakieś symbole.
– Ulryk von Jungingen ukrywszy skarbiec przypilnował żeby tajemnica nie została odkryta. Transport złota nadzorował osobiście, a potem kazał stracić robotników i tych, którzy znali miejsce jego ukrycia. Tylko on znał sekret.
Szpieg zamilkł przez chwilę przyglądając się krzyżowi leżącemu na dłoni von Drache.
– Na wojnie różnie bywa. I chociaż wielki mistrz był znamienitym rycerzem to zdawał sobie sprawę, że czasami zabłąkany bełt wystrzelony z kuszy może przebić pancerz lub miecz jakiegoś mocarza rozpłata czaszkę…
– I tak się właśnie stało.
Wójt parczewski pokiwał głową.
– Ulryk von Jungingen pragnął żeby po jego śmieci skarbiec został odnaleziony i zawarł tajemnicę miejsca ukrycia na tym oto pektorale.
Helfreich von Drache spojrzał w niedowierzaniu na krzyż pokryty symbolami.
– Gdybyśmy znaleźli złoto moglibyśmy opłacić wojska najemne i losy wojny ponownie przechyliłyby się na stronę Zakonu.
– Chcesz nadal stać na straży przegranej sprawy? – spytał szpieg uważnie zerkając na zbrojnych. – Złota starczy dla nas wszystkich.
Krzyżak groźnie spojrzał na szpiega.
– Co masz na myśli?
– Znajdziemy skarb i się nim podzielimy – wójt parczewski mówił głośno, tak żeby usłyszeli go nawet knechci w ostatnich szeregach. – Starczy dla wszystkich na długie i godziwe życie. Już dosyć krwi przelaliśmy dla Zakonu.
Rozległy się popierające go okrzyki.
– Milcz, głupcze! – warknął von Drache. – To zdrada.
– To zdrowy rozsądek. Twoi ludzie pójdą za mną.
– Bzdura.
– Chcesz się przekonać?
Von Drache rozejrzał się i widząc oblicza zbrojnych zrozumiał, że wójt parczewski ma rację. Mając wybór pomiędzy powrotem na wojnę, a życiem w dostatku wybrali to drugie.
– Jesteś z nami czy przeciw nam? – zapytał szpieg.
– Zawsze pozostanę wierny Zakonowi.
– Twój wybór – Jan Gruenwald lekko skinął głową i natychmiast jeden z knechtów podjechał do zakonnika wbijając mu sztylet w plecy. Zaskoczony Helfreich von Drache jęknął i martwy zwalił się z konia. Złoty pektorał wypadł mu z ręki i potoczył pod nogi Jurgi.
Młodzieniec do tej pory tylko stał bezradny z szeroko otwartymi oczyma przysłuchując się rozmowie dwóch mężczyzn. Okazało się, że przez cały czas posiadał w rękach klucz do krzyżackiego skarbca. A teraz pektorał leżał w trawie mieniąc się w słońcu i skupiając na sobie spojrzenia dziesiątek oczu. Wydawało się, że czas zatrzymał się w miejscu.
Nagle zatrzęsła się ziemia. Knechci odrywali wzrok od ozdobnego krzyża i spojrzeli na trakt. Zasłaniali Jurdze widok i ten nie mógł dojrzeć co się tam dzieje, ale zbrojni wyciągali miecze, tasaki, topory. Niektórzy zawrócili konie i zaczęli uciekać.
Po chwili potężny huk przetoczył się po okolicy i rozległ się bitewny zgiełk. Trzask łamanych drzewców, szczęk oręża, krzyki umierających świadczyły o tym, że rozgorzała walka. W sercu Jurgi zapłonęła nadzieja.
Wykrzesał z siebie resztki sił i wyrwał z rąk trzymającego go knechta Schylił się, pochwycił pektorał i zaczął uciekać. Brakowało mu tchu, niemal całe ciało przeszywał ostry ból, ale biegł tak szybko jak tylko mógł.
– Łapcie go! – usłyszał za plecami wściekły głos Gruenwalda. Obejrzał się i ujrzał szarżujących na niego Krzyżaków. Potknął się i upadł na ziemię. Przeżegnał się pewny, że zaraz zginie stratowany pod końskimi kopytami, lecz nagle zdarzył się cud. Na krzyżackich pachołków natarli jeźdźcy. Jurga ujrzał powiewający na wietrze sztandar mający w herbie fale wodne czerwone i białe, a nad nimi szkarłatny krzyż. Nie wiedział do kogo należy ta chorągiew, ale człowiek ten uratował mu życie.
Oczy zaszły mu mgłą i stracił przytomność.

* * *

Rycerz o jasnych, krótko przystrzyżonych włosach uważnie przyglądał się trzymanemu w dłoni złotemu pektorałowi. Mężczyzna dobiegał lat pięćdziesięciu i choć na jego twarzy można było dostrzec lekkie bruzdy i zmarszczki wokół oczu, to nie wyglądał na swoje lata. Przystojny, barczysty, z błyskiem w oku i zawadiackim wąsem musiał podobać się kobietom oraz wzbudzać szacunek u mężczyzn.
– Piękna rzecz – rzekł i podniósł wzrok mierząc Jurgę spojrzeniem. – Komu ukradłeś?
Młodzieniec pokręcił przecząco głową. Dopiero się ocknął i jeszcze oszołomiony przyprowadzony został przed oblicze dowódcy chorągwi.
– Nie ukradłem – wydukał. – Pektorał należy do mojego pana.
– Łżesz! – warknął rycerz. – Takie relikwie noszą tylko dostojnicy krzyżaccy.
– Zgadza się – rzekł Jurga i ukradkiem rozejrzał się.
Niektórzy zbrojni ściągali z traktu ciała poległych krzyżackich knechtów, wiązali wziętych w niewolę jeńców, inni zaś w cieniu przydrożnych drzew opatrywali rany, czyścili broń i karmili konie. Młodzieniec zdołał dowiedzieć się, że został uratowany przez chorągiew ziemi chełmińskiej pod dowództwem Mikołaja z Ryńska herbu Rogala. Rycerz był zatem poddanym Zakonu krzyżackiego. Jurga zastanawiał się dlaczego zaatakował swoich kamratów?
– Czekam na wyjaśnienia – rzekł zniecierpliwiony Mikołaj z Ryńska.
Jurga wziął głęboki oddech i odrzekł:
– Złoty pektorał jest łupem wojennym zdobytym przez mojego pana na jednym z rycerzy zakonnych podczas bitwy na polach Grunwaldu. Teraz wiozę przedmiot do Polski żeby tam pozostawić w rękach rodziny mojego pana.
Mikołaj z Ryńska zbliżył się i spojrzał w oczy młodzieńca jakby chciał wyczytać prawdę.
– Jak zwie się twój pan?
– Mszczuj ze Skrzyńska herbu Łabędź.
Mężczyzna przekrzywił lekko głowę.
– Chodzą słuchy, że to on ubił wielkiego mistrza Ulryka von Jungingena.
Jurga ciężko przełknął ślinę. Do tej pory łudził się jeszcze, że rycerz okaże się być uczciwy, odda mu pektorał i puści wolno. Jego nadzieja rozwiała się niczym dmuchawce na wietrze. Pewny był, że teraz Mikołaj z Ryńska zatrzyma sobie pektorał, a jego każe ubić i pochować wraz z krzyżackimi pachołkami żeby nie było świadków.
Mężczyzna przeniósł spojrzenie na mieniący się złotem krzyż, z nabożną czcią obracał go w palcach, podziwiając kunsztowne ozdoby, symbole na jego powierzchni.
– Wart pewnie fortunę – wyszeptał. – Starczyłoby na wyrychtowanie całej chorągwi,   wynajęcie stu zbrojnych, lub sprowadzenie z południowych krain najpiękniejszego sukna i uszycie z niego tuzin szat godnych samego króla. Wówczas byłbym niczym książę i żadna niewiasta by mi się nie oparła.
Mikołaj z Ryńska zarechotał, ale po chwili uśmiech zgasł na jego ustach i westchnął ciężko.
– To cenny przedmiot – rzekł rzucając Jurdze pektorał – Pilnuj go dobrze.
Oszołomiony młodzieniec pochwycił krzyż i z niedowierzaniem wpatrywał się w mężczyznę.
– Czemuś tak gębę rozdziawił? – spytał dowódca chorągwi ziemi chełmińskiej.
Młodzieniec milczał.
– Zastanawiasz się dlaczego nie przywłaszczyłem sobie pektorału? Otóż splamiłbym honor rycerski zagarniając łup należący do innego rycerza. Poza tym, to czego pragnę nie kupię za żadne złoto tego świata.
– A czego pragniecie, panie?
– Wolności.
– Wolności?
– Ziemia chełmińska wiele wycierpiała pod żelaznym butem Zakonu. Bracia rycerze z czarnym krzyżem na płaszczach uczynili wiele okrucieństw nie tylko Polakom, Litwinom i Żmudzinom, ale nawet własnym poddanym. Zakuwali w kajdany zarówno krnąbrnych chłopów jak i szlachetnych panów, którym w niesmak były rządy mnichów. Nie oszczędzali kobiet ani dzieci, wieszając ich na gałęziach tuż obok mężczyzn.
Mikołaj z Ryńska westchnął ciężko.
– Gdy rozpoczęła się wojna szlachta ziemi chełmińskiej miała obowiązek stawić się pod rozkazy Krzyżaków. Przez pierwsze miesiące nasza chorągiew walczyła ramię w ramię ze znienawidzonymi rycerzami zakonnymi, lecz gdy miało dojść do walnej bitwy na polach Grunwaldu nie zdzierżyliśmy. W naszych szeregach nie było rycerza, któremu Krzyżacy nie zabiliby kogoś z rodziny, wielu należało do Towarzystwa Jaszczurczego, stowarzyszenia walczącego z krzyżackim uciskiem. Jako chorąży objąłem dowodzenie i wycofałem całą chorągiew tuż przed bitwą.
– Dobrze uczyniłeś, panie – rzekł Jurga zadowolony, że trafił na sojusznika.
– Czyżby? – skrzywił się Mikołaj z Ryńska. – Zakonnicy nie wybaczają zdrady. Przykładnie ukażą rodziny tych, którzy ośmielili się sprzeciwić ich woli, a mnie ścigać będą aż do śmierci. Już nigdy nie powrócę na ziemię chełmińską…
– Nieprawda! – zakrzyknął giermek. – Wojska polsko-litewskie dobywają zamek w Malborku i rychło wszystkie ziemie zostaną wyzwolone spod krzyżackiego jarzma.
– Młody jeszcze jesteś i głupi – mężczyzna roześmiał się. – Wojna może niedługo się skończy, ale Zakon krzyżacki ją przetrwa, bo zbyt wielu możnym tego świata zależy na jego istnieniu. Król Jagiełło owacyjnie witany w miastach pruskich, niedługo o nich zapomni.  Wielu srogo się zawiedzie.
Jurdze nie spodobały się słowa rycerza, w których pobrzmiewało rozgoryczenie. Do tej pory młodzieniec naiwnie wierzył, że po wygranej wojnie wszystko się zmieni. Znienawidzone państwo zakonne przestanie istnieć i wszyscy będą żyć szczęśliwie. Nie wyznawał się na polityce, ale coś mu mówiło, że Mikołaj z Ryńska ma rację. Koniec wojny nie będzie kresem Zakonu krzyżackiego.
– Ruszaj w drogę, chłopcze. Dostarcz pektorał na miejsce i niechaj stanie się on symbolem potęgi rycerstwa polskiego. Niechaj potomni pamiętają, że wielkiego  mistrza Ulryka von Jungingena w bitwie grunwaldzkiej powalił Mszczuj ze Skrzyńska herbu Łabędź
– A ty, panie? – spytał Jurga. – Może pojedziecie ze mną? Polacy przyjmą was z otwartymi ramionami i ochronią przed krzyżackim gniewem.
Mikołaj z Ryńska spojrzał smutno na zachód, tam gdzie rozciągała się ziemia chełmińska.
– W Królestwie Polskim zawsze byłbym wygnańcem – odparł. – Pisany mi inny los.
Jurga chciał coś jeszcze powiedzieć, ale podprowadzono mu konia. Mężczyzna skinął mu na pożegnanie, a potem odwrócił się wydając rozkazy swoim podkomendnym i zupełnie zapomniał o młodzieńcu. Jurga wiedział co uczyni Mikołaj z Ryńska. Pozostanie ze swoimi ludźmi na ziemiach pruskich i ukrywając się w lasach, gęstych puszczach każdego dnia będzie walczył z Krzyżakami dopóki mu starczy sił. Ale pewnego dnia, gdy pozostanie przy nim zaledwie garstka wiernych rycerzy, dopadną go słudzy Zakonu. Zostanie pochwycony, uwięziony, a potem skazany na śmierć. Kat zetnie mu głowę ku uciesze gawiedzi i uldze krzyżackich dostojników. Po latach nikt już nie będzie o nim pamiętał, ani czynów jakich dokonał. Tak to już z historią bywa.
Jurga dał koniowi ostrogę i popędził traktem na południe. Działdowo wydawało się na wyciągnięcie ręki.

* * *

Medyk spojrzał z politowaniem na Jurgę, który próbował zwlec się z posłania. Młodzieniec syknął z bólu bowiem rany paliły go jeszcze żywym ogniem i opadł z powrotem.
– Powinieneś leżeć – rzekł mężczyzna. – Rany się jeszcze nie zagoiły.
Przypomniał sobie jak kilka dni temu przywieziono chłopaka do Lidzbarka i zaraz wniesiono mu do lazaretu. Patrol zbrojnych odnalazł tego młodego rycerza błąkającego się po okolicznych lasach. Krwawił obwicie z wielu ran i miał mocno opuchnięty nadgarstek. Medyk zbił mu gorączkę, połatał rany i nastawił zwichnięty staw. Młodzieniec tak był wycieńczony, że ocknął się dopiero po dwóch dniach.
Na zamku uznali go za szaleńca, bowiem majaczył coś o cennym przedmiocie wiezionym do Skrzynna, o potyczce jaka miała miejsce niedaleko Działdowa i o tym jak Mikołaj z Ryńska wraz z chorągwią ziemi chełmińskiej ocalili go od niechybnej śmierci. I gdy już był pewny, że jest bezpieczny po wyjeździe z Działdowa ponownie został napadnięty przez niejakiego Jana Gruenwalda, wójta parczewskiego, który cudem uniknął śmierci. Cały czas go ścigał pragnąc odebrać relikwię. Miał do pomocy garstkę krzyżackich knechtów, którzy porzucili służbę dla Zakonu.
Po krótkiej walce młodzieniec zdołał uciec i skryć się w lesie. Lecz żeby zmylić pogoń zamiast do granicy z Królestwem Polskim skierował się na zachód. Najpierw ukrywał się w okolicy Dłutowa, potem Wielkiego Łęcka, aż wreszcie ruszył na Bryńsk. Tutaj coraz bardziej opadając z sił zagubił się w gęstych matecznikach. Straciwszy konia szedł na północ aż dotarł pod Lidzbark.
Wszyscy mu mówili, że już jest bezpieczny i za dwie niedziele wyliże się z ran, a wtedy będzie mógł powrócić do Polski. Młody rycerz zachowywał się jednak jakby mu rozum odjęło. Wszędzie upatrywał wrogów, krzyżackich szpiegów i trzymał za pazuchą swój skarb bojąc się, że mu go wydrą. Na nic słowa zapewnienia, że w Lidzbarku nic mu nie grozi, że na czas wojny stacjonują tu wojska polskie i w razie czego obronią go przed wrogami.
Jurga ponownie próbował się podnieść.
– Leż! – rzekł zniecierpliwiony medyk.
– Chcę się iść pomodlić.
Medyk pokręcił głową, ale widząc determinację młodzieńca pomógł mu wstać, ubrać się i odprowadził do kaplicy. Tutaj Jurga poprosił o to żeby pozostawiono go samego. Zakręciło mu się w głowie, więc ukląkł przed ołtarzem. Przeżegnał się i odmówił krótką modlitwę wpatrzony w oblicze ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa. Teraz wiedział jak cierpiał Zbawiciel krwawiący z wielu ran, sponiewierany przez tortury i niosący tak wielkie brzemię. Brzemię Jurgi było bez porównania mniejsze od chrystusowego, ale i tak odczuwał jego ciężar.
Wyciągnął zza pazuchy złoty pektorał i w blasku świec zaczął mu się przyglądać. Nie prosił o tak wielką odpowiedzialność. Na początku krzyż zdawał się być tylko cennym przedmiotem, który miał dostarczyć do Skrzynna, teraz zaś wiedział, że kryje w sobie wielką tajemnicę. Był kluczem do odnalezienia krzyżackiego skarbu.
Jurga nie mógł dopuścić żeby pektorał trafił w ręce Jana Gruenwalda. Wiedział jednak, że wójt parczewski nie spocznie dopóki go nie odnajdzie, a tutaj w Lidzbarku na pewno miał swoich wywiadowców, którzy prędzej czy później go wytropią. A wtedy Jurga straci życie i pektorał. Śmierci się nie bał, ale gniewu swojego pana. Za stratę tak cennego przedmiotu Mszczuj ze Skrzyńska gotów był zstąpić do Piekieł żeby ukarać swojego sługę.
Młody rycerz postanowił ukryć pektorał.
Rozejrzał się po uważnie po kaplicy zastanawiając się czy to będzie dobre miejsce? Podniósł się i ledwie trzymając na nogach zaczął szukać kryjówki. W zamkowych kaplicach wiele było skrytek, oraz miejsc, gdzie można było schować coś wartościowego.
Najpierw próbował wyciągnąć jedną z cegieł i tam ukryć krzyż, ale po chwili stwierdził, że to zły pomysł. Potem szukał szpar w podłodze, aż wreszcie spostrzegł  figury świętych stojące przy ołtarzu. Wybrał jedną z nich, świętego, który wydawał się być najbardziej godny zaufania i zabrał się do pracy. Przy użyciu noża wystrugał w lipowym drewnie skrytkę na tyle dużą żeby pomieścić relikwię i na tyle niewielką, żeby przy odpowiednim zamaskowaniu nie było jej widać.
Po raz ostatni spojrzał na złoty pektorał tym razem uważniej przyglądając się symbolom na jego powierzchni. Ujrzał mewę w locie z rozpostartymi szeroko skrzydłami. Przez chwilę zastanawiał się co to mogło oznaczać, ale nie przychodziło mu nic do głowy. Przecież był tylko zwyczajnym, prostym rycerzem. Możni panowie zapewne rozwiązaliby szybko tę zagadkę.
Pospiesznie schował pektorał do skrytki i opuścił kaplicę.
Postanowił napisać list do swojego pana, w którym da do zrozumienia gdzie ukrył cenny przedmiot. Kiedy wojna się skończy Mszczuj ze Skrzyńska będzie mógł tutaj przyjechać i odnaleźć pektorał. Przez myśl mu przeszło, że jeśli będzie tak jak przepowiadał Mikołaj z Ryńska i Zakon powróci na te tereny, to zamek ponownie przejdzie w posiadanie mnichów. Wówczas pod samym nosem będą mieli klucz do krzyżackiego skarbu nawet o tym nie wiedząc.
Jurga uśmiechnął się na tę myśl.
Powiadają, że najciemniej jest w świetle pochodni.