Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Z Polski

Druga burza (fragment książki)

Druga Burza Marcina Mortki jest już do kupienia, w rozwinięciu niusa prezentujemy fragment książki.

Buntownik Mads Voorten i jego straceńcy po raz kolejny ruszają do walki. Stawką jest wolność lub… śmierć w boju.
Przeciwko nim zastępy zbrojnych, złowroga magia, smoczy pomiot, a przede wszystkim zwykłe ludzkie cwaniactwo. Bo nie ma takiej wojny, na której ktoś nie chce zrobić interesu.
Burza ma jednak sprzymierzeńców – elfy i krasnoludy, które podobno wyginęły dawno temu, smocze szczenię, które zdradziło braci oraz Strażniczkę, która władzę stawia niżej niż matczyną miłość.
Burza ma też swoje Ostrze – Madsa. Świetnego wojownika, błyskotliwego dowódcę, szaleńca i desperata, naznaczonego przeznaczeniem.
Burzy nic nie zatrzyma!

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Marzec 2012
ISBN: 978-83-7574-678-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 336
Cena: 34,90 zł
Tom cyklu: 2

Szast-prast i twierdza nasza. Prawie bez strat

Z lasu wypadł orszak Smoczych Jeźdźców. Kopyta ciężkich rumaków rozbijały poranną mgłę, wiatr świstał na ostrych zakończeniach zbroi. Pędzili jak szaleni, jakby ścigało ich któreś ze Smocząt, gnali z butą i dumą, ale i ze strachem. Co chwila któryś z nich odwracał wzrok, a potem znów patrzył przed siebie, na majaczącą w oddali Mglicę, i ponaglał znużonego wierzchowca.
Pozostało ich ledwie dwudziestu, w tym siedmiu ciężkozbrojnych, reszta – czeladź w kolczugach. Któryś odrzucił w pędzie strzaskaną tarczę, inny gnał ze strzałą w ramieniu, kolejny mknął z twarzą zalaną krwią. Ktoś zgubił hełm, ktoś słaniał się nad końskim karkiem. Za orszakiem pędziły trzy konie bez jeźdźców, ani chybi poległych w walce.
Pędzili. Wiatr świstał. Twierdza rosła w oczach. Nad bramą kotłowali się wartownicy i patrzyli z niedowierzaniem.
Ktoś napadł na oddział Tuaisceartan. A więc pogłoski okazały się prawdziwe. Ktoś naprawdę pochwycił za broń przeciwko władcom świata.
Uciekinierzy byli coraz bliżej. Już nie odwracali się za siebie, poganiali zmęczone konie. Te biegły coraz ciężej, z pysków opadały płaty piany. Jeszcze czterysta metrów, trzysta, dwieście pięćdziesiąt…
Prowadzący rycerz przytknął róg do ust i zagrał sygnał. Kilka chrapliwych tonów różnej długości rozdarło powietrze. Niemalże w tej samej chwili na murach Mglicy wykrzyczano kilka rozkazów i ciężkie wrota twierdzy drgnęły, by zacząć się otwierać.
Jeździec musnął końskie boki ostrogami, a w ślad za nim to samo uczynili pozostali. Dobywali ze swych wierzchowców ostatnich sił, choć przecież tak blisko warowni nic im już nie groziło. Byli w końcu prawie bezpieczni…
Nie było za murami człowieka, który nie wpatrywałby się w garstkę desperatów i który nie zadawałby sobie pytania o sprawców zuchwałej napaści. Wszyscy spoglądali w stronę ciemnego boru, skąd wyjechali uciekinierzy, nikt zaś nie spoglądał na boki, ku zalanym mgłą, ledwie widocznym osadom służebnym.
Wrota rozchyliły się do końca i zamarły. Rozhukany orszak przemknął po moście zwodzonym, wdarł się w tunel bramy i wypadł na dziedziniec zamkowy. Przybysze jak jeden mąż wryli konie i obrócili ku murom. Wstrzymali oddechy.
W tym momencie z mgieł wyfrunęła chmara strzał. Nim ktokolwiek zdołał ich powitać, nim ktokolwiek zdołał krzyknąć ze strachu czy choćby westchnąć, na murach Mglicy zatańczyła śmierć.
Część strzał chybiła, zacieniła różowe niebo i zniknęła. Pozostałe wbijały się w ludzkie ciała, przedzierały przez kolczugi, wyrywały strugi krwi i wrzaski cierpień. Pierwsi z trafionych obrońców, niczym zakrwawione monstrualne ptaki, z krzykiem runęli na spotkanie bru- ku dziedzińca.
Świat zamarł. Oczy dowódcy warowni, młodego, rudowłosego rycerza z czołem przeciętym blizną, rozwarły się szeroko, ramię wskazało bramę, usta rozchyliły się do krzyku.
Cienki bełt rozszarpał mu gardło w sekundę później. Jeźdźcy na dziedzińcu, jeszcze przed chwilą ranni, oszołomieni i rozbici, teraz wyrywali niewielkie kusze spod płaszczy. Dobrze wycelowane bełty śmigały wśród murów, strącały tych, którzy zdążyli się zorientować, niebezpieczeństwo wniknęło do wnętrza warowni. Ata- kujących było jednakże tylko kilkunastu, o wiele mniej niż obrońców. Ci zaś klękali już w cieniu blanek, bezpieczni od strzał z mgły, drżącymi rękami ściągali własne łuki, dodawali sobie krzykiem odwagi.
Obrona krzepła w okamgnieniu.
Jeźdźcy jednak szaleli na dziedzińcu niczym rój szerszeni. Zamigotały miecze, zawirowały groty. Któryś z nich pchnął włócznią szarżującego topornika, naparł na konia, przybił nieszczęśnika do ściany. Inny, jasnowłosy młodzieniec o bladej twarzy, wjechał konno po schodach i rozpędził zbierających się łuczników, jeszcze inny stanął w strzemionach i raził biegających po murach ciskanymi nożami.
Ktoś zadął w róg. Odpowiedział mu głos daleko spod lasu, wzmocniony tętentem kopyt.
Jeden z obrońców, stary, łysiejący rycerz w białej jace, w lot pojął, że sytuacja jest groźniejsza, niż ktokolwiek myślał. Skrzyknął kilku ludzi i z rozpaczą rzucili się ku bramie, by opuścić bronę. Od tyłu zabiegł ich kolejny jeździec, szczupły, krótkowłosy, urodziwy niczym kobieta. Machnął ręką i zdmuchnął biegnących ognistym po- dmuchem. To samo spotkało grupę kuszników na szczy- cie wieży.
– Rzucić broń, do kurwy nędzy! – ryknął jeden z napastników, ten sam, który dął w róg. – Bo was wszystkich pozabijam!
Jego krzyk odbił się echem, zagłuszył walkę. Świat zamarł po raz drugi, a potem miecze, oszczepy i łuki zaczęły lądować u stóp obrońców, którzy jeden po drugim unosili ręce w geście poddania. Nim spod lasu dotarły posiłki, Mglica była zdobyta.
Mads nie bez trudu ściągnął tuaisceartański hełm i demonstracyjnie spuścił go na bruk, a potem przerzucił nogę nad łękiem siodła i zeskoczył. Choć od przeprawy przez Martwe Jezioro upłynęło zaledwie kilka tygodni, wydawał się starszy niż wówczas. Zmarszczki okalające zmrużone oczy zdawały się głębsze, szczecina na policzkach szarzała, włosy, choć spocone, migotały pasmami siwizny. Niewysoki i przygarbiony, emanował jednakże niespożytą wprost energią i charyzmą. Szedł równym krokiem przez zbryzgany krwią dziedziniec, pośród tryumfujących, roześmianych towarzyszy i oszołomionych jeńców, a tam, gdzie przechodził, gasły śmiechy i zamierały rozmowy. Kierował się ku grupce desperatów, których zmiótł smoczy ogień.
Sczerniałe ciała, zamarłe w groteskowych pozach, wydzielały smród tak okropny, że Mads przełknął kilkakrotnie ślinę, poskramiając coraz silniejsze torsje. Obszedł zwęglone trupy i zbliżył się do ciała łysego rycerza, który poprowadził obrońców do ostatniego ataku. Podczas walki zdążył zauważyć, że ten człowiek biegł jako pierwszy, i Mads liczył na to, że impet smoczego ognia zatrzymał się na plecach jego ludzi i nie zabił go od razu.
Nie pomylił się. Głowa Smoszczura była czerwona, jakby wsadził ją do wrzątku, ale oczy, oszalałe, przyćmione bólem, nadal żyły.
Mads przyglądał się przez moment leżącemu, a potem wyjął miecz i z całej siły wbił mu go w pierś. Odczekał, aż w oczach poparzonego rycerza zgaśnie życie, a potem sumiennie się wyrzygał.
– Weźcie ich stąd – rzucił słabym głosem, ocierając usta.
– Kostur dałby radę go wyleczyć – powiedziała Elinaare i przeczesała dłonią odrastające jasne włosy. Wydawała się jedyną osobą w całym zamku, której smród palonych zwłok nie robił żadnej różnicy. – A ja zdołałabym wyciągnąć z niego jakieś informacje. Nie działasz aby nazbyt pochopnie?
– Nie – odparł Mads, odczepił manierkę z wodą, przepłukał usta i splunął. – Zgromadziliście jeńców w jednym miejscu?
– Tak – odrzekła Elinaare i westchnęła. – Wciąż jednak uważam, że…
Nie pozwolił jej dokończyć i ruszył w stronę tłumu jeńców, pilnowanych przez Haylego, Bielika i kilku innych wojowników uzbrojonych w naciągnięte kusze. Szedł, a jego błękitne oczy lśniły żelazem. Błyszczały w nich włócznie uniesione podczas szarży w korycie Burzycy. Zamigotał nieoczekiwany atak spomiędzy drzew Zamglonego Lasu. Rozjarzyło się natarcie podczas Bitwy Pogodzonych. Tętniła ziemia, zawodził wiatr, świstały ostrza. Wyły wilki.
– Jestem Mads Voorten! – zawołał, a echo poniosło daleko jego słowa. – Kiedyś nazywano mnie Ostrzem Burzy i tylko demony wiedzą jak będziecie nazywać mnie teraz! Niosę bowiem wojnę Smoczycy i jej sługusom! Jadę, żeby palić i niszczyć! Jadę, żeby rozbić potęgę Smoczej Pani w pył!
Urwał. Przez dłuższą chwilę delektował się ciszą i studiował twarze jeńców, brudne, zakrwawione, przerażone, aż wykrył wśród nich jedną zuchwałą i nieuległą. Podszedł bliżej, złapał śmiałka za brodę i pociągnął go do siebie.
– A jeśli nie wierzysz – wysyczał – to pomnij, że zdobyłem ten zamek z kilkunastoma kompanami. I z wydatną pomocą elfich łuczników. Wiesz, na co będzie mnie stać, gdy będę miał pod swoimi rozkazami tysiące?
Odepchnął pozbawionego już odwagi szydercę, który padł w krwawe błoto. Pozostali jeńcy rozstąpili się, jak gdyby rzucony na ziemię człowiek był trędowaty.
– Jestem Mads Voorten! – wrzasnął, unosząc ramio- na ku różowemu niebu. – Ostrze Burzy! Niosę temu światu wojnę! Was jednak wojna zaskoczyła, stąd okażę wam litość. Wszystkim okażę litość! Tym, którzy wy- rzekną się Smoczycy i zechcą walczyć pod moim sztandarem, ofiaruję godziwy żołd i dobre traktowanie! Ci, którzy ukochali sobie łuskowatą Panią, niech uniosą nadgarstki. Pokażcie swoje więzy, a przetniemy je. Biegnijcie ku światu, krzyczcie moje imię, ostrzegajcie przed wojną. Nie będę was trzymał, o nie!
Niespodziewanie w jego głosie pojawił się lód.
– Pozwolę wybiec wam wszystkim, ale…
Jego dłoń w rękawicy wskazała kuszników, a potem jeźdźców z włóczniami.
– Ale wypuszczę tylko tego, który będzie biegł najszybciej. Pozostali zginą. Dla Smoczycy, czyli właściwie w słusznej sprawie.
Jakby czar padł na dziedziniec. Przyboczni Madsa wpatrywali się w niego w milczeniu, równie oszołomie- ni diabelską alternatywą jak jeńcy, którzy pospuszczali głowy i korzyli się pełni lęku. Nikt nie uniósł rąk. Nikt nie pokazał więzów.
– Ty. – Mads wskazał szydercę, którego przed chwilą pchnął na bruk. – Ty pójdziesz. Nie bój się, dotrzymam słowa. Będziesz jedyny, a więc najszybszy. Nikt ci nie wbije bełtu w plecy. Idź i opowiedz o tym, coś tu widział.
Słońce wreszcie wyłoniło się zza ciemnego lasu. Nad traktem niosły się pokrzykiwania sierżantów, parskanie koni i szczęk oręża, skądś dobiegał niespokojny śpiew elfów. Kusze opadły lekko, ostrza włóczni oparły się o bruk. Wojna, błyskawiczna i wściekła, urządziła sobie chwilę wytchnienia.
Jeniec przełknął ślinę, ale dźwignął się i nadstawił związane nadgarstki. Mads przeciął je własnym nożem.
– Idź – powiedział suchym głosem.
– To był znakomity plan – powiedział Bielik i założył jasny kosmyk za ucho. – Szast-prast i twierdza nasza. Prawie bez strat.