Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Z Polski

Falkon 2011 (relacja)

Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z Falkonu 2011 na naszym kanale na Facebooku.

Poniższą relację ku pamięci potomności spisał Piotr “Vivaldi” Sarota, a zdjęcia popełniła Anna Tess Gołębiowska.

Czwartek

Tegoroczna edycja konwentu Falkon była już drugą, na którą udało mi się dotrzeć  (mimo mej niepewnej niemal do samego końca sytuacji finansowej). Jeszcze w czwartek zapakowałem się do pociągu (co zaskakujące dla naszego PKP, skład przyjechał do Lublina punktualnie), zadekowałem się w domu znajomych – Agi i Marcina, służących mi gościną na czas konwentu, i ruszyłem na miejsce imprezy, którym po raz kolejny była Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Administracji. Z premedytacją ograniczyłem swoją czwartkową aktywność do akredytacji (która lekko przeciągnęła się w czasie z uwagi na to, że gżdacz miał problem ze znalezieniem mego nazwiska na liście) oraz rzucenia okiem na wnętrze. Cóż… jakby nie patrzeć, tego typu imprezy to nie tylko szalone zakupy i prelekcje, ale także spotkania ze znajomymi – tym radośniejsze, im dalej takowy delikwent mieszka. Co przyciągnęło moją uwagę podczas krótkiego spaceru po terenie konwentu?

Tak jak falkon11rok wcześniej cieszyła oko – choć może nie portfel – mnogość wszelkiego rodzaju sprzedawców i wystawców. Począwszy od koszulek, poprzez różnorakie gry planszowe i karciane, aż po nieodzowne książki. Organizatorzy zadbali także o żołądki konwentowiczów – nikt wszak nie lubi chodzić na prelekcje z pustym brzuchem. Oprócz zwyczajowego barku, gdzie można było dostać ciepły posiłek, pojawił się także punkt piekarni, a w nim góry pączków, drożdżówek i innych słodkości – smacznych, dodać trzeba. Wątpliwe, aby przy takim zaopatrzeniu ktoś chodził po Falkonie głodny. Plus należy się również za dwa znakomite pomysły: rabat o wartości dwudziestu złotych na książki wydawnictwa Solaris, dodawany do każdej akredytacji, oraz konwentowe opaski, które wcześniej wprowadził Pyrkon. Koniec z gubieniem identyfikatora – teraz tylko odsuwasz rękaw i idziesz gdzie chcesz, łatwo i wygodnie. Pamiętając moje poszukiwania zagubionej plakietki sprzed roku, byłem z tej zmiany bardzo zadowolony.

falkon12Niestety, idealnie nie było  – głównie z powodów logistycznych. Mówiąc prościej: ścisk panował gorszy niż w pociągach na linii Kraków – Warszawa. O ile jeszcze na pierwszym czy drugim piętrze szkoły można było odetchnąć pełną piersią i bez większych problemów przemieszczać się między salami i stoiskami, o tyle na parterze, gdzie mieścił się punkt akredytacji, szatnia, barek, kilka stoisk wystawców i na dodatek dwie największe sale przygotowane do prelekcji często było tak, że człowiek nie szedł tam, gdzie chciał, ale gdzie niósł go gęsty tłum konwentowiczów. Ścisk, jaki powstawał wraz z zakończeniem niektórych spotkań autorskich (np. z Pilipiukiem) mógłby zawstydzić korki na Zakopiance… Po zerknięciu w plan imprezy miałem też wrażenie (subiektywne i być może mylne), że stosunkowo mało było prelekcji poświęconych tematowi konwentu – różnorakim bogom i mitologiom. Dziwi to zwłaszcza w zestawieniu z kampanią promocyjną: liczne filmiki prezentujące kolejne bóstwa były zrobione z pomysłem i wyglądały świetnie, zaś całą promocję przeprowadzono z pompą i rozmachem. Przyglądając się temu wszystkiemu rzeczywiście można było oczekiwać, że wątek ten będzie wiodącym… Czy był? Chyba nie do końca. Ach, no i szkoda, że w rubryczkach na planie konwentu nie zaznaczono prowadzących ani zaproszonych osób – czasem nie wiadomo było, czy idzie się na wykład czy dyskusję; ale to już drobiazg (z drugiej strony sam pomysł, żeby umieścić rozpiskę na osobnej karcie był znakomity).  

falkon08Piątek

Na drugi dzień konwentu dotarłem nieco spóźniony (niestety, czasem uroki domowego obiadku przewyższają te dostarczane przez ścisk kolorowego tłumu i poduszki z roznegliżowanymi, rysunkowymi Japonkami), ale jakoś udało mi się zobaczyć to i owo. Na początek prelekcja  Dariusza Domagalskiego Vlad Dracula – mit czy rzeczywistość?, w której pisarz przedstawił prawdziwe oblicze wołoskiego hospodara oraz cały czarny PR, który sprawił, że księcia zaczęto postrzegać jako wampira. Prowadzący postawił się w roli adwokata diabła, usprawiedliwiając liczne czyny Draculi, komentując „gębę”, jaką mu przyprawiono, a całość wystąpienia okrasił licznymi rycinami i grafikami prezentowanymi na slajdach. Ogólnie całkiem przyjemna rzecz. Chwilę potem byłem już na panelu Marvel vs. DC, czyli filmowe imperium wydawców komiksów atakuje wyobraźnię widzów, który prowadzić mieli Marcin „Motyl” Andrys i Jakub Koisz. Niestety, ten drugi nie dotarł i słuchacze usłyszeli tylko o filmach z bohaterami DC. Trochę szkoda, tym bardfalkon01ziej że ostatnimi czasy wydawnictwo prowadzi prawdziwą filmową ofensywę – ale i tak było nieźle, zwłaszcza że najwięcej miejsca poświęcono dwóm najjaśniejszym gwiazdom DC: Batmanowi i Supermanowi. Ci, którzy przyszli na prelekcję mogli się więc dowiedzieć, komu zaszkodził a komu pomógł występ w Batmanie i Robinie, czemu Michael Keaton był najlepszym Mrocznym Rycerzem oraz dlaczego Powrót Supermana nie był tak słabym filmem, jak twierdzili niektórzy. Ciekawie prezentowało się także info o kolejnym filmie z Supermanem (tworzonym przez Zacka Snydera) oraz o zarzuconym projekcie dotyczącym Człowieka ze Stali, w który zamieszany miał być… Tim Burton! Szkoda tylko, że Andrysowi zapodziały się grafiki koncepcyjne. Na koniec zaś trafił się mały konkursik, w którym można było wygrać kilka komiksów. 

Ale prawdziwa bomba miała dopiero nadejść wraz ze spotkaniem autorskim Petera Wattsa. Nie ukrywam, iż był to główny powód, dla którego w ogóle się na Falkon pofatygowałem – jako osoba oczarowana Rozgwiazdą nie mogłem przepuścić okazji posłuchania, co ciekawego do powiedzenia ma autor. Poza tym byłem szczerze ciekaw, jakim rozmówcą okaże się Watts; jego powieści były solidnym SF o wyjątkowo ciężkim i przygnębiającym klimacie, czy więc i on nie okaże się falkon09śmiertelnie poważnym człowiekiem? Jednak już po kilku pytaniach okazało się, że Peter jest osobą niezwykle otwartą, mającą dystans do swojej twórczości i spore poczucie humoru. W trakcie dwóch godzin dyskusji (które nie wiadomo kiedy minęły) nie uchylił się przed żadnym pytaniem, choć było ich sporo i dotyczyły wielu, niekiedy bardzo dziwnych, spraw. Mówił więc Watts zarówno o filozoficznych inklinacjach swoich powieści, konstrukcji bohaterów w Trylogii Ryfterów, możliwościach poszerzenia świadomości i związanych z tym zagrożeniach (zamiana w ośmiornicę to kiepski interes, nawet jeśli umożliwi to zrozumienie fizyki kwantowej – i tak nadal będziesz ośmiornicą), wydarzeniach, które pchnęły go do umieszczenia swoich powieści za darmo w Internecie, swoich przygodach z wydawcami oraz czemu James Cameron to dupek, a jego Głębia powinna spocząć na dnie oceanu. Niezależnie jednak od pytania potrafił w zaskakujący sposób połączyć powagę z poczuciem humoru, a jego odpowiedzi, choć treściwe, były niekiedy mocno naszpikowane złośliwościami dodającymi im uroku. Jestem bardzo wdzięczny wydawnictwu Ars Machina za wydanie powieści Wattsa falkon10oraz sprowadzenie go do Lublina. Tego typu dyskusji z pewnością łatwo się nie zapomina. Niestety, nie mogłem zostać do samego końca i wyłudzić od pisarza autografu, gdyż biegłem już na drugi najważniejszy dla mnie punkt Falkonu…

Ubiegłoroczny Maraton filmowy Marcina „Motyla” Andrysa wspominam bardzo miło (nie tylko dlatego, że moja drużyna uplasowała się na podium): trudne, zaskakujące pytania, ciekawe pomysły, napięcie na finiszu, dramat przegranych – tak, zdecydowanie trzeba było to powtórzyć! Ponownie zebrała się sprawdzona drużyna (pozdrowienia dla państwa Kraciuk!) i ruszyła w bój zaskakująco krwawy. Prowadzącemu jednego nie można odmówić – wyczucia, jeśli chodzi o poziom trudności. Już pierwszy etap, dotyczący plakatów filmowych, był szalenie frustrujący, a dalej było jeszcze lepiej. Pytania były zaskakująco podchwytliwe, a drużyny solidarnie knociły pytanie za pytaniem, podgrzewając atmosferę. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie – dość powiedzieć, że nasza drużyna za sprawą dwóch dobrych odpowiedzi przeskoczyła z końca stawki na jej początek! Co prawda nie starczyło pary, aby zająć pierwsze miejsce (cholerni Szybcy i wściekli!) ale drugie także cieszy. Wypadałoby powtórzyć to za rok!  

falkon02Na tym skończył się mój aktywny udział konwentowy w tym dniu. Pozostało tylko jeszcze odebrać kilku znajomych (czyli wszędobylską Tesskę i Kubę Ćwieka z Patty, Elvisem i Hemrodem) i udać się do gospodarzy, by pić, dyskutować i grać w Munchkina. Niestety, ta część wieczoru okryta jest szczelnie tajemnicą i raczej nie będzie rozpowszechniania – chyba że w charakterze straszaka dla niegrzecznych dzieci. Dość powiedzieć, że udział w tym miały piekielne ogary, niejaki Soplica (a nawet Sopliców dwóch), samotna wędrówka pustymi ulicami Lublina, mroczne opactwo, nocne telefony i zabójca przychodzący o świcie…

Sobota

Dzień, podobnie jak poprzedni, rozpoczął się leniwie, jednak kubek kawy zdołał zwiększyć  moje obroty i naoliwić nieco trybiki w mózgu, więc już  w południe mogliśmy się zameldować z Tesską na imprezie i bez spinki udać się na prelekcję Petera Wattsa Rzeczywistość: Mitologia Doskonała. Nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać, ale jeśli ktoś liczył na coś lekkiego i łatwego, pisarz szybko wybił mi to z głowy: cały wykład dotyczył kwestii świadomości, tego, w jaki sposób postrzegamy rzeczywistość i jak łatwo nasz mózg może zrobić nas w konia w sytuacji, której nigdy byśmy się nie spodziewali. Prelekcja była dość gęsta pod względem naukowym, ale także – co ważne – całkiem wfalkon03ciągająca. Nie wiem, czy to kwestia poczucia humoru Wattsa, który nie szczędził słuchaczom zabawnych wstawek, ale wykładu naprawdę miło się słuchało (nawet mimo faktu, że w całości był po angielsku).

Po skończonym panelu udało nam się jeszcze przydybać Petera na stoisku Ars Machiny i namówić go na wspólne zdjęcie oraz autograf (dwie obserwacje: pierwsza – Watts jest cholernie wysoki. Druga – poczucie humoru nie opuszcza go nawet podczas rozdawania autografów).  

Dłuższa chwila przerwy i już jesteśmy na spotkaniu autorskim Rafała Kosika. Choć pojawiały się pytania o jego „dorosłe” projekty – w tym najnowszy zbiór opowiadań Obywatel, który się zawiesił, widać było, iż prowadzący spotkanie falkon04zainteresowany jest przede wszystkim młodzieżową serią Felix, Net i Nika. W efekcie Rafał opowiadał, jak wyglądały jego doświadczenia z próbami ekranizacji – zwłaszcza tymi udanymi (premiera filmu została zapowiedziana na 2012 rok). Wspomniał m.in. o tym, jak walczył o przefarbowanie Niki na rudo oraz ubranie jej w martensy, co odbiło się na wyglądzie Neta. Nie był także zaniepokojony wizją kolejnego Wiedźmina – Kosik sam napisał scenariusz do filmu, był także obecny na planie; zastrzegł jednak, że będzie to raczej adaptacja niż ekranizacja – wątki filmu obejmują ok. 1/5 książki. Kosik opowiadał też o swoich niezrealizowanych pomysłach – nigdy nie publikuje tekstu, który wyda mu się nudny lub który nie zyska akceptacji Kasi, jego żony, i wydawcy. Dodatkowo często zdarza się, iż opowiadanie rozrasta się objętościowo i staje się powieścią, której autor nie ma czasu dokończyć (jak to się stało na przykład z Różańcem) Zapytany o to, czy myśli o cyklu oprócz Felixa, Neta i Niki odpowiedział twierdząco, jednak żadnego nie udało mu się zrealizować, ponieważ pomysły na nowe serie wplata w FNiN. Swoją drogą, Kosik mówił – jak na niego – zaskakująco dużo. Czyżby atmosfera Lublina rozwiązywała język?

falkon05Zaraz po Kosiku przyszedł  czas na to, by przemaglować Jakuba Ćwieka. Co ciekawe, wbrew pozorom nie poświęcono aż tak dużo miejsca palącemu problemowi, jakim niewątpliwie dla wielu jest ciągły brak Kłamcy 4 i innych kontynuacji książek Kuby. Zamiast tego posypało się sporo barwnych anegdotek, dotyczących między innymi działalności Ćwieka na polu okołofilmowym. Słuchacze mogli się dowiedzieć o planach stworzenia serialu internetowego, dotyczącego dylematów pisarza o wiele znaczącym tytule F.A.Q (OFF), którego budżet zasilić mają wpływy z ćwiekowego paranormal romance (co interesujące – rozpowszechnianego tylko w wersji elektronicznej, za „co łaska”), oraz co też Ćwiek sądzi o kontrowersjach związanych z książką Gotuj z papieżem i w ogóle tak zwanej „obrazie uczuć religijnych”, która jest pojęciem nie tyle absurdalnym, co szkodliwym. Podobnie zresztą jak Zmierzch, na którym twórca Kłamcy nie zostawia suchej nitki, bijąc w niego jak w bęben. Przy okazji wyszło na jaw, że Ćwiekowi podobała się końska szczęka Keiry Knightley w filmie Niebezpieczna metoda. Strach się bać…

Jednak kiedy minęła przeznaczona na spotkanie godzina, wcale się z Ćwiekiem nie rozstaliśmy, jako że był jednym z ogniw panelu dyskusyjnego Stephen King a polski horror, który z uwagi na nieobecność innych dyskutantów przemienił się w ogólną rozmowę na temat twórczości Kinga. Zanim jednak o tym, uwaga natury organizacyjnej – nie wiem kto wpadł, aby w jednej falkon06auli zrobić wykład Pilipiuka, a w drugiej Ćwieka, a następnie kazać im zamienić się miejscami, ale był to prawdziwy samobój. Sam Kuba skwitował to stwierdzeniem: „słowa ten konwent jest za mały dla nas dwóch nabrały nowego znaczenia” i trudno nie przyznać mu racji: absolutnie nie było miejsca, aby komfortowo przenieść się do drugiej sali. Dość powiedzieć, że zanim miłośnicy Pilipiuka wytoczyli się z auli i można było do niej wejść, minęło dobre dziesięć minut… Zaś sam panel był nawet ciekawy: wypunktowano plusy i minusy prozy Kinga, pochwalono konkretne tytuły, dokonano wiwisekcji na stwierdzeniu „polski Stephen King” i próbowano wyjaśnić, czemu większość polskich twórców grozy woli iść w stronę Mastertona niż twórcy Lśnienia.

Ostatnim przystankiem tego dnia była Gala nagrody literackiej im. Jerzego Żuławskiego, wyróżnienia przyznawanego przez grono specjalistów w dziedzinie literatury dla publikacji o niezwykłych walorach językowych. Nagrodzonych poznaliśmy już wcześniej – zwycięstwo przypadło Witowi Szostakowi za Chochoły, tuż za nim uplasowali się Jacek Dukaj z tekstem Linia oporu oraz Marek S. Huberath i jego Vatran Auraio. Zestaw robi wrażenie, prawda? Niestety, nie można tego powiedzieć o gali, która była mdła i falkon07nie można tego tłumaczyć li tylko brakiem Dukaja i Huberatha. Dla mnie było to zupełnie źle skonstruowane: wszystko zrobiono zbyt szybko – krótki wstęp bez żadnej pompy, rach ciach, laury przyznane, wszyscy szczęśliwi. Na dodatek zamiast oddać głos nagrodzonemu, po wręczeniu nagród nastąpiło czytanie fragmentów wszystkich nagrodzonych powieści – widok Szostaka, który w trakcie chodził sobie po auli, aż wreszcie usiadł na jej końcu, był bardzo wymowny…

Potem nastąpić miała dyskusja dotycząca literatury w Polsce, ale nie dane mi było w niej uczestniczyć, jako że nasi gospodarze już czekali na nas w domu z kolacją. Tym razem wieczór nie obfitował w zdarzenia groźne i niebezpieczne (poza konfrontacją z oddziałem pierogów-zabójców i grupowym oglądaniem Miss Agent), pozwolił natomiast znów spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi. Dla takich chwil warto tłuc się przez pół Polski.

Niedziela  

Czas odjazdów, pożegnań, osuszania zapasów trunków… no i kupowania konwentowych gadżetów. Tym razem nie skusiłem się na koszulkę falkonową, jednak Tesska zaopatrzyła się w kubek z Quetzalcoatlem i wór przypinek. Nie omieszkaliśmy też zakupić prezentu dla naszych gospodarzy (trzy tomy Rakietowych szlaków – a co! Niech mają rekompensatę za tę gromadę szaleńców we domu!) i podpatrzeć proces zwijania całego kramu konwentowego. Przy okazji Ćwiek wdał się w naprędce zorganizowany pojedynek na miecze, a potem… potem pożegnanie z gospodarzami, obietnice odwiedzin (o zgrozo!), muzyka z Władcy Pierścieni sącząca się z radia w drodze na dworzec PKP, potem znów pożegnania i… witamy z powrotem w rzeczywistości! Walizka nie chce ruszyć się z miejsca, sterta książek ciąży w plecaku, ale człowiek jakiś taki… radosny jest. I już myśli, jak to będzie za rok…