Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Z Polski

Sekundę za późno – William R. Forstchen (fragment książki)

Zapraszamy do lektury fragmentu książki Sekundę za późno autorstwa Williama R. Forstchena.

Jej bohater John Matherson walczy o życie swojej rodziny oraz ocalenie przed zagładą małego miasteczka w Karolinie Północnej, po tym jak Ameryka przegrywa wojnę, która pogrąża kraj w mrokach nowego średniowiecza. Stany Zjednoczone zostają zaatakowane straszliwą bronią wykorzystującą efekt impulsu elektromagnetycznego (EMP).
Broń ta może już teraz znajdować się w rękach naszych wrogów…

Książka wzbudziła ogromne zainteresowanie jeszcze przed jej opublikowaniem. Dyskutowano o niej w Kongresie Stanów Zjednoczonych, rekomendując jako lekturę obowiązkową, z którą powinien się zapoznać każdy Amerykanin. Równie wysoko ocenił ją Pentagon, zwracając uwagę na fakt, że powieść Forstchena jest wyjątkowo realistycznym spojrzeniem na broń masowej zagłady o przerażającej sile rażenia – fala uderzeniowa może przetoczyć się przez teren całych Stanów Zjednoczonych dosłownie w sekundę, ściągając na kraj niewyobrażalną katastrofę.

Jest to broń, przed którą przestrzegał „Wall Street Journal”, pisząc, że może ona spowodować zagładę USA.
Kontynuując tradycję tytułów takich jak Ostatni brzeg (Nevil Shute), Fail Safe (Eugene Burdick) oraz Testament (Carol Amen), autor osadza akcję w typowym amerykańskim miasteczku i przestrzega przed tym, co może nas czekać w przyszłości… i być końcem naszego świata.

William R. Forstchen uzyskał doktorat na Purdue University z dziedziny historii wojskowości oraz historii technologii. Obecnie wykłada historię w Montreat College w Karolinie Północnej. Forstchen jest autorem ponad 40 książek, w tym bestsellerów „New York Timesa” Gettysburg oraz Pearl Harbour (napisanych wraz z Newtem Gingrichem, byłym przewodniczącym Izby Reprezentantów Kongresu USA i doradcą prezydenta George’a Busha). Na swoim koncie ma ponadto wiele rozpraw i artykułów na tematy z zakresu historii wojskowości oraz technologii militarnej. Jest właścicielem i licencjonowanym pilotem oryginalnego samolotu rozpoznawczego z czasów II wojny światowej. Mieszka nieopodal Asheville w Karolinie Północnej wraz z nastoletnią córką Meghan oraz rodziną psów rasy golden retriever i labrador retriever.

 

Fragment książki. Przyjemnej lektury!

– Dobranoc, Elizabeth.

Nastąpiła krępująca chwila, kiedy chłopak i dziewczyna spojrzeli na siebie. Elizabeth nieco się zarumieniła. W końcu Ben odwrócił się, podszedł do ogrodzenia przy międzystanowej i w mgnieniu oka był już po drugiej stronie. John patrzył, jak chłopak przechodzi przez autostradę. Niektórzy ludzie, stojący dotąd przy swoich samochodach, podeszli do niego. John stał w miejscu, obserwując to wszystko. Ben wskazał ręką w kierunku zjazdu do Black Mountain.
– Przepraszam… Przepraszam!
John znowu spojrzał przez ogrodzenie, które przed chwilą przeskoczył Ben. Dobrze ubrana kobieta w ciemnoszarym kostiumie, o długich do ramion, błyszczących blond włosach, wspinała się właśnie na trawiastą skarpę, chybocząc się na swoich wysokich obcasach.
– Dzień dobry pani.
– Czy może mi pan powiedzieć, co tu się dzieje?
W ślad za nią ruszyło pół tuzina innych ludzi, którzy wyszli ze swoich unieruchomionych samochodów i zaczęli się zbliżać do ogrodzenia.
– Przykro mi, wiem tylko tyle, co pani.
– Jechałam autem – pokazała palcem swoje bmw 330 porzucone na poboczu – i nagle silnik po prostu zgasł. To samo przytrafiło się wszystkim innym.
– Nie jestem pewny, co tu się dzieje – odparł John. Starannie dobierał słowa, widząc, że zbliża się coraz więcej osób: czterech mężczyzn, koło trzydziestki, może tuż po trzydziestce. Postawni faceci, wyglądali na robotników budowlanych. John poczuł, jak budzą się w nim złe przeczucia wywołane widokiem tych gości, którzy stanęli teraz przy ogrodzeniu, obok kobiety.
– Hej, stary, jakim cudem twoja bryka jest na chodzie? – rzucił jeden z nich.
Mężczyzna niemal dorównywał wzrostem Johnowi. Był dobrze zbudowany, z potężnymi barami.
– Nie wiem, jakim cudem, po prostu sobie jeździ.
– No ale to deczko dziwne, nie? Wszystkie tu wozy zamarły
na amen, a ten twój gruchot dalej pomyka.
– Tak, to chyba faktycznie trochę dziwne.
– Jak żeś go odpalił?
– Po prostu przekręciłem klucz w stacyjce, to wszystko – odparł spokojnie John, wbijając wzrok w nieznajomego i wytrzymując jego spojrzenie.
– Proszę pana, czy podrzuci mnie pan do miasta? – zapytała blondynka.
Spojrzał na drucianą siatkę, którą Ben z taką łatwością przeskoczył. Poszukał go wzrokiem i zobaczył, że chłopak pokonuje siatkę po drugiej stronie autostrady, a potem rusza pod górę, w kierunku swojego domu. Do siatki zbliżało się coraz więcej ludzi. Jakaś starsza para,
kobieta trzymająca za rękę około sześcioletnie dziecko, kilku nastolatków, facet z nadwagą w drogim garniturze, z koszulą rozpiętą pod szyją i poluzowanym krawatem. Nawet kierowca ciężarówki wysiadł ze swojego wozu stojącego na wschodnim pasie i wolnym krokiem szedł w jego stronę.
– Proszę pani, nie mam pojęcia, jak miałaby pani przejść przez to ogrodzenie – powiedział John, wskazując ruchem głowy na drucianą siatkę, która ich odgradzała. – Milę stąd jest zjazd numer 64 – kontynuował, wskazując głową na zachód.
– Niech pani nie skręca w zjazd 65, tam jest tylko mały sklepik. Wyciągnął rękę i pokazał pas ruchu dla oddalonego o zaledwie kilkaset metrów zjazdu numer 65, który pojawiał się tuż przed tym, jak autostrada zakręcała na wiadukt zbudowany ponad torami kolejowymi.
– Niech pani idzie do zjazdu numer 64. Droga zajmie pani jakieś dwadzieścia minut. Są tam dwa motele. Jeden z nich to Holiday Inn z dobrą restauracją. Powinno się pani udać wynająć pokój, dopóki cała ta sytuacja się nie wyjaśni.
– John? – usłyszał za plecami szept Jen. – Pomóż jej.
Gwałtownie wyciągnął rękę za plecami, na znak, żeby zamknęła usta. Osiem lat, które spędził w tym mieście, faktycznie go zmieniły, i to na wiele różnych sposobów. Do kobiet nie zwracano się tutaj po imieniu, tylko „proszę pani”, i przytrzymywało się im drzwi, bez względu na ich wiek. Jeśli mężczyzna w miejscu publicznym odezwał się niestosownie do kobiety, a nieopodal znajdował się inny mężczyzna, w powietrzu od razu wisiało mordobicie. Kobieta w kostiumie rzuciła mu błagalne spojrzenie. Odmówienie jej oznaczałoby sprzeniewierzenie się odwiecznym prawom Południa. Do diabła, wyczuł nawet, że między nim a kobietą coś zaiskrzyło; jeszcze dziesięć minut temu w ogóle by o czymś takim nie marzył. Od śmierci Mary, John miał kilka przelotnych flirtów, a nawet krótki romans z panią profesor z uniwersytetu stanowego. Jednak tak naprawdę nigdy nie angażował się emocjonalnie w żadną z tych relacji. Nie potrafił uwolnić się od Mary. Blondynka po drugiej stronie ogrodzenia była atrakcyjna, wyglądała na kobietę sukcesu i miała na oko trzydzieści kilka lat. Mimowolnie zerknął na jej lewą dłoń, ale nie zauważył obrączki. Gdyby to działo się dawno temu, zanim spotkał Mary… gołymi rękami wyrwałby dziurę w tym ogrodzeniu i odegrał rolę bohatera, który spieszy na ratunek tej pięknej nieznajomej. W tej chwili też niemal korciło go, by to zrobić.
Jednak teraz odczuwał też coś innego. Odezwała się w nim intuicja, coś, co czuł w swoich wnętrznościach, w głębi siebie. Bez wątpienia coś się wydarzyło – coś złego. Nadal nie wiedział, co dokładnie, ale jak na jego gust dało się tu zauważyć trochę zbyt wiele anomalii – brak prądu, unieruchomione samochody, z wyjątkiem antycznego wozu Jen, brak samolotów na niebie… Coś tu nie grało. I tak oto w tej chwili, pierwszy raz od bardzo dawna, poczuł, jak daje o sobie znać jego zmysł „miejskiego survivalu”. Robotnicze przedmieścia Newark, w których dorastał w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dały mu niezłą szkołę życia. Miał zaledwie osiem lat, kiedy w 1967 roku do
Newark dotarła fala zamieszek, która całemu pokoleniu wybiła z głowy myśl o tym, co niektórzy nazywali wielokulturowością. W efekcie Włosi trzymali się swoich terenów, Polacy i Irlandczycy swoich, tak samo jak Latynosi i czarnoskórzy. Jeśli zabłąkałeś się do nieodpowiedniej dzielnicy po zmroku, a zazwyczaj nawet w świetle dnia, to Bóg ci dopomóż, brachu… Autostrada w tym właśnie momencie stała się tego typu nieodpowiednią dzielnicą. Widok tych czterech robotników – sposobu, w jaki stali i patrzyli na Johna i jego auto, jedyny
wóz będący na chodzie – był sygnałem ostrzegawczym. Jeden z mężczyzn był ewidentnie pijany. John od razu zakwalifikował go do kategorii „typ podpity i napastliwy”.  Coś się zmieniało… a raczej już zmieniło, w ciągu kilku ostatnich godzin. Gdyby był sam, mógłby zaryzykować i zgodzić się pomóc kobiecie i niewykluczone, że wszystko poszłoby gładko. Był jednak ojcem; w tym samochodzie wiózł
dwie córeczki i teściową.

– No dalej, koleś – odezwał się jeden z budowlańców. W jego ostrym głosie dało się usłyszeć drwinę. – Pomóżże damie. Przepchniemy ją na drugą stronę, a potem sami przeskoczymy przez ogrodzonko i też nas grzecznie podwieziesz. Kobieta spojrzała na robotników za swoimi plecami.

– Nie potrzebuję waszej pomocy – odparła lodowatym tonem.  Jeden z nich, ten pijany, zaśmiał się pod nosem.  John miał uczucie, że znalazł się w pułapce, szczególnie gdy pospiesznie rzucił okiem na Jennifer. Gdyby te draby zabrały mu wóz, musieliby wracać na piechotę, a dla jego małej córeczki byłby to naprawdę długi spacer… Nagle dostrzegł spojrzenie kierowcy ciężarówki.Mężczyzna leciutko skinął głową, a następnie bardzo ostrożnie wysunął zza pleców prawą rękę. Trzymał w niej niewielki pistolet. Na ułamek sekundy John poczuł ostry skurcz w żołądku, lecz w oczach mężczyzny dostrzegł jasny komunikat: „Spokojnie, kolego, dopilnuję tu porządku”. John spojrzał z powrotem na kobietę.
– Przykro mi, droga pani, ale muszę zawieźć dzieci do domu. Proszę zrobić tak, jak mówiłem. Niecałą milę stąd znajdziecie schronienie oraz jedzenie.
– O ty zgniłe łajno! – ryknął pijany robotnik i zaczął wspinać się na ogrodzenie.
– Dziewczyny, do samochodu! – zawołał szybko John. Posłusznie wskoczyły i zamknęły drzwi. John też wycofał się do wozu i podczas gdy pijak z trudem gramolił się na ogrodzenie, wrzucił wsteczny i wcisnął pedał gazu.
– Sukinsynu, chcemy tylko, żebyś nas podrzucił! – burknął pijak, pokazując Johnowi środkowy palec.
John z wciśniętym pedałem gazu wycofał aż do zakrętu, a potem wrzucił przedni bieg i ruszył prosto na drogę gruntową.