Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Do biblioteki jak do ulubionej cioci… czyli kilka refleksji o przyjaznych czytelnikowi miejscach

Nie łapię całego tego kontekstu świętości książki i biblioteki jako świątyni. Moje relacje zarówno ze słowem drukowanym, jak i przybytkami, które udostępniają je czytelnikom, są zbyt bliskie, zbyt rodzinne, by było w nich miejsce na sacrum. Czytam wszędzie, zaginam rogi, piszę po marginesach, co w żadnym stopniu nie oznacza, że nie szanuję książek, po prostu nie są dla mnie obcymi, wobec których należy przestrzegać ścisłych zasad protokołu dyplomatycznego.

 

Z bibliotekami jest nawet zabawniej, ponieważ całkiem dosłownie wychowywałam się między bibliotecznymi regałami. Moja babcia, dzielna kobieta, która miała na głowie gospodarstwo, trójkę dzieci i sparaliżowanego po ciężkiej chorobie męża, wynajmowała jeden z pokoi w swoim domu wiejskiej bibliotece. Pokój wypełniały regały zastawione książkami w okładkach z szarego papieru. Kilka razy w tygodniu za biurkiem siadała bibliotekarka, a ludzie z okolicznych wsi przychodzili po nowe pozycje do czytania. I było ich naprawdę wielu. Telewizory były wciąż rzadkością, więc zwłaszcza zimą, kiedy w gospodarstwie nie było za wiele do roboty, ludzie przychodzili do biblioteki. A ja, jako mały szkrab, krążyłam między regałami i słuchałam, jak się dzielą wrażeniami z lektury, polecają sobie tytuły, opowiadają fabuły tak, jak dziś często opowiadają sobie odcinki ulubionego serialu. Uwielbiałam tę bibliotekę. Była krainą niekończących się możliwości nawet dla mnie, choć nie potrafiłam jeszcze czytać. Przesiadywałam między regałami, moszcząc się na rozłożonym na drewnianej podłodze sznureczkowym chodniku, oglądałam ilustracje, zaglądałam pod okładki z szarego papieru i wyobrażałam sobie, o czym może być ta powieść. Któregoś dnia „zaczytałam się” tak bardzo, że zasnęłam z tomem Plastusiowego Pamiętnika, zwinięta w kłębek na podłodze. Rodzina nie miała pojęcia, że zakradłam się do biblioteki, zakładając, że jestem normalnym dzieckiem, przeszukiwali obejście, zaglądali do studni, do stodoły, sprawdzali most, na którym lubiłam się bawić, przekonani, że wpadłam w poważne kłopoty. Znaleźli mnie śpiącą, po kilku godzinach. Niewykluczone, że właśnie wtedy zdali sobie sprawę, że pewne rzeczy zostały skrzywione w dziecięcym umyśle już na zawsze.

Ba, moja historia z bibliotekami sięga jeszcze głębiej – do życia płodowego, skoro moja mama w ciąży ze mną robiła studium biblioteczne i odbywała praktyki. Niestety, kiedy wiele lat później pracowałam w bibliotece uniwersyteckiej, nie chciano mi tego uznać i pojawiały się wyraźne naciski, że powinnam te studia zrobić samodzielnie, skoro na dyplomie występowało wyłącznie nazwisko mojej mamy.

Rozumiecie więc, że przy takiej historii nie mogłam już traktować bibliotek jak świątyni. Moja drzemka na podłodze między regałami nie nosiła ani śladu świętokradztwa czy zbezczeszczenia strefy sacrum. Nawet jeśli z powodu upałów byłam w solidnym negliżu.

Dzieciństwo i młodość przeżyłam w ścisłej symbiozie z miejscowymi bibliotekami. Czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce, wygrywając regularnie konkursy czytelnicze i to po ocenzurowaniu list z tych tytułów, od których osiwiałaby moja nauczycielka polskiego (dokładała starań, by zachować krwisty burgund na głowie, więc nie mogłam jej narażać na szok tytułami najpodlejszych horrorów, gore, groszowych kryminałów i tanich romansów, bo wówczas czytałam dosłownie wszystko). Obłaskawiałam i zaprzyjaźniałam się z bibliotekarkami, by przymykały oko na przekroczenie limitów wypożyczeń i docelowy przedział wiekowy wybranych pozycji. Wyjazd z małego miasteczka z małymi bibliotekami, do większego miasta z wielkimi bibliotekami był przerażający, ale ten nagle poszerzony świat oznaczał też poszerzenie czytelniczych horyzontów. Kto wie, czy zaczęłabym wolontariat w Archiwum Emigracji w Bibliotece Uniwersyteckiej, gdyby nie obietnica, że dostanę kartę pracowniczą z szalonymi limitami wypożyczeń – bardzo kusząca oferta dla studentki filologii polskiej z gigantycznymi listami lektur, a przy okazji mola książkowego. Patologiczne 2w1. Decyzja ta zaważyła na sporej części mojej kariery zawodowej, doprowadziła do zrobienia doktoratu i pracy na uczelni przez jakiś czas. A wszystko przez kartę biblioteczną…

Dziś dużo rzadziej wypożyczam książki z biblioteki, poza niedostępnymi już tomiszczami potrzebnymi przy kwerendzie do nowych powieści. Kupuję więcej książek niż kiedykolwiek i lubię widok moich zastawionych do oporu regałów. Pieszczę wzrokiem grzbieciki książek, jak Gollum surową rybę, ale wciąż mam do nich podejście swobodne i bez śladu pokornego chuchania i dmuchania. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji nie potrzebuję w życiu bibliotek, albo potrzebuję ich w znacznie mniejszym zakresie. Nic bardziej mylnego. Bo biblioteka to coś więcej niż zbiór książek.

Biblioteka bibliotece nierówna. Pozwólcie, że opowiem wam, co powinna mieć biblioteka, aby stała się miejscem, w którym chcę spędzać czas, kusi mnie, by wyciągnąć laptop i popracować nad kolejnym tekstem.

Biblioteka powinna być miejscem, w którym czujemy się swobodnie, u siebie, mile widziani. Jak u znajomych, którzy cieszą się, że ich odwiedzamy, i do których mieszkania mamy zawsze otwarte zaproszenie. Tu nie ma miejsca na sztywną atmosferę, surowe zasady, ochroniarza spoglądającego na nas z czujnością ochrony z Polo Marketu, zakładającej, że właśnie kradniesz. Bojkotuję uciszanie, grubą warstwę kurzu, regulaminy pilnujące, bym czytała wyłącznie w miejscu do tego przeznaczonym i uznanym przez kogoś za właściwe. Do takiej biblioteki nie zwabi mnie nawet obszerny księgozbiór. Owszem, wpadnę, jak do uniwersyteckiej w moim mieście, wypożyczę to, czego potrzebuję i wyjdę wkurzona, sfrustrowana i obrażona tym, że komuś przeszkadza to, że w maleńkiej torebce mam klucze, portfel i telefon, bo przecież szafki… Nieważne.

Lubię biblioteki jasne, wygodne, kolorowe. Lubię bibliotekarzy z pasją i energią. Takich, którzy naprawdę lubią ludzi i chcą, by ci odwiedzali ich bibliotekę. Takich, którym się chce więcej i mocniej, są kreatywni i zmieniają swoje miejsce pracy w miejsce spotkań, w którym śmiech nie jest przestępstwem, a jeśli ktoś ma ochotę poczytać, siedząc po turecku między regałami – zaproponują poduszkę pod plecy. Takie miejsca naprawdę się zdarzają.

Przez kilka tygodni podróżowałam w szalonym kamperze Rock&Read z ekipą Kuby Ćwieka. Dziesiątki spotkań w szkołach i bibliotekach. Poza tym przez ostatnie lata odwiedziłam wiele bibliotek, spotykając się z czytelnikami w ich gościnnych progach. To dostarczyło mi solidnego materiału do refleksji. Owszem, są wciąż biblioteki półżywe, świątynie kurzu i palca na ustach w uciszającym geście. Ale coraz więcej jest miejsc przyjaznych, radosnych, kreatywnych. Opowiem wam o kilku, choć to ledwie kropla w morzu, ale właściwy kierunek.

Do niedawna murale na froncie bibliotek widywałam tylko na zdjęciach z zagranicy. Strasznie podobało mi się takie wyjście książek w przestrzeń publiczną, manifestacja książkofilskich uczuć, przyciąganie spojrzenia tych, którzy może ulegną pokusie i wejdą do środka. Gdy zobaczyłam zdjęcia biblioteki w Radlinie ucieszyłam się ogromnie, bo to właśnie ten kierunek, w jakim moim zdaniem powinny iść biblioteki w przestrzeni miejskiej. Gratuluję pomysłu i świetnej realizacji. Chętnie zajrzę do niej, będąc w okolicy.

radlinźródło: http://www.tvs.pl/informacje/dom-zbudowany-z-ksiazek-niesamowity-mural-powstal-w-radlinie#gallery

Notuję sobie w pamięci biblioteki odwiedzane w podróży, które uwiodły mnie czymś i podbiły serce na tyle, że chętnie wróciłabym tam, poczytała, popracowała. Jak urocza i bardzo nowoczesna Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu z oknami, przez które wpadało tyle światła, szum rzeczki płynącej tuż pod oknem koił nerwy, a zapach kawy z kawiarenki na parterze pobudzał zmysły. Do dziś uważam front budynku, z cytatami wypisanymi na lśniących kamieniach, za jeden z najbardziej zapadających w pamięć. I szczerze zazdroszczę jej mieszkańcom Opola. Mogłabym w niej napisać moją następną powieść.

mbpopole

Kolejną biblioteką zapadającą w pamięć była Biblioteka Multimedialna w Lublinie. Niepozorny z zewnątrz pawilon, w środku był przestrzenią przyjazną i komfortową. Na fotelach i kanapach siedziały dziesiątki nastolatków, czytających powieści czy komiksy, słuchających muzyki na słuchawkach, czy grających w grę. To miejsce żyło, nawet jeśli multimedialna kolekcja dla niektórych radykałów byłaby pogwałceniem zasady sacrum. Bardzo dobra atmosfera, bardzo przyjaźni ludzie, wpadnijcie tam koniecznie, jeśli mieszkacie w okolicy.

biblio

Pasja i elastyczność to cechy dobrych bibliotekarzy – wiem, co mówię. I nie mam na myśli grzesznych fantazji sporej części mężczyzn, w których królują seksowne bibliotekarki w stylu pin up.

Uwielbiam akcje, w których pracownicy bibliotek dzielą się swoją kreatywnością – kalendarze ze zdjęciami ślicznych bibliotekarek, które walczą ze stereotypem szarych myszek, czy wspaniałe sesje zdjęciowe, w których bibliotekarze wcielali się w swoich ulubionych bohaterów literackich.

czerwona

bibliotekarze

Albo cudowne bibliotekarki z Lublina, które wykorzystują optyczne złudzenia i robią kapitalne zdjęcia:

lublin

Albo wrocławskie bibliotekarki, które na walentynki proponują nam czytelniczą randkę w ciemno:

randka

Pracowałam w bibliotece przez wiele lat. Wierzcie mi, większość moich kolegów i koleżanek nie skusiłoby się na taki projekt, bo zbyt już osiedli, zastali się, a w ich trybiki za wiele kurzu się dostało, by wciąż działały. Jeśli bibliotekarze w waszych stronach mają szalone pomysły i nie wahają się ich realizować – natychmiast maszerujcie do tych bibliotek, bo tam właśnie jest dobra energia.

Czekam na polską wersję kalendarza: macie jak w banku, że kupię!

tatuaze

W takim miejscu pomysł, by państwo młodzi urządzili sobie między regałami sesję ślubną zostanie przyjęty z entuzjazmem, bo przecież nie ma nic piękniejszego, niż jednoczesne celebrowanie miłości małżeńskiej i tej do literatury. W przeciwieństwie do szybkich numerków w dziale słowników i encyklopedii, nowożeńcy nie zakłócą nikomu spokojnej lektury.

malzenstwoCałą galerię znajedziecie tutaj.

Często słyszę marudzenie, że dzisiejsza młodzież nie bywa już w bibliotece tak chętnie, nie czytają, składają ofiary z kociąt i myślą tylko o seksie czy pieniądzach. Narzekanie na młode pokolenie jest tradycją starą jak świat. I myślę sobie, że to, że młodzi ludzie rzadko bywają w bibliotece, w dużej mierze wynika z tego, że bibliotekom nie zależy, by czuli się u nich dobrze, komfortowo, by czuli się mile widziani. Bywa, że utrwalone w głowie wyobrażenie o tym, jak powinna wyglądać świątynia literatury odrzuca młodych. Mnie też, widać wciąż jestem dość młoda, by nie zamykać się w ciasnej szufladce. Ale coraz częściej znajduję na mapie Polski miejsca, gdzie jest zupełnie inaczej. I dobrze. Tak właśnie ma być.

Nie mam problemu z kawiarnią wewnątrz biblioteki, nie przeszkadzają mi nowe media w przestrzeni biblioteki, nie przeszkadzają mi kolorowe ściany i kanapy, zabawne plakaty promujące czytelnictwo.

batmanbooks(Znajomy w lokalnej bibliotece natknął się ostatnio na ten plakat, nie wiem jak was, mnie przekonało.)

Biblioteka powinna być miejscem spotkań – nie tylko czytelnika z książkami, ale i bibliotekarzy z czytelnikami, czytelników z czytelnikami, czytelnika z pisarzem. Powinna być miejscem, do którego po prostu chcemy wpaść.

Oczywiście podstawowym wabikiem są zbiory. I boleję bardzo nad niedofinansowaniem, zwłaszcza tych mniejszych filii, bo one zwykle są bliżej czytelnika. Robię co mogę, by choć odrobinkę im pomóc. Regularnie przeglądam moje regały z książkami, które to regały nie są z gumy i przy wzmożonych zakupach w księgarniach, zaczynają popiskiwać pod ciężarem. Wybieram książki, które już przeczytałam i którymi mogę i chcę się podzielić. Nie każda spełnia ten wymóg, bo wiele po prostu chcę mieć pod ręką, wiem, że do nich wrócę, czy łączy mnie z nimi sentymentalna więź. Ale zawsze zbierze się sporo takich, które mogą dać wiele frajdy innym. Zanoszę je do mniejszych filii miejskiej biblioteki, nierzadko potrajając roczny

przyrost księgozbioru przewidziany budżetem. Bo wiem, że biblioteki potrzebują nowych książek, by ich tętno nie spadało.

Biblioteka nie powinna być jak dom nielubianej cioci, do której raz na jakiś czas wypada wpaść, wypić za słabą herbatę z osadem z kamienia przylegającym do ścianek filiżanki, zagryzając zwietrzałym ciasteczkiem maślanym i wysłuchując biadolenia na ceny pomidorów w Biedronce. Takie ciocie są same sobie winne, kiedy członkowie rodziny skracają wizyty, a w końcu po prostu o nich zapominają. Na szczęście są też ciocie, które po prostu miło odwiedzić i nikt nas nie musi do tego namawiać. To już od biblioteki i jej pracowników zależy, którą ciocią chcą być.

 

Aneta Jadowska – Nie interesują jej małe wyzwania – skoro już spełnia się dziecięce marzenia o pisaniu powieści, nie ma powodu, by się ograniczać. Tak powstała sześciotomowa seria o Dorze Wilk, toruńskiej policjantce-wiedźmie. Nie lubi bezczynności i nudy, więc kończąc prace nad heksalogią, już obmyśla kolejne powieści. Czyta wszystko co jej wpadnie w ręce, uwielbia seriale kryminalne i muzykę rockową. Byłaby dziś frontmenką kapeli rockowej, gdyby nie została obdarzona słuchem wystarczająco dobrym, by wiedzieć, że za grosz nie potrafi śpiewać. Gdyby miała 9 żywotów jak kot, mogłaby zrealizować fantazje o zawodach idealnych: byłaby policjantką, dziennikarką, aktorką, szalonym naukowcem… Ale że na stanie posiada pojedynczy żywot, zajmuje się pisaniem, a jej bohaterowie przeżywają przygody, których starczyłoby na 9 żyć.

Premiera nowego tomu opowiadań pt. Ropuszki już 18 września! ropuszki