Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Dobra zmiana, czyli co Peter Jackson zrobił Hobbitowi?

Nie ma co ukrywać, że przeniesienie powieści „Hobbit, czyli tam i z powrotem J. R. R. Tolkiena na duży ekran, wzbudziło sporo kontrowersji. Obecność Petera Jacksona za kamerą zapowiadała sukces i spełnienie marzeń wszystkich fanów przygód Bilba Bagginsa. Niestety, okazało się, że Jackson bardzo luźno podszedł do tematu adaptacji – podzielony na trzy części film był naszpikowany autorskimi wątkami scenarzystów, a wiele motywów z książki zostało przedstawionych zupełnie inaczej.

I choć od premiery „Bitwy Pięciu Armii” minęło już półtora roku, to fani Tolkiena wciąż spierają się o to czy trylogia Jacksona jest dziełem godnym zachwytu, czy raczej komercyjnym gniotem. Sam Jackson w wywiadach wielokrotnie podkreślał, że chodziło mu przede wszystkim o stworzenie dzieła spójnego z kinowym „Władcą Pierścieni” i adresowanego do widza starszego, niż to było w przypadku książki o hobbicie. Niedawno po raz kolejny wróciłam do lektury „Hobbita” i z pewnym już dystansem zaczęłam zastanawiać się, czy wszystkie zmiany i dodatki wyszły tej produkcji na dobre. W dzisiejszym felietonie postaram się przedstawić swój punkt widzenia na temat Jacksonowskiej interpretacji przygód Bagginsa, przytaczając moim zdaniem najbardziej znaczące różnice między książką a filmem.

Zacznijmy od tego, co scenarzyści „tylko” zmienili. Ogromnym rozczarowaniem było dla mnie spotkanie krasnoludów z Beornem, potomkiem dawnych mieszkańców Gór Mglistych, którzy potrafili przyjąć zwierzęcą formę. W książce gospodarz domostwa był podejrzliwym, ale pogodnym osobnikiem, który bardzo dobrze ugościł wesołą kompanię. Pobyt u niego to jeden z najmilszych momentów w całej książce, spędzony na radosnym biesiadowaniu. Z kolei w filmie Beorn jest tym, który ściga naszych bohaterów i otwarcie demonstruje swoją niechęć do krasnoludów. Scenarzyści zrobili z niego groźnego ponuraka o traumatycznej przeszłości, gdy w rzeczywistości był to całkiem zwyczajny – jak na uniwersum fantasy – odludek, który wiódł stosunkowo spokojny żywot z dala od problemów wielkiego świata. Zdecydowanie bardziej wolałam książkowego Beorna, niż jego filmową, nieprzyjazną wersję.

W kinie inaczej przedstawiono też rasę elfów. W pierwowzorze były to nieco szalone, a z pewnością nieprzewidywalne istoty, trzymające się z dala od innych ras. W filmie bliżej poznajemy elfiego króla, ojca Legolasa, który okazuje się być zadufanym i rządnym bogactw władcą, pałającym ogromną niechęcią do krasnoludów. O ile we „Władcy Pierścieni” konflikt pomiędzy tymi rasami został przedstawiony w sposób raczej humorystyczny (nie licząc Narady u Elronda), o tyle w „Hobbicie” ma całkowicie negatywny wydźwięk. Tymczasem w książce temat ten nie jest poruszany prawie w ogóle i wydaje mi się, że w filmie był po prostu niepotrzebny.
Wiele innych zmian (jak choćby te wprowadzone przy potyczce kompanii z pająkami czy ucieczce krasnoludów z więzienia elfów) sprawiło, że zupełnie inaczej postrzegałam filmowego Bagginsa, niż jego książkowy pierwowzór. W tym wypadku nie byłam zadowolona, bo większą sympatię wzbudzał u mnie nierozgarnięty, ale pełny entuzjazmu literacki Bilbo, aniżeli marudny i niezaangażowany hobbit Jacksona, który sprawiał więcej kłopotów niż było z niego pożytku. Nie do końca rozumiem też, dlaczego tak wiele uwagi poświęcono niechęci krasnoludów do kłopotliwego towarzysza. W książce drużyna dosyć szybko zaprzyjaźniła się z Bilbem i właśnie to pozwoliło jej przetrwać. W filmie nasz bohater ciągle trzymał się z boku i musiał nieustannie udowadniać swoją przydatność misji, co z powodu jego niechęci do całej wyprawy zazwyczaj mu się nie udawało.

Trochę zamieszania wprowadził także Arcyklejnot Thráina, znany też jako Serce Góry. W oryginale dowiadujemy się o jego istnieniu właściwie pod koniec powieści, a w kinowej historii uwaga Thorina ciągle zwrócona jest w jego kierunku. Przez to przywódca krasnoludów od początku jawi się nam jako nieco mroczna i zagadkowa postać, której pobudki nie są do końca uczciwe. Teoretycznie bowiem Thorinowi zależy przede wszystkim na zjednoczeniu krasnoludów, w praktyce chodzi mu o władzę absolutną i pokazanie wrogom swojej potęgi. Tutaj każdy z czytelników i kinomaniaków winien sam ocenić, którego Thorina woli. W moim odczuciu książkowy pierwowzór bardziej wpasowywał się w wesołą kompanię, niż jego mroczny filmowy odpowiednik.

Czego w trylogii Jacksona moim zdaniem najbardziej zabrakło ? Rozmowy między Bilbem a krasnoludami, kiedy to hobbit przyznał się do znalezienia pierścienia. Towarzysze nie zwrócili co prawda większej uwagi na jego wyznanie, jednak pierścień przestał być tajemnicą . W filmie natomiast ukazano zmagania Bilba z uzależniającą mocą pierścienia i ciężarem jego tajemnicy . Domyślam się, że w ten sposób chciano nawiązać do poprzednich filmów, jednak zdecydowanie bardziej wolałam to nieco naiwne podejście do mocy pierścienia, o którego mrocznej stronie czytelnik miał dowiedzieć się dopiero we „Władcy Pierścieni”.

Przejdźmy do wątków, których w ogóle w książce nie było, a pojawiły się w filmie. Najwięcej kontrowersji wzbudziło uczucie rodzące się między Kilim i Tauriel. Rasowy mezalians w wykonaniu krasnoluda i elfki zdaniem wielu pasował do tej historii jak pięść do nosa i miał na celu przyciągnięcie do kin jeszcze większej ilości nastolatków. Początkowo też tak sądziłam, ale w miarę rozwoju fabuły zauważyłam, że wątek ten został doskonale wpasowany w całość filmowej historii, a jego obecność nie zaburza w jakiś znaczący sposób przekazu oryginału. Co więcej, uczucie dwójki bohaterów było doskonałą przeciwwagą dla mroczniejszych wątków sprawiając, że filmowy „Hobbit” był bardziej zróżnicowany.

Najwięcej zmian przyniosło pojawienie się przywódcy orków Azoga, który według książki zginął z rąk Deina II w bitwie w dolinie Azanulbizar. W filmie pojawiasię jako żądny zemsty na rodzie Thorina przywódca krwawej kompanii, która niemal od samego początku ściga naszych bohaterów. Wprowadzenie postaci Azoga pociągnęło za sobą szereg innych zmian w kluczowych dla fabuły momentach. Co więcej, łącząca Thorina i Azoga nienawiść stała się jednym z ważniejszych wątków. W tym wypadku ciężko mi się jednoznacznie ustosunkować do pomysłu scenarzystów. Z jednej strony wszystkie te wątki, w które wpleciono Azoga, stopniowo zmieniały oryginalną historię, z drugiej nadawały jej tempa i czyniły bardziej „filmową”. Przyznać muszę, że choć bez tego „dodatku” „Hobbit” podobał mi się równie mocno, to jego obecność w filmie tylko podkręciła emocje.

Sprawą dyskusyjną dla wielu fanów książki jest także solidne rozbudowanie wątku Barda, smokobójcy. W dziele Tolkiena postać ta pojawia się właściwie tylko na chwilę, by zgładzić Smauga i objąć rządy. Z kolei Jackson przedstawił nam całą jej historię, losy zapomnianego bohatera, który pod jarzmem złego zarządcy próbuje jakoś przetrwać. W filmie Bard pomaga naszej kompanii w przedostaniu się przez miasto i to spotkanie rzutuje na późniejsze wydarzenia. Choć wielu czytelników uznało rozbudowanie wątku smokobójcy za zwykły „zapychacz”, to warto jest się zastanowić nad tym, jak film wyglądałby bez niego. Gdyby, tak jak w książce, Bard pojawiłby się znikąd i zgładził smoka, to nie zwrócilibyśmy na niego większej uwagi, a sama scena zabicia Smauga nie byłaby dla nas tak bardzo emocjonująca. Jeszcze gorsze wrażenia mieliby ci, którzy książki nie czytali – wtedy Bard byłby dla nich całkiem anonimową postacią, a jego pojawienie się nie miałoby większego sensu.

Scenarzyści wprowadzili także kilka postaci znanych z „Władcy Pierścieni”. Scena z Galadrielą była dosyć przyjemnym pomostem między „Hobbitem” a poprzednimi filmami i nie namieszała za dużo w oryginalnej historii. Natomiast całkowicie bezsensownym wydaje mi się w prowadzenie postaci Legolasa. O ile końcowa scena z Frodem jest idealnym ogniwem łączącym kinowego „Hobbita” z „Władcą Pierścieni”, o tyle Legolas pojawił się tutaj chyba tylko po to, żeby widowiskowo eliminować kolejnych wrogów. Pomijając już fakt, że elf zachowywał się i wyglądał o wiele dojrzalej niż wtedy, gdy był rzeczywiście starszy, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że do „Hobbita” wepchnięto go na siłę. Wątek jemu poświęcony był niedopracowany, jakby scenarzyści do końca nie wiedzieli, co z nim zrobić. Zapewne miał to być kolejny uśmiech w kierunku fanów poprzednich filmów z tego uniwersum, ale efekt był zwyczajnie wymuszony.

Na końcu warto poświęcić kilka słów słynnej Bitwie Pięciu Armii. W książce Bilbo szybko traci świadomość i o przebiegu starcia dowiadujemy się z ust Gandalfa. Jackson bitwę bardzo rozbudował, dodając kilku nowych przeciwników i wieńcząc ją niesamowitą potyczką Thorina z Azogiem. Przy tym wszystkim obecny był także Baggins. Wydaje mi się, że rozbudowanie starcia nie tylko miało na celu podkręcić widowiskowość całej produkcji, ale przede wszystkim zręcznie zakończyć wszystkie wprowadzone przez scenarzystów dodatkowe wątki.

Powyższe różnice to oczywiście tylko najbardziej widoczne przykłady spośród wszystkich zmian, jakie wprowadzili scenarzyści. Jak widać, filmowy „Hobbit” znacznie odbiega od swojego pierwowzoru i z tego powodu ciężko go nawet nazwać pełnoprawną adaptacją. Chcąc stworzyć spójne kinowe uniwersum, Jackson zrobił z historii dla dzieci obraz ciężki i dosyć brutalny, nie do końca nadający się dla młodego widza. Jednak czy my, jako nieco starsi widzowie coś na tym straciliśmy? Wydaje mi się, że nie. Kinowy „Hobbit”, mimo swoich wszystkich wad wynikających z niezgodności z książką, to wciąż kolejna epicka podróż do Śródziemia, spójna z tym, co zobaczyliśmy we „Władcy Pierścieni”. Choć wiele ze zmian mi nie odpowiadało, to mam też świadomość, jakimi prawami rządzi się kino, i jaki cel przyświecał twórcom tych produkcji. Dlatego przymykam oko na większość nieścisłości, zwłaszcza, że wiele wprowadzonych przez scenarzystów wątków inspirowanych było tym, co mogliśmy przeczytać w innych książkach Tolkiena o Śródziemiu. Jako dzieło kinowe trylogia Jacksona trzyma bardzo dobry poziom i świetnie wpasowuje się w to, co mogliśmy obejrzeć we „Władcy Pierścieni”. A na film dla młodszych kinomaniaków przyjdzie jeszcze czas.