Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Fantastyczne czołówki fantastycznych seriali

Do historii odeszły czasy, gdy telewizja była miejscem zsyłki dla tych, którym nie powiodło się w kinie – obecnie seriale pozwalają na zrealizowanie tego, co w Hollywood nie przeszłoby z powodu producentów, PG-13 czy choćby czasu antenowego. Co roku odbywa się premiera choć jednej perełki, a kolejne nazwiska aktorów i reżyserów sprawiają, że dostajemy gęsiej skórki z podniecenia na samą myśl. Nieodłącznym elementem każdego serialu jest czołówka (intro, czasem zwane też openingiem). Czasem minimalistyczna, jak w „LOST” („Zagubionych”) czy „The Good Wife” („Żonie idealnej”), czasem niezwykle dopracowana. I właśnie kilku czołówkom seriali zaliczających się do szeroko rozumianej fantastyki chciałam się przyjrzeć.

Zanim jednak przejdę do właściwej toplisty, kilka wyróżnień. Intro, które prezentuje „Battlestar Galactica”, zasługuje na uwagę ze względu na misterność i rozmach wykonania. Inną czołówkę wszyscy zapewne pamiętamy ze szczenięcych lat – uroczo i promiennie, z punktu widzenia futrzastego kosmity, zaczynał się serial „Alf”. Kultowe stało się także rozpoczęcie „Goosebumps” („Gęsiej skórki”). Warto odświeżyć sobie ten serial szczególnie teraz, gdy postać R.L. Stine’a, czyli autora historii z dreszczykiem dla młodzieży, powraca w filmie pełnometrażowym. Z kolei czołówka „Marvel’s Jessica Jones”, czyli najnowszej premiery Netfliksa, skłoniła mnie do rozważań nad tym zestawieniem – ponure i sugerujące ciężki klimat noir intro idealnie nawiązuje do akwarelkowych okładek serii komiksowej „Alias”, której adaptacją jest ten serial.

 

Wyróżnienia przyznane, jedziemy z top 10!

10. The Walking Dead (Żywe trupy)

Czołówki „The Walking Dead” są wyjątkowo nierówne i pierwszy sezon w zasadzie nie przykuwa uwagi, za to trzeci potrafi przestraszyć i zaintrygować.

9. iZombie

Młodziutki serial z ciekawym podejściem do kwestii zombie. Otóż okazuje się, że żywe trupy potrzebują mózgów, by wtopić się w otoczenie, a nic nie zapewnia dostępu do nich tak skutecznie jak praca w kostnicy. To dziwaczne doświadczenie przypada w udziale lekarce Liv. „iZombie” to świeże podejście to tematyki zombiaków oraz fantastyczne intro, przedstawiające w komiksowych kadrach perypetie bohaterki.

8. The X-Files (Z archiwum X)

Najbardziej kultowa pozycja na liście. Uwierzę w istnienie osoby, która nie śledziła przygód Muldera i Scully… ale na pewno nie w istnienie takiej, która nie jest w stanie zanuncić czy zagwizdać charakterystycznej melodii. Bo choć samo intro wizualnie ciut się zestarzało i mogłoby nie zachwycać w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami, to trudno uwierzyć, że ktoś jeszcze kiedyś skomponuje równie charakterystyczny dżingiel… no chyba że potraktujemy „Star Wars” jako serial – wtedy owszem, kompozycja Marka Snowa będzie miała konkurencję.

7. Supernatural (Nie z tego świata)

Ten serial jest nietypowy o tyle, iż w zwyczajnym odcinku intro ogranicza się do napisu “Then” i kilku retrospekcji oraz “Now” rozpoczynającego odcinek. W finale oglądamy jednak “The Road So Far”, czyli długą czołówkę prezentującą ujęcia z danego sezonu zmontowane do utworu „Carry On Wayward Son” zespołu Kansas. “The Road So Far” przebiło rozpoznawalnością nie tylko piosenkę, ale być może także tę kultową grupę.

6. Sleepy Hollow (Jeździec bez głowy)

Przejmujące i na wskroś gotyckie. Kolonialna Ameryka, zmartwychwstania, pojedynki i Jeźdzcy Apokalipsy – tak, czołówka zdecydowanie pokazuje, jakiego rodzaju dreszczyku możemy spodziewać się po tym serialu.

5. Firefly

Wyobraźcie sobie kinowy maraton „Firefly”, w czasie którego za każdym razem, gdy zabrzmi „The Ballad of Serenity”, wszyscy widzowie stają na baczność i śpiewają chórem. To intro po prostu ma moc. I choć jego budowa jest całkiem klasyczna – pokazuje ujęcia z serialu przeplatane przedstawieniami bohaterów – to bije o kilka długości jemu podobne. Z tego powodu w topce zabrakło miejsca dla czołówki „Stargate: SG-1” („Gwiezdnych wrót”).

4. Game of Thrones (Gra o tron)

Był moment, gdy tą czołówką żył cały internet. Misterne, dopracowane, delikatnie zmieniające się w każdym odcinku, z wyrazistą, zapadającą w pamięć muzyką oraz easter eggsami – na astrolabium możemy zauważyć historię Westeros poprzedzającą wydarzenia z serialu, czyli podbój Siedmiu Królestw przez Targaryenów, ich porażkę w starciu z Baratheonami, Starkami i Lannisterami oraz hołd złożony nowemu królowi. Z intrem tym wiąże się też ciekawa teoria – otóż, jeśli dobrze się przyjrzymy, mapa Westeros prezentowana w animacji mieści się na kuli… a raczej, w przeciwieństwie do wyobrażenia Ziemi na globusie, w jej wnętrzu. A jedna ze wspomnianych w „Pieśni Lodu i Ognia” teorii mówi, że świat mieści się wewnątrz gałki ocznej wielkiego olbrzyma. Zbieg okoliczności czy podpowiedź?

3. Marvel’s Daredevil

Kolejna kompozycja, która nie pozwala o sobie zapomnieć i która stawia włoski na ciele na baczność. Idealnie pasuje do niepokojącego nastroju serialu. Kształty, które widzimy na ekranie, mogą przypominać intro „Hannibala”… ale uważam, że są wykonane znacznie bardziej interesująco.

2. True Blood (Czysta krew)

Muszę przyznać, że w tym wypadku wyjątkowo wahałam się do tego, kto powinien stanąć na najwyższym stopniu podium, a kto być oczko niżej i nie jestem pewna, czy dobrze wybrałam. Czołówka „True Blood” ma niesamowity klimat, wpadającą w ucho piosenkę i zapowiada, co czeka widza – nastrój Luizjany, seks, krew, przemoc i leniwe małe miasteczko… Co ciekawe, intro nie wykorzystuje kadrów z serialu, ale to nie sprawia, że wyznanie „I wanna do bad things with you…” Jace’a Everetta traci na sile.

True Blood Intro from R. Smith on Vimeo.

1. Haven (Przystań)

Chyba najmniej popularny serial spośród wszystkich wspomnianych (no, może tylko „iZombie” jest mniej znane), ale z wyjątkowo klimatyczną czołówką. Zahipnotyzowała mnie od pierwszego wejrzenia i sprawiła, że chciałam poznać historię tego miasteczka. Czy mieszkały w nim czarownice? Co kryje się w latarni morskiej? No i oczywiście, kto zabił Colorado Kida? I choć serial jest wyjątkowo nierówny i chwilami ciężko było go oglądać, to czołówka zawsze wabiła mnie z powrotem – nadzieją, że jednak warto poznać te tajemnice.

Jednocześnie serce się kraje, że musiałam ograniczyć się do fantastyki – przez co z listy wypadły choćby „Banshee”, „Sons of Anarchy” („Synowie Anarchii”) czy „Dexter”. Zdecydowałam się jednak dodać bonusowe wyróżnienie – dla serialu, który co prawda nie zalicza się do fantasy, SF czy horroru, ale nie mógłby bez nich istnieć. Chodzi o „The Big Bang Theory” („Teorię Wielkiego Podrywu”). Skoczna i radosna muzyczka z dynamicznym intro – naprawdę urocze.