Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Finał czyli Niedziela na San Diego Comic-Con!

Ostatni dzień na Comic-Conie, Kevin Whitelock dla Kawerny prosto z San Diego opisuje czwarty dzień! Tlumaczenia dokonała Anna Piotrowska.

Z pewnością zrozumiecie, dlaczego po wczorajszej przeprawie z czekaniem w kolejce przez CAŁY DZIEŃ, co i tak nie skończyło się wejściem na żaden z paneli i prezentacji w Hali H, byłem ostrożny, by tym razem nie utknąć w żadnej kolejce. W rezultacie spędziłem cały swój czas podziwiając cosplayerów i buszując w hali wystawowej.

W istocie dzień rozpoczął się od mojej osobistej Comic-Conowej tradycji, czyli śniadania w restauracji hotelu Hard Rock. Co roku stacja SyFy dekoruje lokal tak, by reprezentował nowy serial, który chcą akurat wypromować. W tym roku tematem była produkcja „Incorporated”, skupiająca się na niesamowicie wpływowej i potężnej agro-korporacji i jej wewnętrznych zmaganiach. Fakt, że rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości nadawał całej otoczce niepokojącej wiarygodności. Lubimy jeść tam śniadanie w ostatni dzień Comic-Conu i robimy to od wielu, wielu lat. Nasza grupa potrafi liczyć od czterech do nawet tuzina osób! Zwykle omawiamy wszystko, co udało nam się zrobić i zobaczyć w ciągu ostatnich paru dni, a także ustalić plan gry na nadchodzący dzień. Jednak przede wszystkim jest dużo śmiechu.

zdjecie2

To jest dla mnie najważniejsze: przyjaźń.

Zanim jednak zemdli cię od tego obrzydliwie przesłodzonego sentymentalizmu, chciałbym przypomnieć, że robię to od naprawdę długiego czasu. Na początku każdy nowy widok był olśnieniem. Potem wszystko zaczęło tracić blask. Po kilku latach zaczęło mnie to wręcz nudzić i męczyć. Fajnie było te wszystkie rzeczy zobaczyć, ale cała magia gdzieś uleciała. Dopiero gdy przestałem uczęszczać na konwenty sam, a zacząłem to robić w gronie towarzyszy, konwent odzyskał dawny blask. Wiem, że każdy jest inny i niektórzy preferują samotną egzystencję. Ale nie o nich mi tutaj chodzi. Też lubię spędzać czas sam i prędzej czy później potrzebuję chwili samotności, by się odprężyć i pomyśleć… albo i nie myśleć, jak to czasem bywa. Naprawdę rozumiem chęć bycia samemu. Ale Comic-Con największą frajdę daje w towarzystwie!

Jedyną rzeczą, która sprawiła, że wczorajsze niekończące się czekanie w kolejce było znośne, było towarzystwo moich bystrych, zabawnych przyjaciół, którzy czekali razem ze mną. Wspólne siedzenie na panelach i szeptanie sobie naszych obserwacji przynajmniej dwukrotnie zwiększało frajdę, jaką odczuwaliśmy. Niektórzy lubią oglądać filmy i seriale bez przerw i dystrakcji – i nie chodzi o to, że popełniają błąd, mając takie a nie inne preferencje; ale doświadczenie, jakim jest wspólne wyjście do kina, gdzie człowiek wyczuwa energię zgromadzonej publiczności, to coś, co graniczy z euforią! A teraz wyobraźcie sobie, że wraz ze znajomymi jesteście na sali z tysiącami innych ludzi, którzy czują to samo, co wy. To dopiero jazda!

zdjecie7

Był tylko jeden panel, który odwiedziłem. Zresztą robię to regularnie i to również jest swoista tradycja ostatniego dnia Comic-Conu, ale nie tylko moja – wiele osób w ten sposób żegna się z konwentem aż do następnego roku. Mowa o „Starship Smackdown”, podczas którego porównuje się statki kosmiczne z telewizji i filmów w systemie pucharowym, by zobaczyć, który wygrałby w walce. Wśród sędziów zasiadają przeróżni ludzie – od profesjonalnych pisarzy i artystów, aż po autentycznych naukowców z NASA – i nikt tego nie traktuje poważnie! Jest przezabawnie, a niektóre statki potrafią wygrać tylko dlatego, że serial, w którym się pojawiły, miał lepszą piosenkę w czołówce! Dzisiaj, gdy wybrano statki, wprowadzono twist – po pierwszej rundzie eliminacji, statkom, które się ostały, przyporządkowywano przypadkowych kapitanów. Po drugiej rundzie statki mogły otrzymać wsparcie losowo przydzielonych szwadronów myśliwców. Nie mam na tyle miejsca, by opisać wam cały konkurs, ale oto jego wynik:

Battlestar Galactica z Abrahemem Lincolnem za sterami, wraz z asystą falangi Gunstarów (z filmu „The Last Starfighter”) odniósł triumf nad The Most Interesting Man in the World* oraz jego osmalonym wrakiem U.S.S. Enterprise z oryginalnego serialu i towarzyszącego im szwadronu Thunderfighterów (z serialu „Buck Rogers in the 25th Century”).

Było bardzo zabawnie i bardzo nerdowsko. Sala pełna ludzi, skupiających się na jednej i tej samej rzeczy, mając przy tym mnóstwo frajdy. W tamtej chwili, w tym pomieszczeniu, wszyscy byliśmy przyjaciółmi.

Nie mogę się doczekać przyszłego roku.

*nawiązanie do serii reklam piwa Don Equis, w których Jonathan Goldsmith grał „najbardziej interesującego człowieka na świecie” (przyp. tłumaczki)

Kevin Whitelock (Santee, Kalifornia) to człowiek wielu talentów. Z polskim fandomem zetknął się, gdy wraz z żoną Anelią przygarnął Jakuba Ćwieka i Macieja Wanickiego, którzy wybrali się do popkulturalnego raju, czyli na San Diego Comic-Con. Od tego czasu członek Southern California Browncoats oraz honorowy członek Browncoats of Poland publikował rozmaite teksty o amerykańskim fandomie, jak również odwiedził polski konwent Krakon. Zapalony konwentowicz i fan fantastyki. Prywatnie m.in. pilot śmigłowca i rycerz turniejowy. Raporty z Comic-Conu rozpoczynają cykl jego Geek-raportów na Kawernie.