Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Każdemu jego miarą – Felieton Jerzego Rzymowskiego

Żyjemy w czasach, w których szybkość i łatwość komunikacji zmieniły pozycję twórcy i oczekiwania odbiorców wobec niego. Oczywiście, kiedyś też społeczeństwa pasjonowały się życiem artystów i skandalami z ich udziałem, jednak zasięg tego był znacznie mniejszy. Trudno też było mówić o interakcji na szerszą skalę. Współcześnie, coraz częściej niejako w pakiecie z dziełem – książką, muzyką, filmem, etc. – dostajemy osobę autora, który udziela się w mediach tradycyjnych i społecznościowych, prowadzi bloga, dyskutuje, etc. To zjawisko jest częścią panującej kultury celebryckiej i zasadniczo nie ma w tym nic złego. Szczególnie, że w odróżnieniu od niektórych celebrytów „znanych z tego, że są znani”, twórca zazwyczaj faktycznie ma jakiś dorobek, który przyciągnął do niego uwagę.

Nie jest to jednak trend wolny od problemów. Pierwszym z nich jest prosta prawda, którą kiedyś bardzo ładnie wyraził Jarek Grzędowicz przy okazji spotkań Klubu Tfurców: nie da się dołączyć autora do każdego egzemplarza jego dzieła. Mówiąc inaczej – dzieło powinno bronić się samo, a jeśli autor musi tłumaczyć (w wywiadach, dyskusjach internetowych, na FB czy Twitterze, itp.), co miał na myśli, to znaczy, że popełnił błąd w sztuce. Ostatnio często zdarza się – szczególnie ekipom filmów, które spotkały się z chłodnym przyjęciem publiczności – usprawiedliwianie niedoróbek np. problemami w relacjach z wytwórnią, opowiadanie, jak film powinien wyglądać, czego zaplanowanego w nim brakuje. Czy kogokolwiek powinno to obchodzić? Reżyser, scenarzysta, obsada – oni wszyscy podpisują się pod filmem i powinni ponosić odpowiedzialność za jego jakość. Tymczasem regułą staje się, że w kinie oglądamy irytująco słaby produkt, a później czytamy wyjaśnienia: reżyser miał zupełnie inną wizję, ale… Oczywiście, często za tym idzie sygnał, że ta inna, właściwa wizja będzie dostępna na Blu-rayu (bo już użytkownicy DVD tego zaszczytu nie dostąpią – za mało zapłacili). Powtórzę: kogo powinny obchodzić problemy ekipy filmowej? Jeśli macie problem z wytwórnią, zrezygnujcie. Nie podpisujcie się pod filmem, którego macie się wstydzić. Skoro Alan Moore może, to inni też. Chyba, że całe to zamieszanie jest świadomym robieniem z widzów frajerów. Mam nadzieję, że nie.

Drugi problem jest innej natury. Co poradzić na sytuację, w której udzielający się publicznie autor jest bucem? Jeśli jest nieuprzejmy, obraża ludzi na spotkaniach autorskich albo w dyskusjach w Internecie, jeśli awanturuje się, ma odrażające poglądy i tak dalej… Wielu fanom obserwowanie podobnych sytuacji sprawia przykrość. Z jednej strony kochają dorobek autora, z drugiej jego samego nie tknęliby pięciometrowym kijem. Niektórzy próbują usprawiedliwiać problematycznego twórcę, interpretować wypowiedzi czy zachowania na jego korzyść, szukać jasnych stron, ale są sytuacje, kiedy wyparcie przekracza możliwości najwytrwalszych miłośników. Brzydzą się człowiekiem, któremu dają zarobić kupując jego utwory. Kupić – wstyd, nie kupić – żal. Jak z tego wybrnąć?
Cóż, jeśli kaliber przewinień twórcy nie powoduje u nas pragnienia całkowitego bojkotu, trick polega na oddzieleniu go od dzieła. To, że autor udziela się publicznie, nie znaczy, że musimy koniecznie śledzić jego poczynania i sprawiać sobie przykrość. Nie musimy go oglądać ani słuchać, chodzić na spotkania z nim, uczestniczyć w dyskusjach, w których się udziela. A jeśli już nam się zdarzy, warto pamiętać, że artysta nie jest świętą krową, więc zawsze możemy po prostu traktować go tak, jak w podobnych okolicznościach potraktowalibyśmy dowolnego innego osobnika, który by nam zalazł za skórę – po prostu tak, jak na to zasługuje.

Każdemu jego miarą.

Jerzy Rzymowski (redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”)