Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Parszywa siedemnastka, czyli fantastyczne filmowe klapy XXI wieku, cz. 1

XXI wiek przyniósł prawdziwą kinową rewolucję na obszarze fantastyki. Rozwój technologii otworzył przed twórcami filmów szeroki wachlarz nowych możliwości. Jak grzyby po deszczu pojawiały się kolejne epickie produkcje, będące zarówno samodzielnymi dziełami, jak i doskonale przygotowanymi ekranizacjami klasycznych powieści czy popularnych komiksów. W tym morzu świetnych dzieł nierzadko trafiały się jednak fatalne produkcje, których nie ratował nawet gotowy scenariusz, znane nazwiska czy wysoki budżet. O złych filmach fantastycznych można mówić bez końca, ale ja wybrałam dla Was siedemnaście moim zdaniem najgorszych produkcji z poszczególnych lat nowego tysiąclecia. Zaczynamy!

 

 

DungeonsDragons

Lochy i smoki, reż. Courtney Salomon, 2000

Gry od samego początku nie miały szczęścia do dużego ekranu, a film jaki powstał w oparciu o system RPG “Dungeons & Dragons” jest klasycznym tego przykładem. Kinowa produkcja zabiera nas do królestwa Izmer, gdzie potężny mag Profion walczy ze swoją córką o przejęcie tronu po podstępne zabitym prawowitym władcy. Choć pierwszy zwiastun zapowiadał epicką podróż do niezwykłej krainy, to szybko okazało się, że mamy do czynienia z prawdziwym gniotem. Widać, że scenarzyści nie mieli do końca pojęcia o samym systemie i poszli na łatwiznę, wrzucając do jednego filmu ogromną ilość znanych z gatunku schematów, które nie do końca do siebie pasowały. Efekty specjalne i charakteryzacja wołały o pomstę do nieba, a sami aktorzy zachowywali się tak, jakby brali udział w filmie za karę. Sytuację nieco podratował Jeremy Irons, którego karykaturalna gra aktorska wywoływała uśmiech i pozwalała na moment odwrócić uwagę od wszystkich wad produkcji.

 

wiedzmin

Wiedźmin, reż. Marek Brodzki, 2001

Fani prozy Andrzeja Sapkowskiego zgodnie twierdzą, że ten film nigdy nie powinien powstać. O ile serial dało się jeszcze oglądać, o tyle jego kinowa, mocno okrojona wersja była nie do zniesienia. W niewiele ponad dwugodzinnej produkcji scenarzyści próbowali zmieścić zbyt wiele wątków z kilku wiedźmińskich opowiadań, przez co widzowie niezaznajomieni z twórczością pisarza mieli spore kłopoty w zrozumieniu, o co właściwie w tej historii chodziło. Wiele motywów i postaci pojawia się nagle i bez powodu, przez co trudno było oprzeć się wrażeniu, że film jest po prostu na szybko zmontowanym materiałem promocyjnym serialu. Tyle, że przestawienie historii Geralta w skrócie jest właściwie niemożliwie, przez co pełno było niewybaczalnych z punktu widzenia fana wpadek wynikających z rozmijania się scenariusza z literackim pierwowzorem. O efektach specjalnych lepiej nie pisać, bo gumowy smok przeszedł już do legendy polskiej kinematografii. Jedynym plusem tej produkcji są aktorzy – Zbigniew Zamachowski tak dobrze zagrał Jaskra, że patrząc na barda z gier CD Projekt RED odczuwam swego rodzaju tęsknotę za pucołowatym lekkoduchem, który nie raz służył Geraltowi bezcenną radą.

 

plutonash

Pluto Nash, reż. Ron Underwood, 2002

„Pogromcy Duchów” z 1984 roku udowodnili, że fantastyka to także doskonały materiał na komedię. O ile jednak „Ghostbusterzy” ociekali lekkim, ale inteligentnym humorem, o tyle w przypadku „Pluto Nash” mamy do czynienia z wieloma nużącymi fragmentami przeplatanymi suchymi albo dwuznacznymi żartami. Sama fabuła też nie była zbyt obiecująca – mamy 2087 rok, ludzie podbijają kolejne planety, a tytułowy bohater, drobny gangster i cwaniaczek, otwiera klub nocny, ściągając na siebie uwagę poważniejszych mafiosów. Właściwie sam opis wskazywał już, że będziemy mieć do czynienia z komedią niskich lotów, ale nawet tego kiepskiego humoru nie uświadczyliśmy w „Pluto Nash” zbyt wiele. Za pewną zaletę produkcji można uznać tylko ciekawe efekty specjalne, choć w przypadku wynoszącego 100 milionów dolarów budżetu o widowiskowość nie było wtedy trudno.

 

hulkEric Bana

Hulk, reż. Ang Lee, 2003

Pierwszy w tym zestawieniu film o superbohaterze. Równie dobrze mógł się w tym miejscu pojawić „Daredevil”, jednak w moim odczuciu większą klapą była adaptacja przygód Bruce’a Bannera. „Hulk” z 2003 roku to doskonały przykład na to, że zbytnia chęć naprawienia oryginału może zaszkodzić. Scenarzyści tak bardzo odeszli od pierwowzoru, że nie tylko przedstawili zmienioną genezę powstania bohatera, ale z zielonoskórego, nieco tępego osiłka, starali się zrobić postać dramatyczną. W efekcie wyszło mało realistycznie i trochę kiczowato, a fani komiksowej wersji byli niejednokrotnie rozczarowani takim przedstawieniem wielkoluda. Kolejną wadą produkcji jest montaż – Lee, próbując przenieść język komiksu na duży ekran sprawił, że „Hulka” ciężko się oglądało. Szybko zmieniające się i nie do końca powiązane ze sobą sceny znacznie obniżyły odbiór obrazu. Co ciekawe, mimo że krytycy nie szczędzili „Hulkowi” ostrych słów, to produkcja odniosła finansowy sukces.

 

kobietakot

Kobieta – Kot, reż. Pitof, 2004

Przyszła pora na filmową adaptację komiksu DC. Lateksowa Halle Berry przyciągnęła do kin rzeszę fanów Batmana i tej nieco skomplikowanej postaci. Jakże wielkie było rozczarowanie, gdy „Kobieta – Kot” okazała się nie oferować nic więcej ponad wyginającą się w obcisłym wdzianku aktorkę. Początek był zwyczajnie nudny – przemiana nieśmiałej Patience Philips w żądną zemsty kocią bohaterkę przebiegała powoli i opornie. Po serii kiepskich, silących się na refleksję dialogów przyszła pora na wartką akcję. Tutaj zawiodła kamera – szybko zmieniające się ujęcia nie pozwoliły oczom cieszyć się tym, co zapewnił wysoki budżet produkcji. Sama Catwoman znacznie odbiegała od swojego pierwowzoru – chaotyczna i nieprzewidywalna natura bohaterki została w filmie właściwie pominięta, a to właśnie wśród jednoznacznie dobrych i złych komiksowych postaci wyróżniało Catwoman najmocniej…

 

Elektra

Elektra, reż. Rob Bowman, 2005

Wracamy do Marvela. Jennifer Garner w roli płatnej zabójczyni mogliśmy zobaczyć wcześniej w równie kiepskim „Daredevilu”. O ile jednak w produkcji z 2003 roku Elektra miała odrobinę charakteru, o tyle we własnym filmie okazała się całkowicie płaską postacią. Widać, że scenarzyści nie mieli pomysłu na jej przedstawienie i zrobili z niej zobojętniałą, nudną bohaterkę, płynącą bezwiednie z prądem wydarzeń. O ile banalną fabułę, która występuje w przeważającej części filmów o superbohaterach, można wybaczyć, o tyle tak źle przedstawionej głównej postaci już nie. W „Elektrze” nie ma właściwie żadnej osoby, która wywoływałaby u widzów jakiekolwiek uczucia, przez co film ten zaliczyć można do słabych „odmóżdżaczy”, idealnych po naprawdę ciężkim dniu. Zwłaszcza, że przyzwoity budżet, sprawna praca kamery i niezły montaż zagwarantowały miłe dla oka sceny.

 

eragorn

Eragon, reż. Stefen Fangmeier, 2006

Zarówno Peter Jackson jak i Chris Columbus udowodnili, że można stworzyć doskonałą ekranizację sagi fantasy bez rozczarowania najwierniejszych fanów i ku uciesze tych, którzy z fantastyką za wiele wspólnego nie mają. Niestety, Fangmeierowi się to nie udało, mimo że historia przedstawiona w „Eragonie” bazuje na starych, dobrych schematach. Oto młody wieśniak okazuje się być wybrańcem, Smoczym Jeźdźcem i ostatnią nadzieją królestwa. Tytułowy bohater musi stawić czoła niezliczonym wrogom i odkryć prawdę o swoim pochodzeniu. Wydawać by się mogło, że to wprost idealny scenariusz na film. Niestety, nawet oklepany temat można zepsuć. Filmowy „Eragon” jest tak ubogi w stosunku do literackiego pierwowzoru, że ciężko tu nawet mówić o adaptacji. Obszerne dzieło Christophera Paoliniego zostało po przeniesieniu na duży ekran obdarte ze swojej głębi i klimatu, a epicka podróż zamieniła się w telegraficzny, mało sensowny skrót. Rzecz jasna, gdyby spojrzeć na „Eragona” jak na samodzielny film, to można byłoby go nazwać całkiem przyzwoitą produkcją z dobrze dobranymi aktorami i świetnymi ujęciami. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że film bazuje na książce, której potencjału nie wykorzystał nawet w połowie, „Eragon” jest jednym z najgorszych filmów 2006 roku.

 

dungeonsiege

Dungeon Siege: w imię króla, reż. Uwe Boll, 2007

Właściwie większość filmów Uwe Bolla mogłoby się znaleźć w tym felietonie i niemal każdy miłośnik fantastyki wie, że reżyser ten był prawdziwym przekleństwem dla branży. „Dungeon Siege: W imię króla” to chyba największy gniot w gwiazdorskiej obsadzie jaki przyszło mi oglądać. To film zły pod każdym względem i żeby dotrwać do jego końca, trzeba mieć stalowe nerwy. Kultowego RPGa nie dało się chyba bardziej skrzywdzić, zamieniając jego niepowtarzalnego ducha w idiotyczną historyjkę opatrzoną tandetnymi efektami specjalnymi i kiczowatą scenografią. Ku nieszczęściu fanów gier video Boll lubował się w adaptacjach tychże, niszcząc dobre wspomnienia o każdym tytule jakiego się dotknął. Dlaczego mimo gorącej krytyki reżyser i jego wytwórnia mieli się doskonale? Boll zręcznie wykorzystywał prawo podatkowe obowiązujące w Niemczech. W dużym skrócie chodziło o to, że aby wspierać „rodzime” produkcje niemiecki rząd wprowadził wysokie ulgi podatkowe. Dzięki temu osoba, która zainwestowała swój kapitał w dany tytuł, mogła nawet całą zainwestowaną kwotę odliczyć od podatku. Z kolei studio filmowe nie musiało właściwie wykładać żadnych własnych środków, bo chętnych do finansowania kolejnych produkcji nie brakowało. Takie ulgi były więc na rękę zarówno zagranicznym wytwórniom, jak i niemieckim bogatym inwestorom. Władze kraju szybko zauważyły, że pozornie dobre rozwiązanie doprowadziło do wysypu drogich, ale fatalnie zrealizowanych filmów, które nijak przyczyniały się do rozwoju kinematografii. Chcąc ukrócić ten proceder, obniżono ulgę do „zaledwie” pięćdziesięciu procent, co z kolei sprawiło, że Uwe Boll porzucił reżyserię. Na szczęście.

 

doomsdayfunny

Doomsday, reż. Neil Marshall, 2008

Jak stworzyć „dzieło doskonałe”? Najprościej jest wziąć kilka znanych i kochanych przez miliony produkcji a potem połączyć je w całość. Taki cel z pewnością przyświecał twórcom „Doomsdaya” bo inspirację klasyką fantastyki widać tu na każdym kroku. Film utrzymany w klimacie postapo łączy ze sobą nieudolną kopię świata „Mad Maxa” z morderczym wirusem wzorowanym na tym, co pokazują nam filmy o zombie. Wszystko doprawia porządną porcją science fiction w postaci doskonale wyszkolonych żołnierzy władz brytyjskich poszukujących antidotum na epidemię. W tym miszmaszu zabrakło jednak rzeczy podstawowej, czyli sensu. Skupiając się na wyciąganiu z kolejnych kinowych hitów najlepszych rzeczy Marshall zapomniał o tym, że trzeba to jeszcze zaserwować w logicznej postaci. Efekt? Tandetnie przedstawiona społeczność kierowana przez do bólu schematycznego psychopatę, niedopracowany pomysł na przyczynę apokalipsy czy żenujące potyczki superżołnierzy z wyposażonymi w miecze mieszkańcami zniszczonego świata to tylko nieliczne ze „smaczków” występujących w tym filmie. W trakcie seansu trudno jest się nie zaśmiać, ale jest to śmiech przez łzy, bo chyba nikt nie spodziewał się, że w jednym filmie można zepsuć tyle znanych i kochanych motywów.

Tak oto dobrnęliśmy do części pierwszej zestawienia. Tych dziewięć tytułów to oczywiście zaledwie kropla w całym morzu złych wyborów na wieczorny seans. Jakich pozycji zabrakło Wam na tej liście?