Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Pocztówki z odległej galaktyki

Pierwszym obejrzanym przeze mnie filmem z odległej galaktyki był „Powrót Jedi”. Do Polski trafił z dwuletnim opóźnieniem względem światowej premiery, co powinno uświadomić Wam, w jak dostatnich czasach żyjemy, skoro zaledwie tygodniowy poślizg potrafi teraz wzbudzać srogie protesty. Miałem wtedy jakieś osiem lat, do kina zabrała mnie Mama, ale raczej tak samo jak ja nie wiedziała, czego się spodziewać. Po prostu, bilety do kina były wtedy dość tanie, więc chodziło się na co popadnie, byle miało odpowiednią kategorię wiekową albo bileter przymknął oko.

Rzecz jasna, nie znając poprzednich części – ba, nie wiedząc, że jakiekolwiek istnieją – niewiele rozumiałem z fabuły, ale też nie fabuła dla ośmiolatka jest najważniejsza. Przecież były tam roboty i rozmaite niezwykłe stworzenia. Zamaskowany człowiek, który okazał się księżniczką i ożywił posąg. Świecące miecze i facet, który wyglądał trochę jak rycerz i wpadł do środka piaskowego potwora. Sympatyczny zielony staruszek w lesie, który zabawnie mówił. Wojownicze misie, które pokochałem, bitwy kosmiczne i pościgi po lesie. I straszny starzec, który raził głównego bohatera piorunami, dopóki nie przeszkodził mu drugi straszny człowiek, który jednak nie był tak do końca zły i uratował chłopaka, chociaż go te błyskawice w efekcie zabiły.

Zanim obejrzałem „Imperium kontratakuje”, minęło trochę czasu. Jako, że jak wspominałem, fabuła „Powrotu Jedi” nie była priorytetem, a nie dotarło do mnie, że oglądam filmy w niewłaściwej kolejności, jakoś mi się to wszystko kupy nie trzymało – żyli ci, którzy w poprzednim filmie umarli; a bez znajomości „Nowej nadziei” nadal poruszałem się po uniwersum George’a Lucasa trochę jak pijane dziecko we mgle. Chyba dopiero przy scenie zamrażania Hana Solo w karbonicie coś mi zaczęło świtać. Minęły kolejne lata zanim udało mi się zobaczyć Epizod IV, już nie w kinie, lecz w telewizji na Wielkanoc. Wtedy oglądałem go już bardziej świadomie, z poczuciem, że dopełniło się coś, co było ważną częścią mojego dzieciństwa, nawet jeśli tego nie ogarniałem.

Dopiero w 1997 roku, gdy do kin trafiła jubileuszowa edycja specjalna, obejrzałem całą klasyczną trylogię „po Bożemu”. To było zresztą ogromne wydarzenie – choćby dlatego, że dla wielu młodszych widzów nadarzała się pierwsza okazja, żeby zobaczyć klasyczną trylogię na wielkim ekranie. Mój kumpel, Lobo, każdorazowo organizował wtedy zbiorowe wyjścia fandomowe – rezerwował chyba całą salę kinową i ruszał nas do kina dziki, radosny tłum. Później raz próbowałem pójść w jego ślady – wyciągnąłem siedemdziesiąt dwie osoby do kina na seans „Wiedźmina”. Mam nadzieję, że ten grzech zostanie mi kiedyś odpuszczony.

Właśnie dlatego, że „Gwiezdne wojny” były dla fanów tak ważne, na głowę Lucasa posypały się gromy za Epizody I-III. Gdyby chodziło o drugorzędną popierdółkę, nie wywołałyby takiej burzy – im bliższe coś jest sercu, tym gorętsze emocje wzbudza. Parafrazując cytat: nie zna piekło furii straszliwszej nad wściekłość rozczarowanego fana.

Wraz z „Przebudzeniem Mocy” zamknął się pewien rozdział w historii Gwiezdnej Sagi. Teraz będziemy dostawać kolejne filmy z odległej galaktyki raz do roku, dopóki będą przynosić zyski. Z jednej strony, budzi to radość fanów, bo uniwersum będzie się systematycznie rozwijać i nie zabraknie regularnie dostarczanych nowych atrakcji. Z drugiej jednak zastanawiam się, czy – a może raczej „kiedy”? – ten niezwykły wycinek kosmosu wymyślony przez Lucasa spowszednieje widzom, stanie się częścią rutyny. Jak kolejne sezony serialu, który na początku ekscytował, fascynował świeżością i oryginalnością, a później ogląda się bardziej z rozpędu czy sentymentu niż z prawdziwej, głębokiej potrzeby serca.

Oby ten moment nadszedł jak najpóźniej. Na razie jaram się na „Łotra Jeden” jak Anakin w lawie Mustafaru.

Jerzy Rzymowski (redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”)