Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Widmowa literatura – felieton Jerzego Rzymowskiego

Zbliża się Halloween, więc tym razem będzie o widmach. A konkretnie o pisarzach-widmach – ghostwriterach.

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak istotną rolę odgrywają w naszym życiu marki. Zazwyczaj dużo chętniej kupimy markowy produkt, niż coś, co nosi obce nam logo. I nie chodzi o snobizm, a o zaufanie i zapewnienie jakości, a przynajmniej jakąś przewidywalność. Na przykład: kupując fikuśną komórkę marki X mogę liczyć, że będzie działać bezawaryjnie przez dwa lata, ale parę dni po upływie gwarancji zacznie szwankować i wkrótce będzie do wyrzucenia. Z kolei zaopatrując się komórkę marki Y wiem, że dostanę sprzęt mniej gadżeciarski, ale dopóki mi się nie znudzi, będę mógł nim nawet wbijać gwoździe.

Nazwisko pisarza również jest marką – gdy pojawia się na okładce książki, często jesteśmy gotowi kupić ją w ciemno, oczekując po lekturze określonych przeżyć. Neil Gaiman wywraca rzeczywistość na drugą stronę: czyni rzeczy zwyczajne cudownymi, a magiczne opisuje tak, że uznajemy ich obecność za coś naturalnego. Stephen King przeraża nas, a przy okazji odmalowuje wyraziste tło obyczajowe. Jeffrey Archer jest gawędziarzem, który gra z czytelnikiem i jak asa z rękawa wyciąga błyskotliwą, zaskakującą puentę. I tak dalej…

Jak w takim razie traktować książki, gdzie znane nazwisko na okładce niby jest, ale autentyczność produktu jest mniej więcej taka, jak sportowych butów z napisem „Adibas” na bazarze? Nowych książek J.R.R. Tolkiena nie pisze przecież on sam – jako, że zmarł w 1973 roku, musiałby je dyktować przez tabliczkę ouija. Notatki profesora (żeby nie powiedzieć „kwity z pralni”) są od dekad opracowywane przez jego syna, Christophera. Kolejne tomy „Diuny” są dziełem potomka Franka Herberta, Briana, który wziął do pomocy Kevina J. Andersona – pisarza, którego lwią część dorobku stanowią książki dziejące się w cudzych uniwersach. „Koło Czasu” za Roberta Jordana dotoczył do wielkiego finału Brandon Sanderson. W każdym z wymienionych przypadków mamy sprawę postawioną jasno: zmarli autorzy pozostawili po sobie notatki, zarysy fabuł, pomysły, a pałeczkę po nich przejęli ludzie znani z imienia i nazwiska, którzy dokończyli to, czego tamci nie zdążyli. Wychodzi im to lepiej (Sanderson) albo gorzej (Herbert Jr.), ale wiemy, na co się piszemy biorąc książkę do rąk.

Inaczej sprawy się mają, gdy żyjący twórca wyręcza się zastępcami. Wszelkie rekordy w tym względzie bije autor powieści sensacyjnych, James Patterson. Od kilkunastu lat na jego markę pracuje ponad dwudziestu ghostwriterów – szacuje się, że on sam napisał zaledwie jedną piątą treści sygnowanych jego nazwiskiem. Owszem, koncepcja i intryga każdej powieści wychodzi od niego, ale wypełniają ją inni. Można ironicznie stwierdzić, że jego notatki nie czekają na pośmiertne wydanie, jak to ma miejsce z wymienianymi wcześniej pisarzami.

Paradoksalnie, część odpowiedzialności za ten stan rzeczy ponoszą czytelnicy, którzy wolą sięgnąć po książkę sygnowaną nazwiskiem znanego autora, niż po pozycję debiutanta, nawet jeśli wiedzą, że realny wkład owego znanego twórcy jest znikomy. Marka robi swoje.

No dobrze, ale jaki z tego wniosek dla czytelników? Po pierwsze, warto pamiętac, że nie tylko nazwisko autora jest w branży wydawniczej marką – fakt wydania w określonym wydawnictwie bądź pod okiem określonego redaktora również może stać się gwarancją co najmniej przyzwoitej jakości. Po drugie, warto zwracać większą uwagę na debiutantów. Wielcy pisarze nie biorą się znikąd, każdy stawiał kiedyś pierwsze kroki. A kto wie, być może część z nich, zanim zaczęła pracować na własny rachunek, była ghostwriterami – jak kiedyś H.P. Lovecraft czy Jack Vance.

Jerzy Rzymowski (redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”)