Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

A w lustrze pada deszcz….


Opowiadanie z pojedynku drużynowego w Krainach Fantazji, jeszcze za czasów GMFu

 

Zimny wiatr pędził uliczkami małego miasteczka, jednak niemożliwym było stwierdzić, skąd nadciąga. Chłodnym językiem lizał czerwone policzki. Szponiaste dłonie wkładał we włosy i targał nimi we wszystkie możliwe strony. Listopad, taki smutny i bezwzględny. Małgorzata nie lubiła jesieni. Zdecydowanie wolała surową zimę, która przynajmniej potrafiła uradować człowieka, sypiąc mu pod nogi płatki białego śniegu.
Niebo przykryte zostało siwymi chmurami. Okolica stała się jeszcze bardziej nieprzyjazna. Wiatr przybrał na sile, a na miasteczko spadły ciężkie krople deszczu.
Małgorzata szła ze swoją córką, Darią, do mężczyzny, który mógłby im pomóc. Kobieta pragnęła się dowiedzieć, w jaki sposób mogłaby odpocząć od trwającego wiecznie koszmaru. Jej dziecko przez cały czas zadawało jedno, to samo pytanie, doprowadzając ją do szału. Na okrągło Daria powtarzała słowa, które wypowiedziała tego pamiętnego wieczora…
– Mamusiu…
Nie tym razem. Nie spojrzy na córkę, pozwalając jej tym samym na dokończenie pytania. Dość już tego! Nie wytrzyma tego dłużej. Czy Daria naprawdę nie pamięta innych słów? Ciężko powiedzieć jej coś innego? Cokolwiek…
– Mamusiu…
Wybacz, kochanie… Zbyt wiele razy już to słyszałam. Wierz mi, że ten koszmar doprowadza mnie do załamania nerwowego. Czemu spotkała mnie tak okrutna kara? Czemu cały czas mówisz to w identyczny sposób? Jak wtedy…

Przytuliła się do niego mocniej. Wbiła paznokcie w jego umięśnione łopatki, jednak zrobiła to najdelikatniej jak tylko mogła. Marek w odpowiedzi ugryzł ją w ucho. Uśmiechnęła się. Uwielbiała się z nim kochać. Był wyjątkowy. Żaden mężczyzna nie potrafił dać jej tego, co on. Umięśnione ciało, idealnie białe zęby, lazurowe oczy oraz krótko przystrzyżone, jasne włosy. Czegóż chcieć więcej? Jakby tego było mało, Marek używał jej ulubionych perfum, Hugo Boss… Zapach unosił się i opadał wraz z ruchami kochanka. Osiadał na niej, a później przez wiele godzin mogła rozkoszować się cudowną wonią.
Daria już dawno pogrążyła się w głębokim śnie, zatem mogli pozwolić sobie na ciche jęki. Czuła jego oddech na jedwabnej skórze, dotyk męskich dłoni, które krążyły po brzuchu, piersiach, szyi… Słodki smak jego ust, takich podniecających… Czuła Marka w sobie. Wiedziała, że jest z nim bezpieczna. Nie miała się czego obawiać. Ukochany stanąłby w jej obronie. Zakryłby kobietę swoim ciałem…
Jego oddech przyspieszył. Wbiła się mocniej w jego plecy. Jęknęła cicho. Tak, to jest to, co kocham! Jesteś wspaniały, Marku! Gdy była bliska spełnienia się, drzwi od sypialni zostały otwarte.
Stanął w nich piwnooki brunet z trzydniowym zarostem. Miał na sobie czarny, dobrze skrojony garnitur, a w prawicy trzymał skórzaną teczkę.
Marek z przerażeniem w oczach przyglądał się mężczyźnie. Przygryzł wargi i czekał.
– Idę na moment do kuchni – rzekł nowoprzybyły. – Jak wrócę, ma cię już tu nie być, Marku.
Gdy brunet opuścił pokój, kochanek wyskoczył szybko z łoża i niczym huragan opuścił sypialnię, rzucając w biegu współczujące spojrzenie.
Małgorzata była w szoku. Jak to możliwe? Przecież Tomek był w delegacji i miał wrócić dopiero za tydzień! Co takiego się stało, że skrócił swój pobyt poza domem?
Myśli gnały jak opętane, krążyły wokół kobiety. Co robić? Żadne wymówki nie miały sensu, w końcu przyłapał ich na gorącym uczynku. Czemu nie zamknęła drzwi od domu? Jak mogła być aż tak nieostrożna?
Po chwili do pokoju wrócił Tomek. W oczach tkwiły zarówno żal jak i gniew, a w dłoni błysnęła stal.
– Nie zrobisz tego… – szepnęła Małgorzata.
– A ty co zrobiłaś? Złamałaś przysięgę małżeńską! – huknął.
– Ciszej, bo obudzisz Darię…
– Mam w dupie tego bachora! Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to nie było moje dziecko, puszczalska świnio!
Tomek ruszył w stronę Małgorzaty, a ta odrzuciła kołdrę i zaczęła uciekać. Mężczyzna chwycił ją za nadgarstek i z całą siłą pchnął z powrotem na łóżko. Wymierzył jej policzek, po czym, z bestialskim uśmiechem, wbił nóż w prawą pierś kobiety. Małgorzata jęknęła. Fala bólu eksplodowała w ciele. Brunet ponownie zanurzył ostrze, tym razem w brzuchu.
Drzwi od sypialni skrzypnęły. Małgorzata usłyszała zaspany głos córki:
– Mamusiu, gdzie jest tatuś?
Tomek w szale zeskoczył z łóżka i pognał ku córce. Zgrabnym ruchem poderżnął jej gardło. Ostatnim, co widziała Małgorzata, była krew Darii spływająca po młodej szyi.

Po policzkach Małgorzaty spłynęły łzy. Dlaczego nie zamknęła tych pieprzonych drzwi? Dobrze wiedziała, że Tomek nie zabierał w podróż kluczy. Gdyby o tym nie zapomniała, z pewnością nie doszłoby do tej tragedii, a jej córka mogłaby cieszyć się radosnym dzieciństwem. A ona… W jakiś sposób pogodziłaby życie rodzinne u boku Tomka z romansem z Markiem, swoim szwagrem… Do tamtej chwili jakoś jej się to udawało.
– Mamusiu…
Znowu to samo. Czy to się kiedyś skończy?
Małgorzata zatrzymała się i ukucnęła, spoglądając prosto w oczy Darii.
– Mamusiu, gdzie jest tatuś?
– Tam, gdzie my już nie wrócimy, kochanie…
*
Niebo szarzało z każdą mijającą chwilą. Ponure chmury powoli kłębiły się nad niewielkim miasteczkiem. Mieszkańcy gnali do swoich domostw, by zasiąść przy kominku i popijając gorącą herbatę, przyglądać się kroplom jesiennego deszczu, wybijającym hipnotyzujący rytm. Ponure popołudnie sprawiło, że nikt nie miał ochoty na spacerowanie, za to wolał pogrążyć się w rozmyślaniach.
Janina siedziała w swoim starym, ale niezwykle wygodnym fotelu. Opatulona ciepłym kocem, trzymając w rękach kubek z herbatą z cytryną, wpatrywała się nieprzytomnie w okno. Zimny deszcz bił nieubłaganie o szyby, a nieposkromiony wicher pędził ulicami miasteczka. W pokoju świeciła się jedynie nocna lampka, stojąca na stoliku obok łóżka. Janina lubiła takie dni. Nierzadko brała wówczas pióro, kilka czystych kartek i pisała wiersz. Cały czas ten sam – mówiący o jej śmierci…
Światło nocnej lampki przygasło nieco. W pomieszczeniu zrobiło się zimniej. Janina wzięła łyk herbaty. Była starszą kobietą z włosami przyprószonymi siwizną i twarzą naznaczoną kilkunastoma zmarszczkami. Staruszka uśmiechnęła się lekko i odstawiła kubek, powstała i podeszła do okna.
Nagle lampa przestała świecić, a szyba pokryta została szronem. Na ulicy, przy której mieścił się domek Janiny, pogasły światła. Czyżby awaria prądu? Ostatnia miała miejsce kilka lat temu… Kobieta niespodziewanie usłyszała cichy pomruk, dobiegający z zewnątrz. Wytężyła wzrok, by dostrzec źródło dźwięku.
I wtem zza rogu wyszła grupa kilkunastu osób. Wszyscy ubrani byli w czarne płaszcze z kapturami. Najbardziej charakterystyczne były ich oczy – dwa ogniki żarzące się krwiście. Poruszali się powoli, mrucząc pod nosami. Nie zwracali uwagi na nic, ani na nikogo. Janina zamarła z szeroko otwartymi ustami.
Samobójcy, myślała. Dawnom ich nie widziała. A skoro powrócili, to znak, że niedługo wydarzy się coś strasznego…
*
Małgorzata i Daria stanęły przed bramą prowadzącą do obskurnej willi, mieszczącej się przy jednej z wielu mało uczęszczanych uliczek miasta. Spoglądały na nie wielkie okna udekorowane ciężkimi, brunatnymi zasłonami. Dach, pozbawiony większości dachówek, pokryty był mchami wszelakiej maści. Nad dużymi dębowymi drzwiami sterczały dwa masywne gargulce, które z nienawiścią w swych kamiennych oczach wpatrywały się w przestrzeń rozpościerającą się przed nimi. Ogród otaczający budynek był w opłakanym stanie. Większość drzew i krzewów była uschnięta. Liście gniły w spokoju u stóp buków i olch.
Małgorzata zbliżyła się nieco do bramy i nadusiła dzwonek. Koło guzika widniał napis: „Veith Wolschlager”. Miała nadzieję, że usłyszy od niego coś na temat remedium, mogącego uwolnić ją od tego koszmaru. Ileż można słuchać tego samego? Jak długo może to potrwać?
Gdy tylko ściągnęła palec z guzika, żelazne wrota stanęły otworem. Wydarzeniu temu towarzyszył przeraźliwy zgrzyt, który wdarł się do mózgu i spłynął wibracjami po kręgosłupie. Małgorzata wzdrygnęła się i zrobiła krok w kierunku domu. Daria posłusznie podążała za swoją matką. Kochała ją i wiedziała, że kiedy jest z Małgorzatą, nic złego nie może jej się stać. Ze strasznej nocy, o której tak często wspominała jej mama, niewiele pamiętała. Jedynie błysk gniewu w oczach ojca…
Stuk, puk… Echo pukania zabrzmiało głucho w całej willi. W powietrze wzbiło się kilkanaście czarnych ptaków, które urzędowały wcześniej w ogrodzie. Małgorzata uderzyła kołatką ponownie. Po chwili drzwi się otwarły i stanął w nich blady, wysoki mężczyzna z bujną czupryną. Jego oczy nie wyrażały żadnych emocji, a twarz zdawała się być wyciosaną w kamieniu.
– Pan was oczekuje – rzucił beznamiętnie w stronę przybyłych. – Zapraszam do środka.
Małgorzata i Daria przekroczyły próg, a gdy kamerdyner zamknął drzwi, zostały otoczone chmurą kurzu. W domu było ciemno, a wszystkie okna zasłonięte. Mężczyzna zapalił świeczkę i gestem nakazał iść za sobą. Rozedrgany ognik oświetlał lekko korytarze, którymi podążały. Na ścianach wisiały stare obrazy przedstawiające ludzi, którzy z pewnością pochodzili z wyższej klasy. Ich rysy były szlachetne, a na kroczących w ciemnościach spoglądali wyniośle. Większość z nich miała na sobie bogato zdobione stroje.
Małgorzata i Daria wprowadzone zostały do dużego, prostokątnego pomieszczenia. Pośrodku stał długi stół, wokół którego wyrastały strzeliście wysokie krzesła. Przy jednym ze szczytów siedział przystojny i elegancki mężczyzna. Czarne włosy kłóciły się ze śnieżnobiałą cerą. Kamerdyner opuścił pokój, zostawiając trójkę w spokoju i ciszy.
– Proszę, niech panie usiądą – rzekł szlachcic. Wstał i powoli zbliżając się do Małgorzaty oraz jej córki, mówił:
-Jestem niezwykle ciekaw, co sprowadza was, drogie panie, do mego domostwa. Ach, zapomniałbym się przedstawić! Proszę wybaczyć mi ten nietakt.
– Nic się nie stało… – odparła Małgorzata.
– Stało się! Niech mi pani wierzy! Przecież to jawna niegrzeczność: nie przedstawić się kobiecie! – Mężczyzna odetchnął, po czym kontynuował. – Wracając jednak do rzeczy. Nazywam się Veith Wolschlager i jestem panem tego domu. Moja historia jest dość długa i nie chciałbym was nią męczyć… Czy mógłbym poznać pani godność?
– Tak, oczywiście. Jestem Małgorzata, a to moja córka, Daria. – Wzięła głęboki oddech. – Przyszłam prosić pana o pomoc.
– Pomoc? – Oczy Veith’a zabłysły niepokojąco. – A w jakiej sprawie?
Małgorzata wbiła wzrok w podłogę i zbierała się w sobie, aby podzielić się z rozmówcą swoim problemem.
– Proszę się nie wstydzić. Niech mi pani wierzy… Dużo już słyszałem i wiele razy robiłem, co mogłem, aby wspomóc bliźniego.
– Otóż… Odkąd tutaj trafiłyśmy, moja córka wciąż zadaje jedno i to samo pytanie. Są to ostatnie słowa, jakie wypowiedziała przed śmiercią. Może mój kłopot nie jest jakiś poważny, ale… To, że przez cały czas słyszę to samo, sprawia, że dostaję szału. Nie mogę tego wytrzymać, na okrągło widzę ostatnie chwile życia mojego i córki. Czy jest jakieś remedium na ten koszmar?
Veith poprawił się na krześle i westchnął.
– Przykro mi to mówić, ale niestety nie znam sposobu, dzięki któremu mógłbym pani pomóc. Miejsce, w którym się znajdujemy, ma dziwną właściwość. Wszyscy tutaj obecni stale przeżywają swoją śmierć. Każdego dnia dotyka ich jakaś sytuacja, która wiecznie przypomina im o ich śmierci. – Veith przerwał na chwilę. Zdawał się nad czymś myśleć. – Jestem tu uwięziony od wielu lat i do tej pory nie udało mi się rozwikłać tej zagadki.
Małgorzata posmutniała. Do oczu napłynęły powoli łzy. Dlaczego? Za co?
– A jak rany? – Spojrzał na szramę na szyi dziewczynki. – Krwawią?
– Tak – odparła Małgorzata. – Każdego wieczoru blizny się otwierają i sączy się z nich posoka. Czy na to też nie ma sposobu?
– Niestety. To pamiątki, których nigdy się nie pozbędziemy…
*
Przy okrągłym stole siedziało kilkanaście osób. Pomieszczenie przykryte było całunem ciemności, który pokonywany był jedynie przez nikłe światło trzech świec ustawionych pośrodku mebla. Przed zgromadzonymi stały złote kielichy wypełnione po brzegi wytrawnym winem. Wszyscy ubrani byli w czarne jak noc płaszcze z kapturami.
W komnacie panowała cisza, delikatnie oplatająca wszystkie osoby. Ogniki drgały niczym szalone na coraz krótszych knotach. Nagle z jednego z tronów powstał wysoki mężczyzna, a jego twarz błysnęła blado. Przyjrzał się uważnie swym towarzyszom, po czym rzekł:
– Jestem rad, że widzę was wszystkich w zdrowiu. Wiele lat już minęło, odkąd spotkaliśmy się ostatnio w tej sali, przy tym stole – głos mężczyzny był pełen chłodu. Sprawiał, że ciało pokrywało się gęsią skórką. – Przejdźmy może od razu do sedna sprawy. Jak dobrze wiecie, aby uniknąć potępieńczego losu, musimy odprawić Rytuał Niewinności. Ostatnim razem, gdy się zebraliśmy, brakło nam jednego, najważniejszego składnika. Jednak dzisiaj go znalazłem.
– Niemożliwe! – Ze swego miejsca zerwał się zakapturzony mężczyzna, którego oczy błysnęły czerwienią. Głos pełen był podniecenia. – Setki chwil spędziliśmy, poszukując Niewinnej, aż w końcu dzisiaj została odnaleziona! Gdzie się na nią natknąłeś, przyjacielu?
Bladolicy mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo.
– Jak ci powiem, to nie uwierzysz…
W sali zrobiło się głośno. Zgromadzeni zaczęli dyskutować podniesionymi głosami.
– Cisza! – krzyknął czerwonooki, a w komnacie natychmiast zrobiło się cicho. – Uwierzę we wszystko, jeśli ujrzę Niewinną.
– Ona nie należy jeszcze do mnie. Jednak odnalezienie jej i pochwycenie nie będzie dla was dużym wyzwaniem, przyjaciele. Myślę, że już dzisiaj możemy wyruszyć i porwać tę dziewczynę.
Zakapturzony usiadł i zastanowił się chwilę.
– Powiedz mi jeszcze jedno… – zaczął. – Skąd masz pewność, że osoba, którą spotkałeś, jest brakującym ogniwem rytuału? Czy otrzymałeś jakiś znak?
– Żadnych znaków – odrzekł bladolicy. – Jednak istota ta wysyłała bardzo silne wibracje. Od razu zwróciła na siebie moją uwagę. Gdy usłyszałem opowieść o jej śmierci, byłem całkowicie pewien, że jest to Niewinna. Zginęła, nie czyniąc nikomu krzywdy, nie mając żadnej skazy na swej duszy. Dlatego jest to nasz klucz do wybawienia, dzięki niej unikniemy potępienia.
Oczy samobójców zabłysły jaśniej.
– Pokaż nam ją, a już niedługo się stąd wydostaniemy – powiedział przywódca zakapturzonych.
*
Eliza stała w przedpokoju przed dużym, mającym przeszło dwa metry wysokości lustrem. Wpatrzona była w zwierciadło jak zaczarowana, gdyż nie widziała w nim swojego odbicia, lecz przyjaciółkę z czasów liceum. Spoglądała na nią piękna dziewczyna, której twarz skrywała jakąś tajemnicę. Czarne loki, efekt przegranej walki wyprostowanych włosów z listopadowym deszczem, spływały kaskadami na twarz Anny.
Uśmiechnęła się do niej. Zbliżyła się do lustra i pogładziła szkło prawicą.
– Pamiętasz te lata, gdy wszystkie imprezy należały do nas? – powiedziała cicho. – Wspólnie spędzone noce, podczas których nierzadko rozmawiałyśmy na temat chłopaków ze starszych klas. Setki godzin, które poświęciłyśmy zakupom. Ach, niezapomniane czasy. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że nasza przyjaźń trwa do dnia dzisiejszego…
Gdyby nie Damian, to wciąż byłybyśmy razem, myślała. Gdybym nie wsiadła wówczas z nim do tego samochodu, to z pewnością poszłybyśmy dzisiaj do pubu i urządziłybyśmy polowanie na przystojniaków. Pamiętasz, ile radości sprawiały nam te wybryki?
Trzasnęły drzwi wejściowe. Damian wrócił. Odwróciła się i ujrzała męża, który właśnie ściągał buty. Gdy skończył, uśmiechnął się do niej. Podszedł do Elizy i objął ją w pasie.
– Witaj, kochanie. – Pocałował ją w czoło. Czuć było od niego alkohol. Znowu… – Idę się położyć.
Czy on kiedykolwiek skończy pić? Jak długo to jeszcze potrwa? Codziennie widziała go nietrzeźwego! To przekracza granice rozsądku!
Odprowadziła wzrokiem męża do sypialni. W jej oczach pojawiły się dziwne błyski, które wydawały się krzesać iskry gniewu. Gdy Damian zamknął za sobą drzwi, Eliza udała się do kuchni. Obrzuciła spojrzeniem jasne kafelki i błyszczący blat. Na tym ostatnim leżało coś, co przykuło uwagę kobiety. To będzie koniec koszmaru… Dość wspomnień…

Eliza wyszła z sali, przytrzymując Damiana, który miał drobne problemy z utrzymaniem równowagi. Wypił nieco, w końcu trzeba było jakoś uczcić ślub Anny i Tomka… Nie co dzień mamy do czynienia z takimi wydarzeniami. Po minie ukochanej widział, że nie była zachwycona ze stanu, w jakim się znajdował. Przystanęli.
– Daj mi telefon – powiedziała do niego spokojnie, wyciągając otwartą dłoń, by schować w niej komórkę.
Damian spojrzał na nią tępo. Przez chwilę wpatrywał się, jakby nie mając pojęcia, gdzie się znajduje i o czym mówi do niego ta kobieta, która oczekuje jego telefonu.
– Po co? – spytał.
– Chcę zadzwonić po taksówkę. Musimy jakoś dotrzeć z powrotem do domu.
– Nie zamawiamy żadnej taksówki! – wykrzyknął. – Jedziemy samochodem.
– Kochanie, przecież nie możesz kierować w takim stanie – odparła spokojnie Eliza. – Lepiej, jeżeli ktoś nad podwiezie. Proszę, daj mi telefon.
Damian wykonał obrót na pięcie i idąc powoli w stronę czerwonego BMW 528i, wyciągnął z kieszeni kluczyki.
– Chodź i nie marudź. – rzucił przez ramię Damian. – Nie będę na ciebie czekał. Jak nie wsiądziesz, to pojadę bez ciebie.
Eliza stała pełna wątpliwości. Toczyła w sobie walkę. Jechać, czy też pokazać Damianowi, że nie jest od niego uzależniona? Jeśli pojedzie, może stać się coś niedobrego. Natomiast gdy zostanie, to może się spodziewać w domu wielkiej awantury. Poza tym, bała się puścić ukochanego samego…
W milczeniu podeszła do samochodu. Wsiadła i zapięła pas bezpieczeństwa. Damian uśmiechnął się do niej i włączył silnik.
– Wiedziałem, że mi ulegniesz.
Eliza nie skomentowała tego.
Zdawało się, że Damian wytrzeźwiał, gdyż prowadził niczym zawodowy kierowca. Przestrzegał przepisów drogowych i uważnie śledził wszystko, co się wokół niego działo. Mieli także szczęście, że ruch był o tej porze jeszcze niewielki. Niewiele samochodów błyskało swoimi reflektorami w twarz Elizy i Damiana.
Niespodziewanie mężczyzna stracił panowanie nad kierownicą. Starał się wyjść z poślizgu. Próby te sprawiły, że zjechał ze swego pasa i wylądował na sąsiednim. BMW zarzuciło tyłem. Damian nacisnął mocno hamulec i z piskiem opon samochód zatrzymał się. Eliza spojrzała na swego partnera, a w jej oczach dominowało przerażenie. Mężczyzna był nie mniej roztrzęsiony. Kurczowo trzymał się kierownicy i wpatrywał ślepo przed siebie, a czoło sperliło się słonymi kroplami potu.
– Przepraszam… – wyszeptał. – Ja myślałem, że te kilka kieliszków to nic takiego. Już nigdy to się nie powtórzy.
Eliza nie była w stanie nic powiedzieć. Cała się trzęsła, jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyła.
Twarze narzeczeństwa rozjaśniło światło bijące z reflektorów nadjeżdżającego samochodu. Usłyszeli odgłos klaksonu. Damian, trzęsąc się ze strachu spróbował odpalić silnik samochodu. Udało się…
Jednak nadjeżdżający samochód był już zbyt blisko…

Eliza przyjrzała się uważnie narzędziu, które dzierżyła w prawej dłoni. Metal błyskał zimnem i zdawał się szeptać do kobiety: „Nie cofaj się. Zrób to!”. Stalowe syczenie odbijało się od ścian i przemykało obok Elizy, która zbliżała się powoli do sypialni. Uczyni to! Nie może być słaba, musi uwolnić się od koszmaru…
Przystanęła przed drzwiami od sypialni. Wzięła głęboki oddech i delikatnie nacisnęła klamkę. Otworzyła drzwi spokojnie, nie chcąc robić najmniejszego nawet hałasu, i weszła do pokoju. Damian spał w ubraniu, chrapiąc niezwykle głośno. Zawsze tak wyglądała noc, gdy sobie wypił.
Podeszła do łóżka i z krzywym uśmiechem na twarzy przyjrzała się ukochanemu. Och, takie niewiniątko! Duży chłopczyk zasnął spokojnie po ciężkim dniu pracy. Szkoda tylko, że po jej zakończeniu poszedł do baru, by znowu pić ze swoimi prostackimi kolegami. Ale to już będzie koniec… Nigdy więcej już tego nie uczynisz, Damianie. Nie skrzywdzisz.
Eliza ścisnęła mocniej rączkę noża. Zacisnęła zęby, jakby wewnątrz jej duszy toczyła się zażarta walka. Zrobi to! Nie cofnie się przed niczym. Podniosła rękę z narzędziem w górę i szybkim ruchem zanurzyła ostrze w ciele Damiana. Wbijała nóż wielokrotnie, patrząc jak śnieżnobiała pościel przybiera barwę karmazynu. Umieraj, kochany!
*
Małgorzata i Daria wracały z wizyty u Veith’a. Kobieta była zawiedziona całym tym spotkaniem. Miała nadzieję, że w końcu dowie się, w jaki sposób może się uwolnić od koszmaru. Gdy przekraczała próg posiadłości, była pewna, że znajdzie remedium. Niestety… Nadzieje okazały się płonne… A lekarstwo poza zasięgiem dłoni…
Wszędzie wokół panowała szarość. Domy, uliczki, nawet ludzie pełni byli smutku. Wszystko to było zasługą listopadowego deszczu, który sączył się od rana do wieczora. Dzień w dzień…
Weszły w wąską uliczkę, chcąc skrócić sobie drogę powrotną. Gdy były w połowie długości tejże, zrobiło się jakby zimniej. Daria przytuliła się do mamy. Małgorzata czuła, jak jej dziecko drży. Coś było nie tak…
Nagle naprzeciw nich stanął wysoki mężczyzna odziany w czerń. Jego twarz spowita była cieniem. Małgorzata odwróciła się, chcąc ruszyć w przeciwnym kierunku, jednak drogę zastąpiły jej dwie postacie odziane w długie płaszcze z kapturami. Ich oczy świeciły krwistą czerwienią. Daria przytuliła się mocniej do swojej rodzicielki, cicho łkając. Małgorzata pogładziła ją po włosach.
– Oddaj dziecko – rzekł tajemniczy mężczyzna.
Oczy kobiety powiększyły się. Była pewna, że już gdzieś słyszała ten głos. Nie mogła sobie tylko przypomnieć, gdzie. Myśli plątały się w głowie. Starała się na czymś skupić, jednak nie była w stanie. Nieznajomy zbliżył się o krok.
– Powiedziałem, że masz oddać córkę. Nie zwlekaj, bo możemy użyć siły.
Małgorzata zakryła Darię swoim ciałem.
– Nigdy – rzuciła w przestrzeń rozpościerającą się przed nią.
Dwójka czerwonookich wykonała szybkie ruchy i w ich rękach znalazły się krótkie miecze, które zalśniły złowieszczo. Ruszyli w stronę Małgorzaty. Szli powoli, a powietrze wokół stawało się coraz zimniejsze. Kobieta czuła na swoich policzkach dotyk mrożącego krew w żyłach oddechu napastników. Stal ze świstem przecięła powietrze, a krew Małgorzaty trysnęła na ściany. Daria krzyknęła.
Tajemniczy mężczyzna podszedł do dziewczynki, zakrył jej usta i pociągnął za sobą. Spod kaptura błysnęła niezwykle blada twarz i okrutny uśmiech.
*
Eliza stała przed lustrem i przyglądała się swojej przyjaciółce. Robiła tak co wieczór, dzięki temu uciekała przed obłędem. Włosy kobiety były w okropnym nieładzie, a makijaż spływał po rumianych policzkach wraz z kaskadami łez.
Dlaczego? Za co tak bardzo cierpiała? Nie mogła już wytrzymać, była na skraju załamania. Anno, dlaczego?
Dłonie pokryte były czerwoną posoką. Koło stóp Elizy leżał nóż, który uśmiechał się do niej szyderczo – był zadowolony z tego, co miało miejsce poprzedniej nocy. Zaspokoił swoją żądzę krwi. Zanurzył się w ciepłym ciele, grabieżczo spijając czerwień pulsującą dookoła.
Trzasnęły drzwi wejściowe. Nie, tylko nie to! Odwróciła się od lustra i spojrzała prosto w jego błękitne oczy.
– Witaj, kochanie. Już wróciłem. – Damian uśmiechnął się tajemniczo. Czuć było od niego alkohol. – Dawnośmy się nie widzieli, prawda?
Mężczyzna schylił się i podniósł nóż, który błyskał jeszcze krwiście. Przyjrzał się ostrzu, po czym odrzucił narzędzie w tył.
– Zapomnijmy o dawnych nieporozumieniach, ukochana. – Zbliżył się do niej, by ją objąć.
Eliza odepchnęła go.
– Nie zbliżaj się do mnie, ty podła pijaczyno. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
W oczach Damiana pojawiła się furia. Zamachnął się, by uderzyć kobietę stojącą przed nim. Eliza uniknęła ciosu i ruszyła w stronę noża. Chwyciła szybko narzędzie i odwróciła się w kierunku Damiana. Mężczyzna, nie bacząc na zagrożenie, ruszył na Elizę. Kobieta pchnęła, zanurzając stal w ciele ukochanego. On uśmiechnął się nieznacznie.
– Do zobaczenia jutro, kochanie. – rzekł.
Jak długo to jeszcze potrwa? Czy to się kiedyś skończy?
*
Wielka komnata oświetlana była jedynie kilkunastoma świecami znajdującymi się w żeliwnych kandelabrach. Daria wprowadzona została do pomieszczenia przez jednego z samobójców. Jego oczy pulsowały podnieceniem.
Dziewczynka ubrana była jedynie w śnieżnobiałą sukienkę. Włosy były w nieładzie, a ciało posiniaczone i brudne.
– Mamusiu… – szepnęła.
Samobójca podprowadził ją do stołu. W chwilę potem z pomocą kolegi, przywiązał ją do mebla skórzanymi pasami.
W chwilę potem przy Darii zgromadziło się kilkunastu odzianych w czerń postaci. Jeden z nich pogładził dziewczynkę po włosach i powiedział chłodno:
– Nie masz się czego bać, Niewinna. Za moment będzie po wszystkim.
Odwrócił się do reszty zgromadzonych i zrzucił z siebie płaszcz. Był to przystojny i elegancki mężczyzna, obdarzony bladą twarzą i kruczoczarnymi  włosami. Veith uśmiechnął się podle i patrzył, jak samobójcy zrzucają z siebie ubiór. Krążyło przed nim teraz kilkanaście mgieł, których znakiem szczególnym były krwiste oczy. Bezkształtne istoty wirowały szaleńczo, pełne radości i podniecenia. Tak, już za chwilę unikną potępienia!
Veith podszedł powoli do przeciwległej ściany i ściągnął z niej karmazynową kotarę. Pod nią skryte było wielkie lustro, w którym kłębiły się dymy. Bladolicy dotknął zwierciadła, po czym tafla wygładziła się. Ujrzał kobietę, która siedziała na łóżku i wpatrywała się przed siebie. Jej oczy rozszerzyły się, a Veith powiedział do niej wówczas:
– Chodź do mnie. – Wyciągnął w jej stronę rękę, której nie powstrzymały ramy. Usłyszał za sobą krzyk – Niewinna została złożona w ofierze.
Dziewczyna, na którą spoglądał, uśmiechnęła się i chwyciła jego dłoń.
Lustro rozprysło się na tysiące kawałków, znacząc dłonie i twarz kobiety strugami krwi. Samobójcy zawirowali szybciej i ruszyli w stronę Anny. Utworzyli potężną mgłę, która oplotła dziewczynę i po chwili wniknęła do jej wnętrza.
Veith zaśmiał się bezdusznie, patrząc w czarne jak smoła oczy swojej krewnej. Udało się! Wreszcie są wolni! Potępienie nigdy już ich nie dosięgnie. A było tak blisko… Niebezpiecznie blisko…

2007-09-29