Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Dobrze mieć przyjaciół (short)

 Obudziłem się czując w ustach piach. Słony piach. Starałem się sobie przypomnieć co się właściwie stało. Tak, pamiętam… Statek i sztorm największy jaki widziałem w życiu. Otworzyłem oczy i skonstatowałem, że patrzę w czyste niebo, na którym świeci jasne słońce grzejąc mnie niemiłosiernie w twarz. Spróbowałem wstać. Najpierw lewa noga, potem prawa i już , sam zdziwiony, że tak łatwo mi się to udało, stałem chwiejnie na nogach. Z tego co zobaczyłem mogłem wywnioskować, że jestem na jakiejś specyficznej tropikalnej wyspie. Najbardziej mnie jednak niepokoił wielki, dymiący wulkan w jej centrum. Rozglądając się dokładnie ujrzałem blady dym na zachód od miejsca na plaży, w którym stałem. To mogło oznaczać miasto. Wiedziony tą myślą udałem się wzdłuż brzegu morza w tamtą stronę.
Po jakichś dwóch godzinach marszu, jeżeli tak można nazwać moje żałosne kuśtykanie, ujrzałem za załomem skalnym wysoki mur. Wiedziony przekonaniem, że to muszą być jakieś fortyfikacje miejskie, ruszyłem na poszukiwanie bramy. Nie musiałem długo czekać – moim oczom ukazał się dość szeroki, ale zarośnięty trakt. Prowadził oczywiście w stronę wejścia do miasta. Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że wypadałoby się jakoś ogarnąć zanim pokażę się strażnikom w mieście. Nie wyglądałem przecież nawet jak bandzior w swojej podartej lekko koszulinie i portkach, które ledwo się trzymały na moich nogach. Jednak po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że i tak nie mam nic w co mógłbym się przebrać, a nie uśmiechało mi się spędzić nocy za miastem. Nie wiadomo było przecież jakie zwierzęta mogą czaić się w lesie otaczającym zabudowania. Podszedłem ostrożnie do bramy. Zauważyłem dwóch strażników stojących niedbale po obu stronach wejścia do miasta. Gdy mnie spostrzegli, nie zmienili nawet specjalnie swojej pozycji – dalej opierali się o halabardy, spoglądając w dal bez entuzjazmu. W momencie kiedy podszedłem jeden z nich zogniskował na mnie swe znudzone do granic spojrzenie i zagadnął nieuprzejmym tonem.
– Coś za jeden? Czego tu?
– Nazywam się… – Już chciałem odpowiedzieć, lecz wartownik przerwał mi w pół słowa.
– Mam głęboko w poważaniu jak się nazywasz. Kim jesteś? Kolejnym śmierdzącym buntownikiem? Bo nie wmówisz mi, że przysłali cię magowie. –  Powiedział drab tonem ociekającym pogardą.
– Że kim, przepraszam miałbym być? –Spytałem szczerze nie wiedząc o co temu facetowi chodzi. – Jestem rozbitkiem. Mój statek rozbił się podczas wczorajszego sztormu. – Wyjaśniłem w telegraficznym skrócie. Zależało mi na tym by dostać się do miasta.
– I ja mam ci w to uwierzyć cwaniaczku? – Spytał strażnik udając niedowierzanie. – Nie ma mowy, nie tacy chcieli mnie oszukać. Teraz odprowadzę cię do aresztu, a ty grzecznie ze mną tam pójdziesz, bo nie chcesz więcej kłopotów, prawda? – Ciągnął wartownik.
– Niby z jakiej racji? Przecież nic złego nie zrobiłem! – Oburzyłem się. Jednak nie byłem aż tak zdziwiony jakby się można było spodziewać. Poza tym skrycie cieszyłem się, że nie będę musiał spędzać nocy za miastem.

W celi było wilgotno i ciemno. Dostawałem jeść raz dziennie, chleb i wodę. Po trzech dniach zabrano mnie stąd nic nie mówiąc. Klawisz po prostu otworzył drzwi i kazał mi podążać za sobą. Wszedłem za nim na wyższy poziom budynku straży, do niewielkiej komnaty, gdzie stały dwa krzesła i stolik. Jednak wrażenie typowego pokoju przesłuchań burzył ogień huczący na kominku i kilka gobelinów rozwieszonych na ścianach. Na jednym w krzeseł siedział mężczyzna po trzydziestce. Jego twarz pokryta była trzydniowym zarostem, i widać na niej było zmęczenie. Ubrany był w czerwono-niebieski uniform straży miejskiej, jednak do jego uszycia użyto lepszych materiałów niż u innych strażników, których widziałem.
– Witaj, witaj! – Zagadnął tonem niemalże przyjacielskim. – Jak sam dobrze wiesz zaszła paskudna pomyłka. Zamknięto cię bezpodstawnie, lecz musisz nam to wybaczyć. Po prostu ostatnio trzeba bardzo uważać, bo różni ludzie kręcą się na wyspie. Teraz cię wypuścimy, a nawet damy rekompensatę w postaci dwudziestu sztuk złota. – Zastanawiałem się tylko, czemu ten strażnik jest taki miły, gdzie tkwi haczyk i czemu zajmuje się mną osobiście. Słowa o odszkodowaniu przesądziły sprawę – facet ewidentnie czegoś ode mnie chciał.
– Rozumiem – powiedziałem – Jednak nie jestem zbyt zadowolony z takiego stanu rzeczy. I właściwie, to gdzie my jesteśmy? – Spytałem.
– Jesteśmy na wyspie Harenus, w mieście Uner. Mam nadzieję, że jednak nam przebaczysz. Bo widzisz, sprawa jest następująca: nikt cię tu nie zna, a to czasem sprzyjający stan rzeczy. Chciałbym więc zaproponować ci współpracę ze strażą, działającą z ramienia inkwizycji. – Powiedział strażnik przechodząc do rzeczy. Byłem pewien, że dopiero teraz zaczął mówić szczerze. W miarę szczerze oczywiście.
– Dlaczego niby miałbym się na to zgodzić? – Powiedziałem dalej nieco urażonym tonem.
– Bo chcesz zarobić. Te dwadzieścia sztuk złota nie starczy ci na długo, a musisz z czegoś wyżyć. Poza tym, dobrze jest mieć przyjaciół. – Stwierdził całkiem trafnie kapitan straży. Dopiero po chwili rozmowy zauważyłem pagony i belki. Tak, to był kapitan. I cóż mi pozostało? Zgodziłem się…

************************************************

Posłowie

Jest to jedno z moich pierwszych skończonych opowiadań. Uważam, że nie jest najgorsze, jednak kolosalnie krótkie. Traktowałbym je raczej jak próbkę umiejętności pisarskich, nie pełne dzieło. Jak to śmieszne próbki perfum od konsultantek z… Nie! To byłaby kryptoreklama! Od konsultantek. To tyle od autora zażenowanego nieco długością własnych wypocin. O jakości nie wypowiadam się już więcej, gdyż nie mi to oceniać.