Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Dwa Ostrza

Opowiadanie z pojedynku z Kessem, umieszczone w świecie wiedźmina.
– Aevellaen! Chodź no na chwilę – rzekł pękaty krasnolud, zwany Gehert. Nie wyglądał na zadowolonego z ostatnich łupów. W sumie nie było się z czego cieszyć, gdyż udało im się pokonać dziesięcioosobowy podjazd sił Kaedweńskich, które jeszcze nie wycofały się z Górnego Aedrin. Nie dość, że był to niewielki oddział pod komendą pijanego dowódcy, to w dodatku nie wieźli nic cennego.

***
 – Na nich! Taka wasza mać – darł się zalany jak zwykle dziesiętnik Zyvik. Przypominała mu się bitwa z Nilfgaardem, pod Starymi Pupami. Wtedy też mu się chciało lać. Dlaczego to tak zawsze jest? Niestety elf, podjeżdżający do niego od prawej, nie dał mu czasu do namysłu. Zyvik odruchowo sparował cios, wyprowadzając błyskawiczne cięcie z góry. Spudłował. Siła ciosu zniosła go z siodła. Jego własny koń stratował mu czaszkę.
***
 – Już idę, Gehert. Nie ma pośpiechu – odrzekł ze spokojem wysoki elf w długich blond włosach. Nie spieszyło mu się zbytnio, gdyż nie lubił rozmawiać z przedstawicielami brodatego ludku. Z Gehertem szczególnie. – Co? – spytał udając zainteresowanego.
 – Jest sprawa – zaczął krasnolud.
 – Tego już się domyśliłem – mruknął Aevellaen.
 – Ehhh… Głupio mi to mówić, ale zauważyłem, że pałasz nienawiścią do elfów z Dol Blathanna. Nie żeby było coś w tym złego… Ale pomyślałem, że skoro wojska ludzi nie są sobie w stanie poradzić z komandami, to takie państewko jak Dolina Kwiatów… Przecież kilkadziesiąt wiewiórek powinno dać radę poprzez dywersyjne działania przejąć władzę. Nie uważasz?
 – Widzisz, Gehert – żachnął się Aevellaen. – To nie jest takie proste, jak ci się wydaje. Doliną rządzi czarodziejka. I to nie byle jaka, a sama Enid An Gleanna. Mimo, że nienawidzę wszystkich tych sprzedajnych gnojków, to nie można Stokrotce odebrać tego, iż magią umie się posługiwać. Filavandrel akurat nie będzie stanowił zagrożenia.
 – Nie rozumiesz mnie – pokręcił głową krasnolud. – Nie chcę, żeby tylko nasze komando rozniosło w puch to państewko. Myślę, że udałoby się nam wywołać powszechne powstanie. A żeby być bardziej… wiarygodnym, czy coś, to się powołamy na Faolitiarnę. Albo na Toruviel, bo z tego co wiem ostatnio zyskała ważną pozycję wśród Scoia’tael. No dalejże, Aevellaen, bądź facet, miej jaja i zmobilizuj nasze komando do walki. Gwarantuję, że my, krasnoludy, pomożemy.
 Aevellaen myślał. Bardzo intensywnie zresztą, bo propozycja wysunięta przez krasnoluda wydawała się w miarę sensowna. W końcu władze potępiły działalność partyzancką Wiewiórek, a to znaczyłoby, że są wyklęci na świecie… No może oprócz Zerrikani i paru innych, odległych państewek. „Rano się zobaczy” pomyślał, po czym wrócił do ogniska kolegów i chwilę później zasnął.
***
 – Wstawać! – Aevellaen darł się w niebogłosy, by obudzić towarzyszy broni. Towarzysze nie wyglądali na zadowolonych wczesną pobudką.
 – Mam nadzieję, że to coś ważnego, bo inaczej ci urwę łeb przy samej dupie – zacharczał dowódca, były oficer brygady Vrihedd.
 – Nie martw się. Wczoraj Gehert podsunął mi wspaniały pomysł – elf znacząco spojrzał na pokraśniałego nagle krasnoluda. – Możemy wywołać powstanie w Dol Blathanna! Nie przerywajcie mi – powiedział szybko widząc, jak przyjaciołom ciśnie się na usta cięta riposta. – W końcu to ma być wolne państwo elfów, a nie jakichś marionetek, za których sznurki pociąga Emyhr. Moglibyśmy to wygrać . Zaczęlibyśmy od podżegania ludu, a potem… Potem ruszylibyśmy na pałac. Nasza mała, biedna Stokrotka nie spodziewa się przecież powrotu Scoia’tael. Teraz, gdy jest krótkowzroczna jak Dh’oine można ją zaatakować i wygrać batalię. Co o tym myślicie? – parzył nadal, szukając poparcia na twarzach. Niestety tylko krasnoludy patrzył na niego w miarę przychylnie.
 – Ciebie ze szczętem pokręciło? – ryknął dowódca komanda, Ewhellaen. – Czy wyobrażasz sobie, że będziemy nagle zarzynać swoich pobratymców? My jesteśmy Aen Sheidhe! Nie zniżymy się do tak barbarzyńskich sztuczek. Naprawdę powód musiałby być bardzo istotny i potwierdzony z wiarygodnego źródła. 
Nie czekali długo.
***
– Ewhellaen! Kopę lat! – elf w poobdzieranym ubraniu radośnie przywitał dowódcę komanda. Momentalnie jednak posmutniał. – Wy jeszcze działacie jako Scoia’tael? Błąd. Nikt was nie chce i wszędzie jesteście wyrzutkami. Na waszym miejscu już dawno wywołałbym jakieś powstanie. To jest naprawdę potrzebne. Filavandrel rządzi twardą ręką, a Enid wcale mu wiele nie ustępuje. Już chodzą słuchy, że Toruviel tworzy bojówki i poluje na pograniczu. Ale ona nie wejdzie do stolicy i nie obali władzy.
– A co my możemy? Czy widzisz w nas takich szaleńców, żebyśmy wbiegli do pałacu Stokrotki z Dolin i może zaszantażowali kogoś? Myślisz, że jesteśmy na tyle szaleni? Tak myślisz? To dobrze myślisz – zakończył z uśmiechem Ewhellaen. – Tylko musisz nam pomóc – dodał po chwili.
– Zrobię wszystko, tylko powiedz mi co.
– Przyłącz się do nas i pomóż wzbudzić w elfach gniew. I to tyle. Jeśli będziesz miał kilkaset chłopa to możemy zaczynać operację… hmm… operację Połamany Skorpion Powraca.
– A nie prościej byłoby po prostu nazwać to Powstanie Kwietniowego Poranka? Nawet możemy sobie poranek odpuścić – uśmiechnął się Vale’en. – Ilu elfów potrzebujesz?
– Setkę. Bitnych i jakkolwiek uzbrojonych – wpadł w słowo Aevellaen. Spojrzał na zaskoczonego Vale’ena, który po chwili się otrząsnął i parsknął.
– Setkę to mam ze sobą. Kiedy chcecie rozpocząć działania hm… dywersyjne? Za miesiąc?
– Dziś – stanowczo stwierdził Aevellaen. Jego fiołkowe oczy błysnęły. – Spalimy parę wiosek przy granicy, zaczniemy podżeganie tłumu w innych, a z dwudziestu elfów wyszkoli się takich skrytobójców, że aż miło będzie popatrzeć, jak zabijają. A nazwiemy ich asasynami. – Fiołkowooki uśmiechnął się paskudnie. Już kombinował nad rozpoczęciem szkolenia, z czego miałoby się ono składać i zaczął obmyślanie taktyki, którą będą się posługiwać w pałacu w Dol Balthanna. Tokowanie przerwał mu cichy głos Ewhellaena.
– Ale my mamy też silne kobiety…
– Nie szkodzi – uśmiechnął się Aevellaen. – Niechybnie się przydadzą. Jednak potrzebna by była potężna czarodziejka. Taka, która mogłaby się mierzyć z Francescą…
Vale’en zaczął się śmiać. Gdy skończył wskazał swym długim palcem na grupkę kobiet.
– Tam siedzi Ida Emean aep Sivney, Aen Saevherne, potężna czarodziejka – w jego oczach pojawił się błysk. Aevellaen zaczynał powoli wierzyć w powodzenie całej akcji. Spojrzał w kierunku, w którym znajdowała się czarodziejka i, nie zastanawiając się długo, poszedł w jej kierunku.
– Witam szlachetna pani – elf skłonił się nisko. Niżej niż tego wymagała zwykła etykieta. – Widzę, że również pani ucieka z przeklętego kraju, jakim stało się Dol Balthanna. Wraz z przyjaciółmi mamy zamiar przywrócić w kraju porządek i należną pozycję między innymi wam, Aen Saevherne. A wam należy się pozycja wśród władców. Tylko jest jeden szkopuł – dodał po chwili. – Mianowicie nie posiadamy w swych szeregach osoby umiejącej biegle władać magią. A bynajmniej nie na tyle, by mierzyć się ze Stokrotką. I tu pojawia się prośba do pani.
– Mam wam pomóc w barbarzyński sposób przejąć władzę, wziąć udział w przewrocie pałacowym i rewolucji? – głos Wiedzącej przeszywał lodowymi igłami. – I wy myślicie, że wam pomogę? Tak myślicie? – Aevellaen za każdym słowem zdawał się być coraz mniejszy. Powoli tracił wiarę.
– Jeśli tak myślisz… To dobrze myślisz. Tylko chcę jednego. Jeśli wygramy to chcę rządzić krajem. Obojętnie, czy zostanę królową, czy nie, ale po prostu chcę mieć wpływ na władykę.
– Dobrze – zgodził się bez zastanowienia Aevellaen. Wiedział, że i tak Aen Saevherne będą chcieli rządzić, więc nie widział sensu, by się sprzeciwiać. Elfowie nadal wierzyli, iż Wiedzący maja specjalne zdolności. Owszem, kilka lat temu na Kontynencie widziano Avallc’ha, który ponoć umiał i pamiętał wiele. W tym Larę Dorren aep Shiadhal. Plan nabierał powoli kolorów.
***
Przygotowania ruszyły pełną parą. W dwa dni elfowie mieli już coś w rodzaju wędrownego obozu. Aevellaen podjął się zadania przygotowania asasynów do walki. Codziennie zaczynali wstając wraz ze świtem. Chętnych było dużo więcej, jednak pseudo trener szybko zniechęcił połowę. Pozostałych przesiał przez sito. O bardzo cienkich oczkach. Dzień zaczynali od wciągnięcia całego stroju, jaki był potrzebny, czyli długiej, ale niekrępującej ruchów tuniki, obciągniętej białą opończą z błękitnymi, haftowanymi wzorami. Do tego wciskali wysokie zamszowe buty, z miękka podeszwą. A potem, na czczo wyruszali na dziesięciomilowy bieg. Po powrocie czekała na nich zawsze jajecznica z jajek podebranych przez nich samych wieczorami z pobliskich kurników. Następnie ćwiczyli się w używani broni. Najpierw miecze, później niewielkie noże, które można było ukrywać w rękawie i w razie potrzeby szybko wyjąć. Asasyni szybko wchodzili we wprawę i koordynator akcji zaczął widzieć sens w tym wszystkim. Co dzień, gdy obóz się krzątał, a oni trenowali, Ida Emean ćwiczyła zaklęcia z boku. Widać było, że spotkanie ze Stokrotką nie będzie dal niej ani łatwe, ani przyjemne. Czas poganiał ich bezlitośnie. Ale czas pogardy nie znał litości.
***
– Już! Wstawaj do cholery! Słyszysz, co do ciebie mówię? Hę? – Aevellaen wziął sobie do serca wychowanie asasynów. Wiedział, że takie krzyki mogą zadziałać demobilizująco, ale przynajmniej zachowa się dyscyplina. A nic ważniejszego w tej akcji nie istniało. Choć elf z delikatnym ukłuciem winy rugał ich za niewielkie nawet przewiny, to bynajmniej nie oszukiwał sam siebie – na początku stwierdził, ze nie odpuści, więc nie odpuszczał.
Kontynuowali poranny bieg. Trenowali dopiero czwarty dzień, a zamach chcieli przeprowadzić na koniec kwietnia, czyli za miesiąc. Aevellaen wiedział, że nie będzie łatwo i jeśli Ida nie poradzi sobie ze Stokrotką, to gówno wyjdzie z całej akcji. Ale taką ewentualność starał się jak najszybciej odrzucić. Ostatecznie to on jest koordynatorem a pojedynek magów musi wygrać wiedząca. „I nie ma bata” pomyślał. Znów ktoś się zwalił na ziemię.
– I czego leżysz – ryknął elf. Był od rana zły.
– Bo ja już nie mogę – zajęczał Byeney. Do oczu napływały mu łzy.
– Takie wytłumaczenie możesz wsadzić d’yaebl aep arse. Nie obchodzi mnie, że nie możesz. Jedyną prawidłową wymówką byłoby jakbyś zdechł, albo zemdlał z wycieńczenia. Albo się chociaż zerzygał.
Na zachętę Aevellaen kopnął go w rzyć i pobiegł dalej. Beyney wiedział, że nie da się nic innego zrobić niż wstać i biec za resztą. Wolał paść z wycieńczenia lub, jak mówił jego przełożony, zrzygać się, od wykluczenia go z elitarnej jednostki, która się właśnie kształtowała.
***
– En Dh’oine aen evall a straede! – krzyknął Vale’en.
– Skąd wiesz, że to akurat Dh’oine? Przecież wokół niego unoszą się tumany kurzu – mruknął Ewhellaen. Był w zdecydowanie złym humorze, gdy Aevellaen powiedział mu, że jednak nie robią akcji z elfami wieśniakami, a sami. Był naprawdę zły.
– Bo jedzie ze strony Aedrin. Jako, że wy byliście ostatnim działającym tam komandem, to najzwyczajniej nie może to być elf. A ani krasnolud, ani tym bardziej Pherian nie jeździ konno. Bynajmniej nie na takiej wielkiej szkapie – uśmiechnął się Vale’en. – I nie bocz się na nas, za decyzje Aevellaena, bo nie masz na nią wpływu. Teraz on jest asasynem i nie obchodzi go nic poza tym, żeby wyszkolić dobrze swoją grupę i przekonać naszą Aen Saevherne do współpracy na jak najkorzystniejszych warunkach. A tak przy okazji – powiedział nieco głośniej. – Qeey mógłbys zestrzelić tego Dh’oine, co tu gna?
– Oczywiście – odparł zdawkowo Qeey z zagadkowym uśmiechem na ustach. Złapał za łuk i wymierzył. Kilka minut potem przybiegł koń bez jeźdźca.
 Z obozu dobiegły ich krzyki.
 – Jacy macie być?
 – Twardzi!
 – A jak będziecie pracować?
 – Jak maszyny do zabijania!
 Aelvellaen wyglądał na wyraźnie zadowolonego z odpowiedzi swojego oddziału. Widział sens jedynie w tytanicznej pracy, którą muszą wykonać przez najbliższe dwa tygodnie, które zostały do zamachu. Z wyników, jakie już udało mu się osiągnąć był bardzo usatysfakcjonowany. Już nikt nie padał na kolana w trakcie porannego biegu, nikt nie skarżył się też na miękkie podeszwy ani na siłowe ćwiczenia. Najgorzej jeszcze im szło ze sztyletami, choć i to mieli całkiem dobrze opanowane. Wiedział, że mają szansę.
***
 – Pani! Mamy informację od wieszczki, że szykują na ciebie zamach, pani.
 – Doprawdy? – spytała z drwiną w głosie piękna, złotowłosa elfka. – Cóż. W końcu musiało się to wydarzyć. Filavandrel!
 – Słucham, pani? – odparł wysoki, białowłosy elf. 
 – Przestań mnie tak tytułować, bo ostatecznie rządzisz razem ze mną. Myślisz, że Toruviel chciałaby zemsty? Bo Faolitiarna na pewno nie wróci.
 – Myślę, że nawet jakby chciała, to nie ośmieli się zorganizować zamachu. Ale dla pewności spytałbym Idy, bo pamiętaj, że pozory często mylą.
 – Cóż. Jak zwykle masz dobry pomysł – uśmiechnęła się powłóczyście Enid An Gleanna, władczyni Dol Blathanna. – Zawołaj mi tu szybko Idę Emean aep Sivney. Powinna się znajdować w swoich komnatach.
 – Tak jest, pani – odparła służka, podnosząc się z kolan, na które przed chwilą padła przed Stokrotką. Pobiegła jak najszybciej w kierunku komnat Aen Saevherne, gdzie urzędowała Ida Emean. Załomotała wielką, mosiężną kołatką. Odpowiedź nie przychodziła, więc służka nieśmiało weszła do komnaty, w której Wiedząca przesiadywała najczęściej. Pomieszczenie było praktycznie pozbawione wszelkich luksusów. Ostały się tylko meble i świstek papieru leżący przed stopami służącej. Heavey podniosła go i spojrzała na pięknie wykaligrafowany list. Zachłannie pożarła oczami jego treść.
Droga Stokrotko!
To mój list pożegnalny, przeznaczony do oglądania tylko przez ciebie. Wiadomość spłonie, po przeczytaniu jej przez kogokolwiek, więc się nie kłopocz.
Ostatnimi czasy zaczęło mi coś doskwierać. Długi czas zastanawiałam się, co to może być i doszłam do prostego wniosku. Otóż tym czymś była Twoja absolutna władza i wykorzystywani przez Ciebie elfowie powodowały u mnie mdłości. Długo kryłam się z tym i próbowałam zataić przed Tobą ten fakt, jednak po odwiedzinach Vale’ena stwierdziłam, że poddani są zbyt uciskani przez Ciebie, moja droga. Niestety nie mogłam nic na to poradzić, bo nie słuchałaś moich delikatnych podszeptów, jak wspomóc Twoją władzę tak, by wszyscy elfowie Cię kochali i uwielbiali. Dlatego odjeżdżam z pałacu i mam nadzieję, ze bieg wypadków pozwoli mi się jeszcze z Tobą zobaczyć…
 Heavey rzuciła okiem na ostatnie słowa i bez tchu wybiegła z komnaty. List na podłodze płonął.
***
 – W lepszych czasach. Mimo wszystko z poważaniem Ida Emean aep Sivney z Gór Sinych, Aen Saevherne.
 – I to już wszystko – spytała podejrzliwie Enid An Gleanna. – Jesteś pewna?
 – Tak pani – odparła z klęczek Heavey. Nie zatajała niczego, bo przecież jaki byłby w tym sens, skoro Stokrotka mogłaby odczytać jej myśli.
 – Dobrze Heavey. Możesz odejść – Francesca wskazała jej dłonią drzwi, a sama odwróciła się do Filavandrela. – I co ty o tym sądzisz?
 – Cóż. Ida to potężna czarodziejka i na pewno będzie jej tu brakować. Ale nie łączyłbym jej z zamachem. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz – mianowicie, że czarodziejka uciekła niezauważona przez nasze służby pałacowe. A to przecież jest trudna sztuczka.
***
 – Dziadu, bajajcie na dalej! – krzyczały dzieci jedne przez drugie. Była wigilia Saovine, więc muzyki ni innych uciech innego nie lza było używać. Dzieci skupiły się wokół starego Pogwizda, jeżdżącego od wsi do wsi i bajającego dzieciom historie z przeszłości. Z czasów, które zwano czasami pogardy.
 – Dziadu, opowiedzcie coś jeszcze o Aevellaenie i pięknej Idzie, prosimy! – przekrzyczał wreszcie harmider jeden z wyższych chłopaków. Dzieci momentalnie zaaprobowały jego pomysł.
 – Dziadu, jakże to tak nie opowiadać dzieciom, gdy proszą? – spytał wysoki, barczysty mężczyzna, będący okolicznym kowalem. Krzyki maluchów ucichły jak nożem uciął – Opowiedzcie coś dzieciakom i nam jeśli możesz. Proszę – dodał Sulik.
 – Eh… Dobrze. Ty, młody, kopnij się do chałupy po faskę zsiadłego mleka, bym miał czym gardło zwilżać. Opowiem wam zatem o elfach, istotach wcale nie tak złych, jak by się wydawać mogło. A rzecz się miała następująco: Ida Emean, która to w liście pożegnalnym pozdrawiała Fancescę Findabair, knuła z Aevellaenem, elfem z komanda Scoia’tael, zamach na władczynię Dol Blathanna. I wreszcie nadszedł czas…
***
 – Wreszcie nadszedł czas na zamach! Nareszcie zakończymy nasze przygotowania i będziemy mogli pozbyć się Filavandrela i Francesci! – Aevellaen krzyczał ile sił w płucach, mając nadzieję, że asasyni lepiej sobie to wtedy przyswoją. Spojrzał w lewo na niewielki pagórek, zza którego wystawał tylko kok cynobroworudych włosów. Elf zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem jedna czarodziejka nie będzie za mało. Mieli jeszcze gdzieś taką jeszcze jedną, domorosłą. Ale ona umiała tylko miotać kulami ognia, więc nie byłoby z niej zbyt wielkiego pożytku. – Ida! Chodź tu, proszę – krzyknął do Aen Saevherne, z którą w trakcie ostatnich dni nawiązał bliski kontakt. Bardzo bliski.
 – Hm? – spytała z umiarkowanym zainteresowaniem. Nie chciała marnować teraz czasu na głupoty, podczas gdy mogła ćwiczyć. Ostatecznie do wymarszu miała jeszcze chwilkę.
 – Powiedz coś chłopakom. Tak ku pokrzepieniu serc.
 – Damy radę. Nie taki diabeł straszny, jakim go malują – powiedziała tonem mentorskim, którego za rozgrzewający nie można by uznać nawet przy najszczerszych chęciach. 
 – Dobra. Idziemy – zakomenderował Aevellaen. Dziewiętnastu mężczyzn stojących naprzeciw niego ryknęli jednym głosem coś w stylu ”Łaaa” i ruszyli za nim. Na czele jechała Ida Emean, stawkę zamykali wszyscy niebiorący udziału w zamachu. Na zupełnym końcu jechał Vale’en i Qeey. Do pałacu Stokrotki mieli nie dalej niż pięć mil, a odległość wciąż się zmniejszała. Z każdą sekundą ta świadomość podnosiła poziom adrenaliny u asasynów. Każdy miał swoje karkołomne zadanie do wykonania, jednak najgorsze wziął na siebie Aevellaen – miał zabić Filavandrela.
Pięć mil przejechali szybko, więc każdy miał chwilę czasu dla siebie. Ida rozpaliła sobie mały ogień i zaczęła czerpać moc. Reszta elfów, w tym także wszyscy asasyni sprawdzali stan swojej broni, mimo niewielkich szans, że ktoś wybiegnie na nich z pałacu. 
***
„Zdecydowanie przesadziłem” pomyślał Aevellaen wspinając się nocą po linie na balkon do komnaty na szczycie wschodniej baszty. Tam właśnie mieszkał Filavandrel. Elf podczas wspinaczki zastanawiał się nad tym, jak pójdzie reszcie drużyny, a zwłaszcza Idzie. Wreszcie uchwycił się balustrady, otaczającej balkon. Bezszelestnie przemknął nad śpiącym władcą Doliny Kwiatów i zaryglował drzwi. Dla większego bezpieczeństwa wsunął między uchwyty długi, twardy, stalowy pręt, który miał na plecach. Podszedł do Filavandrela, stanął w rozkroku i wyjął miecz. Klinga skrobnęła o szyjkę pochwy. Mieszkaniec komnaty sturlał z łoża. Chwycił za miecz leżący pod łóżkiem. Brzeszczot był znakomicie wykonany – rękojeść pięknie zdobiona z głowicą w kształcie orlej głowy, a lekko wygięte ostrze wyglądało na ostre jak brzytwa. I takie było. Jednak był to elficki miecz, a Aevellaen miał klingę krasnoludzką, który był wykonany z twardszej mieszanki. Zamachowiec był na siebie zły, że nie zabił ofiary sztyletem. Ale nie było co począć. Zaatakował Filavandrela od góry, gdy ten jeszcze klęczał. Niestety dla niego władca złożył paradę. Zresztą bardzo umiejętną. Zamachowiec nie dał za wygraną, bo w końcu nie po to tu przyszedł. Zaatakował sekundą dexter. Znowu parada. Aevellaen odskoczył, odbił się plecami od drzwi i z całej siły pchnął w miejsce, gdzie niedawno jeszcze śpiący elf powinien mieć splot słoneczny. Spudłował, a siła ciosu spowodowała, że upadł. Momentalnie jednak wykonał przewrót przez bark i znów stał naprzeciw władcy Doliny Kwiatów. Zaatakował pod pachę. Filavandrel sparował, niemożliwie przy tym wyginając przegub. Cios wyprowadzony z parady był mierzony w skroń. Tym razem to asasyn obronił się przed niechybną śmiercią. Taniec ostrzy trwał. Co rusz jeden lub drugi elf popisywał się pięknym unikiem, bądź kunsztowną paradą. Wreszcie od siebie odskoczyli. Aevellaen zaczął iść półkolem wokół stojącego w miejscu zarządcy Dol Blathanna. Z rękawa wysunął sobie do lewej dłoni sztylet. Filavandrel zaatakował z zaskoczenia. Rzucił się na zamachowca, jednak po cichu. Nie był ostatecznie barbarzyńcą, by krzyczeć. Klingi znów jęknęły, ale władca Doliny Kwiatów nie mógł wiedzieć o sztylecie. Dowiedział się o nim, gdy asasyn wbił mu go w bok. Ale zwykły sztylet nie był w stanie powstrzymać tak doświadczonego elfa, jak Filavandrel.
Na balkonie otworzył się portal, z którego wyszły walczące ze sobą Francesca Findabair i Ida Emean aep Sivney. Zaklęcia syczały, a kobiety miotały nimi tak wściekle, jakby się nawzajem chciały pozabijać. Walczący ze sobą elfowie wyglądali przy nich jak dzieci rzucające w siebie kamieniami. A mimo to walczyli. Władca zdecydowanie bardziej się teraz osłaniał i nawet zwolnił tempo walki. Co wcale nie dało wiele Aevellaenowi, który od początku był znacznie wolniejszy. Walka była naprawdę wyrównana. Nagle Filavandrel zmienił taktykę. Zaatakował w kolano. Zamachowiec padł z krzykiem na ustach. Jego oponent szybkim cięciem pozbawił go prawego ramienia, a zaraz potem lewego. 
– Przedstawienie czas zakończyć – powiedziała Enid. Ida Emean uśmiechnęła się promiennie i odgarnęła cynobroworude włosy z czoła. – Tylko powiedz mi, kochana, czemu uciekłaś?
– To proste. Chciałam zrobić coś, co zapobiegnie zamachowi przepowiedzianemu przez wyrocznię. Albo zapobiec jego powodzeniu – odparła Aen Saevherne.
– Ida! Jak mogłaś? – zacharczał Aevellaen.
– No cóż. To akurat nie było trudne – odparła z tajemniczym uśmiechem na ustach. – To nie moja wina, że wy, mężczyźni, jesteście tak zadufani w sobie. A! I tak przy okazji. Pamiętaj, że Miecz Przeznaczenia ma dwa końce. Jednym jesteś ty. A wiesz co jest drugim?
– Śmierć – wydusił z siebie jeszcze przed chwilą waleczny zamachowiec z ułożonym planem na rządzenie w tym kraju.
– Właśnie – odparła jadowicie czarodziejka z Gór Sinych. – Filavandrel. Zrób co należy.
Filavandrel najwyraźniej wiedział, co należy zrobić, bo Wiedząca uśmiechnęła się, gdy głowa Aevellaena potoczyła się po podłodze.

bolokantak