Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Dzień z życia karczmarza

Praca ta zajęła pierwsze miejsce w konkursie Życie oberżysty” – dzień z życia Euzebiusza przeprowadzonego w grze Kroniki Fallathanu.

 

23 Nathmel`a 4343 rok

Obudziło go łomotanie do drzwi. Nic dziwnego, kolejny dzień, kolejny poranek, ludzie, krasnoludy i ylfy chcą pić, a może nawet jeść, a może nawet jedno i drugie- otworzył więc zapluszczone ślipie, dłubiąc  zaskorupiałą w kąciku oka ropę i ryknął na całe gardło:
– Floreek! Janeeek! A skoczże który drzwi odemknij, bo goście idą…- po czym przewrócił się na tłuste brzuszysko, macając łapą za Petulą…Petuli nie było.
To powinno mu dać co nieco do myślenia, ale sen tulił Euzebiusza do miękkiego jak petulowe ciałko łona, pościel choć smrodliwa, ale ciepła było, a  baba mogła pójść do wychodka..albo jakieś ći konszachty  z lustrem czynić…więc Euzebiusz zachrapał tylko jak rozpruty miech kowalski i spróbował spać dalej….
Walenie w drzwi nie ustawało.

Ebi naciągnął na głowę kołdrę, która to dość parszywa i krótka była, niegdyś z fioletowego atłasu, bo to ślubny prezent od Petronelowej mamusi był…bodaj nigdy z piwnicy nie wyszła…Gwałtowny ruch kołdry odsłonił niemożliwie brudne i popękane pięty karczmarza i owłosione, tłustawe łydki. Pięta potarła łydkę, głos spod kołdry zamamrotał coś niecenzuralnego, a potem Ebi usiadł na łóżku, przekrwionymi oczyma gapiąc się ponuro w drzwi alkierza.
– Flooorek, psia jucho…otworzysz ty te drzwi? Kaśka! Rusz że rzyć jedno z drugim, no…Spać nie dają!
W końcu wstał, jak wstaje góra, pod warunkiem,że góra jest rozczochrana, gruba i w koszuli, budzącej trwogę nawet wśród krasnoludów, które za szczyt higieny uważają kąpiel raz na dwa lata. Szlafmycę znalazł na podłodze, podniósł ją ze stęknięciem, zupełnie bezsensownie nałożył na głowę i wstał, kierując się ku drzwiom alkierza. Otworzył je i sprawdził. Petuli nie było.
W podłym humorze ubrał się w wytłuszczone na kolanach portki, niebieską koszulę z grubego płótna, biodra szerokie jak beczka przewiązał fartuchem i wsunąwszy chodaki, ruszył ponuro na dół. Drzwi już otwarto, Kasieńka krzątała się, wycierając stoły, Janek z miną pełną boleści drapał miotłą zaschnięte w progu rzygowiny, a głos Florka słychać było z podwórza-  wykłócał się z dostawcą wina, bo to on właśnie obudził Euzebiusza waleniem w drzwi, niech go ziemia przydusi. Ebi beknął i wyszedł na podwórze, patrząc spode łba na chudego, wąsatego dostawcę o chytrych oczkach.
– Znowu przywiozłeś te elfie szczyny?
– Szczyny to ty podajesz swoim gościom,  rozwadniając moje doskonale wino romendorskie!
– Doskonałe to są tam tylko drzewa do chędożenia!- Ebi ryknął, nie będąc dłużny. Był mistrzem celnych ripost, oczywiście, we własnym mniemaniu- Gdzie moja wódka z Urr? Gdzie  mój zamówiony Orczy Kieł? Wszyscy goście pytają o wódkę z Urr, a ja im daję co? Tylko te marne siki!
– Prawdę gadasz choć raz, że siki dajesz! Ale nie moje, a swoje własne najwyżej, ja sprzedaję zawsze najlepszy towar! A wódka z Urr jest w Urr, jak sama nazwa mówi, i jak chcesz,żebym ci ją przywiózł, to zapłać mi za drogę, dusigroszu!
– A co mnie twoja droga obchodzi??- nadął się urażony do żywego karczmarz- Płacę za wódkę, jak dziewkę bierzesz, to też cię interesuje, czy w lektyce czy pieszo przyszła? A reptiliańskie masz?
– Mam, ale jak dla ciebie po złociszu za beczkę!
– Zdzierco! Morderco!- złapał się Ebi za głowę-  Złocisza to ja ci chciałem za wszystko dać…
– Złocisza to se w rzyć wsadź!- nadął się dostawca i wyszarpnął z rąk Florka beczułkę, która ten zaczął już zdejmować z wozu-  14 beczek, no, przyznam się, mam jedną orczej wódki też, za nią osobno policzę… razem… 18 !
– 10!
– 17!
– 11 i moje ostatnie słowo!
– 16 bo sprzedam Nacjanom, a nie tobie, chciwcu!
– Nacjanie to sobie sami wezmą i łajno obaczysz, a nie złocisze! 12!
– 15! Sama wódka z Urr warta jest 5 za beczkę!
Ebi beknął i podrapał się po podgardlu. Potem kiwnął głową i wysupłał z sakiewki w kieszeni fartucha złote monety, dal je dostawcy, zadowolonemu i maskującemu radość, a na Florka wrzasnął:
– Wołaj Janka i z beczkami do piwniczki, lenie zatracone! A gdzie Petronela?- przypomniało mu się nagle.
Ale ani Florek, ani Janek nie widzieli pani Petroneli. Nie widziała jej też Kasieńka, nie widział nikt.  Znikła. Ulotniła się. I kiedy Ebi pojął ogrom swojej tragedii, usiadł na zydlu za szynkwasem, gapiąc się tępo przed siebie i nagle olśniła go myśl. Genialna myśl, wielka, warta takiego umysłu. Petulę porwali Nacjanie!Tak musiało być, to był jedyny możliwy powód. Porwali ją, bo dowiedzieli się, że on, Ebi, jest mózgiem, kontrolującym obywatelski opór wobec Nacji! Czyż u niego w karczmie nie wisi reptiliański plakat, nawołujący do walki?Czy nie spił Nacjanina bobkoladą i nie zdobył tajnej mapy?Czyż nie chciał użyczyć swojej karczmy na tajną naradę irimgardzkich oficyjerów? Tak jest, porwano Petronelę i stała się ona zakładniczką jego odwagi i patriotyzmu! (Oczywiście, Ebi nie znał słowa patriotyzm i nie myślał w sposób dokładnie taki, jak to przedstawia narrator. Szczerze mówiąc, to Ebi pomyślał: Kierwa, mają ją, kierwa, kierwa).

Najpierw Ebi załamał się, a trwało to dłuższą chwilę- Janek i Kasieńka zdążyli sprzątnąć karczmę, a Florek dorwać się do jednej z beczek i popróbować reptiliańskiego winiacza. Ale potem..potem nieśmiało Ebi poczuł… tchnienie wolności. Nikt na niego nie wrzeszczał. Nikt się nie dąsał. Nikt nie domagał się kolejnego różowego szlafroczka i nikt nie podbierał mu złota z kiesy. I..nikt nie zabroni mu odwiedzić piekarzowej i zapytać, jak się mają jej, he he, bułeczki. A Ebi bardzo lubił jej he he, bułeczki.
– Kaśka! Janek!- ryknął, zrywając się z zydla- Pilnować karczmy, sprawę mam na mieście! Jakby Nacjanie przyszli i żądali okupu, nie płacić!
– A za co okupu szefuniu?- Florek macnął Kasieńke po zadku, gdy wszedł niespodzianie do izby,  pisnęła i dała mu szturchańca, szczerząc ząbki.
Ale Ebi już zrywał fartuch, już biegł na wolność, wietrząc w powietrzu jak chyży wyżeł, śpieszący na polowanie. Wolność! Niech sobie Nacjanie trzymają Petrę, on, Ebi, nie ugnie się i z bólem serca nie zapłaci ani grosza! Złoży Petronele na ołtarzu swojej uczciwości i poświęcenia!

Piekarzowej nie było. Był za to jej mąż, który na widok Euzebiusza złapał za łopatę do wsuwania chleba do pieca- a była tu duża łopata…A kiedy wracał przez targowisko, jakiś kobold wpadł na niego i nim się Ebi obejrzał, okazało się, że sakiewki i tak chudej przez tego zdziercę od wina- nie ma. Idąc do karczmy, klął, ile wlezie, nie licząc się ze słowami, przy okazji dostało się złodziejom, piekarzom, koboldom i Nacji. Wlazł do piwniczki,żeby spróbować  wódki z Urr, czy mocna i spędził tam sporo czasu. Kiedy wyszedł, było popołudnie, na podwórzu za karczmą kręcili się goście i inna hołota, a Ebi wpadł w rewolucyjny nastrój. Kupi od rudej alchemicy trucizny i otruje piekarza! Piekarzowa wprowadzi się do karczmy… jego obowiązkiem będzie ją pocieszać… Był wszak geniuszem zła, walczył przeciw Nacji!
– Pieprzyć Nację! Pieprzyć Nację…Ha ha!My się Nacji nie boimy, zaraz im..tra la la..w rzyć wsadzimy…coś tam coś tam…- darł się, idąc w stronę kuchennych drzwi. I wtedy jakaś łapa opadła mu na ramię, odwrócił się i zobaczył nacjański patrol. Kapitan  poruszył wąsami i ryknął:
– A co tam śpiewacie obywatelu?
Ebi oniemiał. Nie  tylko dlatego, że przyłapali go Nacjanie. Także dlatego,że na ścieżce ukazała się Petronela, prowadząca pod rękę obrzydliwie grubą, starą babę w różowej sukni i kapeluszu, obwieszoną torebeczkami, sakwami i prowadzącą na smyczy dziwne, psopodobne stworzenie, maleńkie i zupełnie łyse.
– Kochanie!- zagruchała Petronela słodko- Mamusia przyjechała, chodziłam odebrać ją i jej bagaże! I zostanie z nami, bo była bardzo samotna! Cieszysz się?