Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Dziwi się pan…

    Dziwi się pan, że siadam razem z panem do stołu? Ależ oczywiście, że się pan dziwi. Wystarczy zielony odcień skóry i szerzej rozstawione oczy, aby już uznać kogoś za podgatunek idealnie nadający się do podawania do stołu. Niech ktoś przyniesie lustro! Pan musi zobaczyć, jak panu zzieleniała twarz, na moje zuchwałe słowa. Teraz możemy porozmawiać jak równy z równym.
    Trzymaj, napij się tego trunku. Bez obaw, nie ma w nim nic podejrzanego i radzę nie podnosić się ze swego siedzenia. Twojego brata nie ma, nie poskarżysz się na bezczelnego sługę. Trzeba było siedzieć w domu, gdy pisaliśmy o jego rzekomej chorobie. Ty jednak nic nie rozumiesz…
    Nie wyobrażasz sobie, ile problemów nam sprawiłeś pisząc te listy. W kółko chciałeś spotkać się ze swoim bratem, a my ciągle musieliśmy znajdować wymówki, żebyś nie przyjechał. Długa choroba była dla nas najlepszym rozwiązaniem, dlatego też bardzo zmartwiła mnie twoja ostatnia wiadomość, nawet mam przy sobie kartkę, przypomnę ci.
    Bracie, przybywam do ciebie za dwa dni. Rozumiem, że choroba nie pozwala ci wstać z łóżka, to jednak sprawa życia i śmierci. Potrzebuję schronienia na jakiś czas, nawet moja małżonka nie wie nic o mojej ucieczce. Chciałbym nie zadręczać cię moimi problemami, ale nie mam innego wyjścia. Nie wysyłaj listu z odmową, wyruszam natychmiast po gołębiu, który niesie ci tę wiadomość.
    Tak napisałeś. W pierwszej chwili myślałem, że cały nasz genialny plan się zawali, ale później wpadliśmy na pomysł, który rozwiąże nasze kłopoty. Pozwoliliśmy ci przyjechać. Usiąść przy naszym stole.
    Zamilcz! Nie wołaj swojego brata! Przecież powiedziałem, że go nie ma i prawdopodobnie nie będzie. Chyba, że znajdzie sposób, żeby się wygrzebać z ziemi, ale nie zakopaliśmy go z łopatą, zresztą zawsze brzydził się pracą. Od pracy miał przecież nas, bo mówię w imieniu wszystkich tungalów. Jesteśmy bardzo pracowitą rasą, równie pracowitą co spokojną. Wszystko ma jednak swoje granice. Pański brat, Sasson, przekroczył je wielokrotnie. Nam nie wolno zabijać. Czasem myślę, że wy zostaliście do tego stworzeni. Tak, to chory dar, ale jednak w pewien sposób dar. Zdolność do okrucieństwa dała wam władzę nad innymi stworzeniami. Nad nami też, choć jesteśmy w dużym stopniu spokrewnieni. Brak mi słów, do opisania takiej bezczelności – zniewolić inne istoty, oto wielka śmiałość, a co dopiero mówić o uczynieniu niewolników z rasy, z którą macie wspólnych przodków? Potrafiących myśleć, a więc doskonale zdających sobie sprawę z utraconej wolności?
    Śmierć mu się należała, nie ważne, jakie są nasze przekonania. Myślałem, że będzie to trudniejsze, ale nadal sypiam bardzo dobrze, może nawet lepiej od kiedy nie obawiam się pobudki w środku nocy.
    Nie mógł sypiać, a wtedy nie pozwalał sypiać i nam. Kazał sobie grać i śpiewać, całą noc, później odsypiał to w dzień, kiedy my musieliśmy pracować. Mogliśmy padać na twarze, sprawiało mu to dziwną satysfakcję, sam prosił się o taki koniec.
– Panienki! Sierotki! Bić was tylko, a wy skarżyć się nie potraficie – krzyczał, ukazując nam swoje zżółknięte zęby, zanosił się pijackim śmiechem, a z ust leciały mu kropelki śliny. Te kropelki śliny to jedno z najobrzydliwszych wspomnień, jakie mi po nim zostały. Bolesne razy po prostu przechodziły, czasem zostawiając siniaki czy zadrapania, ale kiedy upijał się i pluł dookoła, śmiejąc się z naszej bezsilności i dosięgały mnie zimne, drobne kropelki, czułem dreszcz obrzydzenia.
    Wszyscy pracujemy w trudnych warunkach, nie on jeden traktował tak tungala, Taka nasza dola, w krwi nam płynie wola ciężkiej pracy. To nam daje spełnienie, od wieków. Gdyby nie te zimne dreszcze…
    Czemu nie uciekliśmy? Dziwne zadajesz pytania. Niejeden przecież uciekał, a ty nie wiesz jak kończyli? Nie słyszałeś o polowaniach na tungalów? Głupia, krwawa rozrywka bogatych szlachciców, w której ludzi traktuje się jak króliki.
    Proszę, napij się jeszcze wina, wyglądasz jakby ci w gardle zaschło. Ja również sobie łyknę. Musisz teraz żałować swojego przyjazdu tutaj. Potrzebne ci to było jak nóż na gardle, ha ha.
– Potrzebne mi to, jak nóż na gardle – tak mówił, kiedy źle mu szło w interesach. O tak. Zawsze zwiastowało to kłopoty, bo nie sypiał w nocy, pił, śmiał się, wyzywał i uderzał takim kijem, którym popędza się konie.
– Brzydziłbym się was tknąć – wyjaśniał – Zielonoskóre brudasy.
    Stary obłudnik, twierdził, że nasza skóra jest wstrętna, że bałby się od nas czymś zarazić przez dotyk, a jakoś Jalii nie brzydził się tknąć. W końcu urodziła chłopca, który był ni to tungalem, ni to człowiekiem. Sasson oczywiście nigdy by się do niego nie przyznał, gdyby nie jakaś państwowa polityka prorodzinna. Chciwiec chciał brać corocznie pieniądze za chłopaka. Raz wypudrował mu zielonkawą twarz i zaprowadził do urzędu, żeby go zapisać. Nawet nie chcieli dokładnie sprawdzać pokrewieństwa. Hawe jest z wyglądu tak podobny do nieboszczyka ojca, że pytania byłyby zbędne.
    Właśnie! Powinieneś go poznać, Hawe! Przyprowadźcie chłopaka. Do ciebie jest również podobny, te same mocno zarysowane szczęki. Tungalowie takich nie mają. Ważne jednak, że Hawe ma serce tungala i był zawsze po naszej stronie. Gdyby Sasson go traktował jak syna – może wszystko potoczyłoby się inaczej. Twój brat jednak nienawidził chłopaka z całych sił. W mieście poszła plotka, że usynowił dla pieniędzy niewolnika. Wydawało mu się, że ludzie śmieją się z niego za plecami, dlatego też nie szczędził Hawe uderzeń i wyzwisk.
– Jesteś mi jak nóż na gardle, pędraku! Potrzebny mi byłeś jak pieprzony nóż na gardle!
    Nigdy nie zapomnę tego noża na gardle. Kiedyś można się było tych słów bać. Teraz wzbudzają w nas tyle śmiechu… Ludzki los kocha ironię.
    Hawe ma serce tungala, ale to serce pompuje ludzką krew. To dobry chłopak, ale nie tak wytrwały w pracy jak my. Lubił wymyślać drogi na skróty, często oszczędzając na czasie. Od małego dziecka był cwaniakiem, lubującym się w słowach. Sam nauczył się czytać, pokazał i nam tę sztukę. Krew ludzi pchała go do zabawy i ryzyka.
    I do morderstwa.
    To było dla niego bardzo trudne zadanie, matka w końcu wychowała go na tungala, dla którego przelewanie czyjejkolwiek krwi jest rzeczą niewybaczalną.
    Hawe, przynieś kolejną butelkę. Niech się twój wuj jeszcze napije.
    Wracając do opowieści…
– Pamiętaj, że w połowie jesteś człowiekiem – powiedziałem mu kiedyś, gdy Sasson znów wyżywał na nim swoje złości – Ludzie zabijają.
    Czy zrzucałem na niego odpowiedzialność za coś, co sam zaplanowałem? Tak. Przyznaję. Ja nie mogłem być tym, który przelał krew. Hawe był jednak mądry, od razu odpowiedział:
– Tylko, że połowa mnie nie zabije. Cały zabiję, jako człowiek, albo będę żył w upokorzeniu, jako tungal.
    Nie chciał tego zrobić, a raczej chciał, lecz czuł, że to wykluczy go ze społeczności, w której się wychował.
– My ci włożymy w ręce nóż, połowa odpowiedzialności spadnie na nas – obiecałem.
    Niespecjalnie się tym przejmuję. Czym jest połowa odpowiedzialności, dzielona na nas czternastu? Nic to.
    Jak już wspominałem Hawe lubił słowa, czytał wiele książek. Szczególnie interesowała go historia. Od kiedy mieliśmy plan zabójstwa Sassona, zaczął zastanawiać się co takiego może powiedzieć na ostatnim wydechu taki wielki pan. Nie wiem, o co chodziło chłopakowi, ja jednak zacząłem bać się co Hawe zrobi, gdyby Sasson zaczął go błagać o litość.
    Problemy zaczęły się i bez jakichkolwiek słów. W jednej chwili był zdecydowany, trzymał w ręce nóż, ale po kilku krokach się wycofywał. Tak, Sasson spał. Nie było w tych działaniach żadnego heroizmu, żadnej porządnej, honorowej walki. Czekaliśmy, aż padną ciosy i nie mogliśmy się doczekać, aż w końcu ten grubas otworzył oczy. Takie samo zaskoczenie malowało się na ich twarzach, przez chwilę wyglądali jakby ustawiono między nimi lustro, choć było to tylko chwilowe złudzenie.
    Byłem pewien, że się wycofa. Zesztywniał ze strachu z uniesionym w dłoni nożem.
– Ty skur… – zaczął Sasson, ale słowa zamarły mu w gardle, a on sam zaczął wydawać bulgoczące dźwięki. Hawe błyskawicznie zrobił krwawą linię na jego szyi.
    Słowa mają moc, drogi panie. Gdyby poprosił o łaskę, gdyby… gdyby… nawet gdyby się nie odezwał, może by sobie nie zaszkodził. Czekasz teraz na wyczerpującą opowieść o ostatnich chwilach twego brata? O walce? O wylewającej się krwi? Również myślałem, że będzie inaczej, że zwrócę uwagę na jej kolor, zapach, gęstość… Nie. Nie dlatego, że trwało to chwilę, musisz mi uwierzyć że było to naprawdę długo. Może tak mi się wydawało? Może byłem po prostu przekonany, że człowiek z podciętą tętnicą wykrwawia się szybciej?
    Nie pamiętam, patrzyłem raczej na Hawe, który upuścił nóż na podłogę. Chyba zastanawiał się: co dalej? Nerwowo wycierał dłonie w spodnie.
    Słucham? Nie, nawet nie dotknął krwi, raczej spociły się tak, że narzędzie zbrodni samo wysunęło się z dłoni.
    A później zapadła taka cisza… Żadne dźwięki nie przerażają bardziej niż cisza. Zwłaszcza ta tuż po krzyku. Nie ja trzymałem nóż, ale cały czas po umyśle krążyła mi jedna myśl: zabiliśmy człowieka.
– Potrzebne ci to było, jak nóż na gardle – powiedział Hawe i zaczęliśmy się śmiać.
    To zdanie, zawsze zwiastujące gniew Sassona, tak bardzo nas rozbawiło, że mnie osobiście rozbolał brzuch od śmiechu. Wypiliśmy za nasze zdrowie i wysłałem Hawe spać.
– Teraz jesteś panem na włościach – powiedziałem.
    Wykonał swoje zadanie. Nam zostało uprzątnięcie tego bałaganu. Chcieliśmy zakończyć sprawę przed świtem. Światło dzienne nie powinno oświetlać takich zbrodni.
    Spójrz, proszę. Co za zachód słońca! Wypij jeszcze za słońce. Z przykrością muszę cię zasmucić, bo widzisz je po raz ostatni. W mieście utrzymujemy, że Sasson żyje i posyła nas z kupieckimi sprawami. Myślą, że to on wydaje rozkazy, w końcu komu przez myśl by przeszło, że tungalowie potrafiliby podejmować tak dobre decyzje?
    Choroby Sassona nie można przedłużać w nieskończoność. Hawe skończył już odpowiedni wiek, aby dziedziczyć posiadłość, czas więc, aby Sasson odszedł.
    Jeśli to cię pocieszy, to będziesz miał urządzony pogrzeb, choć wystąpisz w imieniu brata. Miejmy nadzieję, że się nie zorientują. Każdy wie, że Sasson za kołnierz nie wylewał. Mordę wykrzywiła mu wóda, pomyślą patrząc na twoją twarz. Zapił się na śmierć. Pozwól, że jeszcze ci doleję…
    Tymczasem od wielu kielichów wina groźniejsza jest ta mała buteleczka. Nie bój się, ponoć zapadniesz po prostu w głęboki sen, z którego się nie obudzisz. Wybór należy do ciebie – możemy cię równie dobrze zadźgać, jak brata, albo po prostu uśniesz. Jak będzie?
    Mądry wybór. Jeśli chcesz przed wszystkim wypić jeszcze trochę to proszę, nie krępuj się.
    Hawe! Hawe, chodź tu!
    Teraz naprawdę będziesz panem na włościach. Kilka dni i dostaniesz na to papiery. Przypilnuj, żeby wypił do końca. Chłopcze? Chłopcze, nie bój się. Trzymaj buteleczkę.
    Połowa winy na nas.