Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

“dzwon – rozdział 2”

 

Rozdział III

 

Zasadzka bilatów

 

 

Nad grzbietami chmur, między białym a czarnym,

Szczyt świata – Echolia – parę kochanków gości.

Dniem i nocą, po kres Ziemi,

Dźwiękami Raad na zawsze połączeni…

 

Dar Tirlliada , księga Hymnów – „Najwięksi z Wielkich”

 

Zabił Dzwon!… 

  Mleczne chmury postrzępiły się jeszcze bardziej i przypominały teraz ciężką mgłę, opadłą na bagno z wieczora. Wisiały na górach Goba niczym wytarte szaty na żebraku, pozostawiając nagim jedynie pewien spiczasty, granitowy czub… Echolię – dom Opiekunów.

Bezgwiezdna, lodowata noc oblała Echolię gęstym mrokiem, zanurzając jej mieszkańców w beztroskich marzeniach, podczas gdy obły, otyły księżyc wdzierał się nachalnie na pierwszy plan, zasłaniając prawdziwe sedno nadchodzącej godziny. Oddech nocy niósł ze sobą bowiem jeszcze mroczniejszy zapach…

Bilaci.

Było ich ośmiu… Nie – dziesięciu… Cóż, nie mogło być pewności, raz byli, raz znikał po nich ślad. Poruszali się po skalnym bloku szybko jak Gobnady i bezszelestnie jak duchy. Z niezwykłą sprawnością pokonywali kolejne sążnie wysokości Tamy, zbliżając się nieubłaganie do uśpionej, niczego niespodziewającej się pary. Porozumiewali się gestem, którym przywoływali swą wzajemną uwagę, i milczeniem, którym przemawiali równie dosłownie jak człowiek przemawia słowami. Oczy mieli zgaszone, wyciekające powoli ropą, patrzące już w obrazy z pośmiertnych otchłani, ale jednocześnie nie ślepe. Ich nozdrza i usta nie roniły śladu wydychanego powietrza. Ruchy ich uschłych, połamanych ciał były dynamiczne i pełne zwinności – na swój obumarły sposób. Szare włosy, a także blada jak wosk skóra lśniła ohydnie w blasku księżyca. Spaczone liny, owijające ich ciała – oplatające tors oraz nogi, zdobiące nadgarstki, a nawet kneblujące usta ścisłymi zwojami od podbródków po nosy – powiewały na lekkim lodowatym wietrze jak cmentarne wstęgi.

W tle aksamitnej kołysanki ciszy, którą zaprosiła tej nocy ciemność, dało się słyszeć nieustanne, przytłumione, wręcz ledwie słyszalne bicie Dzwonów.

Przodem wspinało się czterech najszybszych i najlżejszych, osłaniając i prowadząc resztę – szóstkę, z wyjątkowym pakunkiem na plecach. Było ciężkie i ograniczało tempo wspinaczki; owinięte rwanym materiałem, dla zagłuszenia szczęku. A kute było z hartowanego ciemnego stopu; długie i ostre miejscami, obdarzone w haki i kolce; w kształt łańcucha, złożone na barkach bilatów, zwisało za nimi jeszcze daleko w dół… głęboko w ślepą czeluść. Owych tajemniczych łańcuchów było dwa, zaś każdy jeden niosła trójka – łączyło ciała bilatów, zbyt ciężkie, by dać się dźwigać jednemu. Grupa trzymała się blisko siebie i starała iść jak najostrożniej, by ze wszystkich starań uniknąć zgubienia cennej własności… a także, by samemu nie spaść.

Zadanie okazało się jednak zbyt trudne.

Pasmo gór Goba okazało się nie spać do końca. A bilaci nie byli przezeń mile widziani. Jeden z niosących, środkowy, nie miał szczęścia i padł ofiarą ich sprzeciwu – zwykle twarda skała skruszyła się pod stawianym krokiem, odbierając mu równowagę w najgorszym dlań momencie. Spadające odłamki zastukały niespokojnie… po czym prysły w nieprzeniknionym cieniu przepaści. Spadający lot bilata nie trwał dłużej niż sekundę – wspinający się tuż obok i nieco niżej kompan w ostatniej chwili zdążył pochwycić jego przedramię.

Pechowiec zwisł bezwładnie, bujając się przez jakiś czas niczym wahadło nad żyłą ciemności i poprawiając cenny ciężar, którego tak pilnował, by się nie ześlizgnął. Gdy zaczął szukać oparcia dla stóp, ratujący go bilat, niewiele myśląc, puścił go i jednocześnie chwycił za łańcuch na jego barkach.

Wymienili spojrzenia. Jedno – zimne, trzeźwe i bezwzględne; drugie zaś – dotknięte lękiem, a nawet paniką i namiastką błagania. Oba niemniej – nieludzkie, trupie.

Spadając w mrok, nie wydał z siebie żadnego odgłosu. Tylko niepogodzone z losem, wyłupiaste białka pozbawione źrenic zdawały się krzyczeć o ratunek.

Bilat przerzucił bagaż przez plecy i począł ponownie się wspinać. Reszta niosących poczekała na niego chwilę, po czym ruszyła dalej. Sunęli wzwyż bez odpoczynku, po cichu jak węże podchodzące upatrzoną ofiarę.

Dotarli w końcu na pokaźnych rozmiarów półkę skalną, gdzie przed nimi rosła już tylko wysoka, tęga iglica. Oto właśnie szczyt Echolia. Jej czarny kontur na tle księżyca w pełni został zniekształcony – sławną Echolię otulała ogromna na jej całą wielkość, mistyczna postać Największego z Wielkich.

Początkowo jednak grupa bilatów nie rozpoznała Bestora. Do każdego szczegółu zlewał się on z granitową, twardą skałą, której uczepił się do snu – wbił weń mocarne szpony, otulając potężnymi skrzydłami, oplatając nimi także swą całą sylwetkę, aż po samą, niemal ludzką, twarz. Nie poruszał się, a zdawało się, że chyba nawet nie oddychał. To wszystko sprawiało, że Bestor, obrońca i strażnik Dzwonów, stanowił jakby składnik Echolii, atoli po części ją tworząc. Dzięki niemu szczyt zdawał się nocami jeszcze większy, niż był w rzeczywistości. I z tego to własnie powodu zrodziły się mity o Żywym Szczycie – spokojnym i uśpionym za dnia, a budzącym się i stojącym na straży samych Strażników w porze snów.

Warry zaś w ogóle nie było w pobliżu. Kamiennoskóry, skrzydlaty żeński twór Jasnych Sióstr (jak zwano błogosławione Dzwony) mierzący siódmą część wieży Raadu, zanurzył się w nocnym obowiązku gdzieś, gdzie jak dotąd nie można go było dostrzec. Strażniczka ludzkich Daarów spoczywała spokojnie w swojej gigantycznej skalnej norze, kopanej prosto pod Echolię. Sama, bez męża obok, tkała sen o szczęśliwej wieczności na górze-tamie.

Najeźdźcy stali chwilę, jakby oceniając sytuację lub jedynie podziwiając słynną skałę. Spoglądali też w niebo – na zbierające się burzowe cumulonimbusy wyparowujące właśnie z rozgwieżdżonego oceanu Somsogu[1].

Po chwili ruszyli.

Przemykali błyskawicznie, bezszmerowo niczym cienie, które odebrano im wszak za życia. Sześć ledwie dostrzegalnych w nocy kształtów doskoczyło do wielkiej skały; pozostała czwórka wsunęła się w ów imponująco głęboką jamę.

Szóstka bilatów ostrożnie wdrapywała się ku śpiącemu. Troje z nich – z tajemniczym ciężarem. Powoli, omijając rąbki skrzydeł i skamieniałe w skurczu dolne łapy potwora, zbliżyli się do poziomu jego głowy. I właśnie w tej chwili zachwiał nimi mroźny podmuch, tak silny, że aż niebezpieczny. Zatrzymali się, łapiąc równowagę, równie bowiem lekcy co wychudli. Jeden z nich zasygnalizował rozkaz o bezruchu. Wchodząc wyżej i skręcając w stronę twarzy potężnego stworzenia, nie zobaczyli nic.

Zbici z tropu, rozejrzeli się tylko, niedowierzając, a jeden nawet podrapał się po głowie.

Bestora już nie było.

Widać potrafił się on poruszać równie bezdźwięcznie i żwawo jak oni.

Wiatr dmuchał znacznie mocniej niż wcześniej.

Niebo błysnęło parokrotnie – na razie bezgłośnie.

Po krótkiej chwili zabrzmiał złowieszczy pomruk chmur.

Z otworu w skale wydobył się długi, przeraźliwy ryk; zatrząsł Gobą i zmącił noc. Warra wyłoniła się raptownie ze swojej jaskiniowej sypialni, po czym, jakby w nieudanej próbie lotu, zwaliła z hukiem na pierś, wydając kolejny skrzywdzony dźwięk. Trójka bilatów stała na potworze jak jeźdźcy na rydwanie, rwąc metalowe lejce. Łańcuchy owijały szyję Warry, rozcinały kąciki ust i nozdrzy wielkimi, zakręconymi w tył hakami, oraz rwały brwi wbitymi weń zadrami. Haki tkwiły nawet w policzkach i powiekach; rozwierały jej z natury małe oczy. Stworzenie nie mogło się szamotać. Zaskoczone we śnie, zdążyło jeszcze przegryźć w pół jednego z napastników, jednak teraz przestało już walczyć – pęta zostały założone. Przy każdym mimowolnym ruchu Warry bilaci odpowiadali bolesnym szarpnięciem. Potwór był bezradny.

Zaczęło kropić.

Nasilający się wicher w pewnej chwili szarpnął tak mocno, że zwiał jednego z ujeżdżających Warrę oprawców. Ciemne chmury błysnęły dwukrotnie i naraz zalały scenę ulewą. Długie, rzęsiste krople deszczu cięły skały, a silny wilgotny wiatr gwizdał w uszach. Przestrzeń rozdarła koścista, łamana błyskawica, uderzająca przerażająco blisko. Zjawisko całkowicie zagłuszyło wydobywający się z mroku straszliwy ryk gniewu, za to ukazało jego właściciela – oświetlona nagle, nadlatująca postać gigantycznego stworzenia zastygła w locie z rozpostartymi skrzydłami, rękoma oraz szeroko rozwartą paszczą. Bestor, przez tą krótką chwilę, wyglądał niby kamienna rzeźba zawieszona w powietrzu.

Gdy tylko powróciła ciemność, Bestor zaatakował. Przez kruczą kurtynę nocy przebił się niewyraźny odgłos łamania kości oraz wrzasku czegoś ogromnego i zaślepionego w rozwścieczeniu. Echolię i panujące na niej szaleństwo mordu oświetlały tylko błyszczące krople i częste, gwałtowne uderzenia piorunów.

Warra – z jednym już bilatem na plecach i łzami w oczach – czołgała się, jęcząc z bólu, podczas gdy jej miły walczył z przybyszami. Zmiażdżył już jednego z nich. Silnym uderzeniem długiego ogona w Echolię, zwalił z niej dwóch agresorów, uśmiercając przy tym kolejnego. Zrzuceni z Warry dwaj bilaci zaatakowali go. Nieludzko zwinnymi susami wspięli się na niego: jeden wzdłuż kręgosłupa na kark, drugi zaś na skrzydło – niespodziewane machnięnie nim posłało bilata daleko w nieprzeniknioną ciemność. Pozostała czwórka, uczepiona Echolii, skoczyła w stronę Bestora, zarzucając mosiężną uprząż z łańcuchów na jego sylwetkę. Stwór zdążył zasłonić twarz swoimi potężnymi przedramionami, w skutek czego haki, z niespodziewaną łatwością, wbiły się w ich twardą skórę. Potwór ryknął. Machnął rękoma na boki, szponami krusząc przez przypadek Echolię.

Cała szóstka bilatów była już na nim: dwóch na jego barkach, jeden na kamiennych plecach i jeden na twarzy. Zaczęli zakładać jarzmo. Bilat zaczepiający w pośpiechu haki na jego ustach został rozpłatany potężnym siekaczem na dwoje, a potem zmielony szorstkim językiem i niechętnie pożarty. Bestor wyrwał dłoń przypadkowo przygwożdżoną do twarzy i wrzasnął z bólu rwanej skóry. Błyski ukazały chlapnięty na mokrą skałę karmazynowy płyn, który wnet spłynął razem z deszczowymi kałużami po nierównym terenie.

I wtedy, przy otwartej paszczy Bestora, reszta napastników zaczepiła metalowe hacele za jego potężne wargi.

Po krótkim czasie szarpaniny, bilatom udało się założyć zatem całą uprząż. Tak jak u Warry, łańcuchy zahaczono o brwii, kąciki ust, powieki i policzki, a u Bestora nawet o uszy. Stwór próbował dorwać w uścisk jednego z bilatów, lecz zdołał jedynie zadrapać powierzchnię swoich twardych jak głaz pleców, na których stali, wzniecając krótką paradę iskier – jakby jego skóra zbudowana była tam z krzemienia – za to tak wielkich, iż mogłyby spopielić każdego z bilatów w przebłysk.

Bilaci poskramiali rozzłoszczone stworzenie wielkości siódmej części Daaru, szarpiąc raniącą go smycz, wyginając mu głowę do tyłu i zwalając go wreszcie na kolana, a rozszalała ulewa potężniała stale w siłę.

Bestor najpierw chwytał się za twarz, próbując zdjąć z niej to-coś; później zaś, w niewyobrażalnym cierpieniu wymuszającym posłuszeństwo, rozłożył poddańczo ramiona i zacisnął pięści. Jego ciągnący się bez końca ryk… ryk gniewu, obracający się z wolna w ryk rozpaczy… ryk, którego wszak nie dosłyszał wówczas żaden dorosły, a który zaś przebudził setki dzieci tejże nocy… zlał się w jedno z transem burzowej arii. Bestor runął do przodu na pięści, spuszczając w zmęczeniu chwiejną głowę. Zdążył odetchnąć raz głęboko i spojrzeć na cierpiącą ukochaną.

Widział, jak ciężko łyka powietrze i poddaje się bez reszty krzywdzącym ją dziwnym ludziom. Patrzył, jak kolejni bilaci wskakują jej na plecy i pomagają w ujarzmieniu jej. Ale ona wcale się nie szamotała, nie walczyła – ból, jaki zadawała jej smycz, był nie do wytrzymania… Zobaczył, jak z jej zaciśniętych powiek wypływa łza i, spływając po policzku, miesza się z deszczem; padając na skały zaś – zmieniając się w to, co ludzie podpisali słowami perła Goby, niezwykle rzadki skarb. Otworzyła oczy, powoli i bez nadziei.

Patrzyli na siebie prze chwilę.

Wszystko było jasne…

Co chwilę zapalające się niebo ukazywało niewyraźnie całe wydarzenie. Migające światła rozszalałej burzy odkrywały dramat dwójki uskrzydlonych kochanków – Mocni Strażnicy, Najwięksi z Wielkich, Młodzi i Doskonali, Silni i Niezniszczalni, Bestor i Warra, para obrońców Miri i Jasnych Dźwięków, została schwytana i osiodłana. Przerażający ból odebrał im siłę… której przecież nic dotąd nie było w stanie zmierzyć…

Warra została poderwana do lotu przez trójkę bilatów – z jękiem cierpienia i urazy, dźwignęła się na czworaka i wzbiła błyskawicznie w powietrze, znikając z oczu umiłowanego.

Bestor, szarpany łańcuchami, z wrzaskiem uleciał wysoko w przestworza – gdzieś w przesłonięte nocną zasłoną niebo.

 

 

Burza opamiętała się dopiero tuż przed brzaskiem i zaczęła uspokajać – jakby pojęła, że nic już nie zdziała; wiatr powoli zelżał i grzmiało już znacznie ciszej, niepewniej. Niebo jeszcze długo potem nie rozrzedziło atramentowych chmur, ale przestało płakać; pozostawało w cichej żałobie. Spływająca wodą oraz czymś jeszcze Echolia poszarzała, niby zasmucona. Czas utknął w miejscu – gdzieś między Kiedyś a Nigdy

 

 

Rozdział V

 

Młody Kroy

 

 

Dniem i nocą, w Życia Rytmie,

Niezłomna pieśń Ziemię Ludzi oblewa.

Na wielkich wieżach, co bielą oślepiają,

Biją Dzwony Daar i Raad, świętą nowinę obwieszczając.

Kochanka Narodów i Matka Matek,

Niosą Wieść Życia, w ugodzie ze światem.

 

Dar Tirlliada, księga Hymnów – „O Bieli”

 

Zabił Dzwon!…

 

Rozciągające się wkoło suche ustronie nie miały końca – jadącemu już pół dnia w jadowitych oparach słońca siwowłosemu młodzieńcowi o imieniu Level wschodni horyzont ukazywał jedynie niekończącą się, nagą równinę. Nawet wysokie pasma górskie, które otaczały go na ziemi obsianej mieczami, i które przez jakiś czas mu towarzyszyły, wykręciły zgodnie na północ i południe, znikając niemal kompletnie z oczu. W trakcie jazdy słyszał w uszach dziwny, stały szum. W pewnej chwili zorientował się ze zdumieniem, że to nic innego, jak… bicie dzwonów – jakże znajome mu brzmienie. Zdał sobie również sprawę z tego, że słyszał owe bicie już wcześniej – już na cmentarzu mieczy. Wtedy chyba po prostu nie zwracał na nie uwagi. Uderzenia były mocarne jak grzmoty burzy, acz jednocześnie bardzo przytłumione i odległe. Poza tym z całą pewnością musiały pochodzić z więcej niż jednego instrumentu.

 

Dalsza wędrówka słońca, w nadal pełnym galopie jeźdźca, przykryła niebo błękitnym kobiercem nocy, z minuty na minutę dziurawionym prześwitami całych miriad bladych gwiazd. Zanim jeszcze jednak noc w pełni się przebudziła, przed Levelem zaczął nagle dorastać step. Kiedy świat stanął w szczytowych ciemnościach, Level przemierzał już w pełni bogatą sawannę.

 

Przez przeszło dwa dni, jakie potrzebował na dotarcie do najbliższego miasta, zatrzymał się i rozpalił ognisko tylko raz – pierwszej, wyjątkowo srogiej nocy. Kobieta była wówczas nadal nieprzytomna, ale z zimna aż drżała. Level przykrył ją kocami, jakie miał od Molariusa. Tej nocy także posilił się do syta obrokiem i owocami, jakie znalazł w podarowanych jukach, by w dalszej drodze nie martwić się o głód, i napoił konia.

Znalazł czas na odrobinę rozmyślania. Zastanawiał się, kim była kobieta, którą wiózł, i skąd mogła go znać. Była dla niego całkiem obca, ale i nieopisanie bliska jednocześnie. Level czuł się jak najbardziej odpowiedzialny za jej zdrowie, a nawet winny jego uszczerbku. Nie miało to jednak tak naprawdę żadnego znaczenia w tym, że jej pomagał. Teraz, kiedy mógł o tym pomyśleć, doszedł do wniosku – a raczej po prostu się do tego przyznał – że niewiasta wiele dla niego znaczyła. Ona jako pierwsza się do niego odezwała, okazała mu zainteresowanie… i poniekąd czułość. Naraziła dla niego nawet własne życie! Sytuacja, w jakiej się spotkali, nie dała im jednak szans na rozmowę. I Level czuł się podle z tego powodu. Odczuwał do niej tak wielkie przywiązanie i darzył jej postać tak silnymi emocjami, że odtąd stała się dla niego wszystkim i wiedział, że tak już pozostanie. Dowiedziawszy się, że przeżyła upadek (i nadal utrzymuje się przy żuciu) osiągnął wielką radość – zwłaszcza przecież, że zdążył ją już wcześniej… zdecydowanie PRZEDWCZEŚNIE… opłakać.

 

Drugiego dnia jechał znacznie dłużej – ruszył od razu o brzasku, kiedy zaczęło się robić cieplej. Dopiero wtedy ujrzał na horyzoncie jaśniejący kontur jakiejś wielkiej wieży, który wytłumaczył obecność owych gongów i od razu przywołał wspomnienie dzwonnic widzianych w opustoszałym mieście pośrodku pustyni. Kontur był idealnie biały i prawie zlewał się z kolorem nieba oraz widniejącymi nań mlecznymi obłokami. Sądząc po rozmiarach wieży musiała być widoczna już znacznie, znacznie wcześniej, przy czym Level miał chyba pełne prawo nie zdołać jej spostrzec.

Niewielkie stado antylop umknęło z drogi nadjeżdżającego jeźdźca na długo przed tym, nim ten w ogóle zwrócił na nie uwagę. Ziemia nosiła na sobie tropy zwierzyny nie jednego rodzaju, jak potrafił zauważyć Level, ale owa gromada antylop (żeby nie liczyć kilku grzechotników oraz paru myszołowów po drodze) była jedynym okazem dającym mu się jak dotąd zobaczyć. W najbliższych dniach na dodatek wcale nie miało się to dla niego zmienić. Poczucie samotności nie opuszczało go zatem na krok.

Niewiele przed mijaniem pewnego górskiego przesmyku teren ponownie przybierał charakter kamienistej pustyni. Stosując się do zaleceń starego pustelnika, które nakazywały co jakiś czas polewać usta rannej kobiety miksturą z podarowanej zielonej manierki, Level czynił to w trakcie jazdy – nie robiąc już żadnych przystanków. Pędził tak cały dzień i całą noc, dbając, by duch niewiasty nie uleciał mu czasem przed nosem. Kiedy wstawał nowy dzień, daleko na widnokręgu zoczył oznaki osady.

Uradowało się jego serce!

Koń tymczasem zaczynał zwalniać i wyraźnie słabnąć.

 

Level odwrócił się, spojrzał na padającą klacz i szczerze jej pożałował. Widział tylko, jak zwierzę bezwolnie upada z kolan na bok i sztywnieje, wyciągając kopyta. Niestety – musiało umrzeć samotnie.

Porzucił wszelkie bagaże z pozostałościami prowiantu. Nie zatrzymywał się. Kobieta była lekka, więc mógł pozwolić sobie na trucht. Była stale nieprzytomna, a jej oddech był nierówny i ochrypły; biło od niej za to miłe ciepło krążącej weń krwi. Mężczyzna zaczął się zastanawiać, jaką funkcję mają za zadanie pełnić ów czerwone listki na jej ustach – staranie się o zachowanie ich na miejscu było bardzo żmudnym obowiązkiem, gdyż co chwila słabe wydechy niewiasty odklejały je od suchych warg.

Już bardzo niedaleko przed sobą widział zabudowania, a kilka dodatkowych mil dalej, w głębi widocznych już stąd jasnych murów kolejnego miasta – owy biały kontur, który, jak się okazało, był konturem dwóch, a nie jednej dzwonnicy.

Przez cały znojny bieg towarzyszyły mu głośne, acz stłumione jednocześnie, bicie dzwonów, do którego zdążył się mimo wszystko przyzwyczaić, i które nie miało się niczym do mizernych odgłosów oddychania kobiety na jego ramionach – na ten czas w uszach przejętego Levela stawały się one dosłownie wszystkim. Nawet mimo tego, iż gongi przybierały na sile, potrafiły dać się o sobie zapomnieć.

Miasteczko śmierdziało. Kurczaki przeniosły się ze swych grzęd na miejski trakt, trzody powychodziły z zagród i chlewów, plącząc się ludziom pod nogami, wnosząc swoje trzy grosze w i tak obfity, uciążliwy harmider. Dotarłszy do pierwszych chat, Level od razu zwrócił się do pierwszych napotkanych ludzi. Mówił z wielkim trudem, czego nie przewidział – był wyczerpany, z głodu kręciło mu się w głowie. Początkowo słowa, jakie cisnęły mu się na usta, brzmiały: „Wody. Jeść”. Jednak zamiast tego dyszał niezrozumiale dla nikogo: „Kroy… Nowubis, Mosefun…”. Początkowo nikt nie chciał go słuchać. Po pewnym czasie jednak znalazł się ktoś na tyle łaskaw. Niemłoda już, rudowłosa kobieta, imieniem Jalisa, zaprowadziła Levela do siebie i tam podarowała mu wodę oraz oznajmiła, że zajmie się dziewczyną. Chata jej była istną ruiną, co nie miało jednak żadnego znaczenia ani dla Levela, ani dla nieprzytomnej.

Wyglądacie straszecznie, panie. Musieliście nie zatrzymywać się w drodze i nic nie mielić w zębach, skoro mówicie, że przybywacie aż z Ziem Owdowiałych i cwałowaliście jedynie dwa nocki powiedziała Jalisa, rozwijając w pośpiechu nasączony krwią opatrunek na głowie nieprzytomnej kobiety. Już wtedy, świecącymi oczyma i z lisim uśmieszkiem, przyglądała się złotkom na jej szyi.

Ziem Owdowiałych? nie zrozumiał Level.

Tysiące miecza, o których wspominaliście… To właśnie na Ziemiach Owdowiałych, na Lotapanie, jest Cmentarz Furruf i tenże „las mieczów”, co gryzie w ślepia. O innym takośnym miejscu nie dane mi było słychać.

Kobieta, zabierając się za „badanie” poszkodowanej, wskazała Levelowi stojący na środku pomieszczenia stół, na którym leżał teraz parujący drewniany półmisek – Jalisa, gdy tylko dojrzała potrzebującego za oknem, odłożyła jedzenie na bok i pośpieszyła mu „z pomocą”.

Proszę, odpocznijcie i pokrzepcie się zupą, młody panie zaproponowała. Szczwany uśmieszek nie znikał jej z twarzy. Dobra zupa, z jarzyn. Nie krępujcie się, jarzyn akurat Jalisa ma w domu jak kurzu.

Goszcząca Levela kobieta zarechotała głośno, jednak krótko, ucinając radość na rzecz skupienia się na zadaniach przy nieprzytomnej. Złoty wisior z dzwoneczkiem na jej szyi bardzo szybko znalazł się w dłoni Jalisy, a potem, równie szybko i niezauważenie dla Levela, w jej głębokiej kieszeni. Po naszyjniku nadeszła pora na kolczyki.

Level ani myślał jeść, choć głód doskwierał mu już od wielu godzin. Ważne, że ugasił pragnienie i odsapnął – wracał do sił. Teraz musiał zaprowadzić ranną niewiastę do niejakiego Mosefuna, lub Nowubisa, którzy jako jedyni, według słów pustelnika, potrafiliby jej pomóc.

Jak imieniują tę ładną buzię? spytała kobieta, przyglądając się badawczo bladej twarzy owej piękności.

Rozgorączkowany Level zastanowił się chwilę. Kiedy nie przypomniał sobie, żeby niewiasta mu się przedstawiła, przyznał, dość chmurnie, że nie wie.

Dziwność powiedziała sama do siebie skąd ja ją znam?… A co to?! podskoczyła, zabierając się zaraz za usunięcie czerwonych listków z ust dziewczyny, które dopiero wówczas rzuciły jej się w oczy. Nieprzytomna miała teraz zupełnie wyblakłe wargi, jakby owe liście odebrały im ich pierwotną barwę.

Mosefun… Nowubis… Muszę… Level nie wiedział od czego zacząć. Proszę, muszę zaprowadzić tę kobietę pod opiekę jednego z tych dwóch tutejszych uzdrowicieli. Błagam o pomoc, nie poradzę sobie sam. Jednym jest Mosefun, kapłan i… mędrzec i uzdrowiciel. Drugiego wołają Nowubis, kimkolwiek jest. Proszę, pomożesz mi, pani? Kobieta nie odpowiadała. Tylko oni mogą…

Jalisa podskoczyła niespodziewanie na równe nogi i, nadal wpatrując się w nieprzytomną kobietę, oznajmiła z zaskoczeniem:

Nektala! Toż to księżnianka Nektala z Młodego Kroy’a! Córa króla Larchanda! Bogu chytry!…

 

Kiedy Jalisa wyprowadzała Levela ze swojej biednej chałupy zachowywała się dokładnie odwrotnie niż wtedy, gdy go przyjmowała. Była wroga i niemiła, klęła i łapała się za głowę, za włosy. Wpadła w szał. Bez przerwy wrzeszczała i wymachiwała rękoma. Ślady „królewskiej krwi” w jej domu, jak mówiła: nie mogły być „zwiastunem niczego dobrego”. Zdaniem Levela zaczęła histeryzować kompletnie od rzeczy – oskarżała go o coś zupełnie niedorzecznego. Mówiła, że pragnie jej zguby, skoro postanowił zmuszać ją do próby wyleczenia księżnej i ryzyka niepowodzenia – tak jakby w ogóle ją do czegoś „zmuszał”. Krzyczała, że zawisłaby za to na szafocie. Wszyscy przechodnie omijali ją łukiem, niektórzy pokazując ręką, co to jej dolega ich zdaniem, ona zaś odpowiadała im splunięciami. Przynajmniej początkowo. Później bowiem wyłożyła ludziom gromko, kimże jest nieprzytomna towarzyszka siwowłosego.

Gupie kmiotki! wyciągnęła się do nich, zaciskając pięści, czerwona od podnoszenia głosu. Łajno wiecie i łajno wam w czerepach, jeno już uszami, nosem, a i mordom też wychodzi! Tyle li tylko innych palcyma pokazywać umiecie i po skroniach się pukać, a samyście żałośnicy, pędraki jedne. Patrzajcie no, kogo nam przywiózł, podejrzaniec jaki! W królewskim łożu poczętą maskotkę, którą miłować swą księżnianką ślubowalim, wy i ja! Nie potrzeba było więcej słów, ale Jalisa wyładowywała się dalej. Ludzie natomiast, w większości prości chłopi, ale też posiadacze ziemscy z Kroy’u, spojrzeli po sobie w milczeniu, na Levela łypiąc odtąd co najmniej krzywo i podejrzanie. Level aż naciągnął kaptur na głowę.

Kobieta podarowała mu wcześniej swego jedynego konia – starą szkapę po zmarłym mężu – toteż wypędzała, by już odjeżdżał i, wskazując palcem kierunek miasta Młody Kroy, krzyczała skrzeczącym głosem:

Dałam wam chabetę, niczego więcej ode mnie nie żądajcie, bo nynie niczego nie mam! Zabraliście mi już spokojność i zjedliście jarzynową, to wystarczy! Niech nikt mnie nie szuka, bo mnie tu nie zastanie! Tak, wynoszę się stąd! Żegnam! Młody Kroy jest tam!

Jaką jarzynową, nawet jej nie tknąłem! – pomyślał Level.

Część wieśniaków tymczasem knuła już po cichu, dogadując się, co powinni czynić. Level zatem orzekł, że musi się śpieszyć. Zwrócił się więc chyżo do odejścia.

Wciąż nie dawał wiary w to, co go przed chwilą spotkało. Jalisa była taka miła… ale zaraz, jak rozpoznała w dziewczynie córkę króla, zlękła się i głęboko zawahała, rozważając, co czynić dalej, bezinteresowne poczucie obowiązku do ratowania życia gubiąc zaś gdzieś bez śladu. Na Levela tymczasem spoglądała odtąd z ukosa. Nie musiał czekać na żadne pytanie – od razu sprostował jej myśli, przekonując, że nie on jej to zrobił. Jalisa zdawała się dowierzać, lecz nie wiele to poprawiło. Zaczęła spacerować niespokojnie po izbie, zastanawiając się, jak wiele łask od samego króla może przysporzyć sobie dzisiejszego dnia – na głos myśląc z kolei, co to może się jej przytrafić, jeśli Nektali stałaby się jeszcze większa krzywda przy jej opiece. To nienawistne szaleństwo, w jakim się ostatecznie znalazła, ogarnęło ją natomiast nieco później. Niecierpliwie badając tętno poszkodowanej, jej oddech i zaglądając pod jej powieki, doznała przerażenia – tak nagłego, że pomieszało jej zmysły. Wrzasku jej odtąd i oskarżeń nie było bowiem końca.

Jalisa kazała jechać niecałą mile na wschód – pod mury Kroy’u. Jak się wszelako okazało, sama osada – niesamowicie ciasna i przeludniona… cuchnąca poza tym i pałająca zaduchem – mierzyła ponad dwie mile długości, a mury miasta Kroy oddzielały odeń jeszcze całe trzy następne, prowadzące po osamotnionym wydeptanym dukcie pociągniętym przez jałową równinę.

 

Słońce grzało przyjemnie, przyprawiając człowieka o błogą lekkość. Leniwe obłoki nad niebem Młodego Kroy’u gościły pod sobą szybujące parady bujnego ptactwa, bardzo licznego i miło rozgadanego. Naprawdę miło. Dzień stawał się po prostu piękny. Trudno było to jednak zanotować w sytuacji, w jakiej znajdował się wówczas Level.

Wielomilowy zachodni mur Młodego Kroy’u był jasnozłocisty, ogromny na pięćdziesiąt łokci i lekko nachylony do wewnątrz. Prawdziwy kolos; monstrum – pomyślał Level. I zupełnie znajomy – dodał z krzywym uśmiechem, a potem ciężkim westchnieniem, zbyt zmęczony, by się dziwić. Daleko za murem jaśniały dwie gigantyczne wieże z nieustannie bijącymi dzwonami. Wejścia do miasta broniła potężna drewniana brama o dziwacznym układzie – zamykała się już przed osiągnięciem linii prostej, tworząc dość niewielki, acz znaczący, rozwarty kąt między swymi dwoma skrzydłami, i krzyżując przy tym umyślnie wystające, poziome belki potężnych rozmiarów, którymi były w istocie chyba sprawnie obrobione pnie sekwoi w całości. Sprawiało to chyba, iż dużo ciężej byłoby wywarzyć tak zaprojektowane grodzie – zgadł siwowłosy mężczyzna imieniem Level.

Przed bramą – jak i nad nią – stali wartownicy. Wszyscy lekko uzbrojeni, z halabardami i krótkimi mieczami w pochwach. Wartowniczy nawyk stawiał część na baczność… ale nie wszystkich.

Stać! wykrzyczał już z daleka jeden z nich, występując do przodu z podniesioną dłonią. Jego reakcja od razu wydała się Levelowi nadpobudliwa. Stać tam! Stać, mówię! Ani piędzi dalej! Czego tu z rana? Wynocha stąd, włóczęgo, już! Bramy otwiera się dopiero w południe, głowa boli, czy jak?! Wiecie, koleżko, że za zjawienie się przy murach Kroy’u przed…

Przywożę ciężko ranną kobietę przekrzyczał go chrypliwie Level. Potrzebuje pomocy.

To nie nasza sprawa! wygłosił protekcjonalnie inny żołnierz, opierający się o drewnianą bramę. Utrapienie z wami… Z ranami do medyków, nie pod miecze straży, zrozumiano?!

Pierwszy z żołnierzy przeganiał Levela ręką jak kruka od ogródka, już zaczynając kolejne urągliwe zdanie, gdy Level stanowczo się wtrącił.

To córka króla, na Boga! oznajmił, a strażnicy dębieli powoli na te słowa. Jej stan stale się pogarsza. Przywożę ją aż z Ziem Owdowiałych. Nie może czekać. Musicie nas wpuścić!

Dobry Boże przeraził się ten sam zbrojny, który przed chwilą tak uparcie go przeganiał.

Co on wybełkotał? zapytał inny przy bramie.

Otwierać wrota nakazał pod nosem drugi, ten, który opierał się wcześniej beztrosko; teraz wszelako prostował się, przejęty. Po czym powtórzył w głos: Otwierać wrota! Jej Wysokość Nektala została odnaleziona! Na co czekacie, natychmiast otwierać wrota!

Podczas gdy brama otwierała się ociężale, strażnicy ściągnęli Nektalę z konia. Zanieśli ją na drugą stronę murów, gdzie przygotowywano już dlań rydwan. Reszta żołnierzy od razu okrążyła Levela. Jeden z nich, wyróżniający się od reszty postawnych strażników krępy wąsacz, jawnie chwytając za uchwyt miecza, bezbarwnie nakazał mu zejść z wierzchowca. Level wykonał polecenie i uniósł pokojowo ręce, trafnie wyczuwając zamiary mężczyzn.

Proszę… to nie będzie potrzebne zdążył zapewnić, kiedy najbliższy z osaczających go pierścieniem żołnierzy bez ostrzeżenia nabił mu guza na czole gałką u rękojeści oręża.

Reszta żołnierzy napadła zamroczonego, okopała go i obezwładniła, krępując z tyłu ręce i grożąc śmiercią od miecza, podczas gdy Level, nie próbując się bronić, stale zapewniał, że jest nastawiony pokojowo. Gwardziści klęli na niego i sypali oskarżeniami oraz obietnicami, co to mu niedługo uczynią, jednak Level nie rozumiał już ani jednego z ich słów.

Gdy nastała przerwa w tym katowaniu, odkaszlnął zbierającą się w ustach juchą i wyrzęził przez grymas boleści:

Mosefun… No… Otrzymał kopniaka w skroń, aż zagwizdało mu w uszach, i puścił się przytomności.

 

 

* * *

 

 

Odkąd ocknął się na wozie, nie odezwał się już ani słowem – zmęczenie oraz słowa jednego z żołnierzy, dające mu jasno do zrozumienia, że z momentem przybycia uzbrojonym do Młodego Kroy’u z ciężko ranną księżną Nektalą, został on oskarżony o napaść na królewską rodzinę, zamknęło mu usta na dobre. Guz na czole pulsował i swędział. Krwotok ze złamanego nosa ustąpił zadziwiająco szybko. Podarowano mu szmatę, żeby „doprowadził się do porządku”… nim się go wychłosta.

Pojazd podskakiwał i kwilił kołami, posuwając się powoli do przodu po kocich łbach jednej z tysięcy kolorowych dróg Kroy’u, zwanego „Młodym”. Niewiarygodne piękno najbogatszego miasta Kyremy Detinu, które natychmiast ujęło sobą Levela, zawierało się nie tylko w zadziwiającym, niepokojącym wręcz budownictwie, ale też w samym obliczu zamieszkałych tam społeczności – zawsze zamożnych i dostojnych. Stroje wierzchnie zarówno kobiet, jak i mężczyzn, porażały liczną biżuterią, łyskały kolorami i kosztownym materiałem, co w każdym przypadku podkreślało stan wysokiej majętności – bowiem „bieda” w Kroy’u po prostu nie kwitła; nie mogła. Rdzenną populacją miasta była elita kupiecka, szlachta i wysocy urzędnicy, do południa zatem nie dało się dostrzec ani pojedynczego przedstawiciela niższych sfer, nie licząc tak zwanych służb miejskich. Tłumy, zajęte rutyną rozpoczęcia nowego dnia, kroczyły z dumą i nierzadko próżnością, przecinały miasto pieszo bądź w połyskujących perłową barwą dorożkach. Wyjątkowo pokaźne w rozmiarach budynki bez wyjątku były stawiane z jasnej cegły i wznoszone w jednolitym, finezyjnym stylu oraz kompozycji. Jasne ściany zmyślnie rozstawionych kamienic – choćby w małym stopniu, ale zawsze – zdobiły zatem rozmaite freski, jeśli nie reliefy, ubierając je w sztuczne białe kwiecie; wszystkie dachy o jednej pochyłości pokrywały czerwone drobne dachówki, a każde podwoje robione były z dystyngowanego, mahoniowego drewna. Niezliczone zieleńce, pewnie z niemałym trudem utrzymywane w panujących warunkach owych krain, wysadzały obie strony głównego gościńca, bogato skomponowane.

Dalsze dystrykty miasta prezentowały jeszcze bardziej niesamowite szczegóły Kyremańskiej architektury i ktoś odwiedzający te dzielnice Kroy’u po raz pierwszy przeżyłby oszołomienie i zachwyt – jednak Level powitał je bez szczególnych emocji. Budowle mieszkalne pięły się w górę na wyżej niż dwie setki stóp, proporcją upodabniając się tym samym do baszt. Ich kanciaste cienie, padające na zapełnione ruchem szerokie drogi nie miały się jednak niczym do cieni dwóch dzwonnic w samym sercu Młodego Kroy’u.

Mijając jedną z większych fontann, w które Kroy usiany był w nielichej liczbie, Level zwrócił uwagę na bawiące się przy nich dzieci. Dostrzegł, że przyglądają mu się natrętnie; niektóre z powagą, a może nawet czymś w rodzaju smutku, współczucia; inne zaś – starsze – z widoczną pogardą i obrzydzeniem. Widząc, że wieziony jest w eskorcie żołnierzy króla, z góry założyły, że jest przestępcą zasługującym na rychłą, należytą karę. Być może i nie miały pojęcia, co dokładnie przydarza się takim jak on, ale doskonale wiedziały, że ci już nigdy nie wracają; oraz że nikt o nich później nie pamięta.

Strażnicy wiedli go przez pół miasta, mieszczące się w długości kilku dobrych mil, aż do centrum i znajdującego się tam kolosalnego pałacu o okrągłym zadaszeniu. Stąd widać było, że dwie białe wieże dzwonowe czekały już bardzo niedaleko na wschód. Zaprowadzono go w końcu przed oblicze samego suwerena Kyremy, Larchanda, i rzucono na kolana przed wielkimi schodami zalanymi ciepłem słońca, na których szczycie wystawiono tron, otoczony całym oddziałem gwardzistów oraz dwiema służącymi, posyłającymi monarsze chłodzące powiewy z wachlarzy z jakichś kolorowych piór. Na płowym placu przed siedzibą króla zatrzymywali się również co ciekawsi obywatele miasta, którzy przyglądali się osądom swego władcy – to, że przysługiwała im za to zapłata, zawarta w odliczeniu od podatku zatwierdzonej kwoty (zależnej dokładnie od kilku warunków) nie czyniło specjalnie wielkich różnic w ich zaciekawieniu.

Kyrema Detinu była jednym z trzech mocarstw Ziem Po Północnej Stronie Goby – jednocześnie uważanym za największy – i sama, od dawien dawna, uważała się za mocarstwo wybrane przez Boga i Harmonię. Dynastie dźwigające koronę Kyremy od wieków podlegały nie tylko woli Tyrdamu – stolicy religii Oramun, panującej w Kyremie – za czym stoi także zdanie Świętego Muranu, ale musiały również liczyć się ze słowem Zakonu Ahtanaram, mającego siedzibę właśnie w stolicy Kyremy Detinu – w Młodym Kroy’u. Obecny rządzący Narodem Dzwonów wszelako nieprawnie zamykał w swej osobie władzę absolutną i nieograniczoną… stawiając się ponad prawem, a raczej – stając się nim.

 

Brutalnym kopnięciem zmuszono siwowłosego do pokłonu na kolanach.

Level spuścił głowę i odsapnął.

Monarcha siedział nieporuszony na swym pięknym siedzisku, obleczonym w złoto i drogocenne kamienie, jak na właściciela tak wspaniałego miasta przystało, i początkowo w ogóle nie patrzył na Levela. Był młodym, przystojnym mężczyzną o pofalowanych włosach do ramion, koloru ciemnych pomarańczy. Skórę miał bladą, jakby całe dnie spędzał w cieniu swych bogatych komnat, choć w rzeczywistości było zupełnie odwrotnie – ostatnimi czasy bowiem coraz częściej zdarzało mu się „organizować” takie „podwórkowe spotkania z przestępcami”. Level dostrzegł w królewskiej świcie skrybę, który spisywał gorliwie każde słowo, jakie wychodziło z monarszych ust. Po prawicy króla zaś, zdecydowanie bliżej, niż wszyscy pozostali otaczający jego postać gwardziści, tkwił wysoki oficer z założonymi na piersi rękoma; w pełnym uzbrojeniu i hełmie o czarnym grzebieniu. Nie był wiele starszy… a raczej nie wyglądał na wiele starszego… ani też mniej przystojny od króla. Przyglądał się z powagą Levelowi, podczas gdy jego pan na razie nie zwracał nań uwagi, zajęty czymś – a dokładniej kimś – innym.

Tuż obok Levela klęczał bowiem kolejny winowajca. Był bardzo chudy, wręcz kościsty; na jego odzienie składały się zmięta koszula i podarte spodnie, a także stary, poszarpany płaszcz, wcale podobny do tego, który miał na sobie teraz Level. Twarz jego okręcona była grubym sznurem żeglarskim, tak, że odsłaniała jedynie małe, diaboliczne oczy – i tak ledwie widoczne spod zniszczonych, trupiobladych ruin włosów, spływających mu zaledwie za uszy. Sznury zwisały także z jego nadgarstków i nóg – tu od kolan i pięt – oraz ściśle owiniętego nimi tułowia. Na szyi nosił on pętle z szubienicy i wyglądało to tak, jakby przed chwilą się zeń zerwał. Dodatkowo skrępowane ręce i kostki nóg przez strażników sprawiały, iż owa postać wyglądała jak jednen, spróchniały, chudy przymorski pień czarnej topoli, o którą zacumowało zbyt wiele statków naraz.

Wyglądało na to, że Larchand zajmował się nim już od jakiegoś czasu. Zarzucano mu próbę zamachu na króla, lecz skazaniec nie był zbyt rozmowny; lekceważył przesłuchania monarchy – choć, jak wynikało ze słów Larchanda, dawano mu szansę, której nie otrzymali „jego poprzednicy”.

…Niechaj więc tak będzie! padły stalowe słowa z ust siedzącego na tronie. Jeśliś nie skłonny mówić przede mną, kto cię przysłał i dlaczego, kat rozwiąże ci język. Zostaniesz poddany torturom, które połamią ci tą nieśmiałość. Jutro, jeżeli nadal nie dostrzegę w twojej postawie skruszenia… każę pozbawić cię życia wycedził lodowato. Nie spuszczając wzroku z więźnia, przekazał swoim ludziom: Niechaj kat odrąbie mu tedy wszystkie członki ciała, zadając razy toporem w każdym miejscu, gdzie nie są one niczym obwiązane. Nie uczynimy z twej śmierci widowiska, a twoje gnaty oczyszczą z mięsa miejskie psy zakończył, zwracając się do związanej postaci.

Jako że skazaniec przez cały czas zwieszał luźno głowę, jeden z żołnierzy zadarł mu ją do góry, chwytając go za włosy. Niczego jednak przez to nie uzyskał… jeśli nie liczyć żałosnego pukla kłaków z głowy skazańca, spaczonych do postaci pajęczyny.

Najjaśniejszy panie wtrącił z namaszczeniem żołnierz zza pleców Levela, chyląc uniżenie czoło. Larchand skinął nań głową, przyzwalając, by mówił. Żołnierz jednak nie powiedział nic więcej, a jedynie wskazał gestem ręki klęczącego, usuwając się w tył w swym przesadnym pokłonie.

Po krótkiej ciszy, Level usłyszał zapytanie monarchy:

Ty jesteś tym, który zjawił się dziś rano u wrót miasta, z córką moją i krwią na dłoniach?

Ten sam żołnierz zgiął się ponownie, w jeszcze głębszym pokłonie niż przedtem, i złożył potwierdzenie za Levela:

On to właśnie stawił się dziś przed murami Kroyu z córką Waszej Wysokości, księżną Nektalą, od dawna zaginioną, a jego ręce, i nie tylko, skalane były posoką.

Level nie bardzo słuchał, ale oczywiście wiedział, że o nim mówiono. Był zmęczony. Klęczał bez słów, w szpakowatym płaszczu przełożonym na drugą stronę, gdzie rdzawy ślad plamy krwi byłego właściciela był krzykliwie widoczny. Zwieszając nieco głowę, czekał, aż łaskawie pozwoli mu się zabrać głos.

Czuł na sobie dwa ciężkie spojrzenia – jedno cięższe od drugiego. Nie odpowiedział jednak na spojrzenie Larchanda, a zamiast tego popatrzył na klęczącego obok skazanego na tortury. Dziwny człowiek przez cały czas wlepiał weń swój upiornie mętny wzrok szklistych jak u nieboszczyka oczu… z których bił niespotykany obłęd – obie wytrzeszczone szare gałki poruszały się obsesyjnie, badając każdy szczegół na twarzy Levela. Level nie potrafił przyglądać im się dłużej niż chwilę, więc zaczął podziwiać dwie gigantyczne wieże dzwonowe, na których tle owy skazaniec się znalazł. Nisko osadzone słońce z trudem przedzierało promienie przez te niesamowite budowle. Białe wieże z dzwonami, rosnące, zdawało się, do chmur, rzucały na ziemię tak ogromny cień, że musiał ciągnąć się on milami. I zaiste, gdyby Level nie był tak wycieńczony w czasie niedawnego mijania osady, zwróciłby uwagę, że budowle faktycznie ścielą nań, zlane w jeden, dwa czarne słupy przez całą jej długość.

Level zobaczył, jak z jednej z dzwonnic odlatuje stadko gołębi. Bynajmniej nie z powodu gongów. Ktoś, lub coś, wspinało się po białych murach wieży i wystraszyło je. Jakaś czarna postać, gryząca się z kolorem wieży, wyciągnęła jeszcze czarniejszy, lancetowaty przyrząd, zaczynając skrobać i czyścić jej ściany.

 

 

Mały Tif biegał między targowiskami i machał swoim drewnianym dzwonkiem, imitując jednocześnie ustami, że wydaje on odpowiedni dla tych instrumentów dźwięk. Dzwonek nie potrafił jednak więcej niż klekotać. Tifowi wcale to nie przeszkadzało. Zawsze pragnął posiadać prawdziwy dzwoneczek, ale teraz, kiedy w końcu otrzymał takowy od ciotki, i tak wolał bawić się swoim starym – drewnianym. Inne dzieciaki, widząc go i to, co wyprawia, zaczęły się z niego śmiać. Oni też mu nie przeszkadzali. Przyzwyczaił się, że dzieci z Kroy’u często są niemiłe i wyniosłe dla takich jak on. Na nic nie zwracał uwagi, tylko latał radośnie po rynku i szczęśliwy z nowego dzwonka – bawił się starym.

Wybiegł na Dziedziniec Dzwonów, zostawiając za sobą ścisk i gwar przekupnych wołań, a wkraczając za to w nieopisaną ciszę, właściwą jedynie temu niezwykłemu, jedynemu takiemu miejscu na ziemi, gdzie cisza i spokój zawierały się w donośnym graniu pary Dzwonów. Rozpierany radością chłopiec zatrzymał się na ułamek chwili przed widokiem szarańczy wcale nie milczących, a jednak nie podnoszących specjalnie donośnego szumu ludzi i wyszczerzył zęby w rozkosznym uśmiechu, zaraz puszczając się między nich skocznym biegiem. Błyszczący Dziedziniec Dzwonów, wybrukowany przeczystym białym marmurem, był tak rozległy, że nie tylko mały chłopiec, ale nawet dorośli mieliby sporą szansę się w nim zgubić. Tif jednak nie obawiał się tego ani trochę. Kiedy zbliżył się wystarczająco do wieży Daaru, usiadł przy jednej z fontann, których dziedziniec miał w posiadaniu całe dziesiątki. Odpoczywając, przyglądał się boskim budowlom. Tym budowlom, które fascynowały go tak, jak nic na tym świecie. Z upływem lat robiły na nim coraz większe wrażenie. Nigdy nie zapomni, kiedy po raz pierwszy zobaczył Dzwony z bliska i dotknął ich wież. Od tego czasu wiedział, co chce w życiu robić – chce wstąpić do legendarnego Muranu, o którym już wtedy tyle słyszał, i stać na straży Dzwonów Życia; bronić ich imienia i przysłużyć się ich chwale. Teraz, gdy skończył sześć lat, nie wyrósłszy ponad dwa i pół łokcia, ani trochę nie przestawał wątpić w spełnienie tego marzenia. Mimo iż wiedział, że nie jest Ddongiem – istotą zrodzoną z natchnionej przez Daar Ziemi, jak wytłumaczyła mu Kaza, jego mama – a zwykłym człowiekiem, i że już samo to w zupełności zaprzepaszcza wszelkie szanse na wstąpienie do Muranu, i tak twierdził, że jakoś mu się uda. Nikt przecież nie kochał Jasnych Dzwonów bardziej od niego. Uczucie to było tak czyste i szczere, że czasem wprost niejasne i zagadkowe dla samego chłopca. Może wzięło się po części z powodu tego, że przychodzi tu z mamą do swojej bogatej rodziny, u której może się najeść do syta? – szukał odpowiedzi. Na te kilka dni odwiedzin u cioci Elony zostawiał przecież za sobą całą nędzę, w jakiej zwykł żyć. Może to tylko te okoliczności sprawiały, że tak lubił to miasto i przy tym jego Dzwony? Ale przecież poza tym wszystkim jego wuj był dla niego zimny i niesympatyczny. To on podsuwał mu do głowy takie wyjaśnienia, co najmniej go tym obrażając. Mówił poza tym, że Tif jest małym Furgarem, który tylko biega i skrzeczy na podobieństwo Dzwonów Raah i Haar, i że kiedyś go tym wykończy. Ale Tif był po prostu wniebowzięty, że może odwiedzić swoją kochaną ciocię, Elonę… a przy tym cieszyć się wygodami Kroy’skiego miasta, czego nie miał na co dzień, owszem. A kiedy Tifa ogarniała wesołość, zawsze chwytał za swój dzwonek – swą ukochaną zabawkę.

Co do przezwiska Furgar – Tif dowiedział się o jego znaczeniu od ciotki Elony. Odparła mu tylko, że Furgary to złe i brzydkie potwory, żyjące dawno temu i daleko stąd oraz że gdyby Furgary naprawdę przypominały Tifa, ludzie trzymaliby je w swoich skarbcach. O tym, że przekłady dawnych dziejów, a dokładniej Czasów Ciszy, głosiły, iż Furgary to Ddongi Ahrów, istoty zrodzone z Gongów Nienawiści i Śmierci, które stały się ostateczną bronią Lammaesa przeciw rodzajowi ludzkiemu w Bitwie Trzech Ech, bitwie pod Gobą, Elona już nie wspomniała… a i nawet nie miała o tym ostatnim szczególnej wiedzy.

Dziś, na jego szóste urodziny, ciotka podarowała mu prawdziwy dzwonek – z brązu. Wuj Trumt nie był zadowolony. Malec od razu wybiegł na dwór i pohałasował nim trochę, po czym przerzucił się na swój stary, ukochany dzwoneczek, otrzymany niegdyś od taty. Ojciec wystrugał go, kiedy matka Tifa rodziła, a on czekał przed namiotem lekarza i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Tif nie miał żadnych wiadomości o tym, gdzie znajduje się teraz jego tata, za to matka powiedziała mu kiedyś, że nigdy go nie zobaczy. Szkoda.

Masy ludzi przewijały się przed wzrokiem Tifa i większość nie zwracała już na Dzwony żadnej uwagi. Tif nie mógł tego zrozumieć. Były przecież takie piękne, tak niebotyczne, doskonałe!…

…nikt nie zdołał zmierzyć wysokości żadnej z Boskich Wież i wciąż pozostaje ona zagadką. Do chłopca dotarły zagorzałe słowa przewodnika grupki turystów. Zakon Ahtanaram, zapewniający, że sięgają one chmur, wspomniał też niegdyś, iż wyrastają z Niebios, wpijając się szczytami w ziemię… odwrotnie, niż zakładamy my, śmiertelnicy.

Aprobatą tłumu był cichy szmer.

Tif zakrztusił się swoim krótkim śmiechem. Nie wiedział na pewno, czy wieże nie sięgają chmur, ale słusznie czuł, że nie. Białe Siostry były potwornie wysokie i żadne ludzkie ręce nie potrafiłyby postawić nic równie ogromnego – wszelako chłopiec nie zdawał sobie sprawy, że nieraz próbowały… i próbują… daleko, daleko stąd – ale z pewnością postawiono je na ziemi, nie na niebie. Ich szczyty nie zawsze niknął w jakiejś chmurce i czasem po prostu widać ich mętne szczyty.

Podobno jeden z pierwszych Kyremaninów chciał to sprawdzić i rozpoczął wspinaczkę po Raadzie nadmienił przewodnik. Było to jakieś dwa tysiące lat temu… to znaczy, tak twierdzi mit. Oczywiście śmiałek nie powrócił jeszcze ze wspinaczki.

Hy parsknął czymś na kształt śmiechu jeden z turystów, nie powstrzymując się od uwagi: Zatem można rozumieć, że jeszcze się wspina, he he he! Przez tyle lat! Ha hah! Wydało mu się to niesłychanie śmieszne.

Niekoniecznie odezwał się ktoś inny bo może śmiałek już wraca. Hee… he HE! Wyobraźcie sobie, jak nadal jeszcze schodzi. Przez tyle lat! Ha ha ha!

Albo też miał pecha, potknął się… i jeszcze spada!… Przez tyle lat! HA HA HA!!! doprawił kolejny zwiedzający.

Oprowadzający turystów, młody mężczyzna wyraźnie pożałował, że wspomniał o legendzie o wspinaczu… która była w istocie jednym z wielu wymysłów ludzi jego fachu – niczym więcej.

Chłopiec przyjrzał się dokładniej białym wieżom i dostrzegł wspinającego się po Daarze Mnicha. Nigdy nie lubił Zakonu Ahtanaram – bał się jego członków. Byli tacy… zamknięci, cisi… tajemniczy… Inni. Nie ufał im.

W pewnej chwili zakonnik chyba stracił równowagę, gdyż puścił się wieży.

Ciało Tifa drgnęło niekontrolowanie…

Mnich spadał z wysokości połowy mili, a kiedy uderzył w grunt, obok rozstępujących się, krzyczących w zaskoczeniu ludzi i zrywających się do lotu setek gołębi właśnie przezeń karmionych, została po nim tylko pusta szata. Niektórzy ludzie podeszli doń, powoli i ostrożnie, obserwując, czy się poruszy. Nieoczekiwanie, habit wypełnił się na powrót, wstał i pognał w stronę Katedry Ahtanaram, powodując jeszcze większe zamieszanie.

…Tif zaśmiał się w głos.

 

 

Ci Mnisi są pomyleni warknął Nowubis, głośno, acz w rzeczywistości sam do siebie, nie do swojej szesnastoletniej wnuczki Salnin, idącej obok niego.

Dziadku!?… przeszło przez uśmiechnięte usta dziewczyny, tak jakby jej dziadek pierwszy raz się tak o kimś wyraził.

Po jakie klątwy oni czyszczą te wieże? Przecież żaden gołąb nie odważyłby się ich splamić. Zostałby za to chyba natychmiast skazany na ścięcie!

Salnin wybuchła perlistym śmiechem i uściskała starego mężczyznę. Miała bardzo sympatyczny, niski chichot; szczery i zajmujący. Chociaż w pewnym względzie była nadal jeszcze dzieckiem, jej kobiecość w pełni już rozkwitła. Żaden mężczyzna nie mógłby przejść obok niej obojętnie, za to każdy przyznałby, że jest zjawiskowo piękna. I jeszcze ten śmiech…

Ucałowała dziadka w łyse czoło i powiedziała słodko:

Jesteś uroczy, gdy się tak złościsz.

A ty niemądra! Nie podchodzi się do Mnicha, nawet jeśli wygląda na poszkodowanego.

Chciałam tylko zobaczyć…

Zobaczysz, jak cię spiorę następnym razem.

Salnin ponownie się zaśmiała i szturchnęła Nowubisa, którego usta, okolone wąsko siwymi wąsami łączącymi się z krótką brodą, nadal pozostawały srogie i niezadowolone – za to oczy i dusza uśmiechały się czule.

Starzec o lasce i jego wnuczka spacerowali pod rękę po wielkim Dziedzińcu Dzwonów, rozmawiając o tym i owym.

 

 

Tif siedział jak wcześniej i zaczynał powoli nudzić się samotnością. Rozejrzał się dookoła, by odnaleźć stragany, którymi tu dotarł. Tych było jednak bardzo dużo – otaczały cały Dziedziniec Dzwonów. Handel w Kroy’u odbywał się jak najbliżej Jasnych Dźwięków. Tif usłyszał, że kupcy posługiwali się zapewnieniem, iż im bliżej Świętych Dzwonów Dobra, tym towar jest lepszy i świeższy – tak przynajmniej wyłożył turystom młody przewodnik.

Może „świętszy”? – zaśmiał się w duchu chłopiec… co, trzeba przyznać, było dość dojrzałą ironią jak na sześciolatka.

Trudno. Posiedzi tu jeszcze chwilę, a potem poprosi jednego z przechodniów, by wskazał mu kierunek domu Trumta i Elony. Na szczęście dla Tifa, nikt z obywateli Kroy’u nie powinien mieć z tym trudności – Elona była żoną wysokiego poborcy skarbowego i mieszkała z nim o zaledwie krok od Pałacu.

Chłopiec nie zwracał już, jak niegdyś, uwagi na miriady ptaków, oblegające ściany wież dzwonowych i drugie tyle szybujące wokół nich na różnych wysokościach, a także spacerujące po jego znacznej części, obok ludzi, co mimo wszystko wciąż było pięknym zjawiskiem i zapewniało zachwycający widok. Dzwony, zwłaszcza gdy znajdowały się tak blisko, przesłaniały po prostu wszystko inne. Teraz niemniej wzrok Tifa przykuł nagle pewien cień sunący między chmurami, jeszcze dalekie mile od miasta, acz zawrotnie się zbliżający. Nadciągał z południa i okazał się Tifowi dobrze znany.

Bestor! uradował się chłopiec. Skrzydlaty strażnik Dzwonów był kolejną rzeczą, którą Tif uwielbiał w Kroy’u.

 

 

To znaleziono przy nim powiedział żołnierz basowym głosem, rzucając klingę Levela na schody. Stal zabrzęczała i zalśniła krwią, jeszcze świeżą w miejscu, za które Level chwytał.

Młody władca pouczył Levela bezbarwnym tonem.

Zakazane jest wchodzić do Kroy’u uzbrojonym. Każdemu za to przysługuje dziesięć batów i noc bez pożywienia w rynsztoku. Pochylił się na swym tronie do przodu, mrużąc oczy, i przystąpił chłodno do rzeczy: To ty okaleczyłeś moje dziecko, tchórzu? Nie wiem, z jakich demonicznych dołów wykopałeś sztuczkę przeciw mojej córce, że jej wargi zgasły i wystygły, a w oczy wdarła się i rozmyła maść nocy…

„Maść nocy”? – powtórzył w myślach Level. A więc dlatego Jalisa się tak przeraziła, gdy zajrzała pod powieki Nektali…

…Wiedz jednak kontynuował król wściekle, ale i z większym już opanowaniem, kładąc plecy z powrotem na oparcie tronu że jest ona teraz w siedzibie mojego nadwornego lekarza i adepta sztuki Słowa, Mosefuna, który bez problemu rozgoni ten cień i przywróci w niej światło. Ty zaś zostaniesz skazany, oto co cię czeka. Twój podły czyn nie zabrania ci się jednak bronić powiedział, posyłając spojrzenie „widowni”, która natychmiast mu się pokłoniła. Król zmarszczył brwii i podjął dalej dopiero po chwili: Skoro miałeś odwagę i czelność zjawiać się tu tak nagle mimo swego występku i kary, którą ci obiecuję, że otrzymasz, musisz być albo bezrozumny, albo szalenie wierny komuś, kto jeszcze bardziej mnie nienawidzi, niż ty… lub, najwidoczniej, kto straszniejszy ci jest ode mnie. Takim, których zawiódł rozum i stanęli przeciw prawu, szybko pozbawiamy zbędnego balastu, jednak ty chyba nie możesz na to liczyć, przykro mi, nawet jeśliś głupi jak osioł. Ale ty nie jesteś głupi jak osioł czy ogon osła, prawda? Nie, ty jesteś wierny, wierny jak… zatrzymał następne słowo, jak się okazało: by dokończyć z uśmiechem, który towarzyszy dobremu żartowi …wierne zwierzę. Postaraj się być więc też zwierzęciem posłusznym i wyjaw mi łaskawie, kim jesteś i na czyje polecenie ważyłeś się napaść na spokój mojej rodziny, brudny pokrzywieńcu?! syknął wściekle przez zaciśnięte zęby.

Przez chwilę Level umyślnie przeciągał daną mu we władanie ciszę. Stojący za nim zbrojny szturchnął go butem, ale Level uparcie odczekał jeszcze parę sekund.

Najchętniej splunąłby na pałacowe schody i odszedł bez słów, gdyż cała ta absurdalna sytuacja, w której ewidentnie stawiano go w roli wroga rodziny królewskiej, tak właśnie na niego zadziałała. Czuł znużenie ciągłym borykaniem się z co rusz większymi problemami, które wcale mu się nie należały.

Ukoronowany mężu odezwał się nareszcie, markotnie, boć strudzony Molarius przynosi ci wiadomość wielkiej wagi, jak sam mówił. Jego zdaniem zależy od niej życie wielu ludzi, a nawet los całej ziemi, jak to ujął. Level winien był Molariusowi tą niewielka przysługę, więc zaczął od razu od niej. Ponieważ wcale go jednak nie interesowała, wspominał o niej bardzo obojętnym tonem. Przekazał mi ją w prośbie dostarczenia ci jej pilnie. Mam ją w lewej kieszeni płaszcza zakończył.

Powrót przeciągającej się ciszy zdawał się zaciskać niewidzialną pętle wokół szyi monarchy – oczy Larchanda wyraziły zaskoczenie, a ruch jego klatki piersiowej zatrzymał się na wdechu.

Molarius?… A więc to ten pustynny włóczęga cię tu przysyła rzucił, nieco mniej już rozgniewany, a niechybnie zdziwiony.

Przysyła mnie ciężki stan Nektali. Jechałem tu aż z Ziem Owdowiałych, by znaleźć dla niej pomoc. Nie ja ją tak pokrzywdziłem… W tym miejscu wypowiedź Levela wyraźnie zazgrzytała. Po chwili wszelako wybrnął z tego następującymi słowami: Molarius kazał mi pytać właśnie o Mosefuna, bądź niejakiego Nowubisa, uzdrowiciela z Apporue, gdyż podobno są to jedyni ludzie, którzy mogą jej teraz pomóc. Twa córka… Padła ofiarą istoty, która… nie pochodzi ze świata dotyku.

Tak, Level miał rację, i wiedział o tym. Demon, uchowany w jego brzuchu, był tworem mroku i cienia, i z nich wziął swój początek. Być może było nawet dokładnie odwrotnie, ale w to Level wolał nie wierzyć. Demon nie pochodził z tej Ziemi, ani nawet nie z tego Czasu… nie z tej Wieczności…

Jeden z gwardzistów podszedł do Larchanda i podał mu zwój papieru, zabrawszy go wcześniej od Levela. Król wyglądał niejako na odsuniętego od rzeczywistości; nie usłyszał ostatnich zdań siwowłosego winowajcy – imię „Molarius” przywołało w jego myślach wiele wspomnień.

Jeszcze osądzę, czy zasługujesz na pochwałę, czy na uduszenie. Mówiąc to, król przyjął do rąk wiadomość i zaczął wertować ją wzrokiem.

Zapanowało krótkie milczenie.

Larchand syknął coś pod nosem, po czym wstał z tronu, schodząc ze schodów, wyraźnie wzburzony. Podszedł do Levela, pochylił się, spojrzał mu prosto w oczy i podarł listowną wiadomość, rozrzucając jej strzępki wokół ud klęczącego. Zwęził powieki, potakując szybko głową, ledwie zauważalnie. Na jego ustach rysował się przeźroczysty uśmieszek.

Molarius. Pies pustyni posyła mi innego psa. A więc dorobił się już kundli na posyłki, brawo. A może znalazł sobie sukę, oszczenił ją i przysyła mi dar własnej, psiej, zatrutej krwi, bym zatruł się radością z jej spłynięcia? To by bylo urocze. Taak, siwa sierść odwraca uwagę od szczenięcej mordy. Ona z kolei przypomina pysk tej pustynnej hieny.

Twarz lodowato nastawionego Levela spowiły zaskoczenie i niezrozumienie. Milczący przez chwilę i przyglądający się mu Larchand zrozumiał coś nagle. Zmrużył oczy.

Molarius to łgarz… i zdrajca! przemówił cicho. Słowa te przeznaczone były wyłącznie dla Levela. Jedyne, czego pragnie jego zgniłe serce, to obietnicy mojej zguby i klęski. To, że się z nim bratasz, jedynie pogarsza twoją obecną sytuację. Żałuj zatem, żeś w ogóle wymówił jego imię w mojej obecności. Jeszcze przez dłuższą chwilę po tych słowach Larchand nie odkotwiczał wzroku z głębin błękitnych tęczówek nieznajomego. Zaskoczenie Levela tymczasem odbiło się weń niespodzianie w wyrazie gniewu, toteż jego spojrzenie upodobniło się mimowolnie do żywej groźby.

Opanowanie króla zostało lekko zachwiane. Zdenerwował się tą odważną i wrogą odpowiedzią obcego. W końcu zabrał się i wrócił nieprędkim krokiem na tron, zadzierając wysoko brodę. Następne słowa, chłodne jak pustynne noce, spłynęły z jego ust w sposób bardzo wyważony.

Zostaniesz stracony, siwowłosy młodzieńcze. Wina twoja jest bowiem pewna: uprowadziłeś królewskie dziecko, a potem pozbawiłeś je jasności, w próbie zgaszenia weń życia. Kara będzie ciężka i niechybna.

Level poczuł, jak mimowolnie gotuje się w nim złość. Cóż to za osąd?! – krzyczał w myślach. Najchętniej nic by nie odpowiadał, ale musiał się bronić.

Masz rozum, młody królu?… zaczął lodowato, całkiem nieprzemyślanie zdobywając się na taką obrazę, czyniąc dłuższą przerwę. Mroźny ton jego słów był dla zebranych jak cios w twarz. Minęła cała chwila, nim jeden ze stojących z tyłu, oburzonych wojowników zrugał go silnym kopnięciem w okolice prawej nerki.

Level złożył się nieznacznie z bólu i posłyszał za plecami niezwykle wyszukany ciąg przeróżnych obelg pary żołnierzy. Gdy się nań obejrzał, zobaczył w ich oczach gorejący żar szczerej żądzy okaleczenia go do nieprzytomności. Level miotał w ich stronę podobnymi odczuciami. Jego spojrzenie tymczasem zaczął skrobać nagle pewien niepokojący obiekt w dali. Jakiś wielki, czarny cień sunął po rannym niebie w stronę miasta, a zaraz za nim ciągnął kolejny, nieco mniejszy.

Wtem ciszę, jaka zapanowała wokół Levela, znienacka przerwało jakieś chytre, rosnące z czasem, dziwaczne brzmienie – to obwiązany mężczyzna zaczął się śmiać. A rechot jego był ochrypły i brudny, miejscami aż krztuszący; nasilał się co sekunda i drażnił stojących obok żołnierzy.

Stul się, ścierwo, bo zawczasu skrócę cię o kilka węzłów! skarcił go jeden ze strażników. Oparł obcas o kark skazańca, ciągnąc za linę stryczka na jego szyi.

Hhhaaa ha! zacharczał skazaniec. Słychać było, jak ścierał sobie struny głosowe, kiedy dokańczał przez śmiech: Nadciąga, młody władco. Nadciąga!… Twój koniec się przybliżył i gromy wstrząsną twoim tronem. Padnij na twarz i złóż pokłon ku Południu, bo oto starczy dni twego panowania, a twoja chwała lega w zgliszczach, jak wkrótce stanie się z kamieniem i brązem, które to są nawet nad tobą. Padnij i otwórz uszy na nadchodzącą burzę, Mocarny Słabeuszu. Zaczyna się. Już. Już… powiódł wzrokiem w górę, powoli, sugestywnie, jakby spodziewał się deszczu… albo gradu gór, który miałby go wybawić.

Licz się, padlino! wzgardził nim drugi strażnik, wymierzając mu potężnego policzka wierzchem dłoni. Szukał słów, by splugawić go jeszcze bardziej; ograniczył się jednak do splunięcia.

Nie wiedzieć zbytnio dlaczego, Levela przeszył niemiły dreszcz. Wisielcza groźba związanego, a także same jego fanatyczne przeświadczenie, że oto stanie zaraz zwycięsko nad swym ciemiężycielem – Bóg jeden wie jak – zadziałało na niego, choć trudno to było zrozumieć. Coś w słowach skazańca przekonało go, choć tylko podświadomie. Nieokreślony niepokój, prawdziwe zwątpienie przebiegające ciarkami po kręgosłupie, pobudziło go, by spodziewać się niebezpieczeństwa.

Rozejrzał się. Obejrzał z powrotem latające obiekty, mrużąc powieki. Wydało mu się nagle, że niebo pociemniało wyraźnie, choć w rzeczywistości wcale się tak nie stało. Świat spochmurniał dlań nagle, stając się jeszcze bardziej nieżyczliwym, wrogim wręcz i szarym; malunkiem z płócien jakiegoś przyszłego samobójcy; pejzażem z własnego snu o przeszłości, która przecież pomalowała Levelowi włosy kolorem strachu.

Panie… rozległ się niepewny półszept. Stojący po prawicy króla Larchanda gwardzista ściągnął brwi, przyglądając się odległym, czarnym punktom na niebie, które to zauważył Level. Poruszały się jego zdaniem bardzo dziwnie… niespokojnie. Tam, na niebie… wyciągnął rękę.

Bestor i Warra. Cóż w tym dziwnego? pomyślał zrazu król, ale nie zdążył wypowiedzieć swych myśli. Lot Strażników nie był normalny, i Larchand wnet to spostrzegł.

Na tę chwilę dziwacznie skrępowany mężczyzna nieoczekiwanie skoczył na nogi i puścił się biegiem po schodach, w stronę siedzącego na tronie. Nie wiadomo, w jaki sposób, ale udało mu się rozwiązać sobie ręce, a i jego nogi uwolniły się od więzów. Reszta sznurów zaś pozostawała na miejscu – ich właściciel musiał być do nich chyba szczerze przywiązany.

Zaskoczenie było potężne i paraliżujące.

Larchand wciąż siedział spokojnie i chyba nie zdążyłby zareagować w porę, gdyby uzbrojeni gwardziści nie zrobiliby tego za niego. Stanęli w obronie swego władcy.

Olinowany mężczyzna, w biegu po kolejnych stopniach schodów, jakby wprost z policzka wydobył jakieś niewielkie ostrze bez wyraźnego uchwytu i cisnął nim w stronę monarchy. Cios w pachwinę, o grubość paznokcia od przyrodzenia, przyjął jednak jeden ze strażników, upadając ze zdławionym wrzaskiem. Ze szczytu schodów rzuciła się na zamachowca aż szóstka żołnierzy; z tyłu puściła się ku niemu trójka – Level wiedział, że za jego plecami pozostaje już tylko jeden zbrojny.

Zamachowiec zamierzył się do ucieczki, ale zmuszony był z niej zrezygnować, toteż w drodze w dół skoczył jednemu z nadbiegających gwardzistów na barki, odbijając się z powrotem i prędko czmychając spod cięć przeciwników z wyższych stopni, którzy zdążyli się już przy nim zjawić. W niezwykle sprytny sposób umykał i odskakiwał przed ostrzami ich mieczy, zmuszając do komicznej gonitwy po schodach, w próbach ominięcia ich i uzyskania ścieżki do siedzącego na tronie.

Większość nielicznych gapiów rozbiegła się i momentalnie znikła z placu. Parę kobiet, wachlujących lica króla, również opanowało przerażenie, ale żadna nie ważyła się jeszcze nawet pomyśleć o ucieczce. Po skrybie natomiast ślad zaginął.

Zbiegające ze schodów, paroosobowe lawiny żołnierzy otoczyły w końcu pojedynczego zamachowca. Ten jednak ani myślał się poddać. Uchylał się i dawał susy na boki; kopał i drapał nawet po twarzach, dzięki swym długim, kościstym ramionom – tudzież nader rosłym pazurom. Latał tam i z powrotem, w górę i w dół, w lewo i w prawo, unikając ataków i szukając przejścia. Kiedy jedno z cięć niemal nie dopadło jego klatki, zwoje lin na ich blisko całej powierzchni zostały nacięte i pękły z trzaskiem podobnym dźwiękowi pracującego bicza, wystrzeliwując na boki – ukazując pod sobą dosłownie same żebra i skórę.

Pilnujący Levela żołnierz tymczasem dał znać o swojej obecności, przyciskając boleśnie czubek zimnej głowni do jego kręgosłupa.

Spokojnie burknął lodowato.

Tajemniczy człowiek, osaczony przez zastęp zbrojnych, wyskoczył raptem ponad ich głowy i przesadził ich z lekkością, odbijając się nogami od głowy jednego z nich, zwinniej niż kot. Wbiegając po stopniach, dzielących go jeszcze sporą liczbą od króla, wydobywał już z policzka kolejne białe narzędzie śmierci. Dopiero wówczas służące porzuciły wachlarze i rzuciły się do ucieczki do pałacu. Ci zaś, którzy pozostali przy swym monarsze, wnet zasłonili go własnym ciałem, puszczając się żwawo ku przestępcy, podobnie jak z dołu robili to pozostali – niedawno zaskakująco wykołowani.

Zaraz ruszył się z miejsca także ów wysoki dowódca w hełmie z grzebieniem, zostawiając Larchanda już tylko w towarzystwie jednego strażnika. Szedł bardzo nieśpiesznie – woląc, by w ogóle nie był ostatecznie potrzebny – i nieśpiesznie również sięgał po miecz w pochwie zawieszonej za plecy, wzdłuż kręgosłupa. Kiedy niedoszły skrytobójca w parę chwil zdołał uśmiercić rzuconymi nożykami dwójkę z nadchodzących ku niemu z góry mężczyzn i zmyślnie przecisnąć się między resztą, oficer, w jednej niespodziewanej sekundzie, wyskoczył ku niemu, z imponująco potężnego wybicia.

Mocny skos schodów pozwolił na tak widowiskowo daleki sus, że zdawało się, iż czas zwolnił tępa; w długim locie, prosto na postać owiązanej sznurami postaci, wysoki rangą żołnierz zamachiwał się nad głowę swoim ciężkim, jednosiecznym mieczem. Skazaniec na tortury, zamurowany na całą sekundę owego skoku żołnierza, w ostatniej chwili – o włos przed tym, jak wojownik ciął w jego miejsce – odskoczył w tył o cały tuzin stopni… tym samym jednak wpadając na ostrza obu wojów, których zaledwie przed chwilą zdołał wyminąć.

Para stalowych jęzorów przebiła mu łopatki, wynurzając się na długość kciuka z przodu i zatrzymując jego kościstą, zaskoczoną postać. Oficer zaś, padłszy ciężko na kamienne schody i spuściwszy silny, chybiony cios, zmuszony był przebiec parę stopni w dół, by wyhamować. W moment zbliżył się zatem do postaci niedoszłego zabójcy i właśnie na jego zapartym o dwie klingi ciele zatrzymał się ostatecznie, składając lewą stopę na jego piersi – a sprawiając przeto, że obie głownie wtopiły się w jego ciało jeszcze głębiej, gwardziści za skazańcem zaś lekko się zachwiali. Z twarzą jak połać lodu, oficer po paru sekundach wpatrywania się w trupie oczy osznurowanego odepchnął się odeń powoli, stając wyprostowanym na obu już nogach.

Skoro tylko żołnierze, którzy przebili mieczami zamachowca, puścili je zgodnie, ten legł na kolana. Powiódł szklistym wzrokiem ku ranom na swej piersi, a potem odwrócił się, spoglądając na tych, którzy mu to uczynili. Po krótkiej wymianie spojrzeń wybuchł tak brudnym i obraźliwym rechotem, że wojownik z grzywą na hełmie bez zastanowienia wykonał wyrok śmierci.

Odrąbana osznurowana głowa, przetaczając się na dno schodów, zdawała nadal nie przestawać się śmiać. Żołnierze odprowadzali ją wzrokiem i schodzili jej z drogi, plując nań; jeden z nich dodał jej prędkości kopnięciem. Level popatrzył nań z mieszanymi uczuciami, gdy padła w końcu tuż przed nim, ponownie wlepiając w niego wzrok – nie zmieniony ani o krztynę; upiorny, martwy wzrok sino-mlecznych białek. Siwowłosy, jakby z pożałowaniem, przymknął powieki i odwrócił twarz.

Coś jest nie tak odezwał się ponownie strażnik u boku Larchanda. On jako jedyny nie ruszył się z pomocą do pokonania zamachowca i ślepy był na to. Stał za to w miejscu, nie spuszczając wzroku z błękitnego nieba. Bestor…

Dlaczego one lecą tak nierówno?! wtrącił Larchand, zapominając jakby o niedawnej próbie zamachu.

One… Nie mam pojęcia stwierdził niepewnie gwardzista, przymrużając oczy. To nie jest normalne… Ktoś jakby… ktoś… na nich stoi?

Przyśpieszony oddech Levela ścigał się z jego myślami. Nie miał zamiaru pozwalać na ścięcie sobie głowy za czyn, któremu wcale nie był winien. Postanowiwszy skorzystać z zamieszania i spróbować wydostać się z tej obłędnej sytuacji, aż zdziwił się swoją stanowczością i brakiem zwłoki. Przeniósł ciężar ciała na lewe kolano i jednocześnie cofnął ukradkiem prawe…

Otworzył oczy, nie patrząc już jednak na odrąbaną głowę przed sobą.

Wyprostował szybko plecy, napierając nimi na klingę, która go kłuła, po czym skręcił tułowiem, prawym łokciem trącając klingę – wprowadzając ją tedy między lewe ramię, a lewy bok pleców. Równocześnie z tą chwilą przekładał już dłoń lewicy nad klingę, aby móc przeciąć więzy na nadgarstkach szybkim ruchem w dół, skoro tylko sztych zaprze się o bruk. Wykonując swój plan w mgnienie od razu pochwycił ostrze w dłoń i szarpnął nim do przodu, ze spodziewaną łatwością przyciągając również jego wytrąconego z równowagi właściciela, którego złoił łokciem po zębach – odsyłając go do tyłu, tym  samym wyrywając mu broń z rąk. Zerwał się na równe nogi. Okręcając się na pięcie, najpierw uderzył przy tym żołnierza rękojeścią miecza, a potem, przy kolejnym piruecie, wręcz rzutem zagłębił pół żelaza w jego nieosłoniętej niczym skroni. Głowa wojownika odskoczyła na bok, lecz zanim jego ciało zdążyło upaść, Level chwycił za uchwyt oręża i wyszarpnął go z głowy przeciwnika, zapierając się przy tym plecami o jego bark.

 

 

Dwa przeogromne, skrzydlate stwory płynęły w powietrzu z ogromną prędkością. Malutkie jak mrówki postacie na ich plecach pochylały się przed oporem powietrza, zapierając stopy o kamienną powierzchnię grzbietów Bestora i Warry. Bilaci ustawili się w trójkąt – co pozwalało na skuteczne manewrowanie lotem gigantycznych stworów; jak gdyby szkolono ich w tej sztuce przez lata.

Strażnicy Dzwonów pędzili przed siebie, starając się jednocześnie lecieć najwolniej jak tylko potrafili. Z ich pysków skapywała krew, a z oczu Warry – dodatkowo łzy. Bilaci byli bezduszni. Poganiali stwory szarpnięciami lejc, sprawiając im przy tym niewyobrażalny ból: drażniąc najwrażliwsze ośrodki nerwów u tych tak zwanych Gobolunów – w oczach, brwiach, nosie i policzkach. Każde mocniejsze szarpnięcie, ponad wszystkie oczywiste cierpienia, powodowało u tych wyjątkowych istot dodatkowo wrażenie dosłownie miażdżenia mózgu.

Bestor początkowo nie domyślał się dokładnych zamiarów bilatów, ale gdy dotarło doń raptem, iż leci prosto w stronę Kroy’u, niezwykle trafnie uświadomił sobie, co chcą uczynić.

Zaczął się szarpać.

Próbując zrzucić z siebie agresorów, rwał się na boki w locie i machał rękoma za plecy, by dostać ich w swoje ręce. Bilaci ledwie panowali nad sytuacją; stwór, niezależnie od nich, zmniejszał pułap lotu. W pewnej chwili jeden z bilatów został zsunięty ze skraju pleców Bestora, ale wciąż uparcie nie puszczał się cugli. Bestor wrzasnął przeraźliwie z bólu, przechylając łeb i wykręcając przy tym na prawą stronę. Lecąca za nim Warra zawyła krótko, po czym, szarpnięciem kaleczących ją lejc, została porwana w górę, o włos unikając zderzenia.

Bestor zaczął wyrównywać lot – bilat zdołał wyswobodzić się z tarapatów i w końcu stanął pewnie na nogach, zapanowując nad stworem.

Wielki Strażnik zmuszony był odpuścić dalszej walki. Jad bólu wrzał w jego głowie tak intensywnie, iż na ten czas liczył się tylko on.

 

Dwójka Gobolunów leciała ku własnej zagładzie i nic nie mogła na to poradzić. Nigdy nie myśleli, że ból może przyjąć tak potężną postać… i że kiedykolwiek takowy ich spotka.

 

                                                  

Tif usłyszał z tyłu znajome mu głosy: Tifarin! Tifarin! – Matka, ciotka Elona, a nawet wuj Trumt, wołali za nim. Szybko go znaleźli i tylko Trumt był zły i zdenerwowany. Dobiegł do niego pierwszy i, kładąc jakieś zwoje na murku fontanny, pochylił się, opierając ręce o kolana, by odsapnąć.

Co ty tu robisz, mały? Zawsze mówił na niego „mały”, ale bynajmniej nie było to pieszczotliwe określenie. Nie wstyd ci? Matka się o ciebie bała!

Wcale się o niego nie bałam, Trumcie. Mówiłam, że sama go poszukam i wiem, gdzie mogę go znaleźć. Jak widać, nie myliłam się… Uśmiechnęła się do swojego synka, krzyżując przedramiona pod biustem. Nie potrzebna była ta panika z twojej strony, mój drogi szwagrze.

Chcieliśmy znaleźć go razem z tobą, Kaza. I pożegnać was dwoje jednocześnie starała się wytłumaczyć  Elona, właśnie nadchodząca. Zwróciła się potem do Tifa, przykucając przy nim: Bardzo się cieszę, że spędziłeś u nas noc swoich urodzin, bąku. Elona z kolei właśnie tak się do niego zwracała. Hmm, widzę, że bardzo lubisz to miejsce i stojące tu Dzwony.

Tif wiedział, że ciocia czeka po prostu na uścisk i pożegnanie.

Tak, ciociu. Przytulił się do niej i podziękował za wspaniałe urodziny oraz prezent. Nie wiedział, że ściska się z nią ostatni raz w życiu.

Ale chyba i tak wolisz swój stary dzwoneczek, prawda? odparła Elona. Gdyby wiedziała, co ich niedługo rozdzieli, powiedziałaby zapewne coś więcej.

Chłopiec nic nie odpowiedział, tylko uśmiechną się razem z ciocią. Trumt zaś mruknął coś w stylu: „do następnego razu” i zmusił się na dość nieudany półuśmiech.

Bywaj w zdrowiu, Trumcie. Dziękujemy za gościnę powiedziała Kaza i ucałowała go w policzek. Któż z nich dwojga mógłby się domyślać, że oto Kaza żegnała się ze szwagrem na zawsze?

Trumt okręcił się na pięcie. Zamiast zwrócić się jednak w stronę królewskiego pałacu, na którym pełnił obowiązki skarbnika, pomaszerował na wschód – miał dziś zająć się podatkiem Zakonu Ahtanaram i tuż przy Raadzie czekali już nań jego pomocnicy ze stosami królewskich archiwów.

Gdy wuj zbliżył się do Daaru, Tif pokazał mu język.

Tif! Kaza przytknęła synowi dłoń do buzi, patrząc z przepraszającym uśmiechem na swoją siostrę.

Blllluullpppp… wydał z siebie Tifarin. Jego matka po tych „słowach” ujęła go delikatnie za język i wyciągnęła mu go na wierzch. leee…

Elona zachichotała cicho.

Nic nie szkodzi zapewniła. Trumt był dla Tifa bardzo niemiły w jego urodziny. Należało mu się. Jak zwykle.

mlo wuolasnee wykrztusił niezrozumiale chłopiec. pussc mneee.

Kaza udawała, że go nie słyszy, i zaczęła rozmawiać o czymś ze swą siostrą, Eloną, nie puszczając wysuniętego języka syna, który co jakiś czas wydawał z siebie coraz to mniej rozbawione pomruki. W końcu przestało to być śmieszne dla chłopca i wyswobodził się, przez jakiś czas jednak udając, że nie ma czucia w języku.

Kaza nagle zorientowała się, że jej szwagier zostawił swoje rzeczy na ocembrowaniu fontanny.

Zwoje Trumta… Trumt! krzyknęła za szwagrem. Zaczekaj! Chwyciła za stos pozostawionych zwoi; jednak dopiero po kilku krokach w stronę męża Elony zorientowała się, że zamoczyła je swoją obślinioną ręką.

Odwróciła się do siostry i swego malucha. Skrzywiła się na dłuższą chwilę w niejakim zakłopotaniu, po czym przymknęła jedno oko, pokazując mały język, i do reszty wytarła palce dłoni o papier.

Elona i Tif zaśmieli się równocześnie – malec donośnie i soczyście. I pomyśleć, że oto niebawem zamieni ten rozkoszny, głośny chichot w jeszcze potężniejszy płacz.

Trumt się zatrzymał. Nie miał wszak zamiaru się wracać – czekał w miejscu, aż Kaza pokornie przyniesie mu jego własność.

Wszelako miało się rychło okazać, że się jednak nie doczeka.

 

 

Level, nie czekając na pierwszy ruch przeciwników i wykorzystując zamieszanie, od razu ruszył do ataku.

Pierwszego napotkanego żołnierza powalił sztychem w krtań, zanim ten zdążył w ogóle unieść miecz. W krótkim starciu z drugim i trzecim, rozciął obu brzuchy i zrzucił ich ze schodów. Przeszedł tak jeszcze dziewięciu zbrojnych, w niecałe siedem sekund, kiedy w końcu trafił na najprzykładniejszego, jak się miało okazać, z nich – tego samego, który ściął osznurowanego zamachowca.

Spotkali się w połowie wysokości schodów i skrzyżowali miecze. Level ścisnął rękojeść dwoma rękoma. Jego pierwsze natarcie, poprzedzone efektownym młyńcem, nie zakończyło pojedynku; człowiek Larchanda odpowiedział zręczną i wystarczająco silną paradą, dowodząc swej nietuzinkowej wartości. Dwaj tak bardzo różniący się od siebie wojownicy okazali się zatem warci własnych sił. Przez całe tuziny sekund tańca ich kling na przemian wspinali się po stopniach i schodzili z nich zgodnie, a potyczce ich nie było ni przebłysku przerwy. Ich zmarszczone czoła zaświeciły się od kropel potu, strudzone oblicza wykrzywił wysiłek i zimne skupienie.

Umysł Levela stał się zamarzniętym oceanem w czasie sztormowej zamieci; na jego zlodowaciałej na kamień, stołowej powierzchni zaczynały wszelako pojawiać się nagle pierwsze, rozbiegające się pęknięcia… Jego przeciwnik bezbłędnie odpierał wszystkie ataki, zaraz przechodząc do własnych, iście śmiertelnie precyzyjnych i mocnych – zmuszony już do największych w swej mocy starań – powiększając te wyrwy w przygniatającej ocean skorupie lodu… tym samym zaś ofiarując drzemiącemu żywiołowi szanse na uwolnienie swej prawdziwej, szaleńczej potęgi. I na poddanie się bez reszty wirowi bitewnego cyklonu.

Z upływem wyprowadzanych miedzy ową dwójką ciosów, ich tempo, siła oraz gwałtowność jęły być raptem tak nasilane z inicjatywy Levela, iż już wkrótce zbliżyły się wręcz do niemożliwego szczytu. Błysk iskier i metalicznego szczęku buchnął niby doskonały, żywy twór zapiekłych, krwawych intencji, jakie kipiały wówczas w zmagającej się na schodach dwójce, nadając rozpędzający się początek tak niepodobnie niesamowitemu spektaklowi, że po prostu nie mógł on trwać więcej, niż jedynie parę chwil – jakże nieskończenie długich dla walczących mężczyzn. Na twarzy młodzieńca o siwych prostych lokach, ukutej niby z żelaza, bezwzględna koncentracja wprost przerażała; Level, żnąc szalenie cały czas na bezdechu, bezgłośnie poruszał zmarszczonymi ustami, niby miotając zaklęcia. Oblicze królewskiego gwardzisty zaś momentalnie i zupełnie się odmieniło. Chłodne, bezlitosne skupienie spłynęło zeń w jednej sekundzie, a zabarwiła je tedy czysta groza. Porwany przez prawdziwy orkan zabójczej ofensywy wroga o wprost nadnaturalnych siłach, żołnierz osunął się na dno paniki tak dostrzegalnie, że nawet cząstka sekundy, w której to trwało, w zupełności wystarczała, by dało się to zanotować. Owe finalne natarcie Levela… niezliczona, acz nadal jeszcze skutecznie zatrzymywana liczba cięć tak mocarnych, że aż nieludzkich… było po prostu miażdżące.

A jednak, właśnie kiedy nić obrony atakowanego żołnierza nie mogła już stać się bardziej cieńsza, żelazo Levela, znacznie mniej szlachetne od stali jego rywala, nie wytrzymało siły uderzenia na blok przeciwnika. Pękając mniej więcej w połowie, klinga brzęknęła i część poszybowała gdzieś nad uniesionym orężem wojownika kyremańskiej korony, podczas gdy ten spuszczał już cięcie na nieosłoniętą głowę nieprzyjaciela…

Level w tym samym ułamku sekundy podjął decyzję o przyjęciu brzeszczotu na otwartą dłoń wolnej ręki.

Zdumienie wojownika, patrzącego, jak siwowłosy – bez większych konsekwencji – chwyta za jego nagie i rozpędzone w dodatku ostrze, ogarnęło go tak bardzo, że nie zdołał uchronić się przed uderzeniem skróconej broni na swą dzierżącą miecz rękę.

Level już trzeci raz w życiu pozbawił człowieka kończyny.

 

 

Salnin właśnie śmiała się z kolejnych „głupstw” dziadka, gdy nagle ich ujrzała – dwoje Strażników Dźwięków Życia pędziło w stronę Dziedzińca Dzwonów.

Dziadku? podjęła, widząc, że coś jest nie tak.

O! Heh, moja droga, przedstawiam ci Bestora i… Nie wiedzieć początkowo czemu, słowa uwięzły staruszkowi w gardle, a uśmiech jął powoli opuszczać jego wargi. Otępiały na chwilę, Nowubis wpatrywał się w lecącą ku sercu miasta parę, ściągając swe siwe brwi. Wtem jego oczy napęczniały przestrachem, a usta wyszemrały: O mój Boże…

Ścisnął mocno przedramię dziewczyny i pociągnął za sobą, uciekając nie wiedzieć jeszcze gdzie i przed czym.

Dziadku!? Co z nimi?   pytała odciągana siłą Salnin. Zdziwiła się, jak bardzo silny okazał się być stary Nowubis. Ktoś tam jest, prawda? Ktoś z nimi jest! krzyczała, nie próbując się już jednak dalej stawiać. Dziadku! Dziadku, chyba ktoś ich dosiada!

 

 

Dwa gigantyczne stwory leciały rozpędzone prosto na Dziedziniec Dzwonów. Tif zaniepokoił się nimi i poderwał na równe nogi.

Ciociu! krzyknął, wskazując palcem na martwiące go istoty. Tkwiąc przez chwilę w takiej pozie – z ręką wyciągniętą ku niebu – na jego twarz spadła nagle zabłąkana, rzęsista kropla Goboluńskiej krwi, poniesiona przez wiatr. Wylądowała nad prawą brwią, spływając po nosie i przez środek prawego policzka.

Elona z trudem skojarzyła fakty i w pewnej chwili poczuła nieokreślony strach. Wyksztusiła z siebie mało zrozumiałą wiązankę ostrzeżeń:

Kaza, wracaj!… Yyy… Zaczekaj! Niee!… Wracaj tu… Pojmując, że nie jest słuchana, nagle urwała. Nie wiedziała, co robić. Początkowo dosłownie nie potrafiła zrozumieć powodu swego zmartwienia, lecz kiedy ponownie spojrzała na lecące stworzenia, zorientowała się, co jest nie tak. Warra i Bestor lecieli nierówno i niespokojnie. Ich prędkość mówiła Elonie, że nie zamierzają zatrzymać się w porę…

Ludzie stojący na Dziedzińcu Dzwonów dostrzegli sławną parę Strażników i także się zaniepokoili. Przechodnie zatrzymywali się z wolna i spoglądali w górę, nieświadomi jeszcze w żadnym stopniu, że oto rodzi się przed nimi koszmar przyszłości… takiej, której przecież nikt nie mógłby przewidzieć.

Nim rozpętało się piekło, gromady ptaków karmionych przez turystów na Dziedzińcu Dzwonów trzepotliwie wzbiły się w powietrze, zostawiając za sobą pustkę, którą wcześniej wypełniały… i ciszę. Wszystko ucichło i stanęło w miejscu. Ludzie umilkli, a wiatr zawisł w bezruchu.

I zaczęło się.

Pędząca mimo woli z wielką szybkością Warra uderzyła w białą wieżę Raad, strącając przy tym jednego z trzech bilatów i krusząc mocno ściany wieży… na zawsze zamykając usta jej Dzwonowi.

 

 

Level zostawił rannego na schodach, leżącego i wrzeszczącego z bólu, i zaczął wchodzić wyżej – do samego władcy. Larchand siedział twardo na tronie i ani myślał wstawać. Po swej prawicy miał jeszcze ostatniego zbrojnego, gotującego się do walki, a z głębi pałacu rozlegały się już odgłosy zaalarmowanych posiłków. Król patrzył na Levela z takim gniewem, jakby już samym tym chciał go wystraszyć i zmusić do ucieczki.

Ale gniew Levela był znacznie większy. Przybył tu, by odnaleźć pomoc dla ciężko rannej kobiety, a oni zamierzali go za to skazać i zabić!

O tak – wściekłość rozpierała go teraz niezwykle.

Gdy tak piął się nieugięcie na wyższe stopnie schodów, zaślepiony, niepowstrzymywany, wtem zatrząsł się pod nim grunt. Cały świat wokół utracił swoje naturalne barwy i zrobił się chwilowo czarno-biały. Level usłyszał potężny, przytłaczający huk… a później nieludzki ryk bólu i wściekłości zarazem, gdzieś z oddali…

 

 

Trzask!, potężny trzask wybuchł w uszach Tifa. Chłopiec aż przymknął na chwilę oczy, a gdy ponownie je otworzył, zobaczył, jak Warra, Strażniczka Ludzkich Daarów, ociera się o wieżę Raadu na wysokości paru mil i rozcina ją do połowy jej grubości. Wielkie spadające odłamki obijały się w locie o powierzchnię wieży, która na dole rozchylała się szerzej. Większości zagrożonym ludziom udało się przed nimi zbiec… jednak zdecydowanie nie wszystkim.

Sztywno stojący Trumt zdążył jeszcze spojrzeć w górę, gdy jeden z odłamków, największy, upadł prosto na niego, wgniatając go w ziemię niczym małą wesz w paznokieć.

Idąca w jego stronę Kaza potknęła się i upadła, przerażona.

Tif, musisz biec do mojego domu, szybko! rozkazała Elona, przekrzykując nagły wybuch szaleńczego zgiełku i zbierając się do biegu, by pomóc siostrze w niebezpieczeństwie. Cały świat trząsł się w jej oczach.

Ale ciociu!…

Biegnij Tif! Biegnij szybko! Uciekaj do mojego domu! ponagliła i ruszyła w stronę Kazy.

Tif tymczasem krzyczał przez łzy, że nie zna drogi.

 

 

Level popatrzył na wieże, skąd doszły go odgłosy druzgotanych kamieni. Roznoszące się stale bicie dzwonów, o których zdążył już zapomnieć, nagle zmieniło rytm – jeden z dzwonów zamilkł w jednej sekundzie, podczas gdy drugi trwał w zapracowaniu. Level nie mógł uwierzyć własnym oczom, ale jedna z wież – ta druga, dalsza, nieco ukryta za pierwszą, bliższą – zsypała z siebie pokaźną ilość białego gruzu. Widać było też, jak ogromna skrzydlata bestia wylatuje od północnej strony dzwonnic i od razu zawraca, kreśląc w przestworzach półkole.

Wielka wieża została bardzo mocno podburzona z zachodniej części, jednak jej szczyt nadal się trzymał i jeszcze nie spadał; zakołysał się, a potem znieruchomiał.

Gwardzista przy pałacu przyglądał się nieszczęściu i bladł w sekundy, a sam król dopiero teraz wstał powolnie, wstrząśnięty do trzewi, i sięgnął wzrokiem na dumę swojego miasta. Jego ciało i umysł opętał tępy szok… Wyszeptał tylko nieartykułowanie:

Dobry Boże…

Level ostatni raz spojrzał zimno na króla… a on bezwiednie odwzajemnił spojrzenie.

 

Rzucił broń i zaczął zbiegać ze schodów. Ani strażnik, ani tym bardziej Larchand, nie próbowali go gonić. Zatrzymał się u rozsypanych resztek wiadomości, którą dostał od Molariusa, pozbierał je pośpiesznie i wsadził do kieszeni. Kiedy chciał już biec w kierunku bramy, przez którą się tu dostał, a która czekała nań całe mile na zachód, zobaczył zbliżające się z daleka posiłki królewskiej gwardii. Zawrócił więc i, zanim zostawił za sobą pałac, postanowił mimo wszystko zabrać ze sobą koniecznie jakąś broń.

Połamana klinga pozbawiona uchwytu, porzucona niedbale, była po drodze po prostu najbliżej.

Chwycił ją w biegu i pognał na wschód miasta, wbiegając między setki z milionów podniebnych zabudowań mieszkalnych, przeklinając się za wybór broni, którego dokonał – chociaż wiedział, że gdyby mógł, i tak postąpiłby podobnie… wprawdzie nie wiedział czemu.

Kiedy biegł, widział, jak drugie ze skrzydlatych stworzeń przecina większą z wież. Jego uderzenie było silniejsze i pociągnęło za sobą znaczniejsze szkody. Stwór musiał być niezwykle mocny, skoro zderzając się z tak potężną budowlą połamał ją w trzeciej części, która od razu okręciła się lekko i przechyliła na bok. Po chwili ciężar z hukiem zwalił się na ziemię.

Level obawiał się, że jego przerażony duch ucieknie mu zaraz z piersi. Chyba dopiero wówczas, gdy ziemią pod jego nogami zatrzęsło tak silnie, iż ciążenie na moment zwariowało, rzucając na boki wszystkim dokoła, pojął rozmiary rozstrzygającego się w mieście kataklizmu. Przetaczający się przez miasto grzmot po upadku części dzwonnicy Daaru mieszał się i mylił Levelowi z wrzaskami jego oszalałego serca. Był to grzmot, po którym już nic nie było pewne – jedynie ból w skroniach podpowiadał Levelowi, że nadal żyje… i ziemia jeszcze się nie zawaliła.

Przebiegł obok dziesiątek pięknych domostw, nim dotarł na plac targowy, otaczający wieże Dzwonów. Tam, w dużym zatłoczeniu, zgubił na jakiś czas goniące go siły króla. Przedarł się przez tłum setek ludzi, którzy z kolei dopiero co jęli dźwigać się z ziemi i orientować, czego stają się mimowolnie świadkami.

 

 

Tif siedział i ryczał w głos. Upuścił swoje dzwonki i zakrył twarz dłońmi. Uciekający wkoło, spanikowani ludzie mijali go biegiem, krzycząc tak obłędnie i głośno, że chłopiec niebawem odebrał dłonie od twarzy i wolał zakryć nimi uszy.

Dopiero małoletnia kobieta i starszy mężczyzna o lasce zwrócili na niego uwagę.

Chodź, mały powiedziała Salnin, biorąc Tifa za rękę.

Moja mamaaaa! Aaaaa!!!… wył dalej Tif, opierając się.

Chodź, twojej mamie nic nie jest… Nie możesz tu zostać. Wzięła go na ramiona.

Cała trójka zwróciła się biegiem w stronę zachodnich straganów. Dogoniły i zalały ich wzbijające się gigantyczne tumany kurzu, wywołane przez następną spadającą górną część Daaru – tą, w której najpewniej był sam Instrument.

 

 

Wrzaski strachu cichły z wolna po uderzeniu Warry i ludność na targu zamarła. Wszyscy spoglądali wysoko na szczyty upadających wież; rozdziawiając usta, chwytając się za policzki i czoła. Co poniektórzy, nie tylko kobiety, bledli i słabli z przejęcia. Daar i Raad, Dzwony Życia i Miłości, pokazały im się podburzone. Wielkie oblicza Dobra Wszelkiego waliły się z trzaskiem na ich oczach. Oto wszystko, co pomyślne – obietnice życia i miłości! – kończyło się, a wraz z nimi kończyła się nadzieja na przyszłe dni. Wraz z nimi kończyła się przyszłość, jaką widziały przed sobą narody. Wraz z nimi konał świat, jakim go ludzie znali. To wszystko odchodziło od nich; odchodziło na zawsze! Już odeszło… Szok był druzgocący…

…cisza zaś tak wymowna i wszechobecna, że nawet uciekający siwowłosy młodzieniec poczuł ukłucie smutku. Wgryzające się w dłoń ostrze, a także sama myśl i świadomość o tym, zdawały się uśmierzać wewnętrzną panikę; ból trzymał go przy ziemi, by nie zwariował. Level wiedział, że reakcja ludzi nie dawała mu przewagi nad pogonią. Tylko on się poruszał; biegł – był łatwo zauważalny. Początkowo nie zaryzykował jednak zwolnieniem do marszu, a i doczekał się chwili, w której instynkt przetrwania otaczającej go gawiedzi wziął górę nad szokiem i rozpaczą.

Na jarmarkach wybuchł zdwojony chaos tłumnej ucieczki. Okolice na powrót zapełniły się ruchem i gwarem – dalece odmiennym, co prawda, od hałasów przekupnych sporów. Opętanym skrajną grozą.

Level znalazł się w końcu na Dziedzińcu Dzwonów i mimowolnie przystanął, by ogarnąć postać katastrofy, jaka go otoczyła. Dwie latające istoty zataczały w powietrzu półokrąg, by ponownie zaatakować wieże.

 

Warra rozpędzała się ponownie, kierowana na uszkodzoną wieżę. Usta dwójki bilatów (z fanatycznym płomieniem w oczach) uśmiechały się pod zwojami sznurów. Raptem jednak, w najmniej spodziewanym dla zamachowców momencie, samica Gobolun wzdrygnęła się i zwolniła przed samą dzwonnicą. Ominęła ją i okręciła się sprytnie wokół własnej osi, wprawiając się w wir. Wieża Raadu świsnęła obok bilatów niczym lodowa góra obok statku żeglarza-samobójcy. Warze udało się zrzucić swym manewrem jednego z jeźdźców, a drugiemu odebrać równowagę na tyle, że puścił się lejc. Poleciał jednak prosto do końca jej ogona, gdzie zdołał się jej cudem uczepić. Strażniczka zaś… zaślepiona lękiem, szałem, bólem… nie wiedząc w ogóle, czy udało jej się pozbyć choćby jednego z oprawców, bez pamięci pognała z rykiem w stronę Goby – na południe – szamocząc się bez przerwy, lawirując. Nie zatrzymała się, a ostatni z bilatów walczył o życie… ani myśląc też, żeby dać za wygraną.

Bestor został sam.

Strażnik nadleciał tym razem z północnego-zachodu i ponownie uderzył ze skowytem w Daar, dzieląc wieżę na trzy – rozciął ją mniej więcej w jej połowie, oraz dodatkowo sprawił, że pękła jeszcze w jednym miejscu, niżej, jakieś pół mili nad ziemią. Górny, najdłuższy odcinek pochylił się nad Kroy’em, jego północno-zachodnią częścią, niczym gigant Goliat nad wyzywającym go Dawidem… Pochylił się, jakby zatrzymał, i po chwili… jak ścięta sekwoja, zapomniana już na ziemiach Kyremy, runął nań bezwładnie, wolniej i dłużej niż można się było spodziewać. Z rozdzierającym uszy hukiem wieża zderzyła się z miastem, przecinając je w pół. Tym razem Bestor nie odleciał tak po prostu, a uczepił się za to drugiej z odłamanych części świętej budowli swoimi wielkimi pazurami, przywierając doń piersią. Bilaci ciągnęli zwierzę w tył, lecz nie mieli wystarczająco dużo czasu – dwóch z nich spadło i rozkwasiło się o ziemię, niby zgniłe owoce najczarniejszej wiśni. Odłamana wieża zaś jęła przekręcać się pod wpływem rotacji, jakiej nadał jej stwór, aż wreszcie, z pomocą jego ciężaru, zwaliła się na bok, uderzając w Raad. Spowodowało to nagłe złamanie się owej bliźniaczej wieży oraz runięcie na ziemię jej górnej części – padła wpierw na obłamany Daar i, odbijając się, odleciała na północ, po czym rozbiła się o targi i wille… pogrążając tysiące ludzi w niekończącym się śnie.

Jedna wieża osunęła się i otarła o drugą, skrobiąc ją i krusząc również samą siebie. Ostatni bilat, jaki pozostał na Bestorze, trzymał się jego lejc, które zwisły do ziemi tak nisko, że mógł spokojnie zeskoczyć na zwalone pod nim odłamki Raadu – kontrolowany upadek z wysokości mniejszej, niż trzysta stóp, nie wydawał mu się widać groźny; a przynajmniej nie śmiertelny.

Połamawszy sobie nogę, zamachowiec nastawił miejsca pęknięć kości na siebie i po prostu owiązał ją mocno najbliższymi linami – tymi ponad kolanem – to mu wystarczyło. Stojąc na Dziedzińcu Dzwonów, między Raadem a Daarem, rozejrzał się bystro i obrał drogę ucieczki. Prowadziła ona pod Bestorem – na południe.

 

Bestor wisiał nad ziemią i trzymał się kurczowo osuwającej się powoli wieży. Kiedy zobaczył uciekającą sylwetkę bilata, puścił się i zwalił plecami na Dziedziniec, wskrzeszając potężne tumany kurzu i jeszcze potężniejsze drżenie ziemi. Miał trudności z przekręceniem się na skrzydłach, ale kiedy w końcu to zrobił, zdążył ułożyć się na boku i dosięgnąć swojego dręczyciela, nie od razu zaś chwytając go w garść. Początkowo bowiem wydawało się, że bilat zdoła mu jednak umknąć. Niemniej Bestor wyciągnął się mocniej, jak tylko umiał, i ostatecznie dopiął swego. Schwytał uciekiniera w lekkim uścisku palca wskazującego, i kiedy już zamierzał go nim zmiażdżyć, zawisła nad nim, połamana dzwonnica zamruczała… Osunęła się o powierzchnię Raadu, łuszcząc go donośnie.

 

 

Level aż przywarł do ziemi, kiedy górny odłam Daaru zwalił się na miasto wydając przy tym taki huk, że aż ogłuszyło go na chwilę, a i na tą też chwilę przeszło Levelowi przez myśl, iż lada moment ziemia w końcu nie wytrzyma – pęknie niczym próchno. Tak się jednak nie stało… a Level musiał uciekać dalej, i na szczęście zdał sobie z tego sprawę odpowiednio rychło. Pobiegł pod prąd uciekających tłumów, nieustannie się zeń zderzając. Wtedy też wpadł na rozpędzoną kobietę niosącą na rękach małego, ciemnowłosego chłopca z krwią na policzku. Dzieciak został upuszczony i wylądował na nogach, a potem na pupie. Młoda kobieta natomiast obaliła się na mężczyznę, w ratunku łapiąc się jego ramion. Level chwycił ją pewnie, uważając na dzierżone w prawej ręce ostrze, i nie pozwolił upaść. Popatrzył w jej młodą, pełną uroku buzię…

Puść ją, brudasie, słyszysz!? Zapłacisz życiem, jeśli ją tkniesz! okładał go laską Nowubis. Puszczaj! Łapy precz, zrozumiałeś?!

Drewniana podpora starca zdzieliła go kilkakrotnie po plecach, co Level prawie nie poczuł. Na koniec jednak nabiła mu guza dokładnie na czubku głowy.

Level puścił dziewczynę posłusznie i oddalił się od uderzeń staruszka, masując szczyt czaszki. Przy ostatnim uderzeniu Nowubisa słychać było, jak coś pęka. Level mógłby przysiąc, że to nie drewno, a kość.

Co chwila za plecami siwowłosego młodzieńca rozlegały się kolejne pomruki kruszących się wież, w dużej mierze przekrzykiwane przez spanikowane masy ludzi.

Level przeprosił:

Wybacz, nie chciałem…

Nic nie szkodzi zapewniła pośpiesznie dziewczyna, przytrzymująca swego dziada. Dziadku, przestań! Nic mi nie jest… Salnin zatrzymała spojrzenie na twarzy Levela. Przyjrzała się jego niebieskim oczom i lekkim poparzeniom prawego policzka. Był młody, z całą pewnością młody, choć raczej nie tak młody jak Salnin, i zdecydowanie zaliczał się do przystojnych mężczyzn; jego włosy za to zdążyły już zupełnie posiwieć. Jeszcze przez chwilę ściskał jej drobną dłoń i także się jej przypatrywał. Dziewczyna wyróżniała się nie tylko urodą – miała na sobie zwiewną, białą koszulę z jedwabiu odsłaniającą pępek i tak samo krótką kamizelkę z brunatnej skóry. Pełną haftów, krótką ciemną spódniczkę i brunatne kozaki z wysoką do kolan cholewą. Jej kasztanowe włosy zgubiły swoje wcześniejsze uczesanie, ale nadal przesłaniały jedno oko.

Przepra… próbował przeprosić raz jeszcze, gdy przerwał mu ogłuszający prask uderzenia, wywołany zawaleniem się części Raaru na miasto, przypominając parze, co się wokół niej dzieje. Brzmiało, jakby to niebiosa waliły się na ziemię. Level patrzył przez jakiś czas na sprytnego stwora uczepiającego się resztek wieży, która niestety jęła się okręcać i, właśnie z tego powodu, kłaść na drugą. W innym przypadku możliwe, że mogłaby ją ominąć i oszczędzić jej pozostałości… aczkolwiek obie dzwonnice i tak utraciły już najważniejsze.

Zagromiło więc ponownie – Daar padł ciężko na Raad.

Żołnierze króla zdołali go odnaleźć – Level zobaczył ich, jak wybiegają z zatłoczonego targowiska. Faktem było, że wszyscy byli dogłębnie wstrząśnięci i nie próbowali tego ukryć, ale mimo to starali się wypełniać swą powinność.

Pożegnał dziewczynę spojrzeniem i porwał się biegiem przez zasypany gruzem plac. Wbiegł w piętrzące się stale tumany kurzu, których zmienna gęstość zasypywała go strasznymi widokami – opryskany krwią marmurowy dziedziniec został pokryty stosami ciężkich gruzów i całymi rodzinami zmiażdżonych ciał. Otoczyła go krwawa makabra, w którą dobrowolnie się wprosił.

Salnin odprowadziła nieznajomego wzrokiem. Zmartwienia o jego życie w objętej największym zagrożeniem strefie jakoś do niej nie dochodziły. W zasadzie nie wiele doń wówczas dochodziło.

Widziałaś, co ściskał dłoni?! To niechybnie jakaś krwiopijcza szuja, morderca dzieci, albo jeszcze gorzej kipiał Nowubis w dodatku wyjątkowo stuknięty.

Dziadku zwróciła mu uwagę.

Nie odzywaj się! Masz się mnie sluchać, cholero, wiesz, co mógł ci zrobić? Masz wielkie szczęście. Co? Wydaje ci się, że używa tego mieczyka do dzielenia kołaczy między bezdomne sieroty, hę?

Salnin nawet w takich okolicznościach potrafiła zaśmiać się pod nosem na tę „durną” uwagę dziadka. Jej policzki przyozdobił dodatkowo różowy rumieniec.

— Połamał mi laskę, brudas.

 

Level z trudem przedzierał się przez brudną chmurę, dusząc się nią, i raz aż zmuszony był się zatrzymać. Rozejrzał się wówczas, w którą stronę pobiec, starając się nie zwracać uwagi na masakrę pod nogami i dramat uciekających wkoło, osamotnionych, często potłuczonych postaci. Kurz i szybujące wraz z nim kartki papieru, a także ptasie pióra rozrzedziły się przed nim wreszcie, i podrażnionym oczom Levela, daleko na wprost, między wieżami dzwonowymi, ukazał się jakiś ciemny kontur zbliżającej się szybko, ludzkiej sylwetki… pojedynczej sylwetki, która przecież nie przykułaby tak bardzo jego uwagi, gdyby nie dostrzegł weń czegoś istotnego…

Wszystko trwało zaledwie chwilę. Dla Levela to było jak widok spadającej z nieba nocy, kiedy niespodziewanie Bestor zwalił się na Dziedziniec Dzwonów, zasłaniając wszystko czernią swojego ciała. Upadek spowodował dodatkowo tak mocny podmuch, że Level wzleciał wiotko w powietrze i padł na plecy jak długi. Natychmiast nakazał sobie wstać, lecz udało mu się to uczynić dopiero po kilkunastu sekundach.

Nie zdążywszy do końca wyprostować się na nogach, zobaczył tylko, jak przez zasłonę sinego pyłu ów nadbiegająca w jego kierunku ludzka postać zostaje momentalnie pochwycona przez wielokrotnie przewyższający ją paluch, i jak o włos od tej chwili przestrzeń przepełnia niewyobrażalnie głośny grzmot… a zaraz potem potężny monsun kurzowego kłębowiska, zderzający się z bezradnym Levelem i zaciągający go ze sobą daleko w tył jak  wątły liść, kiedy pozostałości Daaru zmiażdżyły Bestora.

Obolały Level wstał wprost natychmiast po upadku, ale tym razem przecenił swoje siły i nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

Spoczął na potłuczonym kolanie, łapiąc dech.

Wyciągnięty ku niemu, zaciśnięty lekko palec uśmierconego stwora, wyłaniający się powoli z pyłowej mgły, był trudno rozróżnialny pośród rozścielonych wkoło odłamów wieżowych. Nagle jednak palec zaczął się poruszać i, dopiero po dłuższej chwili, wygrzebała się zeń pewna postać. Level wymienił spojrzenie z dziwnie znajomym człowiekiem – o twarzy i nagim ciele obwiązanymi grubymi linami… zupełnie, jak u widzianego niedawno skazańca na tortury.

Level powstał. Chwila dialogu spojrzeń między nim i zamachowcem była równie krótka, jak ich oddechy, ale też niesamowicie wymowna.

Bilat rzucił się do ucieczki…

…Level bez namysłu pognał za nim.

Dzieliła ich odległość jakichś trzydziestu kroków. Level bez wątpienia zaliczał się do ludzi ponadprzeciętnie szybkich, ale bilat także potrafił biec – niezwykle uparcie przebierał chudymi jak trzcina nogami, z których jedna była przecież świeżo pęknięta, i nie pozwalał dogonić się nawet o krok. Rozpędzony do granic swych możliwości Level potykał się o rozrzucone wkoło kryształy gruzu oraz ich ofiary, przeskakując je w miarę możliwości dostrzeżenia ich we mgle pyłu. Trzykrotnie napotkał prosto na swej drodze gnanych paniką, uciekających ludzi, jednak dopiero ostatni z nich strącił go z równowagi na tyle mocno, że Level upadł i potłukł sobie łokieć.

Kiedy wstał, bilat był już ledwie widoczny. Wybrał niebezpieczną drogę, obok walącej się właśnie wieży Raadu, kierując się za nią na północ. Level nie zrezygnował jednak z pościgu i ruszył za nim, a dzwonnica, jak się okazało, wcale nie miała zamiaru upaść tak szybko.

 

Długa pogoń, prowadząca wpierw między zapchane i zapylone targowiska, a potem między ściśle stojące piętrowe budynki, zaprowadziła ich wreszcie pod północną bramę, na której straży stali jak zwykle żołnierze. Byli teraz jednakże zbyt pogrążeni w szoku i załamaniu z powodu ataku na Dzwony… a północna Brama stała akurat otworem…

Bilat bez zawahania wskoczył na jeden ze stojących bezpańsko rydwanów i strzelił lejcami. Wóz ruszył gwałtownie i przejechał przez otwarte wrota Kroy’u, pozwalając zamachowcowi na udaną ucieczkę. Level również przywłaszczył sobie pojazd i pośpieszył za uciekinierem.

Dopiero gdy przekroczyli granice miasta, zakrzyknięto za nimi „w imieniu prawa Kyremy”, by się zatrzymali.

Oboje, niecałe cztery mile przed sobą, mieli kolejne zabudowania – malutkie miasteczko Derazal. W pełnym galopie przemierzyli je błyskawicznie, siejąc raczej nieznaczny zamęt, po czym wyjechali na pusty, suchy ląd.

 

 

* * *

 

 

Świat zdawał się gotować do wyzionięcia ducha.

Szyje wszystkich ludzi w Młodym Kroy’u wyciągały się w górę, a usta – jeśli akurat nie rozwierały się w bełkotliwym skamłaniu – wzywały imienia Stwórcy. Jakiś starzec zwiesił głowę i zapłakał, krzywiąc się dosłownie jak niemowlę; młoda kobieta przysiadła przy ścianie, zatykając usta dłońmi. Bogaty sekretarz z królewskiego dworu, śpiesząc się na służbę, nagle zwolnił, przykrył oczy cieniem dłoni, z przerażeniem spoglądając w górę; para przejętych kupców wskazała palcami wieże w rozmowie, naśladując rękoma sposób ich zniszczenia, i z dogłębną troską złapała się za głowy, ani na moment nie odrywając wzroku od tragedii. Silny żołnierz Seniram, w swej mocnej karacenie, ze starannie naostrzonym mieczem w pochwie i twardym puklerzem na plecach, stał bezradnie jak wszyscy i patrząc tam, gdzie wszyscy. Spośród milionów mieszkańców Kyremy Detinu i całych tysięcy cudzoziemców z każdego zakątka Miri, którzy gościli się wówczas w Młodym Kroy’u, nikt nie był w stanie zlekceważyć ciężaru nieszczęścia, który zatrząsł ziemią tegoż właśnie dnia. Nie było takiej osoby, która nie pękła wewnętrznie, jako pękły wieże Dzwonów Daar i Raad.

Salnin, Nowubis i mały Tifarin stali obok królewskiego pałacu, przy niewielkiej fontannie, których było w Mieście Dzwonów niesłychanie dużo. Dziewczyna posadziła na jej murku chłopca i kucnęła przy nim, przemywając jego zapłakaną buzię. Była opanowana, a przez wzgląd na malca jeszcze bardziej starała się uspokoić i rozluźnić, lecz ręce i oddech drżały jej bez ustanku, na co nic nie mogła wskórać, a jej policzki zrobiły się blade.

A co ty tu masz? wskazała palcem rozmazaną ścieżkę krwi na policzku malca.

To nie jest jego krew wtrącił bezbarwnie Nowubis.

Cóż to?!… nie mogę jej zmazać! zmartwiona dziewczyna tarła krwawy ślad na policzku chłopca, który zaiste nie dawał się zetrzeć. Dziadku… Dziadku, dlaczego ta krew nie schodzi?

To nie jest jego krew…

Widzę odparła od razu dziewczyna.

…ani w ogóle krew ludzka, Salnin. To krew Gobolunów. Strażników. Nie uda ci się zdjąć ze skóry zaschniętej krwi Bestora i Warry, nie pytaj dlaczego, ani skąd to wiem. Wyglądasz z nią naprawdę dobrze, chłopcze. Bardzo mężnie.

Salnin zaprzeczyła cicho:

Nie słuchaj mojego dziadka, to prosty wieśniak i zabobonny naiwniak. Zna się najwyżej na oraniu pola. To na pewno da się zmyć.

Jednak mądrości i zasłużeniu starego Nowubisa, który wszystko dosłyszał, mógł tak naprawdę dorównać jedynie ciężar długich lat, jakie dźwigały jego zmarszczki na twarzy. Dobrze wiedział, co mówił, i bynajmniej nie był wieśniakiem. Od czterystu lat sprawował funkcję cesarskiego lekarza i szanowanego myśliciela w stolicy Apporuem, a jeśli się na czymś nie znał, to właśnie na oraniu pola, bo nigdy tego nie robił. Cesarzowa Lostiana wahała się przed puszczeniem do Głośnego Miasta swojego „cudotwórcy”, który był, jak ogłosiła niegdyś (idąc za przykładem matki): „największym skarbem i chlubą Apporue”. Nie podobał jej się jego pomysł i starała się nakłonić go do zmiany zdania tak usilnie, że nieledwie mu to rozkazała – czego przecież nie chciała robić; nigdy. Nowubis bardzo pragnął ponownie odwiedzić Jasne Dzwony, by pokazać je swojej młodej wnuczce. Wyznał więc wreszcie, na forum zgromadzenia tłumów, kiedy to starał się o pozwolenie cesarzowej, że nawet bez niego opuści Apporue i wyjedzie do Kroy’u. Lostiana, tak kapryśnie jak wtedy, gdy była rozpieszczonym dzieckiem, nie chciała wypuścić go z dala od siebie – kochała go jak ojca, którego nigdy nie miała, i ceniła jego wszystkie umiejętności jak nic innego, co stało pod nią, ale jednocześnie sprzeciwiła się mu (wówczas po raz pierwszy na tak poważną skalę) bardzo dostojnie i wyrafinowanie; nie dając się ponieść emocjom, zadbała o wizerunek swej przepastnej mądrości.

Mój bezcenny Nowubisie. Jakże zatem zdołałabym wybić ci z głowy ten wyjazd? – zapytała z czułością. – Wszak wiesz, że obawiam się o możliwość zagrożenia twojego życia w tym obłąkanym, kyremańskim grodzie, i wolałabym przeto, byś został ze mną, tu, w Uban Laios. To, co oddycha dobrem, Nowubisie, co karmi ludzkość życiem i miłością, co nasyca dzień ciepłem, a noc wypełnia spokojem, zamieszkuje w mieście nikczemnych i podłych, wiesz o tym. Nowubisie, zastaniesz tam tylko hańbę ludzkich żądz i tej najgorszej z próżności… której nie chcesz pokazywać swojej pasierbicy. Moim życzeniem… życzeniem twojej jedynej Cesarzowej, Nowubisie… jest tedy, byś nie wyjeżdżał. Nie opuszczaj Apporue… Zostań. Zostań ze mną… i z moim ludem, który cię potrzebuje.

Ale Nowubis już postanowił. Zasłużone lata służby swojemu narodowi i ukoronowanej piękności – Lostianie – sprawiły, że nikt nie miał prawa go zatrzymywać.

Salnin zapragnęła zobaczyć Dzwony z bliska już w wieku dwunastu lat, kiedy to Nowubis pierwszy raz opowiedział jej dokładniej o ich pięknie. Mówił też o tym, jak dawno temu przybył do Kroy’u i był świadkiem ich zamilknięcia, a potem ponownego odrodzenia się ich Gongów. Te straszne Czasy, pozbawione życia i miłości, a przepełnione za to nieustającą wojną, Nowubis opisał niezwykle pozytywnie, podkreślając istotę ich dobrej strony – szczęśliwe zakończenie Czasów Ciszy, kiedy to Lorak, Rodzic Dzwonów, tchnął na powrót Pieśń Życia we wszystkie cztery Dzwony; i zabiły one na nowo – starym, świętym i dobrym Rytmem.

Mimo iż Salnin bardzo chciała tu przybyć, teraz pożałowała, że się tu znalazła.

Wiesz co? Naprawdę wyglądasz z nią mężnie. Ile masz lat, kochanie, i jak ci na imię, hm? Salnin zmusiła się do uśmiechu.

Moja mama! Tam została moja mama i ciocia Elona! chłopiec zawył w powrocie potrząsającej jego ciałem rozpaczy.

Nie płacz, proszę! Twojej mamie nic się nie stało. Nie martw się, znajdziemy ją, obiecuję, dobrze? Pewnie zaraz sama tu przyjdzie, zobaczysz. Zobaczysz. Nie płacz już, błagam. Dziewczyna była bardzo opiekuńcza i przejęta, tak, że z pewnością za chwilę sama wybuchłaby płaczem w ślad za Tifem, gdyby nie przestał. Tif od razu ją polubił; a jej słowa uspokajały go, choć wcale nie wierzył w ich rzetelność.

Otarł kolejne łzy i przytulił się mocno do Salnin, oplatając ją kusymi rączkami; jego dolna warga w dalszym ciągu wykrzywiała się w smutku.

Jestem Tifarin, murańczyk, i mam trzysta lat!

Oho! Wyglądasz bardzo młodo, wojowniku rozweseliła się, na wpół szczerze, na wpół przymuszenie. Po czym dodała po cichu, z zatroskaniem spoglądając w kierunku Dziedzińca, z którego uciekli: I ciekawe, gdzie podziałeś resztę swojej potężnej armii.

 

Wszystko przepadło… szepnął Nowubis, spoglądając na scenę walących się Boskich budowli, od których zależało tak wiele… wszelkie istnienie ludzkie… i to, co na Ziemi najlepsze.

Już drugi raz w jego życiu Dzwony przestały bić. Teraz wszelako powrót ich Dźwięków był niemożliwy. To było nie do pomyślenia – Wielkie Dzwony Rytmu Życia upadły, i nic nie mogło już tego naprawić. Nawet Lorak niewiele mógłby tu zaradzić.

Świat wokół Nowubisa ogarniała z wolna coraz donośniejsza cisza. Jego wnuczka wstała od chłopca i podeszła do niego.

Co teraz będzie? spytała cicho.

 

 


[1] Somsog – Zgodnie z powszechnymi wierzeniami mieszkańców Północy, czarny ocean zawieszony nad Ziemią, rankiem zakryty przez Obeni, czyli niebo, w pełni widoczny zaś w bezchmurne noce. Rodzi gwiazdy i księżyce, które jednak umierają wraz z pojawieniem się dnia.