Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

“Dzwon: rytm życia” Prolog i Rozdział I

„Na wszystko jest wyznaczony czas – czas na każdą sprawę pod niebiosami: czas rodzenia i czas umierania; czas miłości i czas nienawiści; czas wojny i czas pokoju.”
Kzn. 3.8

PROLOG

Poza Dźwiękiem Życia, u boku Wieczności,
Ląd, jak duch, po świecie się błąka.
Bezsenna mara, zjawa nieszczęsna.
Głucha, bez Echa, przez Ciszę zaklęta.
Opuszczona.
Martwa…
Dryfuje bez przerwy przez luki istnienia.
Szukając zmiennika, ponownie umiera…

Dar Tirlliada , księga Hymnów – „O Namarze”

Zabił Dzwon!…

Na początku był błysk – maleńka jak ziarenko kropla światła dziurawiąca wszechpanującą czerń. Zajarzyła się rażąco i wyciągnęła ramiona promieni. Widok był taki, jakby oto ciemność rodziła światło. Tarcza słońca, ogromna i rozedrgana jak serce demona, z nierealnym wprost pędem wystrzeliła ponad horyzont pustyni, odmalowując jej każdy skrawek; zaś wznosząc się dalej, ku zenitowi, zwalniała w oczach. Niebo, jeszcze przed chwilą zalane ślepą czernią, oto z bladym licem witało płonącego intruza. Albowiem czekał je kolejny, piekielnie gorący dzień. Spragniona kraina ukazała swe skryte wcześniej oblicze o niezliczonych fałdach milczących wydm, których piasek powoli odzyskiwał swoją naturalną, żółtą barwę.

Iście nieskazitelna cisza krążyła po pustyni. Stara, pradawna Cisza, którą niewielu pamięta. Zupełna, nieskrępowana w swej igraszce – cóż, była u siebie. Szczególnym echem odbijała się o dwa, wzniesione naprzeciw siebie, podłużne wały piasku o rozmiarach wzgórz, które sobie upodobała nie bez powodu; strome, kręte i pozawijane poprzez całe swe niknące za horyzontem długości – niczym niebotyczne fale oceanu wód, zastygłego nagle w ocean piasku. W owej chwili, zalane rażącym światłem poranka, jako i cała rzesza pomniejszych diun wkoło, zdawały się poruszać – pełznąć ospale w kierunku słońca, jako żywe.

Złudzenie…

Na bezchmurnym błękicie ponad piargami para wynędzniałych sępów pojawiła się nagle wprost znikąd. Zataczając kręgi w miejscu, ptaki trwały we właściwym sobie, ponurym szybowaniu. Co parę chwil rozlegał się pojedynczy skwierk jednego z nich, głośny i cienki, na który natychmiast odpowiadał głos drugiego ptaka – jeszcze donośniejszy wręcz i bardziej piskliwy. Wymiana krzyków przyspieszała, aż sępie języki poszczerbiły się jakby – nadając skrzeczeniom coraz bardziej rozdzierający i trudniejszy do zniesienia dźwięk. Ich moc jednakowóż słabła z każdą sekundą i widać było, że ptaki wprost wykańcza ta niezrozumiała kłótnia. Aż wreszcie znać było, jak któryś z dwóch milknie raptem, drugi za to daje radę rzucić jeszcze parę wątłych wrzasków w jego kierunku, natychmiast potem samemu się nań rzucając, w żałosnej parodii sokolego ataku wyciągając przed siebie niezgrabne szpony.

Szpetni dłużnicy śmierci, rozsmakowani w rozkładzie i zepsuciu podawanym na gorąco, oto zwarli się w powietrznej szarpaninie, u kresu swego leniwego żywota pierwszy raz zmuszone do czynnej walki o przetrwanie nadchodzących chwil… – te tymczasem niespodziewanie zaczęły przybierać niezwykle obiecujący wygląd…

Nieoczekiwanie bowiem coś się zmieniło; coś ożyło w krajobrazie, jeszcze daleko, ale wyczulone powietrze już zadrgało, jak dziewica pod dotykiem kochanka, a piasek zagrzechotał głucho. Gdzieś, poza widokiem, stopa odziana w surowy, skórzany but zatopiła się w piasku ponad kostkę.

Cisza… Znowu Ona – ta, która posiadła Niewidzialny Ląd, gdy to nikt go już nie chciał. Cisza ciężka jak ołów.

Sępy jak się pojawiły, tak samo przepadły – prysły niczym przywidzenie… A jednak wydrapany niedawno pierz pozostał i opadał na piasek. Słońce wisiało już jako odległy biały rozbłysk, nie żółta kula w płomieniach, zmniejszone też nie wiadomo kiedy, nie wiadomo przez kogo.

Pustynia sapnęła…

Raptem ruch się powtórzył, a nawet zabrzmiał sykiem – tym razem bliżej i wyraźniej; ludzka noga dała krok… a za nią postąpiła kolejna, ciągnąc za sobą kolejną… i kolejną… dobierając je w pary. A obok szedł stalowy zgrzyt i szczęk, noga przy nodze… I jeden o drugi się ocierał i obijał, zaś drugi o trzeci, a ten o następny… I echo rozdawały. Echo zaś po wiele tabunów się pomnożyło – po zbrojnych dywizjach się rozniosło.

Aż wyłonili się wreszcie, zrazu rozmazani jako ciemna plama. I niby plama też poczęli się z wolna rozlewać, występując ponad rozciągnięty szczyt piaszczystego wzniesienia w swej szeroko rozciągniętej formacji. Mir w nich jarzył się żywo i intensywnie, powleczony daną z natury, dostojną dumą, jako połysk powleka szlachetną stal – i był też przy tym kamienny, jako klejnot, który podobnie sam nie prosi o zachwyt śmiertelników. Armię okrywał wprost nabożny majesta, piętno wszystkich tych czynów wielkich i tych dzieł niewątpliwie niszczących, które sobie liczyła i oto niejako wlekła za sobą gdyby krzykliwy ornament. Wystąpiła przed chwilami i oto już napawała do głębi poddańczym szacunkiem i skłaniała do lęku, gdyby przyprawiona o żywe świadectwo tego, do czego wszak została stworzona i cóż zdołała już dokonać – przynieść światu i zabrać niegodnym. Z legendą za sobą, co kroczy głośno i władczo. W świętych barwach i pod świętym imieniem. Jedyni godni. Wielcy.

Wybrani.

Potężne sztandary, górujące nad nieugięcie maszerującymi sylwetkami, zdobne w tańczące parady wielokolorowych wstęg porażały liczbą i bujnością; lśniące zbroje i wypolerowane oręża wznosiły bezdźwięczne salwy świetlistych refleksów nie do zliczenia. Wprzódy rzędy piechurów, za nimi ciężko zbrojna konnica w luźnym szyku. Dalej dwa oddziały Twardych Rydwanów* wyjeżdżające na flanki. Pomiędzy – dwa szeregi strzelców i oszczepników. Pośród wojów, wysoko w górze, obok setek proporców nad ramionami jazdy, niczym wielkie maszty galeonów wmieszane między tycie żagle rybackich łódek powiewało siedem imponujących chorągwi, przedstawiających motyw Jasnego Dzwonu o sercu w postaci miecza – jelcem tłukącego o klosz.

Jakże monumentalny był marsz wojskowej masy – nawet tak niezgrabny i ciężki w grząskich piaskach. Jakże paraliżująca była liczebność – mimo że każdy świat widział już po wielokroć większą. Barwy tejże armii były bezcenne, gdyż reprezentowały i stały za tym, czego nie dało się kupić. Wojenny osprzęt zaliczał się do dzieł płatnerzy najwyższej klasy, albowiem najwyższą klasą wyróżniali się wyposażeni weń wojownicy. Każda para rąk służyła za dziesięć, a może i więcej.

W przestworzach nad sztandarami ożył ruch. To odnalazł się zaginiony sępi duet – który musiał chyba być cały czas w pobliżu, bo wyrósł znów ni stąd, ni zowąd… jak wcześniej.

Wtem, niczym niezadowolony ryk rozbudzenia samej Ziemi… tej uznanej za martwą, nieprzyjaznej, gdyż nie ufającej żyjącym, zmumifikowanej Ziemi… rozbrzmiał dźwięk otyłej trąby wojennej, zagłuszając szum sunącego po pustyni wojska. Na jej znak tysiące par stóp, kopyt i kół wozów bojowych przystanęło naraz – równo i w okamgnieniu, niby jeden, doskonały organizm – zajmując pozycję na gigantycznej, podłużnej wydmie, kierując czoło ku jej bliźniaczce.

Niski, kołyszący przestrzenią głos trąby brzmiał jeszcze chwilę, po czym urwał się – nierealnie, bo tak raptownie, jakby nigdy nie istniał – ustępując miejsca Bożkowi owej krainy – krystalicznie czystej ciszy… Pełnej i wszechmocnej; wykwitłej ponownie, gdzieś z zakamarków swego nieistniejącego królestwa, gdzie zmuszona była się ukryć… i obserwującej teraz – ze swym niemym komentarzem na ustach.

Niebo dosłownie skarlało jako żywo – o tak, niczym ułomek garbi się w przestrachu, gdy zjawia się kolos – słońce za to już nie było niewielkim rozbłyskiem bieli, a na powrót zamieniło się w rozgorzały dysk.

Klepsydry Czasu zapchały się jakby. Duszny powiew obiegł nieruchome formacje bojowników. Przebudzony niedawno dzień palił już z całych mocy, zmieniając każdą chwilę w prawdziwy wymiar tortur. Dla żołnierzy, w pełnych rynsztunkach, upał stawał się nie do zniesienia.

Kolejne chwile mijały i nic się nie zmieniało – armia czekała na przeciwnika, lecz nikt się nie zjawiał.

Z pierwszych szeregów wystąpiła wyjątkowa postać – wojownik na rażąco białym, mocno zbudowanym wałachu. Był mężczyzną o młodzieńczych rysach twarzy i gęstych blond włosach połyskujących jak złoto w skale. Tymczasem w jego spojrzeniu… w zapatrzonym w dal spojrzeniu oczu dotkniętych deseniem jakby prosto z niebios… wyraźnie znać było znamię wieloletniej empirii w bitewnym rzemiośle, którego nie da się zatrzeć, ni pomylić – był w nich ten trzeźwy błysk zatroskanego męstwa, wraz z zaciętym zdecydowaniem bliskim fanatyzmu. Ten nieujarzmiony żar dowódczy, płonący równie dosłownie jak palenisko. Ta blizna krwawych i wzniosłych dni przeszłych oraz dopiero nadchodzących, już spisanych w gwiazdach, iskra poskramiania i rządzenia. Srebro i każdy z rodzaju klejnotów ziemi obciążały jego szyję oraz lewe ramię od łokcia po przegub i opierścienione palce. Ochroną jego ciała były skąpe, za to grube płytowe nagolenniki oraz napierśnik – pokryte znakami z niepowtarzalnego kruszca, świecącego biało jakby własnym światłem, którego tedy nie sposób porównać do innego. Okrągła tarcza z tnącymi krawędziami wisiała luźno przy lewym udzie jeźdźca. Największą uwagę przykuwała jednak kamienna ozdoba wyrastająca zza pleców jeźdźca wysoko ponad głowę. Szeroko rozpostarta i wieńczona estetycznymi wzorami astronomicznych znaków zawierała w sobie pełnię cech oparcia tronowego, przytwierdzonego do tyłu równie osobliwego siodła. Z boku zatapiał się w nią imponujący, obosieczny miecz. Błękitnie lśniąca głownia, wbita poziomo z lewej strony oparcia na wysokości lędźwi, wystawała jeszcze na cały łokieć ze strony przeciwnej.

Blisko nadludzki majestat, jaki bił od ów wojownika, wprost kłócił się teraz z niepokojem widocznym na jego dziewiczej wiekowo twarzy. Gdy w momencie wschodu słońca nakazał zadąć w trąbę, poczuł w sercu szczerą nadzieję… Jednakże teraz, tkwiąc bezczynnie w piekielnym upale na czele trzytysięcznej potęgi Miri – armii nie tak licznej, co niezrównanej w potędze – zaczynał wątpić. Minęła bowiem już druga koszmarna noc i… jak obiecywano… trzeci dzień jednak wreszcie nastał, ale wróg, jak dotąd, się nie pojawiał.

Jeszcze nigdy nie widział Muranu w takim stanie – tutejsze warunki sforsowały wytrzymałość żołnierzy, co nie trudno było przewidzieć (niemniej zostało to zlekceważone) a co jeszcze prościej dało się wówczas zauważyć. Zaprawieni, zdyscyplinowani piechurzy, którym nie ma równych w szeregach ludzi, choć wciąż wyprostowani i dumni, wiercili się, spoceni i cierpiący spiekotę. Czystej krwi bieguny z Uban Ghotol oraz z Zachodniego Tyrdamu prychały i pieniły pyski, spragnione, już wówczas bliskie wyczerpania. A czekał ich przecież bój. Bój, o którym pamiętać miały narody.

W myślach wciąż wspominał rozmowę ze swymi doradcami…

…To szaleństwo, Tantarze! Pomysł równie szalony jak nierealny! Nastały dni, o których mówiły nam sny Orboda, to pewne. Musimy być tedy czujni, bardziej, niż kiedykolwiek. Niechaj nie opuści cię w tej chwili rozwaga, Panie, bo szybka będzie nasza klęska. Tu potrzebna jest mądrość. Na szali zwycięstwa zawiśnie los nie tylko naszych dusz, lecz los całych Miri. Ta wyprawa… ta bitwa, bitwa o Wszystko… To zwykły podstęp, aż cuchnący od spisku! Zuchwały wybieg, liczący na naszą naiwność i próżność naszych wojowniczych serc, nic więcej! Tantarze!… nie mamy żadnej pewności…

…On nas zaprowadzi – przerwał im spokojnie. Mamy w Nim przewagę. Odpowiemy na rzucone nam wyzwanie. Muran przywróci światu zatraconą Harmonię i dopełni swego odwiecznego obowiązku. I stanie się to jeszcze tej zimy, obiecuję to wam, starzy tchurze. Muran jest niepokonany!…

Tantar wciąż słyszał w głowie echo tych ostatnich słów, które wyrzucił z siebie wtedy z niecodzienną furią. Jakby chciały go nie tylko utwierdzić w przekonaniu do swej racji, ale wręcz spętać sobą i zniewolić na zawsze, samego w ciemnościach tej niebezpiecznej, jak sam przecież wiedział, decyzji. A może już to zrobiły?… To one były jego ostatecznym, niepodważalnym argumentem; wierzył w ich przesłanie i rozumiał ich ciężar. Muran jest niepokonany… i tylko to się liczyło. Dlatego uznał to za najważniejszy… na Boże Sny, niezbity!… powód wyprawy na tą martwą krainę. To był jego argument. Rozgłos, PRAWDA!, o potędze i świętości Muranu*, któremu należna chwała i uszanowanie – kanonizowanej armii Północy, powołanej do służby Białym Dzwonom, złożonej z nadludzi, tak zwanych Ddongów, jak mówią: pół ludzi, pół dźwięków, poczętych w łonie Ziemi, nie zaś kobiety – oraz udowodnienie jego nieocenionej wartości dla oblicza Harmonii, dla świata i Wieczności, dla żywych i umarłych, były dla niego rzeczami najważniejszymi.

Taki był właśnie Tantar Żywy – trzeci Orbod Muranu, wybrany i wyniesiony na sztandary, najmłodszy syn Miri, Echo Daar’u i Raad’u, Żywy i Żyjący z Wiecznością.

Muran był święty.
Muran był wszystkim…

Ponadto wódz Echa Północy wiedział, że losy ludzkości i Dźwięków Dobra były zagrożone… a teraz wierzył dogłębnie, że mogło się to odmienić.

Tu i teraz. Na tej Ziemi!

Kolejnych dwóch jeźdźców wystąpiło przed formacje, zrównując się z Tantarem. Obaj przyjrzeli mu się dokładnie i obaj też rozpoznali głębokie cienie zmartwienia drążące mu lica. Wiedzieli, co trapi ich przywódcę, lecz cóż mogli czynić? Nie byli zwolennikami tej wyprawy, a chłosta upału i im dała się we znaki – przemęczenie brało już górę nad wszystkim innym. Zapał do walki… do zwycięstwa, po które tu przybyto… oraz przekonanie o tym, jakże wielkie wydarzenie czekało dziś Młody Świat, przeminęły bez śladu, zduszone w pocie. Te trzy dni żeglugi przez morze piasku… koszmarny rejs po spopielonych ochłapach tego, co zostało z dawnego świata… wyczerpały nie tylko zasoby zaopatrzenia ale i rześkości ducha Muranu. O tak – Armia Wybrana jeszcze nigdy w historii nie stała tak osłabiona.

Generałowie Tantara sięgnęli jak najdalej wzrokiem w poszukiwaniu jakiegokolwiek ruchu. Horyzont był pusty; ani śladu nieprzyjaciela czy wcześniej wysłanych zwiadowców. Wszystko wskazywało na to, że nie dojdzie do umówionej potyczki… i że wróg ich podpuścił.

3/4 Rozkazuj, panie. Żołnierze się niecierpliwią 3/4 zwrócił się do Tantara jeden z dowódców, rozglądając się tęsknie po kolumnach stojącej za nimi armii, którą z trudem teraz rozpoznawał. Nie doczekawszy się jednak odpowiedzi, ponownie się odezwał: 3/4 Mój panie?…

Tantar odwrócił twarz w stronę zastępów Muranu, zwężając powieki – zupełnie jakby w zadumie, bądź zatroskaniu, lecz to, żołnierze wiedzieli, mogły być tylko promienie słońca. Nie wiedział, co postanowić. Czuł się rozdarty na dwoje. Z jednej strony jasne było, że wróg najprawdopodobniej wcale nie stawi się na umówionym miejscu starcia, z premedytacją wywożąc Muran na te martwe manowce. Z drugiej wszak, gdyby tak właśnie miało być… gdyby to rzeczywiście miało być takie oczywiste i do przewidzenia, psia krew!… Tantar dowiedziałby się o tym znacznie wcześniej – to było pewne… I chyba głównie w związku z tym ogarniało go graniczące z pewnością przeczucie, że jednak nie przybył tu na darmo. Nie chciał wracać bez niczego. Nie godził się na powrót na Mire z pustymi worami na trofea i nawet nie chciał o tym słyszeć. Nie tak miało się to odbyć. Nie to zapewniała mu jego „sekretna przewaga”, jaką pozyskał.

Dość temu – rozkazał sobie. Dzwon zabił już dawno, a ja się postaram, by jeszcze tego dnia nadciągnął ku nam echem. Muszę natychmiast widzieć się z…

3/4 Tantarze! 3/4 wykrzyknął niespodziewanie jeden z jeźdźców u jego boku. 3/4 Tantarze, spójrz!… 3/4 Tantar Żywy posłał ku niemu spojrzenie. Widząc wyciągniętą rękę, podążył wzrokiem we wskazanym kierunku.

Półrealny, według mitu jedynie ocierający się o rzeczywistość Zaświat, ląd widmo, na którym się znajdowali, musiał chyba dosłownie rozmazać mu widok, gdyż w pierwszej chwili jego nadludzkie zmysły nie zanotowały niczego, prócz tańczących w upale kształtów odległej nieskończoności pustyni, magnetycznie falujących zmarszczek na przeciwległym wzgórzu piasku – który z kolei, Tantar był święcie przekonany, syczał i strzelał w uszach, niby płonął żywym ogniem. Po kilku sekundach jednak oczom Tantara wyjawił się wreszcie ów nie pasujący do otoczenia, poruszający się obiekt, niewiele wyraźniejszy jeszcze od mirażu, lecz szybko nabierający ostrości. Jego obecność wprowadziła go zrazu w ogromne zdumienie, powoli niemniej przeobrażające się w czystej postaci niedowierzanie. Wszak nigdy nie spodziewałby się ujrzeć czegoś podobnego… A jednak – wzrok go nie zwodził.

Czas wreszcie ruszył do przodu.

Cała wcześniejsza sytuacja odmieniła się skrajnie. Szeregi zbrojnych momentalnie opatrzyło głębokie milczenie zaskoczenia, a nawet słońce ze swą uciążliwą mocą zdawało zwracać się w kierunku źródła nagłego zainteresowania Muranu. Sępia para w przestworzach pobudziła się zaś, jakby podniecona, rozradowana wręcz.

Ciężar zdumienia narastał w nieskończoność, kiedy oszołomiona armia wpatrywała się w niewyraźnie majaczącą przed sobą scenę – daleko na wprost pojedyncza, zakapturzona postać nie przestawała kroczyć powoli w jej stronę, niechlujnie taszcząc coś za sobą. Spokojnie, bez pośpiechu, zbliżyła się na odległość przeszło dwustu sążni, zatrzymując się wreszcie zdecydowanie, ów nieokreślony jeszcze bagaż upuszczając kilka kroków wcześniej.

Tantar Żywy potrzebował całej minuty, by wreszcie zareagować. Udeżył piętami w boki konia, ruszając bez słowa w stronę zakapturzonej postaci, która – prócz własnego cienia – nie miała po swojej stronie nikogo. Dowódcy poderwali koń i podążyli za swoim wodzem, podczas gdy ten już odczepiał od siodła swe „tronowe oparcie”, pozwalając upaść mu bezpańsko w grząski piach, tak jak czyni to, gdy wkracza w bój. Jedynie jego dolna część, w którą zatapiało się ostrze miecza Furruf, pozostała na miejscu, na wysokości pasa jeźdźca.

Muran patrzył w ciszy… i czekał

Po długim broczeniu koni karykaturą kłusa w grząskich piaskach diuny cała trójka zatrzymała się wreszcie jakieś trzy kroki przed obcym. Po chwili Tantar wystąpił jeszcze bliżej. Z ogromnym zaciekawieniem, lecz też nie bez wrodzonej pogardy zmierzył wzrokiem nieznajomego, odzianego w świecki, szpakowaty płaszcz, instynktownie wstrzymując się na razie od jakichkolwiek słów. Nieznajomy jednak milczał. Skierowaną w dół twarz skrywał pod szerokim, cienkim kapturem – widoczne były tylko czubek nosa i zamknięte usta.

Czy to On? – pytał się w myślach Tantar Żywy, nie do końca pewien, skąd przyszło mu do głowy takie niedorzeczne podejrzenie. A jednak czuł się dziwnie przy przybyszu i już wiedział, jaką chciałby odzyskać odpowiedź… a także – co to oznacza.

Ludzie, którzy mieli kiedykolwiek okazję stanąć przed obliczem Tantara o przydomku Żywy mówili, że jego mowa jest magiczna i każde jego słowo paraliżuje posłuszeństwem, a nawet pewnego pokroju lękiem. Nie była to jednak wyłącznie zasługa silnego głosu Tantara, urodzonego żołnierza i wodza największej armii Miri. Ani nawet tego, co akurat nim przekazywał. To twarz Żywego, jego jaśniejące jak gdyby własnym blaskiem lica oraz zapalczywy, stały wyraz nieziemskiej tajemnicy w szeroko otwartych oczach – wpatrzonych zawsze wprost w swoją „ofiarę” i jakby dosłownie pozbawionych potrzeby mrugania – były źródłem tego, jak odbierali go inni, jak podbijał ich suwerenną wolę niczym bezbronny skrawek ziemi, zniewalając w pełni w małym, ciasnym i dusznym przekonaniu, że słowo tego człowieka pochodzić musi od samego Boga.

Teraz, wznosząc pytanie ku nieznajomemu w kapturze, oblicze Żywego było jeszcze bardziej hipnotyczne – jak zwykli określać – niż kiedykolwiek w jego długim życiu.

3/4 Kto jesteś?… i co cię sprowadza?

Obcy nie odpowiedział i też najwyraźniej nie zamierzał – stojąc spokojnie bez najmniejszego nawet poruszenia, było w nim… w zagadce, która wciąż go osnuwała… coś więcej, niż pozór zabłąkanego żebraka; coś niczym czarna chmura w słoneczny poranek. Ponuro szary płaszcz z cienkiego materiału drgał, choć powietrze wydawało się nieruchome. Zwieszona nieco do przodu głowa mogła wyrażać niejako strudzenie ale też obojętność. Pierś i szerokie ramiona jeszcze przed chwilą unosiły się miarowo… zaraz jednak… przestały, naraz zastygły w miejscu. Na kamień. Jako też cała sylwetka obcego. Niby zawisł w stanie pozazmysłowej nieobecności, bezdechu, opuszczony duchem. Jego czujność wszelako… statyczna i chłodna… była zarazem nieprzyjemnie odczuwalna.

Z trudem opanowując wzburzenie, Tantar powtórzył zadane pytanie – tym razem wolniej i donośniej, jakby przemawiał do przygłuchego.

3/4 Kto jesteś, i co sprowadza cię w to zapomniane miejsce? Niewielu jest wśród żywych, których noga postała na piaskach tego świata pogrzebanej chwały. Jakim sposobem tobie się to udało?… — Wypowiadając następne zdanie, Tantar poczuł szybsze bicie serca. — Czy to ty jesteś Nedaln Ib Amaso, Zrodzonym ze Śmierci?

Cisza. Nie było odzewu.

— Gdzie twoja armia?… Przybyłeś tu z nami walczyć? Powiedz, może chcesz nas pokonać w pojedynkę?

Bez odpowiedzi.

Biały rumak Tantara pobudził się raptem. Zarzucił łbem, rżąc niespokojnie. W ślepiach zaś miał grozę.

Czara cierpliwości Wodza Muranu natomiast zdążyła się już przelać. Jego nieziemską twarz spowiła mgła oburzenia – oczy rozbłysły w zacienionych roztokach wokół oczu tak jaskrawo i pięknie, że tylko gniew mógł przezeń teraz przemawiać. Zarzucił zaciśniętymi na lejcach pięściami nad prawe ramię, na parę sekund podrywając konia na tylne nogi – a wyglądało to wówczas tak, jakby wznosił je do ciężkiego ciosu, nie zaś pragnąc uspokoić wierzchowca – po czym zagroził krewko:

3/4 Ostrzegam cię!… 3/4 A to powiedziawszy, dostrzegł nieznaczny, ale gwałtowny ruch głowy obcego, co musiało oznaczać, że słowa zabrzmiały w jego uszach ze znaczącą dozą zrozumienia. Postać w kapturze jednak nie odezwała się; milczenie nie zostało przerwane. Tantar pochylił się ku nieznajomemu, próbując przyjrzeć się mu dokładniej. Niestety nie potrafił dojrzeć jego twarzy, zauważył za to wystające spod kaptura siwe, proste loki…

W pewnej chwili nieznajomy poruszył się ponownie. Nieznaczny ruch, umyślnie lub nie, odsłonił prawą połę płaszcza, ukazując skrywaną zań długą, poszarzałą klingę z odłamaną rękojeścią w posiadaniu zakrwawionej dłoni. Ściekająca posoką, obnażona stal opierała się sztychem o ziemię.

Zaprawdę nieczęsty był to widok – człowiek kaleczący się ostrzem, które zastępowało mu właściwy oręż. Strugi czerwieni nadawały ułomnej broni iście upiorny wygląd. W okaleczonej ręce dało się dostrzec dreszcze, jednak poranione palce nie puszczały brzeszczotu.

Tantar bez wahania chwycił za uchwyt swego potężnego, oburęcznego miecza – broni, której imię na zawsze przecięło zachód – i zagrzmiał:

3/4 Żałosny głupcze! Jam jest Tantar, wódz Muranu, Żywy Teraz i Żyjący z Wiecznością! Pan tych i nadchodzących pokoleń Echa Darradu! Opiekun Najświętszych Dźwięków Miri i dziedzic boskiego tworu Furruf, miecza z Erenu! Przybyłem tu na umówioną bitwę z…

— Wiem, kim jesteś i po coś tu przybył — przerwały mu swobodne słowa siwowłosego, który uniósł ku niemu twarz, ukazując tym samym jej znaczną część. Tantar jednak nadal nie mógł widzieć jego oczu, okrytych cieniem kaptura. Głos obcego był odrobinę ochrypły, lecz bynajmniej nie wydawał się być głosem starca… ani też głupca. Lica obcego były młode, choć jakby poparzone. Prosta linia warg miała niezdrowy, blady kolor, nie było na niej jednak ani śladu piętna pustynnego żaru i suchoty.

3/4 Nie jest mi znane, kim jest ten, kogo nazywasz Nedaln Ib Amaso — ciągnął przybysz. — Nie prowadzę za sobą armii…

3/4 Co jest w tych jukach?! 3/4 wtrącił niespodzianie jeden z dowódców, zainteresowany dwoma worami przytarganymi przez samotnika. Żołnierz zsunął się z grzbietu konia, podszedł do tajemniczych sakwojaży i szturchnął je stopą. Były całkiem spore – oba zmieściłyby w sobie wiktu dla małego oddziału – wypełnione w dodatku po szwy. Leżały jakieś dwa kroki za siwowłosym, porzucone na końcu dwóch pasów głęboko zarysowanych na piasku, ciągnących się, jak zauważył murańczyk, jeszcze zaledwie sto sążni na wschód. Co było jednak najbardziej niepokojące – oba splamione były czerwienią…

Zakapturzony mężczyzna, choć wciąż wydawał się być spokojny bardziej niż otaczający go krajobraz, w rzeczywistości rozwścieczył się, że mu przerwano – podobnie zresztą nie podobało się to Tantarowi.

Po chwili szorstki głos przybysza odpowiedział murańczykowi:

3/4 Pałętało się po pustyni.

Wojownik zareagował zdumionym, pytającym spojrzeniem na towarzysza obok, wciąż usadowionego w siodle, a potem na swego równie zdezorientowanego wodza. Zdecydowawszy się zajrzeć do worków, aż odskoczył w zaskoczeniu, co ujrzał. Z wnętrza wora łypnęły na niego martwe oczy pozbawionej reszty ciała głowy – grymas twarzy zastygł w błagalnie ułożonych brwiach i nieco otwartych ustach z sinym, sztywno wywalonym językiem… Worek wypełniało zapewne więcej podobnych trofeów, lecz to jedno, na wierzchu, najwidoczniej włożone jako ostatnie… to jedno było wyjątkowe.

Nie zaglądając w ogóle do drugiego wora, obnażając lekki, delikatnie zakrzywiony miecz, murańczyk wyzwał przez zaciśnięte z wściekłości zęby:

3/4 Łotrze!
3/4 Co zobaczyłeś? 3/4 spytał Tantar.
3/4 Cóż tam jest? 3/4 odezwał się w tej samej chwili drugi dowódca.
3/4 Zabił naszego zwiadowcę… Morderca! 3/4 wojownik ruszał już marszem na obcego, podczas gdy ten, nie racząc zagrożenie najmniejszą uwagą, dokańczał przerwane wcześniej wyznanie. Przemawiając nieśpiesznie opanowanym, lodowatym tonem, z każdej części swego jestestwa emanował ponurą, złowróżbną determinacją.
3/4 Nie prowadzę za sobą armii… 3/4 wychrypiał. 3/4 I nie potrzebuję jej, by zmieść Muran ze zwłok tej Ziemi. 3/4 Zdarł z czoła kaptur, ukazując wreszcie całą twarz. Boczne potoki sklejonych potem włosów jasnopopielatej barwy spadły na szerokie ramiona. 3/4 I zrobię to. Zaś ciebie, Żywy Tantarze, uczczę dziś Martwym, i pozwolę, byś… 3/4 Tantar nie zwlekał ani chwili dłużej. Wyszarpnął broń z pochwy tronowego oparcia zręcznie i błyskawicznie; żaden mąż ludzkiej rasy nie znalazłby w sobie wystarczającej szybkości, by ubiec Tantara w zadaniu pierwszego ciosu. Koń Żywego zdążył zaledwie spiąć mięśnie karku, kiedy siwowłosa postać zamaszystym, niemal nieuchwytnym dla oka ruchem urąbała zwierzęciu pysk – tak łatwo, niby skracając gałąź lipy – przecinając tym samym ogłowie. Bladolicy jak Wschodnie Śniegi ogier wierzgnął rozpaczliwie, stając dęba, zwalając z grzbietu pozbawionego wodzy jeźdźca; padł na lewy bok lecz natychmiast dźwignął się z powrotem, zarzucając zdeformowanym, ziejącym krwią łbem – podobnie jak kur po wykręceniu i wyrwaniu mu głowy potrafi biegać obłędnie wkoło, napędzany bulgoczącymi weń sokami szoku.

Muran stał nieruchomo, tak jak wcześniej… jakby niczego nie widział.

Tantar, przeleciawszy przez zad konia, zwalił się plecami na piasek, zaś miecz umknął mu z ręki już gdy ratował się przed upadkiem, chwytając się bezużytecznych wówczas lejc.

Tajemniczy mężczyzna w tym czasie przeszedł już do kolejnego ciosu, obracając się do przeciwnika za swymi plecami i obrzucając go świszczącym cięciem – dokładnie po linii oczu. Żołnierz wzniósł wrzask zaledwie na przebłysk – zaraz potem siwowłosy pozbawił go odpowiedzialnego za to organu, jednym pchnięciem rozpruwając mu krtań. Gdy zaś szarpnięciem wydobył zeń sztych i śmiertelnie raniony murańczyk zatoczył się ku niemu, siwowłosy chwycił go brutalnie za kołnierz murańskiego płaszcza i targnął za siebie, wprost na powstającego Tantara.

Tantar, wspięty już na kolanie, przyjął silnie ciśnięty ciężar współtowarzysza broni na przedramiona i twarz, lecz gdy starał się go odtrącić, nie udało mu się – żołnierz rozpaczliwym gestem uczepił się jego złotych łańcuchów na szyi; oślepiony i śmiertelnie raniony wyglądał jakby płakał krwią, a jego otwarta szeroko krtań do złudzenia upodobniła się wówczas do jego zalanych krwią warg, rozwartych w niemym wrzasku na upust bólu. Tantar przez długie sekundy nie potrafił oderwać wzroku od tej upiornej maski – a wyraz przerażenia, które Tantar znał jedynie z twarzy swych przeciwników, którym odbierał życie, chyba pierwszy raz w życiu zagościł w jego oczach. Zaraz opamiętał się i szarpnął mocniej konającym druhem, a ten pociągnął za sobą urwane naszyjniki w zaciśniętych w skurczu dłoniach. Nim przywódca Muranu jednak zdążył rzucić się po swój miecz – by stanąć do walki, zabić, zasypać obcego nieludzkim natarciem – oczy zapiekły go przeszywająco, kiedy napastnik ruchem nogi sypnął mu weń piaskiem.

Obcy, ruszając już prędkim marszem na drugiego z dowódców, poczęstował z kolana trzymającego się za oczy Tantara, zostawiając go na plecach z połamanym nosem i zdruzgotanymi palcami. Jeździec nie zdążył w pełni wydobyć miecza z pochwy, gdy jego rumak został nagle podcięty z przednich nóg. Straciwszy równowagę i przeleciawszy przez łeb kwiczącego zwierzęcia, spotkał się w locie z tnącym ostrzem wroga… Górna część przepołowionego ciała jeszcze przez kilka sekund przeraźliwie osłaniała się rękoma, gdy potoczyła się tuż pod powoli dobiegający końca, opętańczy taniec śnieżnego ogiera bez pyska – upiorny balet bieli i czerwieni, przerażający i piękny.

Wałah pierwszego z dowódców już w chwili uśmiercenia swego pana wyrwał galopem, przerażony do trzewi, i teraz pędził gdzieś w dal pustyni, kwicząc jak zarzynane prosię. Jedynie jego bardziej pechowy pobratymiec z urżniętymi nogami rżał głośniej i upiorniej.

Nieświadomi niczego, co się wydarzyło, murańczycy patrzyli przed siebie, coraz mniej cierpliwi. Dla nich ich wódz wciąż stał spokojnie na grzbiecie swego konia całe dwieście sążni przed nimi, na równoległym do nich wzgórzu piasku; jego przyboczni wciąż stali obok. Pot spływał z czół żołnierzy i piekł w oczy, a wielki okrągły potwór na niebie, będący sprawcą ich cierpień, stawał w coraz większych płomieniach… Dla Muranu nie było i nie działo się nic poza tym…

Oczy Tantara wydawały mu się płonąć, natomiast twarz oraz dłonie przeszły już z bólu w odrętwienie. Zapominając jednak o cierpieniu pośpieszył do szukania broni po omacku. W czas natrafił dłonią na swój upuszczony niedaleko oręż, skrzący się złotem niczym promień słońca. Porwał w uścisk jego potężną rękojeść, którą tak dobrze znały jego ręce, za którą już tak często chwytały by kreślić śmierć… W tej samej sekundzie jednak niespodziewanie, wprost znikąd, otrzymał ponowne uderzenie w nos i runął na plecy, aż ścisnęło mu płuca. Siła ciosu była niesłychana, mimo to nawet ona nie wystarczyła, by pokonać Ddonga – który niemniej przez chwilę podejrzewał wręcz, że oto raziły go kopyta jego własnego wierzchowca, nie zaś ludzka noga. Ścisnął oburącz uchwyt Furruf, na ślepo zadając parę szybkich poziomych cięć, jednocześnie próbując powstać. Dwukrotnie odpowiedziały mu jedynie świsty powietrza, za to przy trzecim niedbałym machnięciu rozbrzmiał dźwięczny blok stali, po czym ponownie kopnięto Tantara w twarz, odrzucając go mocno w tył… tak, że Furruf znowuż nieposłusznie wyślizgnął mu się z dłoni i poszybował na parę stóp w dal.

Jęk Tantara – ułamane, krótkie „A-a” – targnął Muranem jak nieoczekiwana, przedwczesna pobudka. A jednak armia nie wiedziała czemu. Nadal nie widziała niczego niepokojącego, skądże więc wziął się nagle ten krzyk, budzący się chyba jedynie w głowach żołnierzy? Tantar, zwany Żywym, wraz ze swymi przybocznymi generałami dyskutował z niedawno przybyłym pustelnikiem, a Muran przyglądał się temu w milczeniu. Widoczna przez falujące powietrze piątka nie poruszała się długo. Dopiero po chwili jeden z generałów Tantara opuścił siodło i podszedł do bagaży przybysza w kapturze. Każdy jego ruch był powolny, ja gdyby nurzał się w smole. Szturchnął bagaże stopą…

Tantar podniósł się jak najszybciej na czworaka i poczłapał prędko po swoją broń, a grząski piasek spowalniał i koślawił jego gibkie zwykle ruchy; zaległy pod powiekami piach zaś nadal wrzał i toczył łzy. Kiedy tylko rękojeść Furruf wróciła w jego ręce, raz jeszcze desperacko i na oślep spróbował dopaść przeciwnika nagłym ciosem – przy obracaniu się do tyłu zarzucił miecz nad głowę, prostując plecy,  i z całych sił pociągnął do pionowego cięcia. Odpowiedź siwowłosego młodzieńca była nadzwyczajna – sparował uderzenie nie tylko prowadząc je po skośnym bloku brzeszczotu, ale i przyjmując klingę na otwartą dłoń. Zaciskając nań uścisk, dziecinnie łatwo wykręcił ją i wyszarpnął z rąk klęczącego, łojąc go jej rękojeścią po skroni, a następnie odrzucając Furruf za Tantara. Wbił własną, ułomną broń w jego lewe udo – a odpowiedział mu długi, przejmujący jęk, wycie… Nim zamierzył się do wyjęcia sztychu, Tantar Żywy sam pozbył się go z ciała i wytrącił na bok, stękając boleśnie, po czym niezwłocznie rzucił się na nogi nieprzyjaciela… które wprawdzie w czas mu umknęły.

Leżał na brzuchu, dysząc z bólu i obserwując przemieszczające się stopy nieznajomego – zaś obok, ciągnącą się za nimi końcówkę szarego jęzora ze stali, ściekającego teraz rdzawą posoką Żywego. Strach i wyczerpanie w jednej osobie, jakie nagle siadły ciężko na jego łopatkach – uczucia wcześniej nieznane Tantarowi, Wodzowi Zwycięstwa – był jego zdaniem obłąkańcze i, w całej swej ironii, niezrozumiałe. W jednej chwili tysiące myśli natłoczyło się pod nigdy nie marszczonym, wiecznie młodzieńczym sklepieniem przywódcy Muranu i zaszemrało głośnym pogłosem przedśmiertnego bełkotu. Trzeźwość umysłu okazała się naraz bliźniakiem obłędu… groza natomiast – nektarem znieczulenia.

…i wtedy widok przed Muranem rozmazał się zupełnie; Tantar i reszta na przeciwległym wzgórzu znikła… a potem na powrót się pojawiła. To, co niedawno wydarzyło się naprawdę, zamaskowane przed armią przez pustynne powietrze, oto dopiero rozegrało się przed Muranem. W szalenie wszybkim tępie… Widzieli wszystko. Najpierw ogier Tantara, potem dwoje dowódców, jeden po drugim. Wszyscy zabici. Teraz Tantar… bezbronnie leżący na piasku, ale wciąż żywy.

Muraz znieruchomiał. Żaden żołnierz nie ruszył się z miejsca, a w dalszym ciągu potrafił tylko patrzeć i z trudem zbierać myśli. Nawet gdy w końcu – w jedną chwilę – nadeszła pełna, czysta świadomość sytuacji, armia zrozumiała tym bardziej, że i tak nie zdoła już pomóc swemu przywódcy, a mogłaby jedynie odebrać mu resztki szans i przyśpieszyć jego egzekucję. Nie ruszył więc nikt…

Zabawne… Tantarowi zdawało się, jakby zaczął spoglądać na całe wydarzenie gdzieś z boku; jakby wcale go nie dotyczyło. Jakby stał razem ze swoimi ludźmi na odległej podłużnej wydmie, niby widmowej arce donikąd, i przyglądał się sobie samemu oraz temu, co postanawia raptem uczynić.

Dźwignął się powolnie na kolana, przez chwilę krzywiąc się z bólu nogi. Zadarł do góry ciężką głowę, z brudnymi strugami łez na policzkach, i wymierzył wrogowi odważne spojrzenie. Po kilku ociężałych sekundach rozłożył na bok ręce.

Zastępy Muranu poruszyły się – jakby ukute nową wiarą. Kolorowe chorągwie zatrzepotały ponad ich głowy – wyszyty dzwon zabił bezdźwięcznie.

Siwowłosy mężczyzna posłał spojrzenie w stronę armii. Grobowy spokój po niedawnym, wątpliwym wysiłku walki z murańczykami znowu go nawiedził. Patrzył na nieruchomy Muran długą chwilę, aż w końcu powrócił wzrokiem na twarz Tantara. Przechylając głowę, popatrzył na Furruf, znajdujący się parę kroków za swoim klęczącym właścicielem, a potem ponownie zajrzał w oczy Ddonga, które płonęły żywym wyzwaniem. Dłuższe sekundy tej wymiany spojrzeń były dla Wodza Muranu niby bezsenne noce pod strażą dwóch przytłaczających, błękitnych księżyców… w których świetle nie było litości. Nie było nic…

…Jedynie śmierć.

I Tantar ją widział.

W sercach murańczyków powstało rosnące ożywienie. Kształt ostatniej szansy ich wodza powoli jawił się przed nimi coraz wyraziściej, coraz ostrzej.
Obcy po raz kolejny zerknął przez ramię Tantara na leżący tam miecz Furruf, jakby w rozważaniu.
Leniwym szarpnięciem prawej nogi strzepał piach z buta.
Zacisnął mocniej pięść prawej ręki, w której to trzymał wówczas swój połamany miecz, wyciskając kolejne strugi krwi z palców i wzgórz dłoni.
Aż wreszcie ruszył się z miejsca…
Stawiając pierwszy stanowczy krok ku klęczącej sylwetce z rozłożonymi niedbale rękoma, miast ją ominąć, by podążyć po Furruf, zderzył się z nią niespodziewanie, bestialsko nadziewając jej brzuch ostrzem miecza – tak silnie, że aż uniósł ją na nim.

Muran drgnął.

Wiatr między wojami bezczelnie zawtórował krwawej scenie.
Materiał chorągwi strzelił głośno – dzwon ponownie zabił…
Krzyk Tantara nie zdołał wznieść się nawet na sekundę i nikt go nie dosłyszał – był gdyby struna, która pękła, nim ją nawet naciągnięto.

Gdy dopadło go pchnięcie i został poderwany do tyłu na wiotkie nogi, a potem posadzony z powrotem na kolana jakieś dwie stopy dalej, nieprzyjaciel puścił swój szkielet miecza, po czym, mijając Żywego, chwycił zań z powrotem z drugiej strony – za wystającą tam, większą część – wyszarpując go gładko, gdyż nie miał ani jelca, ani rękojeści, i stajął nieporuszony, twarzą do Muranu.

Tantar siedział półprzytomnie między własnymi piętami i czuł, jak wilgoć napływa mu do ust. Rana tuż pod mostkiem zdawała się nie należeć do niego; myśli powiodły gdzieś w okolice nic nieznaczących wspomnień. Pustynia znikła mu z oczu, widok zaplamiły opryski czarnej farby agonii. Siwowłosy morderca wrócił przed spojrzenie Tantara, a razem z nim powróciła doń również bolesna świadomość rzeczywistości. Nieznajomy podsunął rękojeść Furruf pod nos Tantara, by mógł jej dobyć. Ten jedynie obrzucił ją mdlejącym spojrzeniem i potrzebował całego tuzina sekund, by w końcu z ociąganiem spróbować sięgnąć po nią drżącą dłonią. Zaraz jednak legł twarzą na piasek, zdoławszy zaledwie musnąć miecz palcami.

Oddech wstrząśniętej armii zatrzymał się na wdechu. Wyglądało to tak, jakby wciąż nie docierało do nich w pełni, do czego właściwie doszło. Wstrząs po niespodziewanej masakrze był porażający…

Miecz, jeszcze za dawnej, upadłej Bożej chwały nazywany Furruf, z sykiem wtopił się w piasek tuż pod nosem swojego leżącego na brzuchu właściciela, swego pana. Posiadał złocistą barwę i niezliczoną ilość czarnych znaków – inskrypcji w prastarym języku – wzdłuż całego ostrza, które poczęły poruszać się teraz – powoli i zalotnie, niby kopulujące węże. Tantar wiedział, co to znaczy.

Przebity brzuch zebrał pod nim czerwoną kałużę; usta zlały na podbródek strugi krwi – obfite, dławiące strugi. Ostatkiem sił, acz wytrzeszczonymi oczyma, spojrzał na stojącego nad sobą oprawcę, który właśnie pochylał się ku niemu, by przemówić.

Armia, biernie obserwując całe wydarzenie, ale i wrząc w duszy z gniewu, nadal czekała. Nie mogła nic poradzić. Ich przywódca umierał. Wzięty podstępem, został pokonany przez bezimiennego przeciwnika… Żołnierze Muranu nigdy nie spodziewali się zobaczyć Tantara w takiej sytuacji. Tantarowi Żywemu nie pasowała śmierć; nie jemu. Myśleli, że nigdy go nie znajdzie, nigdy go nie wezwie, nie upomni się o tego, który żyć miał wiecznie. Nigdy… Widzieli teraz wszelako, jak bezimienny siwowłosy zabójca kuca obok ich bezbronnego, dogorywającego władcy i szepta coś prosto w twarz. Trwało to jakąś chwilę. W końcu obcy wstał i po raz kolejny dobył swej obdartej klingi, której brakło rękojeści. Zwrócił spojrzenie w kierunku wpatrującej się weń armii, jak gdyby rzucając wyzwanie, mówiąc: Patrzcie…

…Przykucnąwszy raz jeszcze przy konającym, okazało się, że zaczął odkrajać mu głowę.

Przeraźliwy, świdrujący krzyk, tak zduszony przez odległość, a i zapewne możliwości tego Świata, że ledwie słyszalny – przez to zaś jedynie bardziej upiorny – rozdzierał dusze wojownikom Muranu. Żal i nienawiść narastały w nich z każdą sekundą, wybuchając w paskudnych i pięknych postaciach – larwy dzikich pomst, wylęgłe z ich serc, rwały się do wyjścia na wolność. Ale musiały poczekać jeszcze chwilę. Jeszcze chwilę…

Morderca ich wodza kopnął jego nie do końca odcięty łeb, a kiedy owy żałosny ochłap turlał się już po zboczu wydmy, nadal dało się słyszeć przerażające zawodzenie urazy jego właściciela.

Echo?

…Możliwe.

Morderca w szarym płaszczu patrzył beznamiętnie w dół wydmy – za krzykiem swej ofiary – i kiedy ponownie spojrzał na armię Ddongów na odległej wydmie, było to niejako znakiem, że jest gotowy.

Jeden z murańczyków wystąpił biegiem przed czołowe szeregi, natychmiast zdejmując z pleców mały, refleksyjny łuk. Wycelował w obcego i posłał ku niemu strzałę – z nieludzką siłą. Szybowała delikatną elipsą prosto w jego czoło, lecz oto wystarczył prosty unik – właściwie leniwe, acz wystarczająco szybkie i podjęte w ostatniej chwili przechylenie głowy – a wylądowała o krok za celem. Siwowłosy mężczyzna pozostał niewzruszony. Murańczyk zaś odrzucił łuk, dobył miecza i, z okrzykiem gniewu, puścił się do walki… a w ślad za nim – cały Muran. Nadeszła jego godzina.

Szarżujące z furią wojsko spływało z wielkiej wydmy niczym górska lawina, z pełnym impetem – jakby na równe siły. Samotny przeciwnik zaś nadal stał nieruchomo… podczas gdy za jego plecami, hen na horyzoncie, w jednej chwili wyrosły tajemnicze, smoliste chmry. Poruszały się błyskawicznie; wiły się i zbierały w jedną; niosąc grzmoty i mrożący wicher, w mgnieniu oka nadleciały nad jego głowę – niby mistyczni sprzymierzeńcy. Potężniejąca w sekundy ciemność brutalnie zaatakowała jasność, tak przecież niedawno wykwitłą, opanowując całą zachodnią część firmamentu – na grunt zaś ścieląc gęsty, niemal płynny cień. Pustynia w kilka chwil zmieniła się nie do poznania.

Gdy Muran sunął w zażartej bitewnej wrzawie, po pokonaniu jakiejś połowy odległości do celu zatrzęsła się ziemia. Pod stopami lewej flanki jął wyrastać potężny łańcuch skał, niczym nie liczący się z czasem granitowy krzew. Rozdarł ziemię i począł z miejsca piąć się wzwyż – ospale i zawrotnie prędko jednocześnie. Wynurzając się spod wszechobecnego piasku, powoli przyjmował rozmiary góry. A zabierając trzecią część wojska na swój grzbiet, zrzucał większość, podobnie jak rozwichrzony wałach zrzuca śmiałków próbujących go ujeździć. Podobnie też z prawej strony ziemia rozcięła się na drodze rosnących wzdłuż skał, i otwarła, tworząc rozległą, głęboką, niezapomnianą przepaść. Tony zapadającego się weń piasku pociągnęły za sobą całe setki murańczyków.

Wiatr rozwiewał jego białe, gęste włosy i długi szary płaszcz. Trzy zmasakrowane ciała, rozrzucone wkoło, wciąż plamiły piasek nową krwią; dwa wory pełne ludzkich głów leżały między nimi niby głazy nagrobne. Biały wałach Wodza Muranu wciąż co chwila wyrzucał kopytami, ale już nie żył. Jego gniady pobratymiec przestał kwiczeć i leżał teraz na boku tak jak on – ale tego oddech jeszcze nie opuścił i dla niego prawdziwy koszmar miał się dopiero rozpocząć.

Gdy byli już jakieś pięćdziesiąt kroków przed nim – wykruszeni do kilku setek, lecz wciąż zaślepieni, szaleni – z głębi mrocznego nieba bez uprzedzenia wystrzeliła błyskawica. Trafiając dokładnie w miecz Furruf, wbity obok bezgłowego ciała Tantara, sprawiła, że połamał się tuż za jelcem. Siwowłosy wówczas jedynie zamrugał, marszcząc prawy policzek, nie okazując wszak poza tym najmniejszych objawów lęku przed piorunem, czy tym bardziej zaskoczenia – a wręcz jakby spodziewając się tego uderzenia, nie potrafiąc tylko powstrzymać się od oczywistego odruchu.

Przygotował się do walki, cofając powoli prawą nogę i przekładając miecz do lewej ręki, jakby prawa zdążyła go już zaboleć, poraniona. Stał niezwykle spokojnie na tle czarnego całunu chmur i czekał na starcie z opuszczoną głową – tak, że cień skrył jego lica – a krew kapała mu z obu dłoni w równym rytmie. Kap. Kap. Kap…

Dopiero gdy fala przeciwników wpadła w zasięg kilkunastu kroków przed nim, nieznacznie uniósł czoło, tak że widział ich pędzące stopy…

Pierwszy murańczyk otrzymał szybkie, skośne cięcie, odesłany w tył na całe sążnie, niby rażony siłą tajfunu…

Niczym szalony przypływ morskiej toni, setki rozpędzonych wojowników zalewało samotną postać. Nacierali z pełną szybkością i zapałem, całą falą; jego szara klinga jednak masowo powalała ich trupem. Siwowłosy wojownik samotnie odpierał nacierającą armię, podczas gdy przez głosy piorunów oraz gwizdy rozszalałego wiatru jęły przedzierać się pewne tajemnicze, coraz głośniejsze dźwięki…

…Ding Dong, Ding Dong!!! – roznosiło się potężne bicie Dzwonów…

*rydwan Twardy – Inaczej rodvan. Murański rodzaj rydwanu, zaprojektowany do taranowania sił przeciwnika. Pojazd zaprzęgowy z otwartą z tyłu kabiną, o ciężko uzbrojonym przodzie o ostrych kształtach, „pchany” przez parę, lub więcej, koni (nie zaś ciągniętny).