Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Elektrownia

Słońce… Anton z każdym dniem tęsknił za nim coraz bardziej. Tęsknili też do czasów, kiedy nie musiał się bez przerwy obawiać, że lampy UV świecące nad miastem mogą zgasnąć. Były największą bronią Stycznia w tych ciężkich czasach. Miasto Styczeń w prawdzie miał sporo zacienionych miejsc, do których promienie nie docierały, ale tam nawet paladyni się nie zapuszczali. Poza tym żaden wampir nie byłby na tyle szalony, by narażać się na kontakt z morderczym światłem.
Niestety ostatnio mała, miejska elektrownia funkcjonowała coraz gorzej i tylko kwestią czasu było przerwanie dostaw prądu. Na to nikt nie mógł sobie pozwolić. Odkąd pięć lat temu nadszedł Armagedon, miasto Antona było jedną z nielicznych, ludzkich osad na ziemi. Armagedonem ludzie nazywali ujawnienie się Świata Mroku. Zamieszkujące w nim wampiry, wilkołaki i inne poczwary z piekła rodem wypełzły na powierzchnie i stoczyły otwartą bitwę. Ludzie nawet nie zdążyli zareagować. Większość z nich zginęła, przypadkowo wplątana w walkę. Ci co przeżyli, zamieszkali na pustkowiach środkowej Europy i Eurazji broniąc się przed zagrożeniem jak mogli. A było ono ogromne. Ze wschodu Japonia opanowana przez wampiry, z zachodu władane przez Lupinów Stany Zjednoczone. Toczyły teraz nieustanne walki właśnie na pustkowiach.
Lampy Antona zapewniały przynajmniej minimum ochrony. Dlatego dwa lata temu postanowił odrestaurować starą elektrownie atomową, stojącą w slumsach miasta. Na szczęście udało się. Elektrownia działa. To znaczy… działała.

***

Drzwi gabinetu otworzyły się. W progu stanęła pani Kasia.
-Stefan dzwonił. Będą za godzinę.
Twarz Antona rozświetlił szeroki uśmiech. Spojrzał w okno w kierunku slumsów. Patrzył, jakby chciał przekonać sam siebie, że dziś przeleje się tam dużo krwi. Po chwili odsunął szufladę starego biurka i wyjął z niej swojego kolta.
– Anton opanuj się! – Nawoływała pani Kasia. – Nie możesz tego zrobić!
– Mogę – Zaczął staruszek spokojnym tonem. W zasadzie, to rzadko się unosił. Pomimo podeszłego wieku i zmarszczek, którymi czas wyrzeźbił jego twarz, wyglądał łagodnie i nie groźnie. Nawet jego spojrzenie było uspokajające. Trudno powiedzieć, czy to przez te głębokie, brązowe oczy, czy brwi układające się pod kontem, wnoszące nutkę litości towarzyszącą każdej jego minie. – Mogę i zrobię. Nie mam zamiaru ryzykować życia mieszkańców, dla widzimisię tego gówniana.
-Ten gówniarz to twój syn… – Powiedziała pani Kasia łamiącym się głosem. Łzy nieśmiało i powoli popłynęły po jej policzkach. Nie złamały wielkiej determinacji męża.
– I moja córka – Powiedział ściszonym głosem. Poprawił kamizelkę, wywinął mankiety białej koszuli i opuścił rękawy, po czym ruszył w kierunku drzwi. Minął panią kasie i zamknął je za sobą. Trzask drewna o stal futryny był jak gwóźdź do trumny. Małżonka padła na kolana i ukryła twarz w dłoniach. Szloch wypełnił cały gabinet.

***

Cały teren elektrowni był ogrodzony wysoką siatką zakończoną drutem kolczastym. Na ogrodzeniu wywieszono mnóstwo znaków ostrzegających o zagrożeniu zdrowia i życia. Zaraz za głowiną brama, tuż przed wejściem do budynku biurowca był duży parking. Sądząc po jego rozmiarach, w czasach świetności elektrowni pracowało w niej pewnie kilka tysięcy osób. Teraz jednak wszystko było puste. Nie licząc grupy uzbrojonych bojowników, okupujących tereny sąsiadujące z reaktorem Ich zadaniem było dbanie o to, by pozostał on wyłączony. Dwóch z nich stało tuż przed wejściem, skąpanych w świetle ultrafioletowym płynącym z lamp nad ich głowami. Anton rozkazał ludziom w swojej sypiącej się elektrowni odłączyć cały ten sektor. Zasilanie awaryjne reaktora, bez jego włączenia było zbyt słabe by zasilić wszystkie lampy, toteż buntownicy przekierowali moc tylko na oświetlenie zewnętrzne. Anton wiedział doskonale, że dzień nie nadejdzie. Nie nadszedł od czasów Armagedonu. Nikogo już nie obchodziło, czy słońce jakimś cudem zniknęło, czy może coś zasnuło niebo. Dla Antona najważniejszym atutem był fakt, że bez oświetlenia UV okoliczne wampiry odwalą za niego całą, czarną robotę. Te bezmózgie bestie nie chcą niczego więcej tylko krwi. Nie wiadomo nawet, czy są inteligentniejsze od prymitywnych plemion dzikusów, ale w takich sytuacjach okazują się pomocne. W interesie buntowników leżało by lampy do kola elektrowni nie przestały świecić. I na razie dobrze im szło.
– Uważasz, że Anton się pojawi? – Zapytał wysoki, barczysty i wytatuowany punk. Jego towarzysz uśmiechnął się i zacisnął tylko dłonie na swoim AK. Jakby na nic innego bardziej nie czekał.
– Mamy jego cholerną córkę. Nie puści tego płazem. A Tom i chłopaki tylko na to czekają. – Facet był niski i niepozorny, ale w jego oczach kryla się psychoza. Twarz miał całą poprzekłuwaną i ozdobioną wieloma kolczykami. Jego kościste ciało zasłaniała tylko skórzana, rozpięta kamizelka a nogi chroniły brązowe, podarte spodnie.
– A jeżeli Anton poczeka, aż zasilanie padnie i zostawi sprawę wampirom? – Spekulował duży. Wyglądał na nie lada twardziela, ale teraz jego głos brzmiał jak cieniutki szept przerażonego dziecka.
– Idioto! – Wrzasnął chudy. – Tam jest jego córka. Nie pozwoli, żeby stado krwiopijców rozerwało gówniarę na strzępy. Poza tym mamy lampy, a żaden pieprzony ścierwojad nie jest na tyle walnięty by… – Przerwał zdanie i zamarł przerażony. Czuł jak jego walące serce podchodzi mu do gardła. Nie mógł się ruszyć. Ręce i stopy miał przybite do drewnianego krzyża. Za jego plecami nie było już elektrowni, ani lamp ultrafioletowych. Były za to setki podobnych krzyży na których wisiały zbroczone krwią ciała. Ich las ciągnął się kilometrami, by zginąć za wysokimi górami skalistymi gdzieś na horyzoncie.
Do kola krzyża chudego stały dziesiątki ludzi ubranych w czarne habity. Mamrotali coś w bełkotliwym, dziwnym języku, niczym fanatycy odprawiający jakiś pokręcony rytuał.
Mężczyzna zaczął wrzeszczeć jak opętany, kiedy z szoku wyrwał go widok ostrych jak brzytwa sztyletów, które każdy z mnichów trzymał w dłoni. Krzyk nic nie pomógł. Nie miał go kto usłyszeć. A gwałtowne szarpnięcia zadawały tylko potworny ból przybitym do krzyża kończynom.
– Co się dzieje… – Wycedził przez zęby. – Zostawcie mnie… – Wykrztusił jeszcze, po czym wydarł się z całych sił, kiedy pierwszy sztylet otworzył ranę w jego boku. Krew lala się z niej niczym woda z dziurawego wiadra. Nie zdążył jeszcze przestać wrzeszczeć kiedy kolejne ostrza zatonęły w jego ciele. Z każdą chwilą nowe rany rozdzierały jego tors, a życie najwyraźniej nie miało ochoty zeń ujść. I nie uszło. Jeszcze przez kilkanaście dni fanatycy dręczyli go tak bez przerwy, dopóki nie umarł z wycieńczenia i nie dołączył do zbioru krzyży.

***

Duży patrzył na wrzeszczącego z niewiadomych przyczyn kolegę. Nie miał pojęcia czemu, chudy rozkładał teraz ręce tworząc znak krzyża i nie mógł przestać krzyczeć.
– Stasiu… – Zaczął z narastającym przerażeniem barczysty punk. – Stasiu, co się z tobą dzieje?! – Zebrał się na to, by potrząsnąć kolegą, ale to nie wyrwało Stanisława z transu. Trwał on kilkanaście sekund, po czym z ust chudego wylało się nieco krwi, a ten bez życia padł na ziemię. Byku doskoczył do niego i rozpaczliwie zaczął cucić partnera.
– Stasiu! Stasiu wstawaj! Nie rób sobie jaj! Odbiło ci?! – Stanisław nie oddychał. Puls ustał chwilę temu. Byku żadnymi słowami i staraniami nie był już w stanie go ocucić. Bał się. Trudno było się nie bać. Ale nie był głupcem. Pomimo strachu potrafił zachować zimną krew. W końcu przed Armagedonem był wojskowym. Służył na wielu wojnach i nie raz musiał stawiać czoło strachowi. Kiedy dotarł do niego, że dla przyjaciela nie da się już nic zrobić, wstał powoli i odbezpieczył kałasznikowa. Zaczął ostrożnie wycofywać się w stronę drzwi do biurowca. Najważniejsze to ostrzec resztę. – Pomyślał. Nagle nie wiadomo skąd, jego strach zaczął rosnąć. Nogi zrobiły się miękkie, a ciało zaczęło dygotać. Wyobrażał sobie teraz swój lęk jako nadmuchiwany, powiększający się z każdą chwilą balonik.. Nie wiedział nawet dlaczego tak się dzieje. Nie myślał o niczym, co mogłoby potęgować jego strach. Tak, jak go w armii uczyli. Ale uczucie przerażenia po prostu rosło. Rosło, aż pękło. Byku ogarnięty histerią, i ogromną paniką rozpłakał się, a następnie zaczął wrzeszczeć. Puścił karabin i tylko skórzany pas biegnący przez jego klatkę piersiową utrzymał broń przy ciele. Wbrew zdrowemu rozsądkowi rzucił się do ucieczki, opuszczając bezpieczne światło lamp. Kilka chwil później płacz i krzyk Byka ucichły. Z cienia wyleciały dwa sztylety o zielonych, zdobionych rękojeściach. Każdy z nich stłukł jedną z lamp, zaciemniając głownie wejście.

***

Drzwi laboratorium diagnostyki reaktora otworzyły się z hukiem. Do pomieszczenia wbiegł chudy, krótkowłosy mężczyzna w okularach. W pełnym biegu mijał stanowiska diagnostyczne, mało nie taranując biurek. Skręcając koło jednego z nich przewrócił kosz ze śmieciami. Nie miało to jednak znaczenia, bo podłoga, jak i reszta kompleksu była stara i zniszczona. O czystość i porządek nikt nie dbał tu od lat, toteż strzępy pożółkłych papierów, całe płaty rdzy odpadające z metalowych ścian i stare, porozrzucane bezładnie szmaty walały się wszędzie.
Kiedy okularnik wychylił się zza winkla, niemal nadział się na zniecierpliwiony wzrok młodego blondyna. Być może on, był przyczyną ostrego hamowania posłańca, ale bardziej prawdopodobne było, że chodziło o duży stół, przy którym chłopak siedział. Nie miał więcej jak dwadzieścia pięć lat. Mimo wieku okrągła twarz wydawała się być bardziej dziecinna niż młodzieńcza. Sprawiała wrażenie łagodnej. Odziedziczył to po ojcu. Mieli podobne do siebie bulwiaste nosy i lekko cofniętą, dolną szczękę. W przeciwieństwie do taty nie ubierał się już tak schludnie. Zamiast eleganckiej kamizelki, bardziej leżała mu brązowa bluza z kapturem, a spodnie w kant ustępowały miejsca czarnym bojówkom. Ubranie to skrywało ciało, którego pozazdrościłby nie jeden foto model.
– Przyjechali? – Tom zapytał z niecierpliwością w głosie. Okularnik szybko zaprzeczył ruchem głowy, jakby szkoda mu było czasu na proste „nie.” Głowa nie przestała się jeszcze ruszać, kiedy pośpiesznie i nerwowo wycedził:
– Dwie lampy przed wejściem zgasły a Byku i Stasiek nie odpowiadają na wezwania! –Szybkimi i głębokimi haustami łapał oddech. – Zmobilizowałem ludzi, biegają po całej elektrowni, ale mimo to nie możemy tego lekceważyć. – Ugiął lekko nogi i oparł na nich ręce jak maratończyk podczas zasłużonego odpoczynku, poza linią mety. Jego oddech uspokoił się i stał się teraz ważniejszy niż treść wiadomości.
Tom oparł łokcie na stole. Palce obu jego dłoni zetknęły się tworząc piramidę. Końcówkami palców wskazujących pukał się w nasadę nosa. Zawsze tak robił kiedy myślał. Nigdy nie podejmował pochopnych decyzji. Wszystko musiał dokładnie przemyśleć. To kolejna cecha łącząca go z ojcem. Po chwili milczenia westchnął głęboko. Wiedział już, że tę walkę przegrał. Najważniejsze teraz było bezpiecznie się ewakuować. Siebie i małą.
Spojrzał na dziewczynkę bawiącą się lalką w koncie pomieszczenia. Miała nie więcej jak dziesięć lat. Długie, jasne włosy prawie w całości zakrywały jej czerwoną, brudną sukienkę, kiedy siedziała.
– Wygląda na to, że mamy w środku wampira. Musimy uciekać siostrzyczko.
Dziewczynka podniosła głowę i popatrzyła na brata pustym wzrokiem. Od urodzenia była niewidoma. Czasem też mówiła rzeczy, których nikt nie rozumiał. Dlatego też niektórzy w mieście uważali ją za szaloną. Tom jednak kochał swoją siostrę najbardziej na świecie. Porwał ją w prawdzie, ale nigdy nie miał zamiaru zrobić jej krzywdy. Chciał tylko sprowadzić tu Antona i odebrać mu życie.
– On nie chce zrobić nic złego. – Powiedziała z przekonaniem w głosie. Pomimo całej braterskiej miłości, jaką chłopak dążył młodszą siostrę, nie miał zamiaru słuchać, kiedy mówi od rzeczy. Zdecydowanym wzrokiem spojrzał na okularnika. Ten znał to spojrzenie. Szef patrzył tak zawsze, kiedy miał plan.
– Zmobilizuj wszystkie siły. Niech odetną sektor siódmy. Na jego końcu jest jedno z wyjść na zewnątrz. Kiedy już to zrobisz, skieruj się tam. Ja i Paula będziemy na ciebie czekać.
Bojownik nie potrzebował niczego więcej. Nie minęło kilka sekund, jak drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem. Tom sięgnął do dużej, metalowej szafy i wyciągnął z niej strzelbę. Siedem naboi w środku. Jeśli krwiopijca stanie na ich drodze to i tak nie wiele da, ale mimo to z bronią czuł się pewniej. Chwycił małą Paulę za rękę i oboje ruszyli w kierunku reaktora.

***

Ciemność jest pięknem. On jest artystą uwieczniającym jej naturę. Ciemność jest wołaniem. On jest słuchającym. Ciemność jest szeptem. On jest szepczącym w ciemności. Ciemność jest śmiercią. On jest ostrzem sztyletu. Stal spokojnie otulony cienistą kotarą patrząc jak co chwila jacyś uzbrojeni ludzie mijają go miotając się jak w ukropie w tę i z powrotem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że go nie widzą. Jak mogli by? Nie ma na świecie wielu ludzi, który byliby w stanie dostrzec Malkavianina okrytego Sferą Cienia. W talk mrocznym kompleksie jak ta elektrownia nie było trudno przekonać cienie by pomogły mu przejść niezauważonym. Mężczyźni byli naprawdę śmieszni. Każdy z nich rozglądał się nerwowo. Każdy coś krzyczał, kazał coś zrobić innemu. Inny nie słuchał. Totalny nieład i brak organizacji. Miał jeszcze trochę czasu by ponadawać się chaosem, który tak kochał. Z każdą chwilą biegający niczym mrówki, żołnierze zaczęli mu przypominać małe dzieci. Była kiedyś taka piosenka, o dzieciach bawiących się w lesie. Bardzo ją lubił. Doskonale pamiętał jej słowa i tylko uśmiechnął się kiedy zdał sobie sprawę, jak bardzo pasują do sytuacji.
– Gdzieś pośród leśnej nocy dzieci tańczyły walca. – Zaczął cichutkim szeptem i ruszył do przodu. Mijał kolejnych, miotających się krzyczących i klnących żołnierzy, szukających czegoś, lub kogoś, tak rozpaczliwie, jakby od tego zależało ich życie.
– Ich śmiechy szeptały ręka w rękę tak, jak lubią to dzieci. – Śpiewał na tyle cicho by piosenka roznosiła się po najbliższym otoczeniu, lecz nie była słyszalne wśród jego dźwięków i krzyków ludzi. – Ich oczy, ciekawe czego szukały, kiedy ich białe ubranka powiewały z niepokojem. – Nikt go nie słyszał. Szedł spokojnie przed siebie niezauważony, gestykulując palcami w rytm melodii i bawiąc się w najlepsze. Cienie wydawały się specjalnie układać tak, by nie mógł wyjść na światło, a ludzie przebiegający kolo niego odwracali wzrok, jakby nie mogli spojrzeć w tamtą stronę.
– Ich piosenka zaczyna mieć sens, ale jeśli się w nią wsłuchasz. – Przystanął jeszcze na chwilę, by delektować się widokiem strwożonych ludzi. – Tańczcie, Tańczcie jak motylki, jak cienie odsłaniające się przed mymi oczami.
Nagle jeden z bojowników zatrzymał się gwałtownie, uciszając wszystkich dokoła. Wampir ucichł wraz z nimi przykleił się placami do najbliższej ściany, by pozostać bez ruchu.
– Słyszeliście to? – Zapytał łysy, wytatuowany punk, inicjator sytuacji.
– Co niby? – Zdziwił się któryś z pozostałych.
– Piosenkę! Ktoś śpiewał jakąś piosenkę!
Każdy z punków znajdujących się w korytarzu wytężył słuch. W powietrzu nie było nic porucz buczenia wentylacji.
– Odpierdala ci! – Ktoś nagle przerwał ciszę. – Weź się chłopie w garść bo wszyscy dostaniemy świra przez takie jazdy!
Wszyscy pozostali ludzie potraktowali te słowa, jak kojący okład na ból głowy, po czym wrócili do prowadzenia dalszych poszukiwań. Zostało im sporo miejsc do sprawdzenia. Łysy słuchał jeszcze przez chwile, po czym zrozumiał, że faktycznie, pewnie się przesłyszał. Pokiwał głową z pożałowaniem, jakby dla samego siebie, po czym dołączył do swojej grupy.
– Silne echo musiało wytłumaczyć to coś, co słyszałem. – Kontynuował wampir, jakby nigdy nic. Brakowało tylko, żeby radośnie zaczął sobie podskakiwać.
– Teraz słuchaj, jak las mówi owadami i ptactwem. Czy zapach piasku i bestii rozbudzi drzemiące w tobie zwierze? – No i zaczął. Już nawet nie starał się skradać. Niczym bohater „Deszczowej Piosenki”, tańczył sobie i pląsał w cieniu podśpiewując skoczną bajeczkę, pewny tego, że jego moc władania cieniem ukryje go na tyle, by nie został wypatrzony. Zastanawiał się przy tym, czy faktycznie, kiedy się ukaże, ludzie spanikują do tego stopnia, by trącić ludzkie odruchy i zmienić się w zwierzęta?
– To ogromna iluzja której nie możesz być pewien. Kiedy pomyślisz, że jesteś naprawdę sam, poczuj wbity w ciebie wzrok. – Wbił przenikliwe, czerwone spojrzenie w przypadkową ofiarę. Ta zatrzymała się niemal natychmiast i z przerażeniem, powoli i ostrożnie zaczęła się rozglądać. Zupełnie jakby poczuła ciężar tego wzroku.
– Ups… – Wampir przerwał pieśń, po czym ukrył głowę w ramionach, tak jak robią to zawstydzone dzieci. Ostrożnie, aczkolwiek krokiem skradającego się cyrkowego błazna oddalił się, by uniknąć wykrycia. Starczy tej zabawy, pomyślał po czym znalazł jakieś bezpieczne miejsce, w którym mógł przystanąć. Miał nadzieję, że w beztroskim tańcu nie oddalił się za bardzo od swojego celu. Najważniejszym teraz było go odnaleźć. Metalowym pazurem, w który zakuty był jego palec wskazujący prawej ręki, otworzył sobie ranę na lewej dłoni. Upuścił z niej kropelkę krwi. Ta po zetknięciu z ziemia wyparowała, jakby nagle osiągnęła temperaturę wrzenia.
Do uszu wampira zaczęły dochodzić wszystkie dźwięki z całej okolicy. Słyszał skrobanie uciekających w popłochu szczurów, szepty przerażonych bojowników, kapiącą wodę, buczący gdzieś na drugim końcu elektrowni generator awaryjnego zasilania, bicie serc ludzi przechodzących kolo niego oraz kilka samochodów zbliżających się z dużą prędkością w stronę kompleksu. Anton. Pomyślał. Wciągnął zatęchłe powietrze i zaczął sortować zapachy. Najbardziej wyczuwalny był smród wilgotnej korozji pokrywającej niemal całą konstrukcję budynków. Potem szambo gdzieś na tyłach parkingu. Smród zanieczyszczonej wody kapiącej z popękanych rur. Zapach brudnych, spoconych, nie mytych długi czas ludzkich ciał, krew swoich ofiar, szczurze odchody i… zapach Pauli. Jest! Uśmiechnął się w myślach i jak najszybciej, aczkolwiek tak, by pozostać w ukryciu, ruszył przed siebie.
Udało mu się niepostrzeżenie dostać pod same wrota prowadzące do reaktora. Pewnym było, że dziewczyna jest za nimi. A z nią ktoś jeszcze. Sądząc po zapachach potu mężczyzna. Wypachniony jakimiś tandetnymi. Pewnym dla wampira było, że tam nie dostanie się już tak łatwo. Kolo drzwi kręciło się czterech strażników. Nie umiał przenikać przez ściany. Wbrew obiegowym opiniom żaden krwiopijca tego nie potrafił. Chyba nie obejdzie się bez ofiar. Pomyślał i rozejrzał się do kola. Bojownicy uzbrojeni byli w karabiny szturmowe. Wbrew legendom o kołkach osikowych, srebrnych kulach, gazie czosnkowym, czy święconej wodzie, nie były to najlepsze sposoby na zabicie wampira. O ile czosnek, kolek osikowy, czy święcona woda raczej niezdarą egzaminu, to srebro jest tak samo śmiertelne jak kilka serii z AK, czego Malkavianin wlał uniknąć. Nie mógł tak po prostu stłuc czerwonych żarówek migających pod sufitem, bo ryzyko wykrycia było za duże. Umysł człowieka pewnego, że w okolicy jest wampir, potrafi wykrywać go znacznie lepiej niż nieświadoma jaźń. Poza tym zbyt gwałtowne ruchy w postaci zamaszystego rzutu sztyletem mogły zdjąć jego cienistą osłonne. Zastanawiał się, czy starczy mu krwi na wykonanie jeszcze jednej sztuczki. W prawdzie użył już raz potężnego Zobrazowania Śmierci, żeby pozbyć się chudego strażnika. Stracił też sporo sił, by za pomocą Pasji spotęgować strach dużego i doprowadzić go do histerii. Niby pożywił się nim i zaspokoił głód, ale czy to wystarczy? Popatrzył na różową szczoteczkę do zębów ukrytą w kieszeni jego skórzanej kurtki.
– Jak myślisz Edziu? – Wyszeptał. – Damy radę?
Odpowiedziała mu cisza.
– Nooo. Swój chłop. – Dokończył, po czym po raz kolejny zranił się w dłoń. Wiedział, że to ryzykowne, gdyż zbyt duża utrata krwi spowoduje głód i uwolnienie się mieszkającej w nim bestii, ale nie widział innego wyjścia. Trzy kolejne krople osocza wyparowały po zetknięciu z podłogą. Natłok myśli nawiedził jego umysł. Słyszał te należące do strażników, tak jakby były wypowiadane wprost do niego. „Gdzie ten cholerny, czarci syn mógł się schować”, „Boże błagam nie pozwól mi umrzeć!” „Zostawił nas tu. Tom zostawił nas tu na pewną śmierć! Skurwysyn”
Nie ładnie tak wrzucać na czyjąś matkę. Pomyślał wampir uśmiechając się do siebie.
„Pieprzone drapanie! To szczury! Nienawidzę ich!”
Bez namysłu wbił swój czerwony, przenikliwy wzrok w mężczyznę najbliżej niego. Miał fobię na szczury. Malkavianin skoncentrował dogasającą już telepatyczną moc na uciekających w ścianach gryzoniach, by zasygnalizować im swoją obecność. Te natychmiast wpadły w panikę i zaczęły uciekać gdzie popadnie. Sprawiło to, że z dziur w ścianach wylała się fala setek brązowych, wielkich jak stopa szczurów. Wywołała dokładnie taki efekt, jaki zaplanował wampir. Strażnicy, to klnąc, to wrzeszcząc zaczęli odskakiwać na boki. Ten cierpiący na fobię nawet wypuścił z rąk karabin. Wstrząs wywołany upadkiem sprawił, że stara, słabo zakonserwowana broń wypaliła. I o to właśnie chodziło. Nie było oczywiście możliwe, by tak wystrzelona seria trafiła akurat w koguty pod sufitem, ale kiedy Malkav strąci je za pomocą sztyletów, ludzie obwinią o to wystrzał i nawet nie zorientują się, że są w śmiertelnej pułapce. Niemal równo z wystrzałem, dwa sztylety o zielonkawym odcieniu poszybowały w kierunku źródeł światła. Zapadła ciemność.
– Kurwa mać imbecylu jeden! – Rozległ się wrzask w ciemności. – Widzisz co żeś narobił?!
– To nie moja wina. – Tłumaczył się pseudo winowajca. – Cholernie boję się szczurów.
– Zamorduje cię ty…
– Uspokójcie się! – Nakazał podniesiony, tubalny głos. Prawdopodobnie należał do największego z obecnych tu bojowników. Mam latarkę.
Snop światła padł n mężczyznę, który właśnie podniósł z ziemi karabin. Za jego plecami stał człekokształtny cień. Światło oświetlało tylko śnieżnobiałe dłonie zaciśnięte na rękojeściach dwóch zielonkawych sztyletów, tkwiących przy gardle ochroniarza.
– O kur… – Właściciel latarki zakrył dłonią usta.
– Co? – Zapytał przerażony podwładny. – Jest za mną prawda? – Zapytał łamiącym się głosem.
Zaraz po tych słowach korytarz wypełnił cichutki śpiew.
– Kiedyś kupię nóż. I powyrzynam wszystkich w koło. Kupię nóż… – Ostrza niemal w rytm muzyki prześliznęły się po gardle ofiary, otwierając je. Nikt już nie zauważył fontanny krwi, która towarzyszyła duszącemu się w konwulsjach biedakowi. Niemal natychmiast wszyscy pozostali otworzyli ogień. Serie z karabinów na ślepo przecinały całą szerokość holu. Malkolm dusili spust z największym zacięciem. Nigdy (nie licząc czasów wojny) nie miał do czynienia z wampirem, toteż bał się potwornie. Stał najbliżej drzwi. Nie maił pojęcia, że źródło jego histerii stoi pół kroku za jego plecami. Zabójca spojrzał na sztylety. Nie dostrzegł ich zielonkawego poblasku, gdyż było ciemno, a w ciemności widział wszystko w czerni i bieli. Był jednak świadomy, że zieleń tam jest i mówi do niego.
– Wbij. – Szeptała. – Zlituj się. Wbij. Ukój jego cierpienia.
Chyba nawet nie miał wyjścia. Malkolm stał na tyle blisko drzwi, by usłyszeć jak się otwierają., a to nie było Malkavianinowi na rękę. Mężczyzna poczuł, jak lodowata dłoń mocno zaciska mu się na ustach. Jego ciało sparaliżował potężny ból rozchodzący się falą od środka kręgosłupa. Nie był w stanie krzyczeć. Nawet gdyby dłoń nie blokowała mu ust, niewyobrażalny ból pozbawił go oddechu. Miał wrażenie, jakby ktoś oblał jego plecy ciepłą wodą. Po chwili dotarło do niego, że to jego własna krew… Pomimo potwornego hałasu wystrzałów i krzyków jego towarzyszy, mógł przysiądź, że słyszał trzask własnego kręgosłupa. Trwało to może kilka sekund zanim zbliżające się cienie ukoiły bul i ukołysały Malcolma do snu.
Wampir ostrożnie położył ciało na ziemię. Przerażeni bojownicy nawet nie dostrzegli tego, że jeden z karabinów ucichł. Zabójca uśmiechnął się triumfalnie, po czym odwrócił się w stronę drzwi.

***

Tom mocno ściskał dłoń siostry. Oboje biegli dobrze oświetlonym korytarzem wprost do reaktora, za którym czekało wyjście. Nie mógł rozwinąć pełnej prędkości, wiedząc za Paula nie nadąży, ale starał się, by biegła jak najszybciej. Dokładnie w przeciwną stronę biegli jego żołnierze. Cały czas ktoś go mijał. Tom jednak nie dostrzegał nikogo. Strach był zbyt silny. Kiedy już jakaś sylwetka naprzeciw dotarła do jego wzroku, nie potrafił powiedzieć nawet, jak ten człowiek wyglądał. Dla niego były to twarze bez twarzy. Szare i puste niczym nie zapełnione płótna. Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Wydłużał się z każdym krokiem. Pomimo krzyków, przekleństw i rozkazów wydawanych sobie nawzajem przez członków jego gangu, Tom słyszał tylko coraz głośniejsze bicie swojego serca. Drzwi, które właśnie wyłoniły się na horyzoncie, miały dać mu choć pozory spokoju. Za nimi był reaktor.
Czy dzisiejszego wieczoru dołączy do Kingi? Pamiętał doskonale jej wiecznie uśmiechniętą twarz. Nigdy nie dała mu po sobie poznać jak bardzo odbijają się na niej trudy mieszkania w slumsach. Miała wiecznie roześmiane oczy. Niebieskie jak wiosenne niebo, którego tyle lat już nie widział. Przypominały mu, że ono jest gdzieś tam. Czeka pod czarną jak smoła powłoką nocy i kiedyś ktoś znajdzie sposób by na nowo je odsłonić. Pamiętał jej zapach. Jedyny cudowny zapach w śmierdzącym brudem i stęchlizną świecie. Pamiętał smak jej ust. Nie dało się go porównać z żadnym, nawet najgłębszym doznaniem, jakiego doświadczyli w życiu. A teraz jej nie było. Dlatego tak nie nawiedził Antona.
Ze zgrzytem przekroczyli zardzewiałe drzwi do reaktora. Tom chwycił Paule i wziął na ręce, by nie potknęła się na starych i niestabilnych schodach prowadzących w dół. Chłopak bał się nawet chwycić poręczy. Sądząc po wyżartych korozją dziurach i tak by tego nie wytrzymała. Rozległa się seria strzałów i krzyków. Oboje spojrzeli w prawo w kierunku wrót prowadzących z sektora B, gdzie dwa poziomy pod nimi panice nie było końca. Tom wiedział już co to znaczy. Oboje byli już zgubieni. Wiedział też, że musi obronić siostrę, którą wplątał egoistycznie w swoją prywatną wojnę. Przyspieszył kroku i wzrokiem pełnym nadziei popatrzył na przymocowaną do jego ciała skórzanym paskiem strzelbę. Mimo iż nie było ratunku, nadzieja nigdy nie umiera. Kiedy zbiegli na sam dół, drzwi sektora B uchyliły się. Serca Toma zamarło, ale nie miał zamiaru ani się zatrzymać, ani nawet pozwolić odpocząć wycieńczonym ramionom i kazać Pauli biedź samodzielnie. Nie było na to czasu. Zacisnął żeby i minął reaktor. Od bramy prowadzącej w zbawienne światło ultrafioletowe dzieliło go tylko kilka metrów. Musiał dać radę. Dla malej. Zacisnął zęby i mimo wycieńczenia przyśpieszył kroku. Wtem cienie klika metrów przed nim zaczęły tańczyć jakby gdzieś w pobliżu ktoś rozpalił ognisko. Tom zatrzymał się i pośpiesznie postawił Paule, po czym chwycił za broń. Faktycznie. Coś tu nie grało. Tuż nad cieniami święciła lampa, więc wcale nie powinno ich być. Nagle rozstąpiły się, a w świetle żarowski stał chudy mężczyzna o pociągłej, uśmiechniętej twarzy. Miał haczykowaty nos u którego nasady tkwiły głęboko osadzone, zielone oczy. Ich spojrzenie uspokajało. Czarne, zaczesane do tyłu włosy lśniły w słabym świetle żarówki. Tom znał tego człowieka. Znał go doskonale. Nawet gdyby w cieniu nie dostrzegł twarzy, to i tak nie miałby wątpliwości. Tylko on był na tyle dziwny, by nosić na sobie czerwoną zimową kurtkę i jasne sztruksowe spodnie.
– Miłosz! – Krzyknęła Paula i natychmiast ruszyła w stronę mężczyzny. Tom nie zdążył jej powstrzymać.
– Nie… – Wykrztusił tylko, kiedy siostra go mijała. Chłopak nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa. Stał bezradny nie podnosząc nawet broni. Okazało się, że ten śmieszny facet, który przybył do miasta kilka dni temu był wampirem. Zaraz, to nie możliwe. Przecież zabiłyby go lampy UV. Niestety Tom nie umiał sobie inaczej wytłumaczyć tego, co zaszło. Ten śmieszy facet, którego Anton zatrudnił do pilnowania swojej trzody, krwiopijcą? Ten sam, którego Paula pokochała jak brata?
Miłosz kucał teraz obejmując małą niemal tak mocno, jak ona jego.
– Do tej pory nie mam pojęcia – zaczął mężczyzna w czerwieni – jak mnie rozpoznajesz, kiedy nic nie mówię. Przecież mnie nie widzisz.
Paula uśmiechnęła się szczerząc zęby tak mocno jak tylko mogła. Aż piegowate policzki jej nabrzmiały.
– Tylko ty masz taki słodki zapach panie czerwony. – Miłosz uśmiechnął się. Odkąd powiedział jej jak wygląda, nazywał go panem czerwonym. Jego mina spoważniała z chwilą, kiedy uświadomił sobie, że słodki zapach o którym mówi mała to… krew.
Wstał. Na jego twarzy widać było wycieńczenie. Tom dostrzegł, że z jego dłoni kapie krew tworząc niewielką kałuże koło podeszwy buta. To co chłopak zobaczył nastąpiło w ułamku sekundy. Miał wrażenie, że było to zaledwie mrugnięcie powiek.
Nie było już Miłosza. A jeśli to nadal był on, to Tom go już nie rozpoznawał. Mężczyzna koło którego stała Paula odziany był w czarną skórzaną, rozsuniętą kurtkę, ukazującą tors. Chroniła go czarna koszulka z żółtą, okrągłą, uśmiechniętą buźką. Spodnie również zmieniły swoją barwę, tak by pasować do reszty ubioru. Dłonie zasłaniały rękawiczki bez palców. Włosy z zaczesanych do tyłu roztrzepały się na wszystkie strony i teraz przypominały nieco fryzurę komiksowego Wolverine’a. Rysy twarzy, gdyby się przyjrzeć, nie zmieniły się zupełnie. Lecz maskował je teraz biały puder zakrywający całe oblicze wampira. Teraz jeszcze bledsze niż reszta skóry. Usta miał pomalowane czarną szminką, a od kącików przedłużone w uśmiech, jak u mima z piekła rodem. Czerwone już oczy pomalowane zostały na czarno, a każde z nich przecięto krzyżującymi się, trzema liniami. Wyglądały, jakby ktoś je przekreślił.
– Boże… – Wykrztusił Tom.
– Dlaczego chcesz zabić Antona? – Zapytał wampir ze spokojem. Paulina zdawała się nie dostrzegać różnicy pomiędzy starym i nowym Miłoszem. Jej mina wyrażała złość małego dziecka, któremu właśnie zabrano ukochane zwierzątko.
– Chciałeś zabić tatusia?! – Wrzasnęła z wyrzutem.
Tom chyba nawet nie usłyszał. Pod wpływem hipnotyzujących, czerwonych oczu krwiopijcy, zaczęło do niego docierać co robi. Pojawiły się wyrzuty sumienia.
– On nie spocznie, dopóki nie uruchomi tej pieprzonej elektrowni! – Spojrzał na wampira z nadzieją w oczach. Przed chwilą był stworzeniem, którego Tom bal się panicznie, ale teraz kiedy dostrzegł w tych oczach coś… coś dobrego, miał nadzieje, że nieumarły go zrozumie. – Reaktor nie jest zabezpieczony, a nawet Anton nie ma takiej władzy i możliwości, żeby zgromadzić wystarczającą ilość ołowiu, który zatrzyma promieniowanie. Ludzie w slumsach giną, tylko dla tego, że nie stać ich na płacenie pieprzonych podatków i wyniesienie się stąd! Nie mogę na to pozwolić.
Wampir patrzył na zdeterminowaną twarz chłopaka. Wiedział, że podatki to jedyny sposób, by zapewnić miastu ochronę w postaci paladynów, coraz to nowych lamp UV i wzmocnień fortyfikacji. Anton nie ściągał ich ze slumsów, bo wiedział, że ludzie żyjący tam i tak nie byliby w stanie ich zapłacić, ale nie był organizacją charytatywną. Nie mógł im dąć za darmo lepszych domów i środków do życia. Malkavianin widział, że zaślepiony jakąś tragedią i obwiniający o nią ojca Tom tego nie rozumie.
– Stara elektrownia nie wytrzyma długo. – Zaczął Miłosz. – Jeśli ona padnie, wasze oświetlenie przestanie was chronić. Kiedy ono zgaśnie całe miasto będzie zgubione. Wampiry wpadną tu i zrobią z niego szwedzki stół. Ty staniesz się daniem głównym, bo jesteś młody i silny. – Tłumaczył wampir bez emocji, jakby czytał właśnie stronę z książki telefonicznej. – Twoi rodzice są już w podeszłym wieku, więc pewnie nie zostaną wyssani. Ale naturę wampirów z pustkowi, będą ich długo męczyć i torturować, dopóki nie umrą z wycieńczenia. Tak dla zabawy. Twoja siostra natomiast będzie na deser, bo jej krew jest najsłodsza. – Westchnął głęboko. – Niedługo opuszczam to miasto i nie mam zamiaru Ci w niczym przeszkadzać. – Oznajmił. – Przyszedłem tylko dopilnować, żeby Pauli nic się nie stało, choć teraz kiedy na ciebie patrzę wiem, że nie zrobiłbyś jej krzywdy.
Dziewczynka spojrzała ze złością na wampira i pociągnęła go za nogawki, żeby mieć pewność że na nią spożyj.
– Miłosz! Dlaczego mówisz takie brzydkie rzeczy?!
Malkavianin uśmiechnął się szczerze. Tak samo szczerze, jak uśmiechał się kiedy godzinami siedziała na płocie zagrody i opowiadała mu o tym jakie mama robi dobre obiady. Była jedyną osobą, która widziała go takim, jakim jest naprawdę. Kiedy któregoś wieczoru uśmiechał się słuchając jej, ta nagle przerwała i zapytała:
– Miłosz? Czemu ty zawsze jesteś smutny?
Od tamtej chwili wiedział, że ona umie widzieć tak samo wyraźnie jak on. Któregoś dnia w ogrodzie, podczas jednej z rodzinnych kolacji Anton rozprawiał o tym, że trzeba wzmocnić ochronę. Że nie można dopuścić, by żaden śmierdzący krwiopijca dostał się na teren miasta.
– Dlaczego? – Zapytała Paula.
– Bo wampiry są złe. Nie pragną niczego innego, tylko wypić z ciebie krew. Każdy chce tylko zrobić ci krzywdę. Dlatego tatuś cię przed nimi broni. – Tłumaczył wtedy Anton.
– Ale Miłosz taki nie jest. – Uśmiechnęła się mała. Zszokowani i przerażeni rodzice spojrzeli na stojącego w świetle lamp ultrafioletowych pasterza opartego o zagrodę. Gdyby wiedzieli wtedy, że prawdziwy „Miłosz” ukrywa się w zacienionej drewutni mamiąc umysły patrzących, iluzją siebie.
– Miłosz nie jest wampirem. – Anton odetchnął z ulgą.
Malkav pogłaskał Paule po głowie.
– Nie nazywam się Miłosz. Jestem Szakal.
Zdziwiona dziewczynka przechyliła głowę. Zastanowiła się chwilę. Wystarczyło, że usłyszała znów, ten prawdziwy, łagodny i szczery ton głosu swojego przyjaciela, by się uspokoiła.
– Dla mnie zawsze będziesz Miłoszem. Panem czerwonym. – Uśmiechnęła się szczerze.
Tom miał czas na przemyślenie słów Szakala. I dotarło do niego, że ten wampir faktycznie ma rację. Bez elektrowni zginą wszyscy. Przez nią zginęła Kinga, ale przez niego, jej śmierć może pójść na marne. Wiedział już, że musi wszystko wyjaśnić ojcu.
W głowie Pauli rozbrzmiał przyjacielski głos Szakala. Tak ciepły, szczery i uspokajający, jak zawsze kiedy opowiadał jej bajki o rycerzach i księżniczkach.
– Malutka nie ruszaj się stąd i nie krzycz choćby nie wiem co. Jestem tuż za tobą.
Tom podniósł głowę, by podziękować Szakalowi, ale tan właśnie go mijał. Ponownie przyjął postać Miłosza.
– Skoro wszystko jest już jasne, to ja i Edek będziemy lecieć, bo w godzinach szczytu to korki i się potem przez miasto nie przebijemy. – Spojrzał na Toma uśmiechając się szeroko. Wtem drzwi sektora B otworzyły się z hukiem i do środka wpadła dwójka mężczyzn w garniturach. Kiedy tylko dostrzegli, że w oddali ktoś jest, niemal na oślep każdy z nich wypalił po razie z potężnego Desert Eagle trzymanego w dłoniach. Kule utkwiły w ciele Miłosza, posyłając go na ziemię. Krew wylewała się z ran niczym woda z przebitego węża ogrodowego.
– Wstrzymać ogień idioci! Tam są moje dzieci! – Rozległ się przerażony głos Antona wbiegającego do pomieszczenia z reaktorem. Zaraz za nim wbiegł Stefan i reszta jego ludzi.
Tom podbiegł do martwego ciała Miłosza i klękną przed nim. Najpierw próbował zakrywać dłońmi rany wampira, tak jakby to mogło zatamować krwawienie. Kiedy zrozumiał, że nie jest w stanie nic zrobić, posłał dwóm dryblasom wściekłe spojrzenie.
– Co wyście kurwa zrobili!? To Miłosz! On był niewinny! Przyszedł uratować Paulę!
Paula odwróciła się patrząc swoim pustym wzrokiem w kierunku cienia niedaleko wrót wyjściowych. Szakal uśmiechnął się. Na szczęście zrozumiała. Ledwie wystarczyło mu krwi na jeszcze jedną iluzję zanim obudzi się w nim bestia. Miał tylko nadzieję, że nikt nie zobaczy zielonkawych sztyletów walających się niedaleko. Tych samych, którymi zbił kule lecące w stronę Toma. Więcej chyba w tym mieście nie zarobi. Czas było ruszać dalej. Spojrzał na różową szczoteczkę do zębów spoczywającą w jego kieszeni.
– Słuchaj Edek, ja wiem, że będziesz zły, ale muszę to sprawdzić, bo mnie to zamęczy. – Powiedział kierując się do sektora B.

***

Ania i Damian spacerowali sobie beztrosko ulicami Stycznia. Latarnie oświetlały ich zapewniając bezpieczeństwo. Dziewczyna była dumna że ma takiego chłopaka. Wiedziała, że nie pozwoli jej skrzywdzić. Był duży i silny. Świetnie nadawał się na paladyna. Damian zaś dumny był z tego, że ma najpiękniejsze dziewczynce w całym mieście.
– Tak bardzo chciałbym zobaczyć księżyc. Myślisz, że jeszcze kiedyś niebo będzie normalne? – Zapytała patrząc na smoliste kłęby zasłaniające nieboskłon.
– Na pewno ktoś znajdzie sposób, żeby to stamtąd usunąć.
Dziewczyna poczuła nie przemożną chęć przytulenia się do ukochanego. Kidy chciała się przysunąć spostrzegła, że coś krępuje jej ruchy.
– Co się…
Do Damiana dotarło, że Ania została nieco z tyłu. Odwrócił się i dostrzegł, że jego przerażona dziewczyna uwięziona jest w ramionach tajemniczego osobnika. Zasłaniał jej twarz by nie krzyczała. Był ubrany na czarno, a twarz miał pomalowaną jak jakiś klaun z piekła rodem. Nogi chłopaka odmówiły posłuszeństwa i ugięły się pod naporem strachu. Stracił równowagę i padł na chodnik. Usta Szakala otworzyły się, ukazując ostre jak brzytwa kły.
– Jestem przerażającym wampirem. – Powiedział z nieco przesadzonym tonem, rodem ze starych filmów o hrabim Draculi. Żeby poprawić efekt, bez najmniejszego trudu podniósł kobietę nad głowę.
– Jestem głodny i pożywię się na niej albo na tobie! Wybieraj! – niemal wrzasnął nie zmieniając barwy głosu. W kroku Damiana zaczęła rosnąć mokra plama. Cofnął się kilka centymetrów, po czym wrzasnął:
– A bierz ją sobie! – Zerwał się jak szalony i ruszył do ucieczki.
Instynkt samozachowawczy jak u królika, pomyślał Szakal. Piosenka miała rację. Zapach bestii budzi w nich zwierze. Wampir odstawił kobietę na ziemię. Spojrzał jej głęboko w oczy. Twarz miał już wesołą i spokojną.
– Zostaw go. To jakiś drechol jest. – Po tych słowach rozpłynął się w powietrzu. Ania rozejrzała się przerażona. Bała się nawet drgnąć pomimo iż nie było już nikogo w pobliżu. Kilkanaście metrów dalej w zacienionym miejscu pod murem miasta stał Szakal i wbijał triumfalne spojrzenie w szczoteczkę do zębów w jego kieszeni.
– Mówiłem, że piosenka nie kłamie? Widzisz? Miałem rację. Przegrałeś zakład. W Marcu ty stawiasz browar. zastanowił się chwilę. – Nie pamiętam jaki ta piosenka miała tytuł, a ty?
Odpowiedziała mu cisza.
– Za grosz z ciebie pożytku. – Powiedział, po czym przeskoczył przez mur.