Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Filip i Śmierć

Filip szedł powoli przez park. Skończył wcześniej zajęcia na uczelni i postanowił wrócić do domu pieszo – dla zdrowia. Nie była to daleka droga, nieco ponad pół godziny wolnym, spacerowym krokiem. Wieczór był spokojny i jak na środek marca całkiem ciepły. Księżyc rozświetlał alejki, w okolicy było pusto i cicho. Filip pogrążył się w rozmyślaniach. Planował kolejną randkę z Kaśką. Fajna dziewczyna – poznali się tydzień temu na imprezie i od razu przypadli sobie do gustu. Spotkali się potem, poszli do kina. Teraz trzeba by wymyślić coś innego. Może kawiarnia?
Zamyślony chłopak nie zwracał uwagi na otoczenie. Nagle z krzaków wyskoczył pies. Nie był duży, ale straszliwie ujadał. Zaskoczony Filip cofnął się o krok i runął na ziemię, potknąwszy się o korzeń. Leżał chwilę bez ruchu, starając się uspokoić oddech.

– Cholerny pies – mruknął. – Przestraszył mnie na śmierć.
– O TAK… TRAFIŁEŚ W SEDNO CHŁOPCZE – rozległ się głęboki głos za jego plecami.
Filip zerwał się jak oparzony. Tuż obok niego stał wysoki osobnik, w czarnym płaszczu sięgającym ziemi. Nasunięty głęboko na czoło kaptur uniemożliwiał dostrzeżenie twarzy.
– Bardzo śmieszne. – Chłopak odzyskał nieco pewności siebie. – Ciekawe jak pan by zareagował… Swoją drogą, skąd się pan tu wziął?
– PRZYSZEDŁEM… POCZUŁEM, ŻE MOGĘ BYĆ POTRZEBNY. – Mężczyzna zamilkł, jakby zastanawiając się, co powinien zrobić. – MYŚLĘ, ŻE MUSIMY JUŻ IŚĆ.
– Tak… Zaraz! Jakie my? JA idę do domu, a co pan zamierza zrobić, to już nie moja sprawa. Do widzenia.
– OBAWIAM SIĘ, ŻE NIE DOTRZESZ DZISIAJ DO DOMU.
– Czy to miała być groźba?!
– NA GROŹBY JUŻ NIECO ZA PÓŹNO.
– Kim ty do diabła jesteś?!
– LUDZIE NAZYWAJĄ MNIE ŚMIERCIĄ. A TY CHŁOPCZE, NIE ŻYJESZ. PRZYKRO MI.
– Jak to nie żyję? Niby jak?
– UMARŁEŚ Z PRZERAŻENIA.
– Z przerażenia?! Przestraszyłem się trochę, ale bez przesady. Od tego nie można umrzeć!
– WYGLĄDA NA TO, ŻE JEDNAK MOŻNA.
Do Filipa coś nagle dotarło. Uśmiechnął się
– Już rozumiem! To żart! Marek pewnie maczał w tym palce. Macie ukryte kamery? Niezły pomysł, prawie się nabrałem. Powinniście tylko dopracować kilka szczegółów. Po pierwsze Śmierć jest kobietą – nawet dzieci to wiedzą. Po drugie Kostucha powinna być nieco bardziej… koścista. I powinna mieć kosę!
Śmierć powolnym ruchem ściągnął kaptur. Oczom Filipa ukazała się biała czaszka. Zdawała się jaśnieć, ale może to tylko światło księżyca tak padało. Głęboko w ciemnych oczodołach płonęły czerwone płomyki.
– TERAZ WYGLĄDAM LEPIEJ? A MITÓW O MOJEJ PŁCI CHYBA NIE DA SIĘ ZWALCZYĆ. OD ZAWSZE JESTEM MĘŻCZYZNĄ. KIEDYŚ JAKIŚ POETA-MĄDRALA WYMYŚLIŁ MNIE W DAMSKICH CIUSZKACH I TAK JUŻ ZOSTAŁO. ECH, CI FACECI I ICH FANTAZJE… – Spojrzał przelotnie na niebo. – ACH… NO TAK, CHCIAŁEŚ JESZCZE KOSĘ. – W ręku Śmierci zmaterializowała się wielka kosa. – MOŻEMY JUŻ IŚĆ?
– Nie! To niemożliwe! To na pewno zły sen!
– ZNOWU TO SAMO… TO NIE SEN. NIE MOŻESZ ŚNIĆ, SKORO NIE ŻYJESZ. POPATRZ, TAM ZOSTAŁO TWOJE CIAŁO – powiedział wskazując niewyraźny kształt leżący na ścieżce, na który Filip do tej pory nie zwrócił uwagi.
– Nie… ja nie chcę… Może mógłbyś zrobić dla mnie wyjątek? – Filip najwyraźniej zmienił strategię.
– NIE.
– Chcesz czegoś w zamian?
– JA JESTEM NIEPRZEKUPNY. NIEJEDEN JUŻ PRÓBOWAŁ, ALE NIC TO NIE POMAGAŁO. CO NIBY MÓGŁBYŚ MI DAĆ? PIENIĄDZE?
– Nie mam zbyt wiele. – Chłopak rozpaczliwie przetrząsał kieszenie. Jego palce trafiły na coś. – Czekolada pewnie cię nie zadowoli?
– CZEKOLADA? CZY TO JAKIŚ DROGOCENNY KAMIEŃ SZLACHETNY? NIGDY O TAKIM NIE SŁYSZAŁEM.
– Nie. Czekolada to takie słodkie coś, do jedzenia. Masz, spróbuj. – Podał Śmierci tabliczkę. Ten przez chwilę obracał ją w palcach, przyglądając się podejrzliwie.
– Musisz ją najpierw rozpakować. Zerwij sreberko i jedz – poradził Filip.
Śmierć zrobił jak mu kazano, odłamał kawałek i włożył do ust (choć może określenie „otwór gębowy” byłoby właściwsze). Przeżuwał chwilę, po czym na jego obliczu pojawił się uśmiech. Wyglądało to dosyć upiornie – uśmiechająca się czaszka, z kawałkami czekolady między zębami – ale Filip wyraźnie odetchnął z ulgą.
– NIGDY NIE JADŁEM CZEGOŚ TAKIEGO… MYŚLĘ, ŻE JEDNAK SIĘ DOGADAMY.
Machnął ręką i dusza Filipa znów połączyła się z ciałem. Chłopak przecierał ze zdumienia oczy, ciągle oszołomiony całym zdarzeniem. Wstał w końcu z ziemi, otrzepał ubranie i spojrzał na wysoką postać zajadającą się czekoladą. Nie bardzo wiedział, co powinien zrobić. Chciał jak najszybciej opuścić feralny park i wrócić wreszcie do domu. Marzyła mu się gorąca kąpiel.
– Tak… – zaczął niepewnie. – Chyba czas się już pożegnać. Adieu, jak mawiają Francuzi.
Machnął jeszcze ręką na pożegnanie i ruszył w swoją stronę. W wyobraźni przeżywał całe wydarzenie po raz drugi, zastanawiając się, czy aby na pewno nie był to sen. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że postać w czerni sunie bezgłośnie za nim.
– Czego jeszcze chcesz? Nie mam więcej czekolady. – W głosie Filipa oprócz strachu dało się słyszeć rozdrażnienie.
– TERAZ ŻYJESZ NA KREDYT. ON CI NIE ODPUŚCI TAK ŁATWO. NIEDŁUGO ZNÓW BĘDĘ POTRZEBNY.
– Jaki on? Kogo masz na myśli?
– LOS. ON WCALE NIE JEST ŚLEPY. NA PEWNO WSZYSTKO WIDZIAŁ I JUŻ SZYKUJE SIĘ DO POPRAWKI. BYŁO CI PRZEZNACZONE ZGINĄĆ, A PRZEZNACZENIA NIE DA SIĘ OSZUKAĆ.
– Czyli umrę?
– TY JUŻ UMARŁEŚ…
– Ale żyję.
– JUŻ NIEDŁUGO…
– I nic nie można zrobić?
– MOGĘ CIĘ CHRONIĆ. ALE TO BĘDZIE KOSZTOWAŁO…

***

Filip obudził się tuż przed południem. Była sobota, więc mógł sobie pozwolić na odrobinę lenistwa. Schodząc na dół do kuchni, ziewał przeciągle, nadal zaspany. Pewnie dlatego nie zwrócił uwagi na samochodzik porzucony przez brata na jednym ze stopni. Postawił stopę na zabawce, stracił równowagę i stoczył się na sam dół schodów.
– WITAJ – rozległ się tuż obok znajomy, głęboki głos.
– No tak… Znowu się zabiłem? Co tym razem? – opanowanie Filipa było godne podziwu.
– SKRĘCIŁEŚ KARK.
– Aha. Da się coś z tym zrobić?
– TO ZALEŻY…
– W kuchni mam tabliczkę czekolady, jeśli o to ci chodzi.
Śmierć machnął bez słowa dłonią, przywracając chłopaka do życia. Ruszyli razem do kuchni, gdzie Filip wręczył Śmierci zapłatę za pomoc. Potem jak gdyby nigdy nic zabrał się za przyrządzanie śniadania. Kanapki z pysznym, malinowym dżemem były jego ulubionym daniem na dobry początek dnia.
– NA TWOIM MIEJSCU ZJADŁBYM COŚ RZADSZEGO.
– Niby czemu? – Kanapka zatrzymała się w połowie drogi do ust.
– TO BYŁA TYLKO DOBRA RADA…
Chłopak wzruszył ramionami i zatopił zęby w świeżym chlebie. Uśmiechnął się gdy poczuł przyjemny smak na podniebieniu. Gryzł jeszcze przez chwilę, po czym przełknął kęs. Nagle wybałuszył oczy. Coś było nie tak. Zaczął się miotać rozpaczliwie usiłując złapać powietrze. Po niespełna minucie osunął się bezsilny pod stół. Śmierć przyglądał się całej scenie obojętnie. Wykonał gest ręką, Filip wstał, usiadł przy stole nieco oszołomiony.
– TRZEBA BYŁO MNIE POSŁUCHAĆ. ZROBIŁEM TO GRATIS. POWIEDZMY, ŻE CIĘ POLUBIŁEM. – Spojrzał na pytające oczy chłopaka i dodał po chwili. – TYM RAZEM SIĘ ZADŁAWIŁEŚ.

***

Filip leżał na łóżku, gapiąc się bezmyślnie w ścianę. Myślał nad czymś bardzo intensywnie. Śmierć siedział nieopodal, zajęty ostrzeniem kosy. Co jakiś czas spoglądał na telewizor, w którym puszczali drugą część przygód Johna Rambo. Kiedy na ekranie kolejny niegodziwiec zginął z rąk komandosa, odezwał się.
– DOBRZE, ŻE TO TYLKO FILM. GDYBY TEN GOŚĆ ISTNIAŁ NAPRAWDĘ, NIE MIAŁBYM W OGÓLE CZASU DLA SIEBIE. CIĄGLE BYŁBYM POTRZEBNY.
– Taa… Ja też się cieszę – odpowiedział Filip, po czym zapadła cisza. Przerwał ją chłopak:
– Słuchaj… Hm… Właściwie to jak mam się do ciebie zwracać? Jakoś tak głupio mówić za każdym razem per Śmierć.
– CHODZI CI O IMIĘ?
– Może być pseudonim jeśli wolisz.
– NIECH POMYŚLĘ… – Spojrzał przelotnie na telewizor. – MÓW MI JOHN. TO TAKIE DOBRE, MOCNE IMIĘ. MYŚLĘ, ŻE DO MNIE PASUJE.
– A więc… John… Tak się właśnie zastanawiałem… Skoro cały swój czas spędzasz ze mną, to co dzieje się z pozostałymi ludźmi? Przestali nagle umierać?
– NIE PRZESTALI. ODCHODZĄ KIEDY NADEJDZIE ICH CZAS. MAM NA TO SWOJE SPOSOBY.
– Ale to przecież niemożliwe! Nikt nie może być w wielu miejscach jednocześnie!
– JESTEM ŚMIERCIĄ! HELLOŁ! YYY… ZNACZY TEN… NO… ZA DUŻO TEJ TELEWIZJI.
– Skoro tak mówisz… – stwierdził Filip, dziwnie przyglądając się swojemu rozmówcy. – Chyba pójdę pobiegać. Trochę ruchu mi nie zaszkodzi.
– ZANOSI SIĘ NA DESZCZ.
– I co z tego? Nie jestem z cukru.

***

– Mogłeś powiedzieć, że to będzie burza!! Wtedy bym może bym się domyślił co mnie może spotkać!
– OSTRZEGAŁEM.
– Ale nie wspomniałeś o piorunach!
– NIE PYTAŁEŚ. POZA TYM NIE WOLNO MI POMAGAĆ LUDZIOM.
– Dobrze, już dobrze… Trzymaj – powiedział Filip wręczając Śmierci tabliczkę czekolady. – A następnym razem bądź bardziej konkretny. Proszę.

***

Minęły dwa lata. Filip żył sobie spokojnie (jeśli spokojnym można nazwać życie przerywane co jakiś czas przez pędzący samochód albo doniczki spadające z wysokich pięter kamienic). Śmierć towarzyszył mu na każdym kroku. Poznawali się w tym czasie i przyzwyczajali do siebie. Gdyby ktoś ich razem widział, mógłby ich wziąć za parę starych przyjaciół.
Dzień był spokojny. Słońce świeciło na niebie, lekki wiatr delikatnie chłodził rozleniwionych ludzi. Istna sielanka. Nic nie zapowiadało tragedii, która wkrótce miała się wydarzyć.
– Pora na wiadomości – rzekł Filip włączając telewizor. – Trzeba wiedzieć co się dzieje na świecie.
– RACJA.
„Kryzys na światowym rynku kakao.” – Dobiegł z odbiornika głos prezenterski. – „Ostatnie susze, które nawiedziły Azję, Afrykę i Amerykę Południową doszczętnie zniszczyły plantacje kakaowców. Najwięksi producenci załamują ręce. Za późno już na jakiekolwiek działania. Wygląda na to, że w najbliższym czasie tabliczka czekolady będzie nie lada rarytasem. Pozostaje zacisnąć pasa i czekać na lepsze czasy.”
Filip zerwał się z łóżka, nie mogąc uwierzyć w to co właśnie usłyszał.
– Przecież to niemożliwe! To nie dzieje się naprawdę!
Wypadł z pokoju i z prędkością światła zbiegł po schodach, ryzykując złamanie karku lub inny bolesny uraz. Dotarłszy do kuchni zaczął gorączkowo przetrząsać zawartość wszystkich szafek.
– Nie… Tylko nie to… Nie ma już nic… – szeptał niedowierzająco.
– HA! WYGLĄDA NA TO, ŻE JEDNAK ZNALAZŁ NA CIEBIE SPOSÓB. – Śmierć zmaterializował się za plecami chłopaka.
– Kto taki?
– LOS. MÓWIŁEM, ŻE CI NIE ODPUŚCI.
– Nie… To jeszcze nie koniec! Może jeszcze nie wszyscy słyszeli wiadomości. W sklepach na pewno coś mają. Kupię na zapas i wszystko będzie w porządku.
Filip chwycił kurtkę i wybiegł z domu. Najbliższy sklep znajdował się kilometr dalej, ale zdesperowany chłopak przebył ten odcinek szybciej niż niejeden olimpijczyk. Kiedy dopadł do drzwi, jego wzrok przyciągnęła nieduża kartka wywieszona za szybą.
– Czekolady brak – przeczytał na głos. – Szlag!
Sytuacja powtórzyła się w kilku kolejnych spożywczakach. Ostatnią deską ratunku wydawał się niedawno wybudowany hipermarket. Duży sklep, tam powinno być wszystko. Filip biegł wcale nie czując zmęczenia. Nie zwracał na nic uwagi, w głowie miał tylko słodkie tabliczki czekolady. Nie zauważył rozpędzonej ciężarówki. Wyszedł na ulicę. Oprzytomniał dopiero, gdy usłyszał wściekłe wycie klaksonu i ostry pisk hamulców. Jednak było już za późno.
– Co… Co się stało? – zapytał nieprzytomnie Filip. Jedno spojrzenie na demoniczny uśmiech stojącego tuż obok Śmierci powiedział mu wszystko. – Nie!
– TAK!
– Nie rób tego! Nie zabieraj mnie jeszcze! Przecież możemy się jakoś dogadać! Ocal mnie na kredyt, oddam z procentami!
– JA NIE UDZIELAM KREDYTÓW.
– Nie! Proszę, nie rób tego!
– JAK WY, LUDZIE, TO MÓWICIE? AHA. TURLAJ DROPSA! – powiedział Śmierć i zamachnął się swoją kosą.
– Czekaj! – krzyknął zrozpaczony Filip. Ostrze zatrzymało się o kilka centymetrów od jego szyi.
– DOBRA. POLUBIŁEM CIĘ, WIĘC POSŁUCHAM CO MASZ DO POWIEDZENIA. ALE STRESZCZAJ SIĘ!
– Może moglibyśmy się jakoś dogadać? Tak jak wcześniej. Nie mam już czekolady, ale na pewno znajdzie się coś innego co by cię zadowoliło.
– DOBRZE WIESZ, ŻE PIENIĄDZE MNIE NIE INTERESUJĄ. ŻEGNAJ. – Zamachnął się po raz kolejny.
– Czekaj! Pozwól mi skończyć. Mam… mam tu coś dla ciebie – wydusił grzebiąc nerwowo w kieszeniach.
– HM? CO TAKIEGO?
– Moment… Jeszcze chwileczkę… Mam! – Na jego twarzy malował się wyraz triumfu i niepewności jednocześnie. Wręczył Śmierci podłużną paczuszkę.
– CZY TO CZEKOLADA?
– Nie. To chałwa.
– CHAŁWA? A CO TO TAKIEGO?
– Spróbuj.
Śmierć powoli rozpakował zawiniątko. Podejrzliwie przyjrzał się nieciekawie wyglądającej zawartości, po czym skosztował. Żuł zapamiętale przez dłuższą chwilę. Filip przeżywał w tym czasie nieswyobrażalne katusze. Nie był pewien czy nowy smakołyk zasmakuje Śmierci.
– HM… NIEZŁE… MOŻE JEDNAK JAKOŚ SIĘ DOGADAMY…
Na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech…