Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Historia o rozlanym piwie


Historia ta zaczęła się zwyczajnie, w sposób wręcz najzwyklejszy, w miejscu tak prozaicznym jak miejska piwiarnia gdzie wieczoru tego, jak i następnego i następnego po następnym, piwo strumieniami się lało. Złocisty trunek odmian wszelkich chlupotał w dzbanach, kuflach, szklanicach jako i w gardłach. Piwo kapało z powały, a w dziurach w podłodze utworzyły się małe jeziorka o niezmąconej tafli pokrytej gęstą mgłą piany.

Na palenisku przyrumieniał się niemałych rozmiarów dzik, pod którym wesoło trzaskały płomienie. Pod ścianą siedziało piwo, tzn. bard, na którego jęki nikt uwagi nie zwracał. Gwarno było i duszno.

Skrzypnięcie otwieranych drzwi nie przerwało świętującym. Do szynku weszła przez nikogo nie zauważona zakapturzona postać i przysiadłszy w najciemniejszym i najbardziej wyludnionym kąciku izby wciągnęła głęboko zapach powietrza nasyconego chmielem.

Piwo spod ściany, tzn. bard, w tej właśnie chwili zakończył swoją pieśń tak silnym uderzeniem w struny lutni, że te aż popękały z głuchym metalicznym brzękiem. Na ten dźwięk zerwała się gawiedź cała na równe nogi i nadzwyczajnie trzeźwym (zważając na stan wszystkich) spojrzeniem zmierzyła grajka. Ten jakby na to czekając podniósł się z zydelka, chwycił swój niemały kufel po czym potoczył wzrokiem po izbie. Głuchą ciszę jaka zapanowała przerwał okrzyk: „A niech was wszyscy diabli!”, bard kilkoma łykami opróżnił naczynie, tryumfalnym gestem rozbił sobie je na  głowie, po czym runął jak długi miedzy spienione na podłodze jeziorka i zasnął jak dziecko.

Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem i jakby nigdy nic wrócili do biesiady, potykając się okazyjnie o śpiącego minstrela, który zwinąwszy się w kłębek i podłożywszy pod głowę resztki lutni pochrapywał cichutko. Wszyscy oprócz nowoprzybyłej. Nie zdjęła płaszcza, nie opuściła kaptura, nikogo nie zbulwersowało ani nie zdziwiło jej zachowanie czy strój. Właściwie nikt nie spostrzegł jej przybycia.

Po jakimś czasie jednak jej obecność została zauważona przez lekko podchmielonego już karczmarza. Pośpieszył więc wręczyć jej kufel ze świętym trunkiem. I właśnie wtedy stało się coś, czego nie przewidział. Nie tylko on zresztą.

Cisza zapadła po raz drugi. Tym razem jednak była to cisza bardziej złowróżbna, do śmiertelnej podobna. Dziewczyna ukrywająca twarz pod kapturem odmówiła…

Szmer przeszedł wśród świętujących miejscowy dzień piwa. Pomruk był to głuchy i ciężki jak morowe powietrze. Nieznajoma powstała z miejsca nagłym, kocim wręcz ruchem. Odczekała chwilę pozwalając aby zebrana w tawernie gawiedź ochłonęła z owego widocznego szoku, po czym spokojnym acz zdecydowanym ruchem rozchyliła poły swego płaszcza ukazując wiszącą u pasa pochwę i wystającą z niej pięknie zdobioną rękojeść miecza. „Cudzoziemka”- pomyślał szynkarz kłaniając się z wymuszonym uśmiechem. Odstawił kufel z piwem pierwotnie przeznaczonym dla nieznajomej po czym wrócił do ciekawszych zajęć w postaci rozlewania trunku wszystkim, których napotkał po drodze do swego kontuaru.

 

***

 

Zabawa toczyła się dalej. Coraz więcej gawiedzi pojawiało się w karczmie, która już po niedługim czasie od rozpoczęcia piwnego festynu w szwach pękać poczęła. Ludzie tłumnie cisnęli się do lady, za którą uwijał się karczmarz. Ludowa orkiestra rżnęła na skoczną nutę. Wszystkie ławy i krzesła zajęte były, a na stołach piętrzyły się stosy pustych kufli.

Dwie przysadziste córki karczmarza krzątały się po izbie zbierając zalegające na blatach szklanice, by móc je znów napełnić złotym trunkiem.

Miejsce za kontuarem zajęła pulchna, rumiana kobieta w białej odświętnej opończy w ludowe wzory. Stali bywalcy rozpoznali w niej żonę karczmarza. W tejże chwili zastępowała męża gdy ten zniknął na zapleczu poszukując kolejnej beczki piwa. Kobieta rozejrzała się po karczmie z władczym uśmiechem na pulchnej twarzy i stanęła niczym wielka pani trzymając się pod boki.

Doroczne święto browaru wszelkiego zawsze radowało ją wielce, gdyż do jej przybytku natenczas przybywało zatrzęsienie gości przynoszących najróżniejsze plotki i opowieści, którym była rada.

Potoczyła wzrokiem po sali mierząc krytycznie stroje i ozdoby sąsiadek, które wraz z całymi rodzinami zgromadziły się tu. Niespodziewanie wzrok jej padł na zakapturzoną postać siedzącą w zacienionym rogu, do którego, pomimo ogólnego ścisku, nikt się nie zbliżał.

Ku wielkiej uciesze zebranych w tejże chwili w drzwiach składziku ukazał się karczmarz toczący przed sobą potężną beczkę z której gdzieniegdzie przez szpary wyciekał złocisty płyn. Przy dźwięku oklasków mężczyzna wyprostował się i zaklął z cicha na łupanie w krzyżu po czym zaskoczony spostrzegł, iż jego połowica jakby się w kamień zamieniła.

Kobiecina stała jak wryta w ziemię nie zdradzając żadnych oznak życia. Karczmarz potrząsnął nią siarczyście, ale ta ani drgnęła. Po chwili jednak jakby się ocknęła i podniósłszy oskarżycielsko prawicę wskazała na tajemniczą kobietę dukając coś niezrozumiale.

Podążając za jej wzrokiem karczmarz spostrzegł co tak przeraziło jego żonę i sam zbladł, po czym pokraśniał niczym pisanka. Nie minęło wiele czasu nim już wcale nietrzeźwi zebrani spostrzegli co się dzieje i sami jako stali tak i zbaranieli.

Muzykanci jak na komendę przestali grać i tylko głuchy, przeciągły jęk szarpniętej przed momentem struny przerywał pełną napięcia ciszę.

Tajemnicza przybyszka dobyła zza pasa niewielką flaszkę z kolorową etykietką, sprawnym ruchem odkorkowała ją i pociągnęła łyk jakby nie zauważając faktu, że wszyscy obecni wlepiają w nią świdrujące spojrzenie mogące rozkruszyć najtwardszą skałę.

Gdy pociągnęła łyk następny kilka kropel wymknęło się jej wargom i popłynęło czerwoną strużką po jej policzku. Ostry zapach winogron i drożdży winnych rozniósł się po karczmie.

Gawiedź jakby przebudziła się z koszmarnego snu i zdała sobie sprawę, że tak naprawdę koszmar trwa dalej poczęła szemrać między sobą o tak niegodziwym zhańbieniu świętego trunku przez tanie wino jakich pełno było, ale żadne ni smakiem ni konsystencją nie dorównywało piwu. Złowieszczy szmer przechodził po sali niczym fala w godzinie przyboju- najpierw cichy, szeleszczący, ledwie słyszalny, po czym nagle podrywający się do krzyku.

Potężny dźwięk zahuczał w karczmie gdy wszyscy obecni poczęli kuflami w stoły tłuc, z wściekłością przekleństwa rzucać i wykrzykiwać swe pretensje pod adresem cudzoziemki kierowane.

W końcu jeden z co mniej roztropnych, a bardziej podchmielonych zarazem podszedł do stołu przy którym siedziała kobieta i puściwszy potężną wiązankę przekleństw w jej stronę grzmotnął swym na wpół pełnym kuflem o stół.

Złoty trunek rozprysnął się na wszystkie strony razem z kawałkami szkła, które powbijały się w opończe bliżej stojących koląc i drapiąc niemiłosiernie, nie dając wytrząsnąć się z ubrania.

Kilka kropel wylądowało na płaszczu kobiety i wsiąknęło powoli pozostawiając po sobie niewielkie plamki. Kobieta spokojnym ruchem wydobyła spod płaszcza chusteczkę i przetarła swe odzienie jakby z obrzydzeniem, po czym podniosła się z gracją stając naprzeciw zuchwalca i znienacka uderzyła go w twarz z taką siłą, że ten zatoczył się i zwalił na deski jak nieprzytomny.

Jego kompan – równie trzeźwy – chwycił stojące najbliżej niego krzesło, wykrzyknął: “O żesz ty!” po czym cisnął krzesłem w kobietę.

Ta wyratowała się nader szybkim unikiem, który to ruch spowodował lawinę następnych wydarzeń. Krzesło bowiem trafiło prosto w wójta trzymającego w obu dłoniach pełne kufle.

Mężczyzna razem z kuflami pofrunął w tył, a że był postury dość wątłej sam lot zajął mu nad podziw długo, a leciałby jeszcze dalej gdyby nie ściana, która nie wiadomo jakim prawem stanęła mu na drodze.

Wójt podniósł się, otrzepał i z dumą zauważył, iż oba kufle są nienaruszone. Ale nie bardzo miał się komu tym wyczynem pochwalić, gdyż wszyscy nagle rzucili się na siebie oskarżając nawzajem o pomoc cudzoziemce w ucieczce. Ta bowiem nagle zniknęła.

Zbaraniała do tej chwili orkiestra znowu rżnąć poczęła do taktu uderzeń i jęków. Kobiety krzyczały i szarpały się wzajemnie za włosy, dzieci płakały, mężczyźni jęczeli i prali się po pyskach, istna jatka się zrobiła.

Piwo lało się zewsząd strumieniami. Chlustało pod stoły, bulgotało w pozostawionych gdzieś kuflach, czy padało niczym deszcz wprost spod sufitu.

Bard obudzony tym rejwachem podniósł się, powstał, otrzepał opończę, która i tak w piwie uwalona była po same mankiety, rozejrzał się po izbie przepitym wzrokiem po czym przecisnął się do wyjścia.

Gdy już znalazł się na zewnątrz trzasnął drzwiami, co niewiele dało gdyż ze środka wciąż dochodził nieopisany harmider.

Uszedł kilka kroków, obrócił się w stronę karczmy po czym krzyknął “A niech was wszyscy diabli!”

Po czym dodał już z cicha z lekkim pogardliwym uśmiechem: “A co wy wiecie o piwie?”

I odszedł w stronę zachodzącego słońca.