Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Krótka historia pewnego zombiaka

ZGNIŁY ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

Nazywam się  Apoloniusz i jestem zombiakiem. Kiedyś byłem zwykłym człowiekiem. Tak …byłem, do dopóty, dopóki archeolodzy nie znaleźli pewnej magicznej księgi z której jeden z nich po uporaniu się z jej hieroglifami, dla zabawy odczytał czar zamieniający żywych w nieumarłych. Naukowcy cieszyli się, że znaleźli bardzo cenny eksponat z przeszłości wypełniony po brzegi arcyciekawą wiedzą tajemną. Jakież było ich zdziwienie, gdy ich przemieniony kolega wgryzł się w ich wątroby i pozarażał wszystkich dokoła. Nazajutrz mówiły o tym wszystkie gazety i telewizja. Minęło nieco czasu i zaraza rozeszła się na cały świat. Dziś nie ma już homo-sapiens, „ewoluowaliśmy” w zombie-sapiens.

 

Gdy jest się zombiakiem  i widzi się zwykłego człowieka pierwotne instynkty biorą górę. Nie panujesz nad sobą i automatycznie próbujesz zjeść najbliższą ci osobę.  Dziwne jest to, że nie działa to na inne zombiaki. Nieumarli są nieśmiertelni. No prawie – celny strzał ze strzelby w łeb który przerobi mózg na papkę, podobną do tej którą podawało się niemowlakom, może nas uziemić. Częściowa nieśmiertelność jest zarazem naszym błogosławieństwem i przekleństwem. Przeszkadza ten cholerny głód, który każe próbować wszystkiego co popadnie, bo wiesz, gdy jesteś zombiakiem nigdy nie nasycisz swojego żołądka. Kuriozalnie brzmi to w przypadku mojego kumpla Stefana. Gość został w zeszły czwartek rozjechany przez walec, chłop żyje nadal ale żołądek stracił razem z resztą ciała poniżej korpusu, no i właśnie najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Stefan nadal jest głodny! Jak można być głodnym nie mając żołądka!? Wczoraj chciałem to sprawdzić, więc pobawiłem się w doktora i wyciąłem swój własny żołądek. I wiesz co? Głód nie zniknął.

 

 

Życie toczy się dalej tak jak przed odczytaniem czaru. Wszyscy zwykli ludzie stali się już zombiakami więc nie wariujemy tak jak przedtem pożerając swoich kumpli i ich rodziny. Jedyny plus tego wszystkiego był taki, że zanim wszyscy zostali przemienieni zżarłem swoją byłą teściową. Z tego wrednego babska żarcia było co nie miara, z chęcią obgryzłem wszystkie kosteczki. Moja ex-żona niczego się nie dowiedziała, wymyśliłem historyjkę jak jej matka uratowała pudla przed zmiażdżeniem przez spadający billboard a sama zginęła w akcji. Wszyscy wrócili do swoich zajęć, tylko kurwa nie ja. Byłem grabarzem, cholera, lubiłem tę robotę. Na okrągło słuchałem mojego ulubionego kawałka, nawet go jeszcze pamiętam: „Mr. Sandman, bring me a dream, Make him a cutest that I’ve ever seen(…)”. Kopałem i zakopywałem beztrosko truposze z tą przyśpiewką na ustach dopóty, dopóki nie przeczytano tego uroku zmieniającego wszystkich w żywe trupy. Po ugryzieniach umarliśmy, a potem zmartwychwstaliśmy szybciej niż sam mesjasz. I wiesz co? Te skurczybyki, co ich zakopywałem, wylazły na ziemię z powrotem, tyle kopania na nic kurwa mać, wyszło na to, że czar nie tylko zmienił odczytującego go doktorka w zombie, ale ożywił też wszystkich niedawno zmarłych, których mózgów nie skonsumowały jeszcze robaki. Nie tylko ja straciłem robotę, bo niby co powiedzieć o służbie zdrowia ? Odkąd świat został zzombifikowany frajerzy w białych fartuchach wyłażą na ulice i strajkują z powodu drastycznego spadku zgonów na świecie.

 

Wiem, narzekam i narzekam. Pomijając wszystkie niedogodności wynikające z bycia nieumarłym, np. takie jak podgniły wygląd, śmierdzący oddech, koślawy chód, ciągłe gazy, czy brak regeneracji organizmu, są też pozytywy! Może nie wiesz, ale każdy zombiak może chlać ile mu się chce i co chce! Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie możemy umrzeć z przechlania. Nie ma to jak dwadzieścia osiem flaszek czystej, oryginalnej ruskiej wódeczki. Dzięki takiej ewolucji zmieniły się także te fajne urządzonka zwane „alkomatami”. Teraz policja nie mierzy zatrzymanemu kierowcy poziomu alkoholu w promilach tylko w litrach! Czasami nawet mierzyć nie trzeba, gdy panu kierowcy wszystkimi możliwymi otworami w organizmie wylewał się alkohol. Mnie spotkało to osobiście. Pewnego razu wracałem z ostro zakrapianej imprezy na cmentarzu z dawno zmarłymi pradziadkami i stróże prawa zatrzymali mnie właśnie w opisanym powyżej stanie. Tego dnia straciłem prawo jazdy i samochód ale zyskałem zestaw korków do zatykania dziur. Tak, panowie policjanci mieli ciekawe poczucie humoru.

 

Pamiętam jak ostatnio odwiedziłem wspomnianego przeze mnie kolegę Stefana. Skarżył się że nie może udać się do swojego ulubionego baru ze striptizem i miał skubaniec rację, bo niby na czym miał się tam udać? Szkoda mi się go zrobiło, więc postanowiłem nieszczęśnikowi jakoś pomóc. Chodząc po wiosce zauważyłem, że jakiś obywatel zostawił rower pod seks-shopem (oj tak, mamy we wiosce nawet takie atrakcje, może mało atrakcyjna lokacja dla wycieczek rodzinnych, ale jest). No i wtedy mnie olśniło! Rozglądając się czy nikt nie idzie, podszedłem do roweru i odkręciłem przednie koło, pedały, no i pożyczyłem sobie też ramę. Dobrze że noszę zawsze ze sobą ten śrubokręcik, nie wiadomo kiedy się przyda ha, ha! Wróciłem do Stefana i zacząłem konstruować rzecz, która zapewni mu mobilność. Wyszło z tego koło od roweru z pedałami i pionowo przyczepioną ramą na którą to nabiłem pozostałą, górną część mojego najlepszego kumpla. Po tej jakże wymyślnej modyfikacji gościu wyglądał jak prawdziwy, nieumarły krążownik szos. Stefan mógł teraz poruszać się z prędkością której żaden inny zombiak nie osiągnąłby tylko koślawo drepcząc, no i nie musiał robić prawa jazdy. Małym uniedogodnieniem był przymus ciągłego pedałowania rękoma, no ale cóż, przecież zombiaki się nie męczą.  Po tym jakże profesjonalnym zabiegu chirurgicznym, usłyszałem tylko świst powietrza i zanikający wraz z pokonywaną odległością charczący głos Stefana: „Banzai!”, podziękowałby chociaż gbur jeden.

 

Po zabawie w konstruktora wróciłem do swojego domku znajdującego się blisko cmentarza aby wziąć kasę. Następnie znowu udałem się na wioskę i skręciłem do swojego ulubionego baru: „Zajazd u Gerwazego Kornera”. Wiele dziwnych plotek krążyło o tym lokalu, jak np. ta, że mięso brali z pobliskiego cmentarza. Ja tam w to nie wierzyłem, choć Stefan mówił mi kiedyś o znalezieniu przez niego w kotlecie swojego palca. Potem chciał wytłumaczyć to z właścicielem. „Szefu” powiedział mu, iż nie wiedział, kogo to były zwłoki, a ponadto nie był w stanie przewidzieć, że umarli przyjdą z cmentarza na herbatkę. Doszło do ugody takiej, gdzie Stefan dostał beczkę piwa a Gerwazy znany też jako „Szefu” obiecał nie brać już mięsa z cmentarza, bo i tak już nic tam nie ma.

Od tej pięknej chwili, w barze serwują tylko to co się nawinie. Dobrze sprawują się tu metody z dalekowschodnich restauracji. A to gołąbki przylecą zwabione ziarenkami, a to Gerwazy przyniesie jakąś dziczyznę z lasu, a to zbierze się jakiegoś rozjechanego zwierzaka z ulicy i zrobi się kotlet. Ogólnie jest wesoło, bo zombiakom i tak wszystko jedno co jedzą. Skonsumowałem trzy mało świeże gołąbki, trochę popiłem browarem „Grzmot” i zaciekawiony dziwnymi odgłosami dobiegającymi z zewnątrz  spojrzałem przez okno. To co zobaczyłem spowodowało, że prawie udławiłem się widelcem. Przeczuwałem że będzie to naprawdę zły dzień.

 

Kierowany wielką jak brzuch Gerwazego ciekawością, opuściłem mój ulubiony lokal i udałem się do centrum wioski aby obejrzeć z bliska ten dziwny incydent. Koło lampy  zebrała się chyba cała wioska nieumarłych. Byli tam prawie wszyscy których znam. Staruszka Genowefa z zakładu fryzjerskiego „Siecz i tnij”, Jeremiasz z rzeźni „Pokój wszystkim istotom”, Zygfryd z monopolowego „Ambrozja”, Hela ze sklepu z elektroniką „Elektrozombie”, kilku meneli no i oczywiście sam on, „Pół zombie – pół rowerek cyrkowy” Stefan.

 

Wszyscy którzy się tam zebrali zawodzili dziwnymi głosami. Z tego bełkotu dało się usłyszeć przeraźliwie, przedłużone

i wymawiane przez każdego uczestnika tej zgrai słowo „mózg”. Coś mną drgnęło i automatycznie, jakby zahipnotyzowany, powolnym krokiem udałem się w stronę tego zgromadzenia wyjąc to samo co inni. Prawie nie mogłem się kontrolować, potrafiłem jedynie ruszać moimi przekrwionymi gałkami ocznymi. No i po chwili ujrzałem coś od lat niespotykanego – świeżaka, który wlazł na wysoką na kilka metrów lampę mieszczącą się w środku wiochy. W zombie-slangu „świeżak” to dawno zapomniany, były mieszkaniec tej planety – zdrowy człowiek. Trzymał w dłoni jakiś dziwny przedmiot. Pamiętam też, że coś tam do nas krzyczał:

 

– Wy cholerne podgniłe piwożłopy! Wiem jak odwrócić czar! Wiem jak zrobić z was znowu ludzi! Odtrutka to…

 

W tym właśnie momencie zombiaki przegryzły słup od lampy i runęła ona razem ze świeżakiem w cały ten tłum. Po chwili było już po wszystkim. Mieszkańcy wioski podzielili sobie niedoszłego zbawiciela świata na kawałeczki i nic nie zostało. Niby savoir-vivre, ale zostawiliby też coś dla mnie. Takie chamstwo w biały dzień, normalnie prawo dżungli. Gdy ostatni kawałek zbawiciela zniknął w ustach któregoś z mieszkańców, odzyskałem kontrolę nad swoim ciałem i wszystkimi zmysłami. Przypomniałem sobie o przedmiocie trzymanym przez świeżaka w dłoni. Może to coś ciekawego? Pomyślałem, że powinienem się nieco rozejrzeć. Kilka metrów od miejsca pożarcia nieszczęśnika leżała zadrapana, pogięta puszka po piwie. Nazwa browaru była nie do odczytania z powodu uszkodzeń puszki, ale widać było logo – anielską aureolę, liczbę zero i jakiś zamazany znak za nią . Coś mi to mówiło, ale zapomniałem co to właściwie mogło znaczyć i kopniakiem posłałem puszkę niedoszłego zbawiciela do kosza na śmieci. Bo środowisko trzeba szanować.

 

Po tym intrygującym dniu, udałem się do swojego domu aby posadzić swoje cztery litery na fotelu, a następnie włączyć „telewizornię” i pooglądać wyścigi zombie-kaskaderów w których, z uwagi na wyeliminowanie śmierci przez społeczeństwo, wszystkie chwyty były dozwolone. Gdy otworzyłem drzwi mojego domostwa coś mnie nagle olśniło. Ta puszka. Te pierdolone narzędzie skonsumowanego zbawiciela. To była puszka po …piwie bezalkoholowym! Wiesz co? Dawno, dawno temu, było ich pełno w hipermarketach. Mijały lata i nadal pod ich ciężarem uginały się sklepowe półki. Nic dziwnego, że nikt wcześniej nie odwrócił procesu zombifikacji wypijając to ohydztwo. Widocznie świeżak, będąc jeszcze zombiakiem pomylił puszki. Czyżby piwo bezalkoholowe było tym, co ma przywrócić zombiaki do ludzkiej postaci? Jeśli tak to …trzeba zniszczyć cały ich zapas. Mnie się podoba bycie zombiakiem. Wielu innym także. Nie wyobrażam sobie zmieniania społeczeństwa na powrót w ludzi. Większość z nich, tak jak ja, nie posiada odpowiednich do zwykłego, ludzkiego życia narządów, a niektórzy mają zamiast hemoglobiny czysty alkohol. Odnalazłem w sobie potrzebę ocalenia świata przez zniszczenie całego zapasu tego bezalkoholowego paskudztwa zalegającego jeszcze na sklepowych półkach i w tamtejszych magazynach. Chciałem zostać cichym bohaterem wszystkich zombiaków świata. Ale to potem, dzisiaj mam ważniejsze sprawy. Sezon wyścigów kaskaderskich jeszcze się nie zakończył. Pozostał ostatni wyścig.


ROZRYWKOWY ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

Uczestnicy właśnie przygotowywali się do startu. „Raz, dwa, trzy …no i poszli!” krzyczał prezenter. Tak, jeden z nich zdecydowanie poszedł. Gdy „uczestnik numer dwa” wszedł do samochodu i zamknął drzwi, najpierw odpadły lusterka, następnie wcześniej zamknięte drzwi, z hukiem wypadł silnik i złamały się obie ośki trzymające we władzy wszystkie cztery koła. Pechowiec wyszedł ze swojego pojazdu i z uwagi na zasady, którymi były tutaj destrukcja i „bądź pierwszy na mecie, nie ważne jak”, wziął ze sobą radio, akumulator który był jego źródłem energii i poczłapał w jej stronę. Desperat. Komuś się chyba nie spodobało, że ostatnio wygrał.

Na torze pozostało pięciu popaprańców w jeszcze zdatnych do jazdy samochodach. Zasada destrukcji w tych wyścigach polegała na tym, że kierowcy komunikują się poprzez radio z osobami w studiu, które na ich rozkaz wciskały guzik odpalając na torze mało miłą dla przeciwników niespodziankę. Przepis na wygraną polegał na wyczuciu odpowiedniego momentu

i odpaleniu wybuchowej niespodzianki zmiatającej inne pojazdy z powierzchni ziemi. Przed chwilą, kierowca z numerem cztery rozprawił się z „jedynką” za pomocą kuli do rozbijania budynków na linie przyczepionej do wysokiego na kilkanaście metrów dźwigu. Kula trafiła prosto w niego rozmieniając samochód z zombiakiem w środku „na drobne”. Kamera w jego aucie pokazywała, jak uczestnik wyścigu z numerem jeden widzi kawałki fruwającej blachy, a następnie własne, oderwane dupsko wyfruwające przez rozdarty na pół samochód. Kamera ze środka się wyłączyła, a następnie puszczono replaya tego zajścia. Ze studia było słychać charczący śmiech prezentera i komentarz „Jedynka wyeliminowany! Z całą pewnością nie zasiądzie już na tronie zwycięscy tych wyścigów. Ha, ha! Zasiądzie! Rozumiecie? Zasiądzie! Ha, ha, ha!”. Żart może nie śmieszny, ale pięknie zobrazował całą sytuację.

Pozostało więc czterech zmotoryzowanych wariatów i jeden, drepczący do mety, amator wąchania spalin z rur wydechowych pojazdów będących daleko przed nim. Uradowany „numer cztery” będący na pozycji pierwszej długo się nie cieszył. Otóż wpadający właśnie w poślizg, a następnie w tłum kibiców-przygłupów stojących w niedozwolonym miejscu – „numer sześć”, zdążył powiedzieć swojemu kompanowi w studiu aby włączył pole minowe. Niestety, sam „szóstka” nie mógł jechać dalej, gdyż wkurzeni kibice wyciągnęli go z pojazdu i używając takich narzędzi jak tasak, młotek czy siekiera, pozbawili gościa szansy na wygraną. Z otworu w drodze, przed „numerem cztery” wyleciało kilkanaście min tworząc zabawny „fajerwerkowy chodnik”. Kiedy jadący na miejscu pierwszym zombiak wjechał na tą specjalnie dla niego przygotowaną niespodziankę, moim oczom ukazała się feeria barw, kawałków samochodu i lecącą w powietrzu kierownica, do której były jeszcze przyczepione dłonie kierowcy. Ten fruwający, zespolony kawałek auta i jego kierowcy oświetliło milion błysków z aparatów fotograficznych należących do reporterów siedzących na widowni. Dwóch świrów którzy jeszcze się ścigali, zauważyło przed sobą zbrojony mur i znajdującą się w nim wnękę przez którą przejedzie tylko jeden z nich. „Trójka” i „piątka” nawzajem uderzali w swoje pojazdy, spychając jeden drugiego, aby przecisnąć się przez wnękę. Ostatecznie przez wnękę przejechał  „piątka”, a „trójka” przywalił w ścianę. Siła zgniotu skończyła się na silniku, który pojazd „trójki” niestety miał …z tyłu.

Pewny zwycięstwa zawodnik numer pięć beztrosko przycisnął pedał gazu do podłogi, zaczynał już ostatnie okrążenie. Nagle na drogę „wyskoczył” mu jakiś niezidentyfikowany zombiak. Nieszczęśnik wkręcił się pod koła. Kierowca wpadł w poślizg, a samochód po dachowaniu zatrzymał się na wgniecionym dachu. Pojazd był tak pogięty, że „piątka” nie mógł się wydostać, widział tylko przez dziurę w karoserii, będącej kiedyś oknem, jak potrącony zombiak się czołga. Okazało się, że to „dwójka”, który nie mogąc skorzystać z koni mechanicznych, udał się ku mecie na piechotę. „Trójka” coś tam do niego krzyczał, pewnie coś w rodzaju tego, co w telewizji cenzurują długim piszczącym dźwiękiem. „Dwójka” na to wyciągnął radioodbiornik wyrwane ze swojego wraku, coś przez nie powiedział i zaczął szybko czołgać się dalej. Po chwili podleciał wojskowy helikopter z podczepionym u spodu wielkim, kilkunastotonowym kontenerem. Odczepił ładunek nad zdezelowanym autem „piątki” i po chwili było słychać tylko bardzo głośne „łup!”. Jako, że zawodnik z numerem dwa został ostatni na placu boju – zwyciężył w całym tym spektaklu spontanicznej destrukcji.

W momencie gdy wręczano mu puchar, zauważyłem jakiegoś frajera z jedną sztuczną nogą, w koszulce „Anielski Grzmot cię uleczy! 0% to droga do światłości!”. No właśnie. Ta puszka którą niedawno kopniakiem posłałem do kosza …to był właśnie bezalkoholowy odpowiednik „Grzmotu”, całkiem niezłego wysokoprocentowego piwa. Wiedziałem już jedno. Ten gość szczerzący się tym swoim żółtym, kilkuzębnym uśmiechem, w tej zasranej propagandowej koszulce, musi zniknąć.  Pytanie tylko, jak go znaleźć, dorwać i dosadnie wytłumaczyć mój punkt widzenia, używając ćwiartujących argumentów po to, aby przestał się publicznie pokazywać w tej durnej koszulce. Uwierz mi, ale większość twardych argumentów, wliczając w to wszelkie tortury straciła na znaczeniu, gdy matkaa natura zmuszona czarem z jakiejś pradawnej księgi, wykreśliła ze swojego jadłospisu rubrykę „homo sapiens”. Pomyślałem chwilkę i przypomniało mi się, że znam kogoś, kto może mi pomóc. Nazywał się Czerwony Kapturnik. Był Rosjaninem. Znał dużo zombiaków, miał dobre kontakty w pobliskim mieście i sprzedawał różnorodne grzybki halucynogenne które kiedyś, dla zwykłego śmiertelnika były trujące, a teraz „przeżywają” prawdziwy renesans. Zadzwoniłem więc z „komórczaka” do tego miłośnika grzybków i lekko się wnerwiłem, gdyż przez dłuższą chwilę nikt nie odpowiadał. „Prawdopodobnie ten koślawiec jest w lesie” – pomyślałem, a że las nie był zbyt daleko, to wyrwałem się z domu i powędrowałem do lasu w poszukiwaniu zakapturzonego amatora leśnych, jesiennych przysmaków.

Kapturnika znalazłem, jakże by inaczej, przy zbieraniu grzybków. Postanowiłem go nieco przepytać:

 

– Cześć Kapturnik!

– Witam towarzyszu.

– Słuchaj no, oglądałeś może dzisiejszy wyścig kaskaderów? Chciałem o coś zapytać i dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałeś.

– Tak, oglądałem to przemiłe widowisko. Nie mogłem odebrać telefonu, gdyż zaraz po transmisji wyszedłem do lasu i wziąłem się do roboty.

– Powiedz mi może, czy podczas wręczania pucharu zauważyłeś kretyna z koszulką na której miał napisane „Anielski Grzmot cię uleczy! 0% to droga do światłości!”?

– A, tak, rzeczywiście. Przypominam sobie. Ale o co ci chodzi towarzyszu?

– Muszę się z nim jakoś skontaktować, znasz może tę podgniłą mordę?

– Nie znam ani imienia, ani nazwiska, ale był tutaj kilkanaście dni temu i pytał o drogę do Pułkownika Wężownika, który to zna tajemne sztuki przetrwania w lesie. Mówił, że udaje się do miasta i chce nauczyć się kilku sztuczek aby rozkręcić swój własny, podobny biznes. Kupił też trochę grzybków, wskazałem mu lokalizację obozu i tyle go widziałem. Tak więc, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, musisz pogadać z Pułkownikiem. Znajdziesz go w drewnianej chatce w głębi lasu, na wschód stąd.

– Dzięki stary, na razie.

– Bywaj towarzyszu!

 

Gdy Czerwony Kapturnik pochylił się po kolejne grzybki, wyciągnąłem z jego koszyka kilka tych wcześniej zerwanych. Nic nie zauważył, ma się ten refleks. Coś mi mówiło, że do czegoś te smakołyki będą mi potrzebne.

 

W drodze do chatki Wężownika zastanawiało mnie jedno, a mianowicie to, że nawet największy desperat nie udałby się na trening do Pułkownika, jego metody treningowe są powiedzmy …dość niekonwencjonalne. Czyżby zombiak z telewizji był tylko przejezdnym i o tym nie wiedział? Dzisiejsze reklamy robią gluty z mózgu. Pułkownik musiał wykupić jakieś w jednej z telewizji. Jest jeszcze jeden problem, ten stary pierdziel zawsze miał problemy z pamięcią, ciężko będzie coś z niego wycią…

 

Szssk!

 

Przed oczami przeleciało mi całe życie po śmierci i świat ukazał mi się do góry nogami. Dosłownie. Właśnie wlazłem w leśną pułapkę i wiszę na linie dwa metry nad ziemią. Prawdopodobnie wpadłem w  jedną z niespodzianek tego starego wariata, które zostawił w lesie w ramach treningu dla nowych adeptów. Kilka minut później, między koronami drzew, zdawało mi się widzieć szybko przemieszczający się cień, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Usłyszałem głos, którego źródło pochodziło zza moich pleców:

 

– Witaj pokraczna zwierzyno, właśnie wpadłaś w moją pułapkę!

– Eh, mało komfortowa sytuacja. Może się jakoś dogadamy?

– Gadać nie będziemy, ale za to, ja urządzę sobie polowanie.

– Jakoś średnio mi się to podoba, chyba że to ja będę polował. Idziesz na taki układ?

– Cisza ofiaro!

 

Łup!

 

Coś uderzyło mnie z dużą siłą w plecy, nie odczułem tego, bo zombiaki bólu nie odczuwają, ale odgłos i siła uderzenia, która wprawiła mnie w dyndanie na linie w różne strony, zdawały się wskazywać pozytywnie na moje przypuszczenie. Śledziłem wzrokiem po wszystkich drzewach które mogłem zobaczyć,  ale postać która była źródłem tego głosu rozpłynęła się w powietrzu. Nie miałem wątpliwości, to musiał być Pułkownik Wężownik. Słyszałem tylko o jego zanikach pamięci, ale o tym, że taki z niego świr dowiedziałem się dopiero teraz. Pomyślałem więc, iż skorzystam z jego, mam nadzieję chwilowej nieobecności

i spróbuję się jakoś oswobodzić z więzów w które wpadły moje kierowane nieuważnym umysłem nogi. Używając elastycznego kręgosłupa, zgiąłem się tak, że linę miałem dokładnie przed oczyma. No właśnie, co teraz? Aha, już wiem! To przecież takie oczywiste. Zrobiłem to, co zombiaki potrafią najlepiej i wgryzłem się w linę. Chwila przegryzania i z hukiem wylądowałem na ziemi.

 

Pode mną, w stercie liści leżała latarka i kusza ze strzałami. Chyba zostawił je tutaj, aby dodać do polowania jakiś większy dreszczyk emocji, pewnie zapomniał o naszej nieśmiertelności. Oba gadżety się przydadzą, zwłaszcza, że się ściemnia, a po lesie grasuje nieźle popieprzony kierownik obozu przetrwania z nieodpartą pokusą polowania na mojej skromnej osobie.

Po przywłaszczeniu sobie prezentów zacząłem uważnie wypatrywać i nasłuchiwać wszystkiego co dziwne

i niecodzienne. Po kilkuminutowym przedzieraniu się przez gałęzie usłyszałem wymawiane cieniutkim głosikiem „kocham cię”. Podążając za tym strasznym dźwiękiem, dotarłem do miejsca, gdzie pod starym, spróchniałym drzewem siedział sobie pluszowy misio. Wydawało mi się, że gapi się na mnie tymi swoimi mrocznymi plastikowymi oczyma, jakby chciał wypatroszyć mnie jego pozornie niegroźnymi, mięciutkimi łapkami. Coś tu nie gra, pluszowy misio w samym środku polowania na zombiaka? Postanowiłem pożegnać misia i udać się dalej. Dotknąłem więc jego brzuszek, aby jak to w tych zabawkach, usłyszeć „kocham cię”. No i właśnie w tym momencie, ślicznego pluszowego misia rozerwała eksplozja odrzucając mnie kilka metrów do tyłu. Przyznam, że pułapka była naprawdę zacna. Gdybym był człowiekiem, pewnie szukałbym teraz gdzieś swoich flaków które poszybowały

w bezkresną ciemność lasu, no ale nim nie jestem, więc wstałem, i ze wzmożoną czujnością  ruszyłem dalej, w celu już nie obrony własnego tyłka, a ustrzelenia „czterech liter” niesfornego pana pułkownika. Przysypałem się ziemią i liśćmi robiąc w tym wszystkim tylko mały otwór, przez który wypatrywać będę swój ześwirowany cel. Kamuflaż mam idealny, więc nic nie powinno mi grozić. Jak szybko dorwę tego zgreda, to zdążę jeszcze na piwko przed zamknięciem baru Gerwazego.

Kilka godzin później zaczęło świtać, a mnie zżerała już nuda. Gdy miałem już wyjść z ukrycia, zauważyłem znajomy obiekt skaczący pomiędzy drzewami. Po chwili wylądował niedaleko mojego zakamuflowanego obserwatorium. Stał bokiem, na plecach miał jakąś dziwną maszynę, wyglądało to, jak metalowy plecak z wielką sprężyną. Do rąk i stóp przyczepione miał metalowe pazury, prawdopodobnie przeznaczone do poruszania się po drzewach, jak i szatkowania nieprzyjaciół. Teraz tylko dobrze przymierzyć w łeb i rozwalić staremu wariatowi mózg. Wystrzeliłem z kuszy. Niestety, strzała zamiast trafić w mózg, zabrała ze sobą gnijący nos Półkownika Wężownika i utkwiła w drzewie nieopodal. Frajer nie miał pojęcia jakim cudem urwało mu nochal, gdyż usłyszałem:

 

– Pierdolone wiewiórki! Gdzie jest kurwa, mój nos?

 

Nie czekając, aż Wężownik gdzieś zniknie, cichaczem wypełzłem z kamuflażu i skradając się, zbliżyłem się do niego. Cios kuszą przez łeb powalił go na ziemię. Już miałem rozdeptać mu mózg skacząc po jego głowie, gdy ten oszołom powiedział:

 

– Oho! Dzień dobry panu! Nie widział pan może gdzieś wiewiórki z moim nosem w pysku?

 

W tym momencie przypomniałem sobie, iż leżący tu instruktor szkoły przetrwania ma zaniki pamięci. Nic dziwnego, że tyle na niego czekałem. Stary żywy trup zwyczajnie zapomniał o polowaniu. Należało to jakoś wykorzystać.

 

– Tak, więc …widzi pan tą kuszę? Ta cholerna wiewiórka skoczyła panu na głowę i wlazła na drzewo. Próbowałem ją upolować, ale gdzieś mi zniknęła.

– Wredne bestie. Te gnojki są coraz bardziej spasione, ta musiała być naprawdę wielka, aby mnie powalić.  Zombiaki wchodzące do lasu padają ich ofiarą i wychodząc z niego, zauważają, że brakuje im różnych części ciała, a ponoć wiewióry wpierniczają tylko orzeszki. Coś mi tu śmierdzi teorią spiskową. Może zwykłe wiewiórki zostały zamienione w te krwiożercze bestie w celu przetestowania nowej broni? Mniejsza z tym, zapraszam do mnie na poczęstunek. Mogłem tu zginąć.

 

Sam nie wiem jak to się stało. Sprawa przybrała nieoczekiwany obrót. W każdym razie, wypytując Wężownika, miałem szansę dowiedzieć się coś o gościu z telewizorni. Kiedy udawaliśmy się do jego chatki, zasłoniłem mu swoją skromną osobą widok na pewne drzewo, w które wbita była strzała z jego przebitym na wylot nosem. Lepiej, aby jego oczy nie skoncentrowały się na tym małym szczególe leśnego pejzażu.

 

Po około piętnastu minutach wędrówki moim oczom ukazała się stara, obrośnięta bluszczem drewniana chatka. Wokół niej stał płot najeżony zasiekami. Stary pierdziel złapał za klamkę od furtki i ku mojemu nieszczególnemu zdziwieniu, wśród wyładowań elektrycznych zaczął świecić jak choinka. Widać, umknęło jego pamięci, iż zbudował sobie płot pod napięciem. Od dawna nie widziałem tylu dziwnych min na twarzy jakiegokolwiek zombiaka. Prawdziwe mistrzostwo w dziedzinie „krzywej mordy”. Ten genialny spektakl świateł mógłby trwać trochę dłużej, ale jakimś cudem Pułkownikowi udało się puścić klamkę. Szkoda, naprawdę pięknie to wyglądało, dobrze byłoby rozkręcić interes i sprzedawać bilety. Starzec stał chwilę niczym jeszcze dymiąca, zgaszona świeczka, a następnie rzekł:

 

– Kto do cholery postawił tu ten płot?

 

Pogrzebał trochę w kieszeni i wyciągnął jakiś przedmiot.

 

– Hm? Co to za pilot? Ciekawe co robi ten guziczek?

– Coś mi się to z czymś kojarzy.

 

Po przyciśnięciu przycisku na pilocie otworzyło się podziemne przejście. Naprawdę niezłe zabezpieczenia. Pewnie dom jest tylko prowizorką naszpikowaną pułapkami, a właściwe lokum znajduje się pod powierzchnią ziemi. Przeszedłem z moim kompanem przez tunel i trafiłem do jego podziemnego mieszkania.

 

Wężownik zdjął z pleców i rąk swoją maszynerię sprężynową przystosowaną do skakania po drzewach.

 

– Dobrze, że pamiętałem o guziczku.

– Rozgość się, czuj się jak u siebie w domu.

 

Wątpię, czy poczułbym się tutaj, jak u siebie, gdyż mieszkanie nie należało do zadbanych. Ściany były siwe i popękane, wisiały na nich jakieś stare obrazy porośnięte pajęczyną o takiej grubości, że mogłaby służyć jako sweterek na zimę. Na zabrudzonej niezidentyfikowanymi odpadkami podłodze stał stół, kilka krzeseł, zardzewiała lodówka, szafa pancerna i mała szafka na której stał telewizor. Z uwagi na brak toalety, nie miałem ochoty pytać, gdzie Pułkownik załatwia swoje potrzeby fizjologiczne. Aby jak najszybciej się stąd wyrwać, przeszedłem do sedna sprawy i zapytałem:

 

– Widział pan może ostatnie wyścigi kaskaderskie?

– Nie, a właściwie to nie pamiętam. Pewnie polowałem na wiewiórki, zawsze to robię o tej porze.

– No dobrze. Pewnie nie pamięta pan też, pańskiego ostatniego treningu na obozie przetrwania?

– Ależ oczywiście, że pamiętam! Może jestem stary, głupi i mam zaniki pamięci, ale takiego czegoś na pewno nigdy nie zapomnę!

– Brzmi groźnie, co się tam wydarzyło?

– Miastowy się przydarzył, ot co. Nie cierpię tych dupków. Ciągle im coś nie pasuje i brakuje frajerom luksusów. Ostatnio był u mnie taki jeden, z dziwną koszulką z jakimś durnym napisem. Ciągle szczerzył te swoje żółte, dziurawe zębiska, chyba dlatego, że odpadły mu usta i skóra je osłaniająca. Pieprzył coś o zostaniu moim najlepszym uczniem i szerzeniu drogi Pułkownika Wężownika w mieście. Kretyn sądził chyba, iż beton to odpowiednik drzew i zieleni. Zanim dotarł do mojej chatki, wdepnął we wszystkie zostawione przeze mnie pułapki.

Od metalowych kleszczy na niedźwiedzie, na ukrytych w ziemi minach kończąc. Zamiast nogi, wbił sobie jakiś duży badyl i doszedł w końcu do mojego domu na powierzchni. Miał szczęście, że nie wlazł do środka tej prowizorki, gdyż czekały tam na niego naprawdę ciekawe niespodzianki. Spotkałem go przed domem, chciał się zapisać na kurs. Podarował mi nawet zaliczkę. Pierwszym jego zadaniem było przepłynąć rzekę pełną piranii. Gnojek najpierw zapytał się mnie czy woda jest ciepła, bo w zimnej to on pływać nie będzie. Ja na to: „Co to za różnica, skoro i tak nie odczuwasz temperatury?” i wrzuciłem go do rzeki. Nie będzie mi tu szeregowiec Pułkownika wnerwiał, co to, to nie. Jak szybko go wrzuciłem, tak szybko wyprysnął z tej przeźroczystej cieczy. Jedna z kilkunastu piranii do niego przyczepionych, zjadała właśnie jego podgniłe jaja. Boleć, to go nie bolało, bo jak to zombiak – nic nie czuł, ale widok zrobił swoje. Tarzał się kilka minut aby zrzucić piranie, a potem zwiał ile sił w koślawych nogach grożąc skargami na jakość świadczonych przeze mnie usług i stwierdzając też: „Kurwa! To miała być sielanka i w ogóle jebane eldorado! Miałem nauczyć się tu co nieco i rozkręcić własny obóz przetrwania!”. Gdybym go teraz zobaczył, chętnie ponownie wrzuciłbym to ścierwo do  rzeki. Tym razem przytrzymałbym fajfusa, aż piranie będą tak najedzone, że same utopią się pod własnym ciężarem. Poszedłem za nim, aby urządzić sobie polowanie. Niestety nie miałem jeszcze mojego plecaka ze sprężyną. Gość doszedł do drogi i odjechał samochodem w stronę miasta.

 

– Dzięki za informacje Pułkowniku. Miastowy także mnie się nie podoba. Próbuję dorwać tego głupka. Potrzebuję jednak „ostrych argumentów”, rozumie pan?

 

– Oczywiście. Tutaj mogę pomóc. Akurat w tym się specjalizuję. Ktoś musi przemówić miastowemu do rozumu.

 

Pułkownik Wężownik otworzył szafę pancerną i wyjął z niej dość duże, metalowe pudło. Otworzył wieko, a następnie wyciągnął zawartość, a mnie zaświeciły się oczy.

 

– Ha! Niedawno ciąłem nią drzewo na które wlazła spasiona, pierdolona wiewiórka. To moja stara przyjaciółka z szafy, wiele razem przeszliśmy. Tnie, aż miło.

 

Rzucił mi sprzęt i powiedział:

 

– Poznajcie się.

 

To co trzymałem w dłoniach było tym, co naprawdę potrzebowałem. Idealny sprzęt do „rozmowy” z wnętrznościami zombiaka z telewizorni.

 

– Piło łańcuchowo, to jest …właśnie jak się nazywasz?

– Apoloniusz.

– No więc Apoloniuszu, to jest piła, piło to jest Apoloniusz.

 

W mojej ślepej kiszce czułem, że jest to miłość od pierwszego wejrzenia.

 

– Masz tu kolejny prezent!

 

Wężownik podał mi plecak obozowy.

 

– Na bank przyda się podczas wędrówki w poszukiwaniu miastowego. Jest w nim kilka drobiazgów.

– Dzięki stary!

 

Schowałem piłę do metalowego pudła i włożyłem do plecaka, następnie założyłem go sobie na plecy.

 

– Aha. Byłbym zapomniał. Może wie pan jak się stąd dostać do miasta?

– Idź na zachód. Przy wyjściu z lasu jest droga, a przy niej przystanek autobusowy. Jakaś godzina drogi stąd. Mamy godzinę dwunastą, a autokar zatrzymuje się tam o piętnastej. Zombiaczym tempem zdążysz na czas.

 

– Jeszcze raz dzięki. Muszę już iść. Do zobaczenia.

– Do zoba…

 

Zanim zdążyłem dokończyć zdanie, Pułkownik w spazmach pokręcił głową i rzekł:

 

– Intruz?! Giń!

 

Znów stracił pamięć. Zacząłem wiać, gdy stary zgred doskoczył do szafy pancernej i próbował coś z niej wyciągnąć. Naprawdę nie chcę wiedzieć co on tam jeszcze trzyma.


 

ŚMIERDZĄCY ROZDZIAŁ TRZECI

 

Tuż przy wjeździe do miasta na przystanku wsiadł jakiś grubas, no i zaczęło nieźle śmierdzieć. Prawdopodobnie był amatorem dość popularnej w tych stronach grochówki. Uwierz mi, pierdy spasionego nieumarłego, to jedna z najgorszych rzeczy jakie można doświadczyć w życiu po śmierci. Nie miałem jak zatkać nosa, bo odpadł mi już kilka miesięcy temu podczas jednej z sowicie zakrapianych balang na cmentarzu, a nie miałem czego wsadzić w otwór nosowy. Po minach innych pasażerów mogłem powiedzieć o współdzielonej ze mną niechęci do zapachu, który to bardzo mało przypominał róże z ogródka. Wstałem więc i podszedłem do śmierdzącego zombiaka siedzącego w tylnej części autobusu, którą to właściwie całą swoją skromną osobą wypełniał. Zwróciłem się do niego najłagodniej jak potrafiłem:

 

– Drogi, tłusty zasrańcu. Twoja śmierdząca dupa nie jest mile widziana w tym oto pojeździe.

– Spadaj wymoczku! Bo wsadzę twój łeb tam, gdzie żaden siedzący tu zombiak by nie chciał. W moje dupsko! Ha, ha, ha!

– Dobra. Sam tego chciałeś.

– I co mi zrobisz robalu?

 

Zdjąłem plecak i położyłem go na podłodze. Zajrzałem do środka w jedną z przegródek. Leżało tam kilka dużych, spleśniałych kanapek, a obok parę materiałów wybuchowych C4 i zdalny detonator. Wpadłem na dość nikczemny pomysł – zrobiłem piramidkę z kanapek, a w środek wsadziłem popularny tu i ówdzie „plastik”. Detonator umieściłem w kieszeni. Kierowca zatrzymał się, gdyż gruby zombiak zapowiedział, iż „chce mu się” i jak kierowca nie zatrzyma autokaru, to się w nim zesra. Przeciąłem mu drogę przy wyjściu i rzekłem:

 

– Chciałbym cię przeprosić za moje słowa. Drogi obywatelu! Oto dowód moich przeprosin – pyszne kanapeczki!

– Dawaj kurwa!

 

Wyrwał mi je z dłoni i połknął za jednym zamachem. Następnie wyszedł z autobusu i usadowił się za nim, a dokładniej to na środku ulicy, z pięć metrów od naszego wehikułu. Pewnie uznał drogę za toaletę publiczną.

 

Krzyknąłem do kierowcy:

 

– Szybko! Ruszajmy zanim ta tykająca bomba ekologiczna wlezie tu z powrotem!

 

Zombiak za kierownicą dodał gazu i ruszyliśmy z miejsca. Wielka beczka tłuszczu to zauważyła, wstała i zaczęła za nami biegnąć pozostawiając za sobą długą smugę ohydnego łajna. Zardzewiała puszka zwana autobusem niemiłosiernie się wlekła, a ten potwór zaczął nas doganiać. Chciałem zdetonować ładunek w jego żołądku i posłać tą zombie-baryłę ku krainie wiecznych łowów. Nie poszło jednak tak gładko, gdyż detonator nie działał. Na domiar złego, spaślak złapał się swoimi zębiskami za tylny zderzak blaszanego wozu. Kierowca jeździł nawet zygzakiem aby zgubić ten balast, ale „pan smrodliwy” musiał nieźle wgryźć się w ten samochodowy element ochronny, gdyż lawirowanie autobusem nic nie pomagało. Przyjrzałem się bliżej zawodnemu detonatorowi. W mojej kieszeni baterie i to urządzonko leżały osobno. Chyba wypadły kiedy kierowca próbował zrzucić balast jadąc zygzakiem. Włożyłem ogniwa na ich prawowite miejsce. „Grube yeti” wybiło właśnie tylną szybę i odgryzło łeb stojącemu niedaleko pasażerowi. Przeżuło i wypluło to co z niego zostało.

 

– Dorwę cię ty skurwysynu! – Krzyknął opasły zombiak.

 

Użyłem detonatora. Wybuch szarpnął tą jeżdżącą, zardzewiałą, metalową trumną. Chwilę trwało, zanim prowadzący opanował pojazd. Przez dziurę z tyłu autobusu otwartą przez eksplozję, dało się zobaczyć fruwające w powietrzu wnętrzności opasłego zombiaka, a było co oglądać, bo miał ich naprawdę sporo i to w dużych rozmiarach. Skurczybyk pękł jak balon. Może łeb się zachował i leży żywy w którejś ze stron świata. Na jego miejscu zbytnio bym się z tego nie cieszył. Takie przedmioty bardzo lubią kręcące się tutaj, dzikie zwierzęta. Kilkanaście minut później, zdezelowany wrak stanął na przystanku i wyłonili się z niego, mający już dość wrażeń pasażerowie. Wśród nich oczywiście ja, dzielny pogromca smrodu – Apoloniusz.

 

Około trzydziestu minut spędziłem na przystanku, rozmyślając

o tym, co robić dalej. Jakimś szczęśliwym trafem, na moją gębę przylepiła się niesiona przez podmuch wiatru dzisiejsza gazeta. Zdjąłem ją z mordy i zacząłem przeglądać. Moją uwagę przykuła strona piąta, na której to znalazłem cenne dla mnie informacje:

 

„Uciekinier ze szpitala psychiatrycznego złapany! Eugeniusz Podgniły w zakładzie zamkniętym! Bezwstydnik wygłaszał hasła o tym, jak droga przez zero procent odmieni nas na powrót w ludzi. Wdzierał się przed mównice w kościołach i wygłaszał te swoje brednie. Teraz siedzi w pokoju bez klamek, w szpitalu Wstrząsów Elektrycznych im. Władysława Przemiłego na ulicy Nieumarłych 79”

 

„Gazeta Miejska”, bo tak nazywał się ten periodyk, zesłana została mi chyba przez samego Odyna! Na zdjęciu nad tekstem, uwieczniona była scenka ubierania gościa, którego cały czas szukam, w kaftan bezpieczeństwa. Co za cudowne zrządzenie losu. Wystarczy udać się teraz na „Nieumarłych 79” i zakraść się jakoś do szpitala.

 

Po krótkiej wędrówce znalazłem ten azyl dla wszystkich świrów – szpital Wstrząsów Elektrycznych znajdował się właśnie dokładnie przed moimi oczyma. Pytanie teraz, jak się tam dostać? Wskoczyłem więc w pobliskie, przydrożne krzaki, aby mieć wgląd na to, co dzieje się na zewnątrz placówki. Po drugiej stronie ulicy znajdował się jeszcze o tej porze zamknięty, sklep ze świeżymi świńskimi móżdżkami w galarecie. Mniam, trzeba kiedyś tam wpaść na obiadek. Nagle ze szpitalnych drzwi wyłonił się jeden z doktorów w białym fartuchu. Zmierzał dokładnie w stronę sklepu po drugiej stronie jezdni. Gdy doktorek przechodził obok mojej kryjówki, wciągnąłem go w krzaki i znokautowałem moim ciężkim, wypełnionym gadżetami plecakiem. Nikogo innego w tym momencie na ulicy nie było, więc mogłem kontynuować moje nikczemne zamiary. Zdjąłem z niego fartuch i przebrałem się za lekarza. Plecak wrzuciłem do kontenera na śmieci stojącego nieopodal wejścia do szpitala. Nie powinni go tam akurat dzisiaj znaleźć, kontener wyglądał na niezbyt często opróżniany.

 

Wszedłem do budynku i zwyczajnie udałem się ku kwaterom pacjentów. Dobrze, że nie trzeba było pytać o drogę, gdyż łatwo mogłem się zdemaskować – oznaczenia gdzie się udać, przyklejone były na korytarzowych ścianach. Próbowałem unikać wszelkich kontaktów z tutejszymi pracownikami, ale tym razem miałem pecha. Właśnie miałem podejść do drzwi za którymi znajdowały się kwatery pacjentów, kiedy nagle zatrzymała mnie jakaś pielęgniarka.

 

– Panie doktorze! Ma pan chwilkę? A pewnie, że pan ma, nikt przecież nie umrze ha, ha!

– Ale, ale…

– Żadne ale! Praktykanci chcą zobaczyć, jak uspokajamy pacjentów. Mamy akurat tu taki przypadek. Pan Reginald z trójki dostał kręćka i macha łapami we wszystkie strony robiąc przy tym śmieszne miny. Wyśpiewuje też serenady o naszym ośrodku, ale robiąc to, nie używa zbyt pięknych słów. Pokaże im pan jak go uciszyć!

 

Wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła pod drzwi jakiejś sali.

 

– Proszę wejść, ja muszę wracać do swoich obowiązków.

– A tak, oczywiście.

 

Spontanicznie wlazłem do środka. Czekało tam na mnie około czterech zzombifikowanych praktykantów próbujących przytrzymać rozszalałego pana Reginalda . Gapili się na mnie, jak na swojego mistrza, no cóż, trzeba było jak najszybciej wczuć się w rolę i zmiatać stąd zanim ktoś skojarzy, że nie jestem nawet lekarzem.

 

– Przykuć drania do łóżka!

 

Reginald miotał się jeszcze parę minut zanim praktykantom udało się to zrobić. Zazwyczaj takie rzeczy robią salowi, ale nie miałem ochoty patrzeć na kolejną, niepotrzebną tu parę oczu. Czwórka zombiaków wbiła we mnie wzrok, czekając na jakiś ruch z mojej strony. W pomieszczeniu leżała masa dziwnych przyrządów lekarskich które nic mi nie mówiły, jak wezmę jakiś losowo to mogę się zdekonspirować. Zaraz, zaraz. Jak się nazywał ten szpital? Coś z elektro …właśnie! Elektrowstrząsy!

 

– Drodzy uczniowie, przygotujcie elektrowstrząsy, tylko migiem!

 

Tak też zrobili. Po chwili trzymałem w dłoniach upragniony sprzęt. Przystawiłem elektrody do łba rozszalałego zombiaka a następnie ich użyłem.  Trochę „pobzyczało”, a pacjentowi oczy wyszły na wierzch. Z łba wydobywał się dym i smród pieczonego mięcha.

 

– Panie doktorze, czy aby na pewno elektrody przystawia się do głowy pacjenta? W podręcznikach piszą co innego.

– Pieprzyć podręczniki! To była sytuacja nadzwyczajna, tą nową terapię nazywamy „czacha dymi”, rozumiecie?

– Tak, o tak! Dzięki, że mogliśmy być przy pierwszym zastosowaniu nowej, eksperymentalnej techniki leczenia zaburzeń psychicznych!

– Nie ma sprawy, na pewno zostaniecie świetnymi lekarzami. Ja muszę już iść, praca wzywa!

 

Podczas gdy czterech przyszłych lekarzy zdumionych moimi  niekonwencjonalnymi metodami leczenia, pisało coś w swych notatnikach, ja wymknąłem się z sali i poszedłem w kierunku cel ze świrami.  Zatrzymałem się przy elektronicznie zamkniętych drzwiach, sprzed których zabrała mnie wcześniej pielęgniarka. Spojrzałem na zamek elektroniczny i okazało się iż trzeba mieć kartę dostępu. Przeszukałem kieszenie skradzionego przeze mnie fartucha lekarskiego i znów dopisało mi szczęście. Karta była w środku. Otworzyłem drzwi i zacząłem rozglądać się po przeźroczystych zamknięciach kwater. Minąłem kilku popaprańców, jeden z nich kończył właśnie zjadać własną nogę. „Fajnie tu mają” – pomyślałem. W końcu znalazłem mój cel, Eugeniusza Podgniłego, ubranego w piękny, biały kaftan bezpieczeństwa.

 

– Hej! Jestem tu po to, aby cię uwolnić.

– Ha! Wiedziałem, że w końcu kogoś po mnie przyślą, otwieraj celę i znikamy!

– To nie takie proste. Przedarcie się przez korytarze z pensjonariuszem takiego szpitala to nie bułka z mózgiem. Pewnie cię rozpoznają i nici z ucieczki. Musi zapanować chaos. Trzeba zrobić coś dla odwrócenia uwagi. Zaraz wracam, nie rozkładaj się zbyt szybko.

– Bardzo śmieszne.

– Otworzę cele, nie ruszaj się stąd.

 

Spędziłem kilka minut na poszukiwaniu przełącznika otwierającego wszystkie kwatery w których zamknięte były te pokręcone zombiaki. Trzeba było także przygotować jakiś plan ucieczki, bo wracanie po Eugeniusza drzwiami przez które wybiegać będą pensjonariusze, może nie być zbyt bezpieczne, jeszcze mnie rozczłonkują. Rzut okiem (no, nie dosłownie) na sufit i ściany pomieszczenia dla lekarzy w którym aktualnie przebywałem, pozwolił przeanalizować szanse na sensowną ucieczkę. Przy suficie umieszczono otwór wentylacyjny, a jedną ze ścian zdobił dość długi, gumowy szlauf i poszukiwany przełącznik główny, otwierający wszystkie cele.

 

– No to rozkręćmy tą karuzelę niekontrolowanych wypadków! – krzyknąłem i użyłem przełącznika.

 

Wrota wszystkich „pokoi bez klamek” stanęły otworem, a po chwili wypełzła z nich horda zdrowo walniętych zombie. Tymczasem, wziąłem ze ściany szlauf.  Potem, aby dosięgnąć do otworu wentylacyjnego, podsunąłem sobie duży drewniany stół stojący wcześniej na środku pomieszczenia. Wskoczyłem na niego, wyrwałem kratkę wentylacyjną i wspiąłem się przez otwór do szybu. Zaczęły dobiegać do mnie odgłosy walki co spowodowało szyderczy uśmiech na mojej podgniłej twarzy. Tak jak przewidywałem, w szpitalu rozpętało się niezłe piekło. Czołgałem się w stronę pomieszczenia z otwartymi kwaterami, w których kiedyś siedziały świry. Mocnym kopem wywarzyłem kratkę wentylacyjną, która po krótkim locie przywaliła w łeb stojącego na dole Eugeniusza.

 

– Uważaj kretynie! Łap ten szlauf i właź po nim do góry!

– Już! już!

 

Korytarze wentylacyjne były jak mały labirynt. Postanowiłem czołgać się drogami przetartymi przez szczury. Śledząc te zwierzaki, wiedziałem, iż w końcu trafię na zewnątrz budynku. Mijaliśmy z Eugeniuszem rożne pomieszczenia widoczne przez kratki. Jednym z nich było jakieś biuro. Jeden z pokręconych lokatorów zakładu kopał jakieś umundurowane ciało bez głowy i krzyczał:

 

– Pobawmy się jeszcze raz w amputację czerepu! Albo chociaż w ćwiartowanie, Proszę, proszę, proszę!

 

Właśnie przypomniało mi się co chcę zrobić z moim kompanem. Tylko muszę wrócić po swój plecaczek z szatkującym sprzętem i zaprowadzić tego półgłówka w jakiś ciemny zaułek.

 

Po długim błądzeniu w systemie wentylacyjnym udało się nam wyjść na świeże powietrze. Rozkazałem mojemu towarzyszowi poczekać za budynkiem szpitalnym, a sam udałem się po mój tobołek, zostawiony wcześniej w śmietniku przed wejściem. Wyciągnąłem go z kontenera i szybko poczłapałem za szpital, gdzie czekał na mnie pan Podgniły. Z wnętrza placówki nadal dawało się słyszeć strażników walczących z hordą pacjentów.

 

– Słuchaj, mamy mało czasu. Widzisz sklep ze świńskimi móżdżkami w galarecie po drugiej stronie jezdni?

– Pewnie! Oj, jak ja zgłodniałem! Cholera, właściwie to nie pamiętam, kiedy nie byłem głodny.

– Wkradniemy się tam i na spokojnie pomyślimy co robić dalej. Ruszajmy!

 

Na ulicy nadal nie było zbyt wielkiego ruchu, więc szybkim, koślawym krokiem udało się nam ją pokonać. Udaliśmy się na tyły sklepiku i nie martwiąc się o drwi antywłamaniowe, rozbiłem okno i wskoczyliśmy przez nie do środka.


ZAPASKUDZONY FLAKAMI ROZDZIAŁ CZWARTY

 

 

Pan Eugeniusz Podgniły mocno zdziwił się, kiedy jego głową wywarzyłem drwi do sklepowej toalety, a następnie ciosem w splot słoneczny posłałem go na (jeszcze) czyściutką, wykafelkowaną podłogę.

 

– Co jest do cholery? Mieliśmy dogadać się co robić dalej! Nie jesteś już moim wybawicielem!?

– Oj, na pewno od czegoś cię wybawię, jeżeli nie zaczniesz gadać kto stoi za tą kampanią reklamową „Anielski Grzmot cię uleczy! 0% to droga do światłości!”. Miałeś taką koszulkę na wyścigach kaskaderskich, pamiętasz!?

– Nic z tego, wypchaj się szybko rozkładający się przygłupie!

– Nie lubię rasistowskich komentarzy! Wszyscy jesteśmy jednakowymi zombiakami. Szybko, czy wolniej się rozkładający, to nadal taki sam zombiak jak ja, czy ty. Widzę, że musimy porozmawiać w inny sposób.

 

Wyciągnąłem z plecaka grzybki halucynogenne i z dużą siłą wepchnąłem je do gęby pana Podgniłego. Stracił przy tym chyba wszystkie zęby. Moja ręka utknęła w przełyku ofiary, więc odepchnąłem gościa nogą aby uwolnić ją z jego wrednej paszczy. Przez chwilę Eugeniusz wybałuszał gały, ale potem szybkim ruchem wbił sobie rękę w brzuch i wyrwał własny żołądek w którym to znajdowały się nie przetrawione jeszcze grzybki-halucynki. Ach, przypomniał mi się podobny zabieg który kiedyś wykonałem na sobie. Jakie to były piękne czasy.

 

– Nic z tego brutalu. Musisz się bardziej postarać!

– O to martwić się nie musisz. Pamiętasz, jak mówiłem, że od czegoś cię wybawię? Chodziło mi o twoje członki.

 

Kolejnym wyciągniętym z plecaka gadżetem, była stara przyjaciółka Pułkownika Wężownika – piła łańcuchowa. Odpaliłem „zabawkę” i wśród jej radośnie roznoszącego się po sklepie warkotu, głośno raz jeszcze zapytałem:

 

– Kto stoi za kampanią reklamową nakazującą przemianę zombiaków z powrotem w ludzi, za pomocą piwa bezalkoholowego!?

– Niczego ode mnie się nie dowiesz! Jak wiesz i tak nie poczuję bólu. Możesz mnie cmoknąć!

– Na pieszczoty tu nie przyszedłem, za to moja piła na pewno!

 

Wrr! – Zawarczał sprzęt krojący.

 

W powietrze wzleciały kawałki zgniłego mięcha i jakieś, powiedzmy, kilka litrów krwi ochlapało mnie zabrudzając cały fartuch lekarski, który miałem jeszcze na sobie.

 

– I jak się czujesz bez rąk i nóg?

– Tak samo jak przedtem, tylko nie mogę nimi ruszać. Dzisiejsza technologia pozwala na protezy. Mała strata.

– Twarda sztuka z ciebie, a co powiesz na to?

 

Wrr! – Zabrzmiał złowieszczy charkot piły. Znowu upłynęło „nieco” krwi.

 

Robota wykonana. Teraz, mam nadzieję, moja ofiara wszystko wyśpiewa. Pozostał mi ostatni argument, swoisty „As w rękawie”. Właśnie trzymałem w dłoniach odciętą głowę Eugeniusza i co byłoby dziwne w dawnym, ludzkim świecie – nadal soczyście „rzucała mięsem” w kierunku moich uszu.

 

– Kurwa! Ty gnoju! Tak nie wolno!  – Krzyczała gadająca głowa.

– Teraz ładnie wszystko wyśpiewasz. Jeśli tego nie zrobisz, wrzucę twój łeb do miejskich ścieków. Wiesz przecież, że od kiedy jesteśmy zombiakami, pływają tam rzeczy o których ci się nie śniło. Szczury które wąchają wyborne zapachy wszystkich naszych radioaktywnych wydzielin, są zmutowane i kilkukrotnie większe od tych na powierzchni. Uwierz mi, one lubią wszystko, nawet mózgi zombiaków.  Jednym zdaniem: czeka cię gówniana przyszłość.

 

– Dobra, wygrałeś! Zaprowadzę, ech, to znaczy poprowadzę cię tam. Będę mówił gdzie iść.

 

– Pasuje.

 

Wytarłem gadający łeb z krwi porozrzucanymi tu i ówdzie ulotkami reklamowymi i razem z piłą, włożyłem go do plecaka. Zdarłem też z siebie zakrwawiony fartuch i rzuciłem go gdzieś w kąt łazienki. Wychodząc, skorzystałem z okazji – zżarłem kilka puszek świńskich mózgów „za friko” i wylazłem przez wcześniej rozbite okno. Będąc już na zewnątrz zapytałem „głos z plecaka”:

 

– No więc, gdzie mam teraz się udać?

– Wypadałoby dorwać jakieś cztery kółka i podjechać do centrum handlowego „Flaczek Corporation.”, tam się wszystko wyjaśni.

 

Ponieważ ruch koło szpitala nadal nie był zbyt duży, przeszedłem się jedną przecznicę dalej. W końcu trafiłem na ulicę główną. Tutaj można już było zobaczyć setki śmigających „w tę i z powrotem” samochodów. Najprościej będzie złapać taksówkę. Zatknąłem prawą stronę dziury, tej przy której powinien być mój nos i zagwizdałem. Użyłbym do tego ust, ale moje mięśnie mimiczne już mało do czego się nadawały. Po chwilce, obok mnie, zatrzymała się popularna „złotówa”. Otworzyła się zabrudzona, jeszcze świeżą ptasią kupą szyba.

 

– Witaj wędrowcze! Taryfa Abdullaha! Do usług! Dokąd zmierzasz?

– Centrum handlowe „Flaczek Corporation”, tylko gazem!

– Ha! To moja specjalność!

 

Rzeczywiście. Przypomniało mi się, że odkąd wypadki śmiertelne spadły do zera, ci taksówkarze jeżdżą jak szaleńcy. Właściwie, mnie to nawet odpowiada. Kierowca nie będzie musiał zatrzymywać się na przejściu dla pieszych. Wpakowałem się do „złotówy” i ruszyliśmy z piskiem opon ku celowi mojej podróży.

 

Po kilku czerwonych światłach i rozjechanych staruszkach w końcu dotarliśmy na miejsce. Zapłaciłem kierowcy i wparowałem do centrum handlowego.

 

– Co teraz drogi Eugeniuszu?

– Idź na zaplecze.

 

Po chwili śmigania po wnętrzach hali, zatrzymałem się przy półce z moim ulubionym browarem marki „Grzmot”. Zombiak stojący obok mnie wziął jedną z puszek, porozglądał się, otworzył ją i zaczął pić.

 

– Może też weźmiesz kilka łyków? Czuję zapach piwa alkoholowego i słyszę gilganie jakiegoś zombiaka – odezwał się głos z plecaka.

 

Pomyślałem, że może to i dobry pomysł. Trzymałem puszkę w ręce i miałem już ją otworzyć, gdy nieumarły stojący obok mnie zaczął się trząść i dziwnie świecić na zielono. Przemieniał się w człowieka. Jak najszybciej mogłem, udałem się na zaplecze centrum handlowego. Wiedziałem, że jeśli zostanę tam chwilę dłużej, zostanę zahipnotyzowany zapachem świeżego, ludzkiego mięcha.

 

– Chciałeś mnie wrobić panie Podgniły, nieładnie, oj nieładnie.

– Ha! I co mi zrobisz? Jestem ci potrzebny!

– Właściwie, to już z chęcią bym się ciebie pozbył. Wiem co robić, odpowiedź jest gdzieś tutaj. Znajdę ją sam. Nie potrzebuję prowadzenia za rączkę.

 

Kilka kroków i znalazłem toaletę dla pracowników. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.

Kibel wyglądał okropnie, był pokaźnie obsrany. Pewnie tą niespodziankę zostawił tutaj ten grubas którego wysadziłem, gdy jechałem autobusem.

 

– No, Eugeniusz! Dosyć tego dobrego.

 

Wyciągnąłem głowę zombiaka z mojego plecaka i umieściłem w klopie.

 

– Nie rób tego! Będę twoim sługą, będę czyścił ci buty i co tylko jeszcze chcesz!

– Niby czym chcesz to zrobić? Jesteś tylko gadającą głowa, do tego dość wkurzającą.

– Aha, no tak. No to będę…

 

Eugeniusz niestety nie zdążył dokończyć, gdyż spuściłem wodę w kibelku. Z tego co chciał powiedzieć, dało się jedynie zrozumieć „bul, bul, bul”. Głowa nadal nie chciała zniknąć w otchłani klopa, więc dopchnąłem ją nogą i spuściłem wodę ponownie. To był ten moment, gdy po raz ostatni widziałem łeb Eugeniusza. Ponownie udałem się na zaplecze.

 

– To musi być gdzieś tutaj.

 

Było tu kilka drzwi, ale tylko na jednych wisiała tabliczka z napisem: „Za cholerę nie wchodzić”. Metalowe drzwi zabezpieczone były kilkoma kłódkami i paroma łańcuchami. Nie do otworzenia dla zwykłego zombiaka. Ale, nie dla takiego, który posiada piłę mechaniczną.

 

– Wrr! – Zabrzmiał warkot „mechanicznego przecinaka”.

 

Kiedy pozbyłem się zabezpieczeń, wparowałem do wnętrza tajemniczego pomieszczenia. Było tu dość ciemno, światło wydobywało się tylko z kilku dużych świeczek. Ściany były zarysowane jakimiś dziwnymi zapiskami, ciężko to było odczytać. W końcu ujrzałem jakąś kobiecą, pokrzywioną sylwetkę.

 

– Ani kroku dalej, bo użyję na tobie sprej z piwa bezalkoholowego! – Odezwała się tajemnicza postać.

– Zaraz, zaraz. A ty to niby kto?

 

Wziąłem jedną do świec i oświetliłem sobie pole widzenia. Moim oczom ukazał się zombiak-transwestyta. Podgniły facet w peruce, przebrany za babę, ubrany jak doktor z jakiegoś laboratorium.

 

– Jestem tym pierwszym! To znaczy pierwszą.

– Kim?

– To ja spowodowałam to całe zamieszanie z zombie, ja przeczytałam czar, który zmienił wszystkich w zombie!

– O! To w takim razie gratuluję pomysłu. Czy mogę prosić o autograf?

– Głupcze! To był błąd! Przez niezliczone miesiące pracowałam tutaj nad odtrutką na to wszystko i w końcu się udało! Niedługo piwo bezalkoholowe o mocy uzdrawiania zaleje cały świat! Musiałam dla bezpieczeństwa zmienić płeć aby pracować w spokoju. Chyba każda istota na tej planecie chciała mnie ukatrupić.

– Ukatrupić? To się da jeszcze zrobić!

 

Rzuciłem świecę w szalonego doktora-transwestytę. Zapłonęła jego peruka, potem on sam zaczął płonąć. Płonący zombie, to jeszcze nie całkiem martwy zombie. Użyłem więc mojej wysłużonej już piły i zrobiłem z delikwenta puzzle w kształcie serduszek. To jeszcze nie wszystko. Ten market to źródło tego bezalkoholowego paskudztwa. Trzeba pozbyć się tego wszystkiego raz na zawsze! Ale najpierw zadzwonię po mojego kumpla Stefana. Wyjąłem „komórczaka” i wybrałem numer.

 

– Stefan? Słuchaj, zabieraj swoją dupę, eee …to znaczy koło i przyjeżdżaj pod centrum handlowe „Flaczek Corporation”. Tylko migiem!

– Nie ma sprawy Apoloniusz, jestem w okolicy! Ulepszyłem się nieco, jestem teraz hybrydą motocyklu i zombiaka, buchnąłem trochę sprzętu ze złomu i voila! Już jadę!

 

Droga ucieczki była zabezpieczona więc poczłapałem schodami w dół. Pod halą znalazłem betonowe słupy które trzymały całą konstrukcję. Przyczepiłem do nich wszystkie ładunki C4 które mi jeszcze zostały i poszedłem w stronę wyjścia. Pech chciał, że potknąłem się o łeb pociętego wcześniej przeze mnie doktorka-transwestyty. Nie mam pojęcia, jak się tu znalazła ta przypalona łepetyna.

 

– Wgryzłem się w twoją nogawkę! Ha, ha, ha! – rechotał doktorek.

 

Walnąłem o podłogę, a z mojej kieszeni wyleciał detonator. Opatrzność chyba chciała, aby łeb transwestyty przestał się śmiać, gdyż pomiędzy jednym „ha!”, a drugim „ha!” wturlał mu się do gęby mój detonator. W momencie, gdy dokończył drugie „ha!”, wcisnął guzik na sprzęciku. Nagle centrum handlowe „Flaczek Corporation” zostało wysadzone w powietrze. Zawaliło się po kilku chwilach.

 

– Co się dzieje na sakralną prostytucję!? – Krzyknął dość mocno zdziwiony Stefan.

 

Wszędzie dym i gruz. Słychać już straż pożarną. Stefan godzinę próbował odgarniać gruzy – bez skutku. Nigdzie nie było Apoloniusza. Potem dzwonił na komórkę, ale nic z tego. Pół zombiak – pół motocykl, wyraźnie przygnębiony, odwrócił się i miał już odjechać, gdy z gruzu wyłoniła się ręka Apoloniusza. Stefan pomógł mu się odkopać.

 

– Ha! To koniec Stefan! Nikczemny plan zamiany zombiaków w ludzi leży w gruzach, i to dosłownie!

– Lepiej stąd zwiewajmy. Zaraz zjedzie się tu policja, straż już jest. Wsiadaj mi na plecy i jedziemy!

 

I tak oto ja – Apoloniusz  udaremniłem plany zniewieściałego zombiaka-transwestyty. Zombiaki nie stały się znowu ludźmi i wszyscy byli zgnili i szczęśliwi. Odjechałem ze Stefanem ku pięknemu zachodowi słońca.