Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Kuolema

 Opowiadanie z pojedynku z Friją. Kiedyś, na GMFie jeszcze 😛

Rose siedziała na ławce w szkole podstawowej w Centralii, czekając na córkę. Wokół niej panowała niewyobrażalna cisza. Aż ciężko było uwierzyć, że znajduje się w miejscu, w którym tak pełno jest dzieci. Kobieta trwała tak od kilkunastu minut, nie zmieniając pozycji. Pogrążona była w myślach. Skupiona na wydarzeniach, które miały miejsce, jak była nastolatką. Utrzymywała wówczas kontakt z mężczyzną, który okazał się idealnym przyjacielem. Zawsze potrafił doradzić i pocieszyć. Jednak pewnego dnia odszedł, mówiąc jedynie, że wróci i wtedy nic nie będzie takie jak dawniej. Od tamtej chwili jej myśli skupiały się jedynie na Nim. Tęskniła za Jego dotykiem i głosem. Tak bardzo pragnęła zagłębić się w rozmowie ze swym Opiekunem, jak lubiła Go nazywać.

Zadźwięczał dzwonek, a Rose nawet nie zwróciła na to uwagi. Z pobliskich sal lekcyjnych wylała się chmara rozwrzeszczanych dzieciaków, zadowolonych, że mogą opuścić szkołę i zagrać z kolegami w piłkę, bądź pobawić się lalkami. Na każdej twarzy widniała szczera radość, a z ust wydobywał się śmiech. Rój złożony z bystrookich chłopców i dziewczynek ze wstążkami we włosach dość szybko zbliżał się do głównych drzwi, by po chwili zarazić plac zabaw wesołością. Rose nawet nie zauważyła jak czarnowłosa ośmiolatka podeszła do niej i powiedziała:
– Mamo, poczekam w samochodzie.
Do kobiety zbliżyła się wychowawczyni Sabriny. Chwilę przyjrzała się Rose, po czym zapytała:
– Pani Da Silva, prawda? Chciałabym porozmawiać o pani córce.
Rose wyrwana z zamyślenia, spojrzała powoli na nauczycielkę, nie wykazując zbytniego zainteresowania jej osobą i tym, co miała do powiedzenia. Jednak, aby nie wyjść na zwyrodniałą matkę odparła:
– Słucham, czy coś się stało?
– Może nie jest to nic poważnego, ale wolałabym zareagować w miarę szybko…
Cały potok słów. Niepotrzebna gadanina o tym, że jest zaniepokojona, że Sabrina nie angażuje się w życie klasy, nie ma kolegów, a całe przerwy spędza na rysowaniu jakichś nielogicznych obrazków. Doskonale o tym wiedziała! W końcu była jej matką! I wiedziała również, że to nic poważnego. Sama się tak zachowywała, jak była dziewczynką. Wolała trzymać się na uboczu i zagłębiać w swoim świecie. Aż dziwne, że wychowawczyni nie wspomniała nic o wymyślonych przyjaciołach!
Po skończonej tyradzie, Rose pożegnała się zimno i ruszyła w stronę wyjścia. Wsiadła do samochodu i pocałowała Sabrinę w głowę. Uśmiechnęła się do niej i powiedziała:
– Witaj, kochanie. Jak było w szkole?
Sabrina odrzekła coś pod nosem. Coś, co brzmiało jak: „dobrze”.
Rose, jakby uspokojona odpowiedzią córki, zapaliła silnik i bez zbędnych słów ruszyła w drogę powrotną do domu. Nie lubiła tego. Codzienne odbieranie córki ze szkoły… Niektóre matki wręcz to ubóstwiały! Mogły przy okazji poplotkować z koleżankami i spędzić trochę więcej czasu ze swoimi dziećmi. Rose wolała usiąść w wygodnym fotelu koło kominka i odtwarzać dokładnie wszystkie chwile, które spędziła razem z Opiekunem. Dokładnie analizowała jego wypowiedzi, każde słowo, które padło z Jego ust. Często również tworzyła sobie w umyśle jego sylwetkę, na nowo. Nierzadko idealizowała swego przyjaciela. Dodawała mu cechy charakteru lub wyglądu, których wcale nie posiadał, a które wydawało jej się, że ma. Przez tę kreatywność Opiekun nigdy nie był taki sam i Rose zawsze mogła znaleźć w Nim coś nowego, coś intrygującego. Dlatego też tak bardzo pochłaniały ją rozmyślania o Nim. Dla niej było to zajęcie niezwykle fascynujące, jednak miało również swoją negatywną stronę. Dwa razy omal nie potrąciła pieszego, miała także problem ze znalezieniem pracy, gdyż rzadko skupiała się na powierzonych obowiązkach. Obecnie pracowała jako sekretarka medyczna, ale jej dni w szpitalu były już policzone. Zdarzało się, że źle umawiała pacjentów na zabiegi i nieodpowiednio prowadziła dokumentację, wprowadzając chaos na oddziale. Rose jednak nie zwracała w ogóle uwagi na opinie innych oraz ich rady. Dla niej najważniejszy był On i Jego słowa. Tylko Opiekun tak naprawdę wiedział, czego potrzebowała i potrafił jej to zapewnić.
Kobieta zatrzymała samochód przed niewielkim domkiem jednorodzinnym. Zabrała zakupy z tylnego siedzenia i ruszyła z córką w stronę domu. Sabrina, gdy tylko weszła do domu, podbiegła do ojca i rzuciła mu się na szyję, krzycząc, że go bardzo kocha. Rose natomiast powiedziała jedynie „cześć, kochanie” i poszła do kuchni odłożyć torby. Po kilku chwilach weszła do salonu, usiadła na fotelu i po raz kolejny zanurzyła się w myślach. Dan usiadł na oparciu obok niej i pocałował ją w głowę.
– Kochanie, musimy porozmawiać – szepnął. – Martwię się o ciebie.
Rose porzuciła na chwilę swą umysłową podróż i zwróciła twarz w stronę męża.
– Nie rozumiem. Co masz na myśli? Przecież wszystko jest w porządku.
– Obawiam się, że chyba nie. Ostatnio wydajesz się taka niedostępna, zamknięta w sobie. Wracasz do domu, rzucasz coś na powitanie i siadasz w fotelu, tracąc całkowity kontakt z tym, co się wokół dzieje. Nawet z Sabriną nie rozmawiasz. Czy coś cię trapi?
– Nie, naprawdę. Wszystko jest dobrze.
– A może coś z mamą nie tak? Może jej stan się pogorszył?
– U mamy też wszystko ok. – Westchnęła. – Dzwonili ze szpitala. Rozwój choroby został zatrzymany i coraz rzadziej miewa halucynacje.
– A co z tym, no wiesz… Jak to się nazywało…
– Ze stuporem? Występuje na szczęście coraz rzadziej.
Dan przez chwilę milczał, po czym spytał:
– Na pewno wszystko gra?
– Tak, nie martw się. To może przez tę pogodę tak się zachowuję. Wiesz, jesienna depresja i te sprawy – odparła i uśmiechnęła się. To zawsze skutkowało. Nikt nie potrafił oprzeć się jej uśmiechowi. I tak też było tym razem. Dan, wyraźnie uspokojony, usiadł na kanapie i włączył telewizor. Rose wstała i powiedziała cicho:
– Pójdę się położyć.

*

Przebudziła się nagle. Wokół niej panowały ciemności, a za oknem jedynym źródłem światła był księżyc w pełni. Przewróciła się na prawy bok i spróbowała kontynuować senną podróż. Nie mogła. Zacisnęła mocniej oczy i leżała tak kilkanaście minut. I nic. Spojrzał na zegarek i stwierdziła, że dochodzi trzecia. Wstała powoli i zeszła na dół do kuchni, by wypić szklankę wody. Trochę pomogło, zaczęła myśleć trzeźwiej. Pierwszy raz od kilku lat obudziła się w środku nocy. Zazwyczaj spała jak zabita. Coś było nie tak. Tylko co?
Poczuła nagle nieprzyjemny zapach, jakby swąd palonego ciała. Omal nie zwymiotowała. Odetchnęła głęboko i usiadła na krześle. Woń dochodziła z salonu…
Wstała niepewnie i ruszyła, kierując się w stronę źródła niepokojącego nozdrza zapachu. Gdy weszła do salonu jej oczom ukazał się makabryczny widok. Na fotelu siedział Dan z Sabriną na kolanach. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zorientować się dlaczego w domu tak śmierdziało. Ciała mężczyzny i dziecka były gdzieniegdzie strasznie poparzone, a w niektórych miejscach całkowicie zwęglone. Dziewczynka kiwała się do przodu i do tyłu, mając wzrok utkwiony w suficie, jakby cierpiała na chorobę sierocą. Spojrzała na matkę i dopiero wtedy Rose zauważyła, że córka ma guziki zamiast oczu. Dziecko uśmiechnęło się niewinnie i wróciło do rozrywki. Dan uśmiechał się do Rose ustami pozszywanymi grubymi nićmi. Na piersi widniała głęboka rana, z której bez przerwy sączyła się ciemnoczerwona posoka. Rose zgięła się w pół i zwymiotowała. Dan przechylił głowę na bok, a z jego wnętrza wydobył się bezpłciowy głos:
– Witaj, kochanie. Zrobić ci kawę?
Rose zerwała się z łóżka z krzykiem. Słońce wspięło się wysoko ponad horyzont i oświetlało wnętrze sypialni. To był sen. Koszmar, nic więcej.

*

Dan’a i Sabriny nie było w domu. Pojechali w odwiedziny do jego matki, zatem Rose miała większość dnia dla siebie. I dla Niego. Zeszła do kuchni, by przygotować sobie jakieś śniadanie, po czym usiadła w fotelu. Ktoś zapukał do drzwi. Rose niespiesznie wstała, otworzyła i zamarła. Przed nią stał On! Uśmiechał się szczerze. Pochylił się i pocałował ją w policzek.
– Witaj, mogę wejść? – spytał, a uśmiech nie znikał z ust.
– Tak, oczywiście – odparła Rose nieco zarumieniona i zaskoczona. – Wejdź, nie krępuj się.
Opiekun wszedł i rozejrzał się uważnie. Miał krótko ostrzyżone, czarne włosy oraz duże oczy barwy węgla. Dobrze zbudowany, opalony i gładko ogolony. Odwrócił się w stronę Rose i powiedział:
– Niewiele się tutaj zmieniło odkąd ostatni raz cię odwiedziłem. Nie miałaś czasu na remont?
– Nie chciałam nic modyfikować. Podoba mi się tak jak jest.
Ruszyła do salonu i gestem ręki nakazała iść za sobą.
– Proszę, usiądź. – Wskazała kanapę. – Napijesz się czegoś?
– Nie, dziękuję – odparł. – W sumie, to ja tylko na chwilę przyszedłem. Chciałem się tylko z tobą zobaczyć.
Rose usiadła nieco rozczarowana na fotelu.
– Na chwilę? – spytała z wyraźnym smutkiem w głosie. – Tyle lat na ciebie czekałam, a ty przychodzisz dosłownie na moment? Jeszcze może na odchodnym powiesz, że mam znowu na ciebie czekać? Chcesz, bym umarła z tęsknoty?
– Spokojnie, Rose. Zobaczymy się jeszcze dzisiaj, obiecuję. – Uklęknął obok niej i pogładził jej kolano. – Teraz mam do załatwienia kilka ważnych spraw, ale jak tylko się z tym uporam, to wrócę. Dobrze?
Rose skinęła tylko głową, a po policzku popłynęła samotna łza.
– Wrócę wieczorem, wyczekuj mnie.
I odszedł. A Rose czekała cierpliwie.

*

Ze snu zbudził ją dotyk męskiej dłoni. Rose wtuliła się w nią i po chwili spojrzała na jej właściciela. To był On. Uśmiechnęła się, a w jej sercu zapanowała radość. Nie kłamał, przyszedł.
– Wróciłeś… – szepnęła.
– Tak. W końcu obiecałem. – Usiadł naprzeciw niej, a wyraz jego twarzy spoważniał. – Musimy porozmawiać o czymś bardzo ważnym.
Rose zmarszczyła czoło i spojrzała na niego pytająco.
– O twojej rodzinie, kochana.
– Dlaczego? Coś jest nie tak? Grozi nam jakieś niebezpieczeństwo?
– Nie wam, tylko tobie, Rose.
– Nie rozumiem…
Opiekun skrzyżował ręce na piersiach i uśmiechnął się tajemniczo.
– Zaraz zrozumiesz. Tylko proszę, nie przerywaj mi. – Wziął głęboki oddech i kontynuował: – Nie jesteś bezpieczna z Sabriną i Danem. Oni nie są tymi ludźmi, za jakich ich masz. To nie są w ogóle ludzie! To są demony! – Rose ta rozmowa wydawała się coraz bardziej niedorzeczna. Chyba coś uderzyło Go mocno w głowę. – Pochodzą z innego wymiaru i zasiedlili się w ciałach twych bliskich. Teraz czekają jedynie na odpowiedni moment, by zgwałcić twą duszę i porwać ją do swego dominium. I ta chwila jest coraz bliżej! Obawiam się, że to stanie się w przeciągu kilku dni…
Rose nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Przecież to jakieś głupoty, nie mające najmniejszego sensu! O czym on w ogóle pieprzy?! Demony, jakieś dominium, gwałty na duszy! Takie coś nawet nie istnieje! Nie ma prawa! Coś naprawdę poprzewracało mu się w głowie.
– Nie wierzę – powiedziała po chwili. – To nie może być prawda. Bawisz się ze mną w jakąś grę, a ja nie znam zasad! Powiedz, że żartujesz!
– To nie jest żaden dowcip, uwierz mi, Rose! Nie daj im się, nie możesz! Zrób to dla mnie!
– Nie, to nie może być prawda! Przecież demony nie istnieją…
– Jesteś taka pewna? – zapytał, a w Jego głosie czuć było gorycz. – A twój sen? Wiesz kto w nim był? To było prawdziwe oblicze twojej rodziny! Czy naprawdę tego chcesz? Oddasz im duszę, tym podłym istotom z podziemnego świata?
Rose rozmasowała skronie. Nie, nie, nie… Obudź się, Rose. To kolejny sen, z pewnością.
– Musisz uratować się jak najszybciej. Nie możesz pozwolić im zatriumfować. Proszę… Czy ja kiedyś cię oszukałem?
Nie, pomyślała, zawsze mówiłeś prawdę.
– I tak też jest tym razem, kochana…

*

Kiedy się obudziła, było już grubo po północy. Księżycowe światło zalewało sypialnię tak, jakby zasłony nie stanowiły żadnej przeszkody. Rose toczyła wewnętrzną walkę. Z jednej strony bała się dokonać tego strasznego czynu. Za bardzo była przywiązana do Dan’a i Sabriny. Kochała ich ponad wszystko i nie chciała, aby stała się im jakakolwiek krzywda. Jednak druga część jej duszy całkowicie ufała Opiekunowi. Był z nią zawsze, kiedy potrzebowała wsparcia. Przez te wszystkie lata, które spędziła na rozmyślaniu o Nim, stał się częścią jej samej. Nie ufając Mu, zabiłaby siebie.
A jeżeli ma rację, pomyślała. Jeśli to wszystko jest prawdą? Być może demony istnieją, a ludzie nie mają o tym nawet pojęcia i wkładają te opowieści między bajki…
W końcu Opiekun nigdy jej nie zawiódł. Nigdy…
Rose wstała powoli i przyjrzała się Danowi, śpiącemu niczym niemowlę. Jego oddech – miarowy i spokojny. Mężczyzna pogrążony był w głębokim śnie. Czy tak może wyglądać demon? A jeśli tak…
Wyszła z sypialni po cichu i zeszła na dół do kuchni. Otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej duży, ostry nóż. Przyjrzała się uważnie ostrzu. Nie, nie uczyni tego. Nie może.
Nie wahaj się. Zrób to!, usłyszała. To był On! Rozejrzała się, ale nikogo nie zauważyła. Ach, ta wyobraźnia!
Spojrzała jeszcze raz na nóż i podjęła ostateczną decyzję. Zrobi to. Musi, by ocalić to, co miała najcenniejsze. Swoją duszę… Po schodach wchodziła najostrożniej jak tylko potrafiła, modląc się, by żaden ze stopni nie zaskrzypiał. Bez zbędnych dźwięków doszła do sypialni. Usiadła na skraju łóżka i szepnęła cicho:
– Żegnaj. Mimo wszystko będę cię mile wspominać.
Dan leżał na wznak co tylko ułatwiło zadanie. Zakryła jego usta dłonią i biorąc szeroki zamach wbiła nóż w pierś mężczyzny. Dan otworzył szeroko oczy, w których błyskał niesłychany ból. Jęknął tak jakby zagrzmiały legiony piekielne. Rose dźgała tak długo, aż Dan nie dawał żadnych znaków życia. Cała pościel przybrał szkarłatny kolor. Z ran obficie sączyła się krew. Rose upuściła nóż i wyszła z sypialni. Zaraz będzie koniec… Już za moment…
Otworzyła drzwi od pokoju Sabriny. Dziewczynka spała, jakby nic się nie stało. Jej długie, czarne włosy ułożyły się fantazyjnie na miękkiej poduszce. Ściany pokoju przyozdobione były licznymi rysunkami. Sabrina miała talent. Cudowne dziecko. Rose usiadła na łóżku. Dziewczynka niespodziewanie się zbudziła i zaspanym wzrokiem spojrzała na kobietę.
– Mamo? To ty?
– Cii… Śpij, kochanie.
Sabrina objęła mamę za szyję i szepnęła jej do ucha:
– Kocham cię.
– Ja… ciebie też… – odparła Rose ze łzami w oczach. Ułożyła córkę z powrotem do snu. – Nie martw się Sabrino, zaraz będzie po wszystkim.
Złapała córkę za szyję i zaczęła ją dusić. Oczy dziewczynki rozszerzyły się ze strachu. Krztusiła się. Twarz poczerwieniała, jednak Rose nie przestawała. Łzy spływały po policzkach, by zakończyć swe żywoty wśród gęstych, czarnych włosów. Po kilku chwilach nastała cisza. Nawet wiatr za oknem ucichł, czekając na żałobny marsz.
Za Rose stał Opiekun, jednak ona go nie widziała. Był z siebie dumny. Z Rose również. Zrobiła to. Mógł na kosie dorysować kolejne dwie kreski.
Dobrze, szepnął zimnym, pozagrobowym głosem.

*

Rose otworzyła oczy. Nad nią stało kilka postaci ubranych na biało. Nie widziała ich dokładnie, twarze były zamazane. Ich sylwetki zdawały się świecić, jakaś tajemnicza aura panowała wszędzie wokół. I ten dziwny zapach, którego nie potrafiła zidentyfikować…
Anioły?, pomyślała. Czy ja już umarłam? Kiedy? Jak? Gdzie? Czy tak wygląda niebo?
– Dziesięć miligramów Olzapinu… – usłyszała jak przez mgłę. Tak, jakby jakaś niewidzialna bariera oddzielała ją od tych istot.
– Rozumiem. Jeszcze jakieś zalecenia co do pacjentki, panie doktorze? – spytała druga osoba. Miała żeński głos.
– Tak. Proszę monitorować jej zachowanie przez całą dobę. Mam nadzieję, że nie wystąpią kolejne halucynacje. Proszę także nie dopuszczać jej do innych pacjentów. Myślę, że powinna być odizolowana od ludzi przez jakiś czas.
– Jest niebezpieczna?
– Wszystko na to wskazuje. Zabiła męża i córkę.
Odziani w biel opuścili pokój nie mówiąc nic więcej i zostawiając Rose w kompletnej ciszy. Kobieta usiadła na łóżku i dopiero teraz zauważyła, że w pomieszczeniu jest ktoś jeszcze. W kącie, na dębowym krześle siedział On. Mężczyzna uśmiechnął się.
– Witaj. Już myślałem, że nigdy się nie obudzisz.
Rose wpatrywała się w Niego bez słowa.
– Dobrze się spisałaś – kontynuował. – W pewnej chwili zwątpiłem w ciebie, ale jak się okazało, niesłusznie. Jestem z ciebie dumny!
– Co… co ja takiego zrobiłam?
– Nie pamiętasz? Nie martw się, być może kiedyś sobie przypomnisz.
– Czy to było coś strasznego?
– Nie, nic takiego – zaśmiał się. – Drobnostka. No już, nie zaprzątaj sobie tym głowy.
Głowa jej pękała. Pamiętała jedynie krew i strach. I ciemność. Nic poza tym. Co to znaczy? O co w tym wszystkim chodzi?
– Gdzie ja jestem? – zapytała niespodziewanie. – Co to za miejsce?
– Ach… Pamiętasz jak ci obiecałem, że gdy znowu się spotkamy, to nic nie będzie takie samo? I dotrzymałem słowa. Jesteś w nowym miejscu, poznasz nowych ludzi i będziesz prowadziła zupełnie inne życie niż dotychczas. Zobaczysz, spodoba ci się.
Za dużo tego wszystkiego. Nic się nie zgadza. Co tu się dzieje?
Spojrzała na Niego. Pamiętała tylko Jego i coś w jej wnętrzu mówiło, że może Mu zaufać. Uśmiechnęła się nieznacznie i spytała:
– Powiedz mi tylko jeszcze jedno. Jak masz na imię?
Mężczyzna podszedł do Rose i usiadł obok niej. Objął ją.
– Kuolema… – odparł. – Nazywam się Kuolema.